(fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta)

zjawisko

Marta Szarejko: Okropne słowo ''słoik'' kojarzy mi się pozytywnie. Z zaradnością, pracowitością, siłą

To przyjezdni utrzymują Warszawę - mówi Marta Szarejko, autorka książki ?Zaduch?, zbioru reportaży o ludziach z małych wsi i miejscowości, którzy musieli odnaleźć się w wielkim mieście. Dodaje jednak, że napływowym nie jest łatwo. Borykają się z poczuciem winy wobec rodziców, są wyobcowani, wstydzą się zapraszać mieszczuchów w rodzinne strony.

Nazwano cię kiedyś słoikiem?

- Nie. Ale czuję dyskomfort, kiedy słyszę to słowo. I bardzo się cieszę, że Joanna Bator, która napisała notkę na okładkę mojej książki, zwróciła uwagę, że to pogardliwe określenie. Mimo całej otoczki wesołości, dowcipu i licznych prób oswajania tego słowa bije z niego pogarda.

A jakie wolisz?

- Nie widzę powodu, żeby szukać innego i pielęgnować diagnozę podzielonej Warszawy - moja książka dotyczy większości jej mieszkańców.

Pamiętam taki reportaż w „Polityce”, napisany w dowcipnym tonie, z następującym obrazem: w piątkowy wieczór słychać kółka walizek - to słoiki po pracy jadą do rodzin i w poniedziałki o świcie wracają, żeby przywieźć jak najwięcej ze swoich wiejskich domów i spędzić jak najwięcej czasu w swoich stronach. W poniedziałek walizki są cięższe, ale słoiki szybko biegną, ciągnąc je za sobą do korporacji. Całe miasto słyszy te kółka. Pożar w Burdelu musiałby umieścić tę scenę w jednym ze swoich spektakli, żeby wydała mi się dowcipna.

Jednocześnie spotykam się ostatnio z pytaniem, czy kompleksy przyjezdnych to nie jest jednak wyimaginowany problem.

Marta Szarejko (fot. Zosia Promińska)Marta Szarejko (fot. Zosia Promińska)

Jaki jest ten przyjezdny oczami Marty Szarejko?

- Mam dosyć charakterystyczne grono znajomych, którzy przyjechali z małych miasteczek albo wsi. To osoby bardzo dobrze wykształcone, szalenie pracowite, często w wieku 30 lat mają ogromne doświadczenie zawodowe. Dlatego to okropne słowo „słoik” ostatecznie kojarzy mi się pozytywnie - z zaradnością, pracowitością, siłą. Przyjezdni lepiej odnajdują się w trudnych sytuacjach.

To, co mówisz, to jeden obraz, dosyć cukierkowy. Ale jakby zebrać prasowe teksty, komentarze na forach, to wyszłoby, że słoiki nie płacą podatków w Warszawie, choć tu pracują, kiepsko jeżdżą tymi swoimi autami na niewarszawskich numerach, nie angażują się w działania charytatywne, nie są społecznikami, aktywistami, korzystają ze stolicy, ale nie dają od siebie nic w zamian. Co ty na to?

- Jak to nic od siebie nie dają, przecież oni utrzymują Warszawę!

Trudno mi dopasować to, co mówisz, do moich bohaterów. Jedną z moich rozmówczyń, Justynę, pewnego razu koleżanka zapytała wprost, dlaczego nie płaci podatków w Warszawie, dlaczego nie ma karty warszawiaka. Czy dlatego, że wciąż bardziej czuje się związana ze swoją wsią? I Justyna doszła do wniosku, że tak, że nadal związana jest bardziej z miejscem pochodzenia, chociaż nie pojawia się w nim często. Ludzie, o których piszę, pochodzą z biednych miejscowości i wolą płacić podatki tam, bo mają nadzieję, że dzięki temu te miejscowości na tym skorzystają. Ja dosyć długo miałam takie podejście, teraz płacę podatki w stolicy.

A jeśli chodzi o stereotyp dotyczący życia społecznego czy bycia aktywistą miejskim, to pamiętajmy o jednej różnicy. Na wsiach nie ma knajp, kin, pubów, życie, także towarzyskie, toczy się w domach. Nie ma gdzie budować społecznikowskiego ducha. W Warszawie okazuje się, że sąsiedzi wcale nie są przyjaźnie nastawieni, często nie mówią nawet „dzień dobry” w windzie! Przyjezdni długo czują się wyobcowani, bezustannie poznają nowe grupy, szukają punktów zaczepienia. Myślę, że nie chodzi o to, że oni mają gdzieś model społecznika czy aktywisty, tylko o to, że nie bardzo go znają. Nie mają pojęcia o świętach dzielnic, ulic i budżecie partycypacyjnym. Poza tym są zbyt zajęci organizowaniem sobie życia, szukaniem pracy, mieszkania, załatwianiem spraw, nadrabianiem braków w edukacji, co jest zwykle ich ogromnym kompleksem. To przecież pochłania mnóstwo czasu. Też tak miałam na studiach, wpadłam w jakiś dziki szał nadrabiania zaległości kulturalnych, biegałam do kin i teatrów, rzucałam się na lepsze księgarnie, antykwariaty, galerie i muzea.

"Słowo 'słoik' ostatecznie kojarzy mi się pozytywnie - z zaradnością, pracowitością, siłą. Przyjezdni lepiej odnajdują się w trudnych sytuacjach" (fot.Jacek Marczewski / Agencja Gazeta)

Wrócę jeszcze do tego pytania, które tak cię oburzyło, o to, czy w ogóle istnieje problem dyskryminacji przyjezdnych. Patrząc historycznie, Warszawa zawsze była domem ludności napływowej. Przed II wojną światową ponad połowa ludzi w mieście to byli przyjezdni. Po wojnie cały naród budował swoją stolicę, ludzie przyjeżdżali do niej na chwilę i zostawali na zawsze. I nagle słoiki urastają do rangi tematu, którym żyją media. Nie wiem, czy mamy naprawdę problem, czy po prostu w ogóle jako naród radykalizujemy się, bo lubimy budować sobie tożsamości na zasadzie zderzenia: my kontra oni.

- Do tego ludzie ze wsi zwykle nie są dumni z miejsca pochodzenia, bo najczęściej też nie są z nim związani od dawna. Ich dziadkowie zostali przesiedleni, rodzice byli pierwszym pokoleniem, które się tam urodziło i nie zdążyło wyhodować nawet zwykłego przywiązania.

Nie jestem oburzona pytaniem o dyskryminację: uważam, że to zbyt mocne słowo, bohaterowie mojej książki nie mówią o dyskryminacji, tylko o swoim spojrzeniu na miasto i wieś.

Pamiętam dyskusję „Nie wstydź się swojego chłopa” sprzed kilku lat. Były dwa fronty. Jeden roboczo nazywam „Podcinanie pęcin chłopom”, według którego pańszczyznę spokojnie można porównać do niewolnictwa, a drugi: „Nie znam osoby, która dziś wstydziłaby się swojego pochodzenia” - czyli: ten problem dawno już za nami. Dlatego najpierw porozmawiałam z 50-60 przyjezdnymi, którzy często już na wstępie zaznaczali, że nigdy nikomu nie opowiadali o swoim pochodzeniu. Wtedy napisałam maila do 15 przyjaciół z Warszawy z pytaniem, co ich najbardziej interesuje w ich znajomych pochodzących ze wsi. 13 na 15 osób odpowiedziało, że kompletnie nic. Bez złych intencji, po prostu nigdy nie myśleli o tych mikroschodkach, które muszą przejść przyjezdni, żeby odnaleźć się w Warszawie. Te osoby są już po lekturze mojej książki. Jedna koleżanka powiedziała, że przez całe życie traktowała przyjezdnych tak jak warszawiaków, zakładała te same standardy, trudności, nie brała pod uwagę, że oni mają gorzej. I teraz zrozumiała, że te osoby niekoniecznie w ten sam sposób patrzyły na nią.

Dlaczego zdecydowałaś się napisać „Zaduch”? Czułaś potrzebę obrony przyjezdnych?

- W ramach dwóch moich grup znajomych - wiejskiej i miejskiej - często pojawiały się zgrzyty. Z jednej strony obrazki typu: warszawiak wygłaszający podczas imprezy tyrady o tym, że nie rozumie, jak można brać kredyt, skoro całe życie można mieszkania wynajmować. Nie mieściło mu się w głowie, że ktoś, kto wynajmuje kawalerkę za 2 tysiące przez kilkanaście lat, marzy o tym, żeby mieć tu dom.

A z drugiej strony - osoby ze wsi nie zawsze odnosiły się z empatią do warszawiaków i ich zmagań, uważając, że przyjezdni i tak mają gorzej. To mi się wydało ciekawe. Pomysł na reportaż nałożył się z ogłoszeniem stypendium Fundacji im. Ryszarda Kapuścińskiego - Herodot. Udało się, dostałam stypendium, zaczęłam pisać książkę.

Osoby ze wsi nie zawsze odnoszą się z empatią do warszawiaków i ich zmagań, uważając, że przyjezdni i tak mają gorzej (fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta)Osoby ze wsi nie zawsze odnoszą się z empatią do warszawiaków i ich zmagań, uważając, że przyjezdni i tak mają gorzej (fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta)

Powiedziałaś w jednym z wywiadów, że jesteś bohaterką swojej książki. Na ile ukrywasz się za historiami innych, bo aż tak przypominają twoją, a na ile mają one bliski ci wspólny mianownik - bycia obcą, bycia z zewnątrz?

- Decydując się na ten temat, wykopałam sobie grób. Teraz wiem, że najlepszym punktem wyjścia dla reportera jest kompletna nieznajomość problemu, tylko wtedy jest w stanie poprowadzić czytelnika z taką świeżością, z jaką sam poznaje temat. Od początku miałam poczucie, że ze swoim bagażem zadaję inne pytania niż reporter, który na wieś wyjeżdża raz na dwa lata. Nie ukrywam się za historiami innych, mówię przecież wprost - jestem jedną z nich.

Co to znaczy?

- To znaczy, że sama przeżyłam większość rozterek, których doświadczyli moi rozmówcy. Doskonale rozumiem Tadeusza, który mówi o swoich powrotach do domu rodzinnego. Kiedy ma w perspektywie wycieczkę do rodziców, to już na tydzień przed wyjazdem przebiera nóżkami, ale jak zbliża się dzień wyjazdu, to wpada w depresję. A kiedy już wysiada z samochodu, to ma ochotę jak najszybciej stamtąd uciekać.

Jestem w stanie utożsamić się z Dominiką, która mówi, że miała problemy z przywożeniem znajomych do domu rodziców, a gdy już zawiozła ich do swojej popegeerowskiej wsi, gdzie są cztery domy, to nigdy nie zapomni tego, co zobaczyła w ich oczach: pytania, jak ona to zrobiła, że pochodząc z takiego miejsca, skończyła bardzo dobre studia i się rozwija, ma świetną pracę i robi błyskawiczną karierę. Niby komplement, ale ona tego pytania tak nie odczytywała.

Rozumiem też Katarzynę, która mówi, że ma ogromne poczucie winy wobec rodziców, bo wie, że jak zachorują, to nie zechcą przyjechać do niej, do miasta, a z drugiej strony ona nie rzuci pracy i się do nich nie przeprowadzi. Nie będzie w stanie tam wrócić. W każdym bohaterze jest coś, z czym się utożsamiam, mamy podobne doświadczenia.

Napływowi borykają się w dużym mieście z poczuciem winy wobec rodziców, są wyobcowani, wstydzą się zapraszać mieszczuchów w rodzinne strony (fot. Dariusz Górajski / Agencja Gazeta)Napływowi borykają się w dużym mieście z poczuciem winy wobec rodziców, są wyobcowani, wstydzą się zapraszać mieszczuchów w rodzinne strony (fot. Dariusz Górajski / Agencja Gazeta)

To opowiedz jeszcze, skąd tytułowy „Zaduch”? Na pewno wiąże się z życiem bohaterów w ich wsiach i miasteczkach, z brakiem wyboru i możliwości rozwoju. Ale mam wrażenie, że oni to poczucie zaduchu, obcości wzięli ze sobą, do miasta, tylko tu się duszą w kiepskiej pracy, w wynajmowanych pokoikach albo gdy sprzątaczka przychodzi posprzątać im apartament, bo za bardzo przypomina matkę. Wtedy muszą wyjść z mieszkania.

- Ja ten zaduch przypisywałam małym miejscowościom, w których nie można realizować swoich zainteresowań. Jedna z bohaterek interesowała się teatrem, ale nigdy w dobrym nie była, bo najbliższy i kiepski był 70 km od niej. Chłopak chciał trenować MMA, ale nie miał takich możliwości, więc pozostał mu taniec. Ktoś inny chciał być księdzem, bo nie wiedział, że jego przeznaczeniem jest florystyka! U jednej z bohaterek przekłada się to na stronę erotyczną - boi się iść z kimś do łóżka, bo seks kojarzy jej się z wpadką, z tym, że zajdzie w ciążę i już nigdy nie wyjedzie z rodzinnej miejscowości. Moi bohaterowie duszą się w swoich stronach, jednak gdy już się wyrwą i przyjadą do miasta, okazuje się, że zabrali ten zaduch ze sobą.

Kompleksy rodzą się przez porównanie. Zaczynają widzieć swoje braki i chociaż mają to, czego chcieli - anonimowość, pracę, miłość - to wiedzą, że tu też nie są u siebie. Bardzo często moi bohaterowie opowiadali mi o krępujących odwiedzinach rodziny. Model jest taki, że słoik próbuje zapewniać oryginalne i niebanalne rozrywki rodzicom, których rzadko interesuje kino czy teatr. Oni by chętnie pomogli przy remoncie mieszkania, pomyli okna, zrobili coś praktycznego, albo przynajmniej usiedli do obiadu i dowiedzieli się, co u ich dzieci słychać, jak żyją, bo rzadko się widują.

Z jednej duchoty przyjezdni wpadają w drugą. Wszędzie czują się obco.

Przyjezdni mimo że mają to, czego chcieli - anonimowość, pracę, miłość - to wiedzą, że nie są u siebie, czują kompleksy (fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta)Przyjezdni mimo że mają to, czego chcieli - anonimowość, pracę, miłość - to wiedzą, że nie są u siebie, czują kompleksy (fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta)

Jakimi kryteriami kierowałaś się, wybierając bohaterów?

- Wiedziałam, że nie jest to spektakularny temat, że zbudowanie dramaturgii w tym przypadku może być kłopotliwe. I że pisząc o kilkunastu osobach, będę miała do czynienia z jedną historią. Dlatego postanowiłam każdego bohatera pokazać przez pryzmat jednego problemu. Jest m.in. Łukasz od Kościoła, Ewa od zarządzania biedą, Tomasz od sprzątaczek i Ania od mezaliansu.

Pytam, bo bohaterowie tych 16 opowieści są do siebie dość podobni - wszyscy wykształceni, poszukujący życia kulturalnego, osobistego rozwoju, lepszego cywilizacyjnie życia. Dość to jednostajny i monotonny portret przyjezdnego. A co z paniami sprzątaczkami, taksówkarzami, robotnikami na budowie, wiecznymi kelnerkami?

- Spróbuj znaleźć w Warszawie niewykształconą kelnerkę! Piszę o jednej bardzo inteligentnej. I o zawodniku MMA. Interesowało mnie bardziej to, co moi bohaterowie myślą o wsi, jak się czują w mieście, jak patrzą na siebie, czy przerobili swoje kompleksy.

Mówisz, że tych bohaterów łączą kompleksy, brak poczucia bezpieczeństwa, ambicja. Ale mam wrażenie, że także potrzeba udowodnienia sobie własnej wartości.

- Osoby ze wsi, które tu mieszkają i dobrze im się wiedzie, nie chwalą się nadmiernie swoimi sukcesami, raczej uznają, że to naturalna konsekwencja ich ambicji i pracowitości. Nie sądzę, żeby najważniejsze było dla nich udowadnianie sobie czegokolwiek, bo musieli sobie tu radzić od początku. Ja nie jestem dobrym przykładem, bo rodzice utrzymywali mnie, kiedy byłam studentką. Nie musiałam brać kredytu studenckiego ani nerwowo szukać jakiejkolwiek pracy.

Czym dla twoich rozmówców były rozmowy z tobą?

- Miałam wrażenie, że podczas naszych rozmów zdarza im się nazywać coś, co wcześniej tylko przeczuwali. Gdy spotykam się z nimi teraz, żeby dać im książkę, chwilę porozmawiać, przyznają, że mówią o „Zaduchu” znajomym w pracy. Nie zdradzają szczegółów, nie wchodzą w polemikę z nimi, chowają się za tą książką, zainteresowani reakcją. Ciekawe, czy będą w stanie wejść w dyskusję na ten temat.

Jak ta książka wpisuje się w dyskusję o słoikach? Chciałabyś, aby doprowadziła do zmian w sposobie patrzenia i oceniania przyjezdnych?

- Przede wszystkim pokazuje perspektywę ludzi ze wsi, z wszystkimi niuansami: nieporozumieniami, małymi przykrościami, gafami, które popełniają, ale też z receptami, na które wpadają między wierszami. Chciałabym, żeby przynajmniej część czytelników zrozumiała to, co moja koleżanka: nawet jeśli patrzyli na przyjezdnych dokładnie tak samo jak na warszawiaków, to niekoniecznie działa to w drugą stronę. I dlaczego tak jest.

Książka "Zaduch" dostępna w promocyjnej cenie w Publio.pl

"Zaduch" Marta Szarejko (fot. materiały promocyjne)

Marta Szarejko. Dziennikarka magazynu "Elle". Studiowała kulturoznawstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Publikowała w „Dużym Formacie”, „Kulturze Miasta”, „Nowych Książkach”, „op. cit.”, „Chimerze”. Przez cztery lata (2008-2012) do magazynu kulturalnego „Bluszcz” pisała reportaże, recenzje i wywiady. Autorka książki o bezdomnych Nie ma o czym mówić (2010), za którą została nominowana do Literackiej Nagrody Angelus, oraz współautorka zbioru reportaży "Odwaga jest kobietą" (2014). Jest stypendystką Fundacji Herodot imienia Ryszarda Kapuścińskiego.

Katarzyna Kazimierowska. Dziennikarka, współpracuje z takimi tytułami jak „Zwierciadło”, „Sens”, „Tygodnik Powszechny”. Stała autorka felietonów w Kulturze Liberalnej, koordynatorka takich inicjatyw jak „Pracownie” i „Wiersze w Metrze”, feministka, kocha Portugalię i ucieczki poza miasto. Czyta nałogowo.


Polecamy film "Warszawa do wzięcia" w reż. Karoliny Bielawskiej i Julii Ruszkiewicz:

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (257)
Zaloguj się
  • aron2004

    Oceniono 49 razy -5

    Ale jak słoiki płacą podatki na budowę metra w Warsiafce, to już Warsiafka nie ma nic przeciwko. Przecież metro było budowane z budżetu centralnego.

  • smokpz

    Oceniono 14 razy -4

    Właśnie kilka dni temu porzuciłem swój warszawski meldunek na rzecz jednej pieknej wsi na południu Polski. W Warszawie skończyłem studia i mieszkałem w sumie 21 lat. Moje podatki odeszły już wcześniej - w maju. W gminie w której teraz mieszkam zapewne się przydadzą, za ostatni rok podatek dochodowy to ok 30tys.. Do gminy z tego trafia jakieś 40%.
    Tak, znam określenie słoiki choć jest ono wyjątkowo nietrafione. Problem bowiem w tym, że rodowitych Warszawiaków których znam, a po tych 21 latach zrozumiałe że znam ich sporo, mgr ma tylko jedna osoba. Reszta zatrzymała się na poziomie co najwyżej licencjatu. Ta osoba która ma mgr podkresla z kolei z dumą że nie zna żadnego obcego języka "bo ma swój". A więc "swoje miasto", "swoje stołeczne pochodzenie", "swój język", "swoja Legia", "swoja osiedlowa siłownia", "swoja brama w kamienicy", "swoje towarzystwo znane od urodzenia". Reszta to słoiki. Warszawiacy z kolei zadawali mi pytania o moje miasto: "czy w Lublinie są jakieś wyższe uczelnie?", "czy w Lublinie są jakieś wysokie domy?". A więc tak, pełna zgoda, przyjezdni niewątpliwie zabiorą "rodowitym" pracę bo są po prostu ogarnięci i lepiej wykształceni. Nie mam też już rejestracji "WE..." bo "roczny abonament" w PZU za jej posiadanie kosztowałby mnie jakieś +700PLN za pakiet. I to co najważniejsze i czego nauczyły mnie ostatnie lata: poza Wwą też jjest zajęcie, jest praca i poza pracą jest ŻYCIE.

  • zdziwiony6

    Oceniono 12 razy -4

    Bardzo dużo agresji widać w wypowiedziach "Warszawiaków". A ta agresja wynika z kompleksów, bo przyjezdni nie chcą uznać wyższości intelektualnei, kulturowej i moralnej rodowitych mieszkańców stolicy. A może tej wyższośći po prostu nie ma?

    Mój ojciec jest Warszawiakiem z dziada pradziada, rodzina matki pochodzi z Kresów.

  • k.wojtas

    Oceniono 20 razy -4

    Poczytałem trochę (jestem z Gdańska). Niesamowite, jacy ci rodowici warszawiacy sku...syńsko nadęci i przekonani o swojej wyższości. Skąd im się to bierze? Mnie np. warszawiacy kojarzą się z chamstwem i cwaniactwem, np. na ulicach. Aha, sorry, to słoiki tak jeżdżą...

  • debordian

    Oceniono 12 razy -4

    "to wyszłoby, że słoiki nie płacą podatków w Warszawie, choć tu pracują, kiepsko jeżdżą tymi swoimi autami na niewarszawskich numerach"

    Dziwne jest to, że w innych częściach polski widząc warszawskie rejestracje włącza się automatycznie tryb "bluzgi".

  • mazuvian

    Oceniono 50 razy -4

    To przerażające, ale to prawda - istnieje ziwaczny miejski trybalizm który wyklucza ludzi, którzy wcześniej mieszkali w mniejszych miastach. To żałosne, że mieszkaniec Warszawy bojkotuje towarzysko ludzi powiedzmy z Grójca, a obiektywnie obydwa miasta są definitywnie na tym samym poziomie, jeśli się patrzy z perspektywy wielu miejsc na świecie, nie tylko bogatszych, ale też piękniejszych.

  • dodatkowo_zwracam

    Oceniono 7 razy -3

    Słoik po prostu oznacza kogoś z zadupia i tyle. Nie ma w tym nic złego. Skąd wiec ta manifestacja? Jakieś kompleksy? Niepotrzebnie.

  • mniklasp

    Oceniono 6 razy -2

    przypadkowe dwie kobiety siedzace w restauracji przy stoliku obok naszego w Saint Mont Michele we Francji. One "my jestesmy z Warszawy, a panstwo", my jestesmy z Los Angeles. Rozmowa sie skonczyla tak szybko jak sie zaczela. Warszawiacy sa chamscy, zarozumiali, maja wielkie ego i ogromne kompleksy ze nie sa londynczykami. Maja szczegolna pogarde dla kazdego czlowieka spoza Warszawy.Tak bylo zawsze.

  • sandiii

    Oceniono 12 razy -2

    skąd ten kompleks wsi w Warszawie? stąd że 50% gruntów w Warszawie to grunty rolne? Stąd że to w skali Polski to młode miasto - do Warszawy przyjeżdżają głównie ludzie z innych miast, w większości starszych niż Warszawa.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX