Kamil Sipowicz

Kamil Sipowicz (fot. materiały promocyjne)

Kamil Sipowicz o depresji: Nie sądzę, żeby można było się z niej wyleczyć

Do dziś bierze leki antydepresyjne, z lepszym lub gorszym skutkiem. Twierdzi, że dzięki nim znowu może pisać, ponieważ na początku choroba odebrała mu wenę i zdolność trzymania pióra w ręku. Kamil Sipowicz przypuszcza, że depresję mógł odziedziczyć po mamie, ale na jego delikatną konstrukcję psychiczną miało wpływ również trudne dzieciństwo, które przeżył bez ojca.

W jakich okolicznościach po raz pierwszy pomyślał pan o tym, że ma pan depresję?

- To skomplikowane. Bardzo się źle czułem przez wiele lat od młodości i nie było tego po mnie widać. To, co działo się wewnątrz mnie, w ogóle nie przekładało się na mój wygląd ani na moje zachowanie, więc wszyscy ludzie myśleli, że świetnie się czuję. Nasilenie tego stanu miałem siedem, osiem lat temu. Dopadła mnie bardzo głęboka depresja. Próbowałem różnych metod, żeby ją zwalczyć. Dopiero kiedy trafiłem na odpowiednie lekarstwo antydepresyjne i zacząłem się leczyć, zrozumiałem, że moje fatalne samopoczucie było stanem depresyjnym.

Dzięki leczeniu wróciłem do takiego poziomu komunikowania się z ludźmi, który społeczeństwo nazywa normalnym. Wcześniej cały czas byłem jakby poniżej tego poziomu, jakbym pływał pod wodą i wynurzał się co pewien czas, a później znowu coś mnie wciągało. Dla mnie było ogromnym wysiłkiem dotarcie do tego poziomu na powierzchni, który nazywa się normalnością. Mniej więcej tak to wyglądało.

W jaki sposób te stany „pod wodą” objawiały się u pana?

- Dużym rozdrażnieniem, częstym zmęczeniem, wybuchami agresji, poczuciem niedowartościowania i brakiem równowagi. Ogólnie mówiąc, bardzo złym samopoczuciem psychicznym. Ogromny wysiłek musiałem wkładać w to, żeby nawiązywać najnormalniejsze w świecie relacje międzyludzkie. W pewnym momencie bez środków chemicznych stało się niemożliwe, żeby sobie z tym dać radę.

Czy coś się wydarzyło w pana życiu siedem, osiem lat temu, kiedy pojawiła się depresja?

- Nie, nie sądzę. W moim przypadku były dwie równoległe interpretacje depresji. Pierwsza interpretacja biologiczno-chemiczna, mówiąca o tym, iż prawdopodobnie odziedziczyłem depresję po mojej mamie, która była osobą bardzo głęboko depresyjną, a zmarła w końcu na raka. Zatem prawdopodobnie byłem obciążony depresją dziedziczną. Druga interpretacja jest taka: ogólnie uważam, iż człowiek jest tak skonstruowany, że te elementy, żywioły, z których się składa, bardzo trudno układają się w stan harmonijnej równowagi. Tę delikatną harmonię zaburzają różne traumy z dzieciństwa, dlatego bardzo dużo ludzi jest w depresji, szczególnie tych ludzi, którzy urodzili się tak jak ja w rodzinach uszkodzonych poprzez różne wypadki historyczne.

W moim przypadku nakłada się genetyczna depresja mojej matki, która została wzmocniona przez to, że ona jako dziecko przeżyła wojnę. Jej matka została rozstrzelana przez Niemców na Pawiaku. Później był komunizm. Zabrano jej majątek. Moja matka była cały czas w depresji biologicznej i sytuacyjnej. Ponadto wychowałem się w półsieroctwie, bez ojca. Jeżeli mogę to zinterpretować w sposób psychoanalityczny, to jak gdyby cały czas nie wydobyłem się z tej sfery przebywania razem z moją matką, czyli tych nieogarniętych żywiołów matczynych. Pępowina między mną a matką nie została przecięta poprzez nadanie mi wertykalnego wzorca, jaki na ogół daje ojciec. Ojciec pozwala synowi zerwać symbiotyczną więź z matką i wprowadza go w świat prawa. Ja tego nie miałem, ponieważ nie miałem ojca, a moja matka nie była w stanie zastąpić mi ojca, więc jak gdyby pływałem w tych wodach płodowych w swoim życiu długo. Dodam do tego jeszcze, że moja matka w pewnym sensie rozpadała się psychicznie i fizycznie. Bardzo ciężko było mi wyjść z tej sfery, która nazywa się z greckiego chora, czyli taka „zupa” z popędami i emocjami. Jeżeli nie wprowadzi się prawa, dla chłopca jest to niedobre. Przeto namawiam matki, aby nie odbierały chłopcom ojców.

Przez długi czas nie mogłem wydobyć się z patologicznego związku z matką. Nie mogłem przeciąć pępowiny i wejść w świat prawa, czyli w świat męski. Tak to interpretuję. Chociaż zdaję sobie sprawę, że może to być jedna z wielu interpretacji.

Kamil Sipowicz podczas debaty o kulturze partii Twój Ruch (fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta)Kamil Sipowicz podczas debaty o kulturze partii Twój Ruch (fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta)

Czy mogę zapytać, co spowodowało, że wychowywał się pan bez ojca?

- Moja matka nie chciała być z moim ojcem i po prostu rozstała się z nim jeszcze przed moim narodzeniem. Nie było tak, że ojciec rzucił matkę, to ona nie chciała z nim być. Takie dotarły do mnie informacje, ale nie wiem, czy to prawda.

Nie zna go pan?

- Ojciec przez całe życie był mi przedstawiany jako bardzo zły człowiek. Później się okazało, że założył normalną rodzinę, miał normalne dzieci i nie był taki, jak mi mówiono. Wina była prawdopodobnie po obu stronach moich rodziców. Oprócz tego wszystkiego w mojej koncepcji człowieka, która gdzieś ma oparcie w psychoanalizie Freuda i późniejszych pracach Kristevej, depresja jest stanem pierwotnym człowieka. Od naszego poczęcia towarzyszą nam: trauma pierwotnej separacji od matki, pojawienie się konkurenta w postaci ojca albo brak separacji, która powinna się dokonać później. Nasza tożsamość jest pierwotnie zaburzona, a jej pełnia jest jedynie celem, który w życiu staramy się osiągnąć. Niestety, na ogół ponosimy klęskę. Jeżeli nasze otoczenie, nasza rodzina nie wprowadzą nas w krwiobieg relacji społecznych, nie podda nas za pomocą narzędzi kultury panowaniu prawa, to my cały czas będziemy znajdować się na obrzeżach tego pierwotnego zaburzenia. Prawdopodobnie normą jest choroba, a zdrowie - celem. Mówiąc w wielkim skrócie, jeśli spojrzymy na historię ludzkości, szczególnie na pogrążony w wojnach XX wiek i ludzi, którzy doprowadzili do tych wojen, jak Hitler i Stalin, to byli ludzie, którzy mieli bardzo poważne zaburzenia w dzieciństwie i później poprzez różnego rodzaju próby kompensacji traum wprowadzili w świecie bardzo wielkie zło.

Rozumiem, że korzenie pana depresji sięgają do czasów dzieciństwa. Czy ma pan żal do matki, że wychowywał się pan bez ojca?

- Tak, mam pewien żal, że wychowałem się bez ojca biologicznego i bez ojca „następnego”. Moja matka była bardzo piękną kobietą i mogła mieć mężczyznę, ale nie weszła już w żaden związek. Nie rozumiała, że chłopiec potrzebuje ojca i że to jest bardzo ważne. Oczywiście, czasami zdarzają się kobiety, które świetnie radzą sobie w roli i matki, i ojca, więc to nie jest reguła. W moim wypadku matka nie zastąpiła mi ojca, a miała też duże kłopoty z sobą samą. Była osobą bardzo nerwową, niezrównoważoną, uszkodzoną przez życie.

Jak pan jako chłopiec radził sobie z takimi sytuacjami? Co najbardziej utkwiło panu w pamięci z tych trudnych sytuacji związanych ze stanami depresyjnymi mamy?

- Nie chcę o tym opowiadać, bo to są sprawy bardzo intymne. Moje dzieciństwo było głęboko chore, uszkodzone i relacje między mną a moją matką były bardzo skomplikowane, niedobre. Uważam, że cud polega na tym, że jestem takim człowiekiem, jakim jestem, że jakoś się z tego wydobyłem.

Kiedy pojawiła się u pana depresja, to poszedł pan do psychiatry z własnej woli czy ktoś pana do tego namówił?

- Jak miałem potworny kryzys siedem, osiem lat temu, to już było nie do wytrzymania. Próbowałem różnych metod: od praktyk szamańskich, poprzez jogę i zimne kąpiele. Byłem u kilku psychoanalityków, którzy mi w ogóle nie pomogli. Następnie byłem u psychiatry. Dał mi lekarstwo, po którym czułem się jeszcze gorzej. Przypadkowo lekarz endokrynolog dał mi dosyć typowe lekarstwo effectin, które mi bardzo pomogło, i biorę je od pięciu lat.

To lek antydepresyjny, który prawdopodobnie nasila aktywność neuroprzekaźników w ośrodkowym układzie nerwowym.

- Tak, to pokazuje, że moja depresja nie jest bardzo ciężka, traumatyczna, bo w moim przypadku zadziałało dosyć typowe lekarstwo. Różni ludzie mówią mi, żebym przestał to brać, bo człowiek jest więźniem jakiegoś medykamentu. Nie chodzę na kontrolę do psychiatry, bo mi to lekarstwo, krótko mówiąc, pomaga. Nie za bardzo wierzę w psychoanalizę, bo - o ile wiem - ani Zygmunt Freud, ani Jacques Lacan nikogo nie wyleczyli. Na szczęście nie miałem bardzo ciężkiej depresji, jaka zdarza się niektórym ludziom.

Zapewne Freud i Lacan nie zgodziliby się z panem, że nikogo nie wyleczyli, choć również nie wierzę w skuteczność psychoanalizy freudowskiej. Powiedział pan, że od pięciu lat bierze pan leki antydepresyjne. Pacjenci, którzy nagle przestają brać antydepresanty, są w grupie ryzyka, ponieważ mogą popełnić samobójstwo...

- Tak, wiem. Był taki pisarz amerykański, który miał depresję i przestał brać te leki, a później popełnił samobójstwo. Dlatego ludzie radzą mi, żebym przestał je brać, ja jednak będę je brał.

Czy miał pan kiedykolwiek w życiu myśli samobójcze?

- Myśli samobójcze miałem bardzo często i miewam nadal. To lekarstwo trochę mnie pacyfikuje. Na początku nieco lepiej działało, teraz trochę gorzej, ale jakoś działa.

Czy obserwuje pan u siebie skutki uboczne działania tego leku?

- Przez pewien czas miałem taką fazę, że bardzo dużo spałem, ale okazało się, że to nie ma związku z tym lekiem. W moim przypadku chyba nie ma jakichś szczególnych skutków ubocznych. Może okaże się co innego, jak będę miał osiemdziesiąt dziewięć lat, o ile dożyję tego wieku (śmiech).

(fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)(fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Winston Churchill nazwał depresję „czarnym psem” i w ten sposób ją oswoił. Czy pan oswoił swoją depresję? Czy myśli pan, że z tej choroby można się wyleczyć?

- Nie sądzę, żeby można było się z niej wyleczyć, bo - jak już powiedziałem - przynależy ona do struktury bytu ludzkiego. To jest naturalny stan człowieka. Moim zdaniem człowiek jest chorobą świata, ponieważ nic światu nie daje, a tylko go psuje. Człowiek jest bytem skażonym, niszczącym świat, więc sama świadomość tego może doprowadzić do depresji. Jak człowiek obserwuje świat, historię, choroby, los ludzi, w którym kierunku to zmierza, to siłą rzeczy od samego rozmyślania może popaść w depresję.

Jestem poetą i historykiem filozofii. Poeci bardzo często cierpieli na depresję, jak na przykład francuski poeta Gérard de Nerval, który z powodu choroby psychicznej popełnił samobójstwo. Depresja jest takim czarnym słońcem, nieprzerobioną traumą, jakąś żałobą nieodbytą. Być może istnieje jakiś byt, który nas wciąga na dno. Można to nazwać czarnym słońcem, dziurą, czarną materią, której nie jesteśmy w stanie zwerbalizować. Tu akurat zgadzam się z teorią Lacana, że poeta jest człowiekiem, który te pierwotne emocje, nieznane, tajemnicze, próbuje przekształcić w symbole i wykorzystuje to w akcie twórczym. Dzięki temu może tworzyć.

Cały problem polega na tym, że bardzo wielu ludzi cierpiących na depresję nie potrafi wprowadzić tych swoich stanów w stan symboliczny, nie potrafi ich zwerbalizować. Takim skrajnym przykładem jest autyzm, ponieważ sfera emocjonalna jest bardzo bogata, a dziecko autystyczne nie jest w stanie tego zwerbalizować. Osoby z depresją czy autyzmem boją się zwerbalizować swój stan, zamknąć go w pudełkach słów czy poezji i w ten sposób dać sobie z tym radę. To zależy od proporcji, na ile otwarty jest zawór z energiami, których nie możemy opanować. U każdego człowieka to trochę inaczej wygląda. U takich ludzi jak ja, nazywających siebie ludźmi wrażliwymi, te proporcje są bardzo zachwiane. Próbowałem szamanizmu, który korzysta z metody harmonizacji tych żywiołów, wizualizuje je i odpowiednio nazywa. Jednak to jest bardzo odległe od nas kulturowo i nie udało mi się odnaleźć w tej metodzie.

(...)

Powiedział pan, że jest bardzo ważne, by zwerbalizować swój problem, i to prawda. Jednak każdy musi zrobić to sam. Terapeuta może tylko wspierać człowieka w nazwaniu jego problemów i zrozumieniu ich, ale nie rozwiąże ich za pacjenta. Czy w pana przypadku poezja jest formą terapii, czy w czasie depresji zupełnie nie jest pan w stanie pisać?

- W czasie depresji absolutnie nie byłem w stanie pisać. Bardzo źle się czułem. Całe lata miałem ogromne kłopoty, by przebić się do normalnego myślenia i pisania. Depresja spacyfikowana lekarstwami bardziej sprzyja twórczości. Myślę, że dopiero po latach będzie można ocenić, które moje wiersze są lepsze - te pisane w czasie depresji spacyfikowanej czy te po depresji. Teraz trudno mi powiedzieć. W każdym razie depresja nie jest stanem komfortowym. Wolę szukać w życiu przyjemności niż męki. Wydaje mi się, że z depresją męczyłem się od młodości, więc dziś, jak mogę już nie być w depresji, bardzo się cieszę.

Czy z powodu depresji był pan w szpitalu psychiatrycznym?

- Nie, bo nie miałem bardzo poważnej depresji. Pomógł mi zwyczajny lek antydepresyjny.

A czy w przypadku pana żony, Kory, stany depresyjne to już historia?

- Pojawiają się u niej, ale daje sobie z nimi radę. Ma bardzo mocną psychikę. Ona jest mocniejsza psychicznie ode mnie i potrafi to opanować. Ja nie byłem w stanie.

Kiedy po raz pierwszy u pana żony pojawiły się stany depresyjne?

- Miała je od dzieciństwa. Jako trzyletnia dziewczynka była wychowywana w domu dziecka przez chore zakonnice. Już jako małe dziecko próbowała popełnić samobójstwo. Miała dzieciństwo bardziej traumatyczne niż ja, chociaż tego nie da się zmierzyć na żadnej skali.

Czy Kora też korzystała z psychoterapii?

- Próbowaliśmy tej samej terapii, ale tak samo nam się to nie podobało ani ci ludzie, którzy to uprawiali. Oni mieli często większe problemy niż my. Byłem chyba u pięciu takich
hochsztaplerów i nie poczułem żadnej ulgi.

Kamil Sipowicz i Kora Jackowska (fot. Stefan Romanik / Agencja Gazeta)Kamil Sipowicz i Kora Jackowska (fot. Stefan Romanik / Agencja Gazeta)

Jakie okoliczności mogły wpłynąć na pojawienie się depresji u pana żony?

- Na pewno przebywanie w ciężkich domach dziecka i to, że znęcały się nad nią dorosłe osoby. Nie pozwalano jej widywać się z siostrą. Była też przemoc fizyczna. Nie chciałbym za dużo o niej mówić, bo ona by tego nie chciała. Miała bardzo ciężkie dzieciństwo. Faktycznie była sierotą. Miała braci alkoholików. Matka nie była w stanie się nią zajmować, bo była chora i mieszkała w piwnicznej izbie. Ja miałem podobne dzieciństwo. Nie byłem nigdy w domu dziecka, ale mnie później matka też podrzucała do różnych ciotek. Po całej Polsce jeździłem. Raz matka zawiozła mnie do kościelnego domu dziecka, żeby przestraszyć. Kiedy tam wszedłem, poczułem potworne przerażenie. Do dzisiaj ciarki przechodzą mi po plecach, kiedy to wspominam. Moją żonę zostawiono w takim domu dziecka, dlatego ma potworną traumę.

Trauma towarzyszy nam od urodzenia. Podejrzewam, że narodziny są największą traumą. Przecięcie pępowiny i rozstanie się z matką są traumą. Poznawanie świata jest traumą. Rozstanie się z dzieciństwem jest traumą. Później następują śmierci bliskich, choroby bliskich i właściwie kończymy traumą. Nie ma się z czego cieszyć. Z drugiej strony z żoną bardzo sobie cenimy aktualne, cudowne życie. Kochamy przyrodę, zwierzęta. Cieszymy się pogodą. Wszystkim się cieszymy. Nauczyliśmy się czerpać radość z aktualnej rzeczywistości tu i teraz, z tego, że żyjemy, że jesteśmy. Ona teraz choruje na nowotwór i jest w szpitalu.

Dlatego, niestety, pana żona nie zgodziła się na rozmowę ze mną o swojej depresji. Rozumiem, że takie wspomnienia mogłyby niekorzystnie wpłynąć na jej samopoczucie, a tego bym nie chciała. Jak pan sobie radzi z wyzwaniem, jakim jest walka z nowotworem żony?

- Bardzo mocno wierzymy, że chemioterapia zadziała i że wszystko idzie w dobrym kierunku. Mamy dom na wsi, gdzie jest bardzo świeże, błogosławione powietrze. To powietrze jest wręcz boskie. Dostrzegamy świętość przyrody i świętość życia. Wykorzystujemy to, co jest dotykalne, aktualne. Carpe diem, ciesz się życiem, po prostu.

Z jednej strony jest nowotwór, a z drugiej stany depresyjne, a więc towarzyszą państwu dwie bardzo poważne choroby. Jak udaje się to udźwignąć?

- Dużo czasu spędzamy na wsi. Do Warszawy przyjeżdżamy tylko wtedy, kiedy musimy zgłosić się do szpitala na chemioterapię. Leczy nas przyroda, obecność zwierząt, cisza i spokój. No i oczywiście lekarstwa, nie oszukujmy się.

Jak to możliwe, że ludzie, którzy w dzieciństwie zostali tak poranieni jak pan i pana żona, mimo traum zrobili wielką karierę? Pana żona jest jedną z najlepszych i najbardziej rozpoznawalnych polskich piosenkarek. Pan jest poetą, rzeźbiarzem, malarzem...

- Im więcej człowiek ma narzuconego na plecy ciężaru, tym więcej musi użyć siły, żeby udźwignąć te wszystkie traumy. Akcja i reakcja. Im większy jest opór, tym większą musi mieć siłę. Trauma jest poezjotwórcza. Przerabianie traumy jest sztuką i paliwem do twórczości.

(...)

(fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta)(fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta)

Zbliża się jesień. Osoby cierpiące na depresję najbardziej nie lubią tej pory roku. Czy pan również gorzej czuje się jesienią?

- Tak, jesienią mogę spać dzień i noc. Dopada mnie zmęczenie. Jesienią trzeba być bardzo ostrożnym. Trzeba bardziej zwracać uwagę na to, żeby się uspokajać. Uważam, że marihuana jest dobra na depresję. Broń Boże, nie alkohol, tylko marihuana. Alkohol może być dobry, ale tylko w małych ilościach, a marihuana może mieć zbawienne skutki, bo bardzo uspokaja, spowalnia.

Rozumiem, że marihuana jest jednym z pana antydepresantów.

- Uważam, że marihuana jest dobrym antydepresantem. Oczywiście nie mogę tego polecić wszystkim. Jak miałem cięższą depresję i zapaliłem marihuanę, to jeszcze gorzej się czułem. Depresja się pogłębiała. Marihuana nie jest dobra dla każdego i w każdym momencie depresji. Trzeba sprawdzić, co komu robi dobrze. Ubolewam, że w Polsce psychiatra nie może przepisać marihuany. Człowiek musi się poruszać w strefie zagrożenia ze strony policji, prokuratury itd. To jest chore i niehumanitarne. Niestety, my, Polacy, jesteśmy narodem konserwatywnym bardzo często w złym tego słowa znaczeniu.

Leczenie depresji marihuaną to dość kontrowersyjny pomysł. Gdyby lekarz mógł zapisywać marihuanę na receptę, to otworzyłoby drogę do powszechnego korzystania z niej, tak jak jest w przypadku wielu leków. Czy uważa pan, że marihuana powinna być w Polsce zalegalizowana?

- Używanie marihuany w celach medycznych na pewno powinno być zalegalizowane, ponieważ ona pomaga w przypadku bardzo wielu chorób, jak na przykład glejaka czy parkinsona.

Czy pana żona również leczy się marihuaną?

- Nie, ale znam dużo ludzi w Warszawie, którzy podczas chemioterapii palą marihuanę, bo ona pomaga. Działa uspokajająco.

Coraz więcej znanych osób mówi publicznie i otwarcie o tym, że cierpi na depresję. Myśli pan, że mamy do czynienia z modą na depresję czy rzeczywiście pęka tabu i ludzie przestają się wstydzić?

- Jest też moda na depresję. My pierwszy raz powiedzieliśmy o naszej depresji kilkanaście lat temu we „Wprost”. Wtedy depresja była tematem tabu. Dziś przestała nim być. Prawdą jest, że dużo ludzi ma depresję, a z drugiej strony niektórzy stwierdzili, że teraz wypada mieć depresję. Zaczęło panować przekonanie, że jak się nie ma depresji, to nie jest się dobrym artystą (śmiech). Wydaje mi się, że niektórzy ludzie mówią, że mają depresję, żeby zrobić sobie dobry PR, bo dzisiaj w dobrym tonie jest mieć depresję (śmiech).

Usłyszałam od wielu znanych ludzi, że depresja jest chorobą duszy. Nie nazywają jej wprost chorobą psychiczną. Ludzie zaczynają opowiadać publicznie, że cierpią na depresję, ale już na przykład do schizofrenii nikt tak chętnie się nie przyznaje, ponieważ społeczeństwo wciąż bezrefleksyjnie przylepia takim osobom łatkę z napisem „wariat”. Osoby, które cierpią na chorobę psychiczną, a biorą leki, mogą świetnie funkcjonować i pracować. Ale wciąż jest tendencja do wypychania ich na margines społeczny. Jak możemy odwrócić ten negatywny trend?

- Ja mogę wypowiadać się tylko na temat depresji. Depresja jest chorobą powszechną ze względu na komplikujący się coraz bardziej świat. Dotyka nie tylko artystów czy poetów, ale też bardzo często dotyka prostych ludzi. Nie dość, że nie jesteśmy w stanie opanować swoich pierwotnych energii, to coraz bardziej oddalamy się od prymitywnych struktur społecznych, które jakoś pacyfikowały w ludziach depresję. Depresja jest jedną z pierwszych chorób psychicznych, która dostaje akceptację społeczną, ponieważ tak często występuje, więc to przestało być tabu. Natomiast jeśli chodzi o schizofrenię, to jest jednak choroba innego typu. Z depresją łatwiej funkcjonować w społeczeństwie, a ze schizofrenią trudniej, nawet kiedy jest spacyfikowana lekarstwami. Wydaje mi się, że to nie są porównywalne choroby. Nie wiem, czy depresja jest tylko i wyłącznie chorobą umysłu, czy to jest jakieś zaburzenie chemii w mózgu. Dla mnie jest symptomem egzystencjalnej nierównowagi człowieka jako istoty ludzkiej. Człowiek jest pewnym wypryskiem na łonie natury, jest pasożytem. Czerwiem, który toczy świat.

 

Książka "Twarze depresji" dostępna w promocyjnej cenie w Publio.pl

„Twarze depresji” Anna Morawska (fot. materiały promocyjne)„Twarze depresji” Anna Morawska (fot. materiały promocyjne)

 

Kamil Sipowicz. Doktor nauk humanistycznych, historyk filozofii, poeta, autor książek, rzeźbiarz, malarz, dziennikarz. Opublikował m.in.: „Heidegger: degeneracja i nieautentyczność”, „Hipisi w PRL-u”, „Encyklopedia polskiej psychodeliki”. Od 1975 r. współpracował z zespołem Maanam jako autor tekstów, menedżer, scenograf światła i wydawca. Prywatnie związany z Korą - legendą polskiego rocka, wokalistką zespołu. Małżonkowie od lat zmagają się z depresją.

Anna Morawska. Dziennikarka telewizyjna, psycholog o specjalności klinicznej. Reporterka „Panoramy” TVP2, wcześniej „Wiadomości” TVP1. Autorka reportaży społecznych i interwencyjnych dla „Reportera Polskiego” i „Magazynu Ekspresu Reporterów” TVP2. Pracuje jako psycholog wolontariusz z pacjentami Kliniki Budzik w Warszawie. Współautorka książki „7 dni. Świat Andrzeja Turskiego”, autorka zbioru „Twarze depresji”.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (95)
Zaloguj się
  • dobrymecenas

    Oceniono 170 razy 112

    "Dotyka nie tylko artystów czy poetów, ale też bardzo często dotyka PROSTYCH ludzi".

    Po przeczytanie tego zdania straciłam całą sympatię do Pana.Podzielił Pan cierpiących na depresję na: artystów, poetów i prostych ludzi.
    Pójdźmy dalej- czyli choroba dotyka wykształconych i uduchowionych bardziej i ...o dziwo- tych prostych.
    Panie Sipowicz- choroba dotyka ludzi.
    pozdrawiam, prosta księgowa.

  • anna maria

    Oceniono 55 razy 53

    Hm. Też miałam depresja zanim stała się modna ale nie odbiorę innym prawa do depresji bo wszyscy mieliśmy rodziców czy dziadków po przejściach wojennych, potem było zalewanie traumy gorzałą i nasze narodowe "nie mów nikomu co się dzieje w domu". Psychiatria była tylko dla ciężko chorych wariatów. Wychowywaliśmy kolejne kalekie pokolenia. Dziś każdemu z nas należy się leczenie.

  • notkostrony

    Oceniono 73 razy 49

    Po pierwsze to marihuana może depresję nasilać, jako środek obniżający motywację. Przy przewlekłym zażywaniu może trwale sprawić, że "nie chce się chcieć", poza tym upośledza funkcje wykonawcze, czyli umiejętność między innymi zarządzania własnymi emocjami.
    Prosto mówiąc: głupieje się od tego.
    A depresję można wyleczyć, i chociaż często do końca życia jest się podatnym na nawroty, już człowiek wie, jak sobie z nimi radzić i łatwiej je przerwać, zanim się rozbujają.

  • wentyl77

    Oceniono 65 razy 49

    Depresja to nie tylko smutek, ale i wściekłość, agresja, żal i cała gama złych emocji. Bardzo dobrze, że zwrócono na to uwagę, bo żyjemy w kraju, gdzie depresję leczy się wódką albo "pokrzepiającym" weź się w garść. A wydaje się, że troszkę więcej empatii, kilka dobrych słów, uścisk dłoni wyleczyłoby wiele przypadków...
    No i jeszcze jedno: na depresję chorują faceci, i nie jest to wynik ich słabości. Po prostu sprzyja temu ten, coraz bardziej zagmatwany, świat.

  • tohk

    Oceniono 46 razy 26

    "W jaki sposób te stany „pod wodą” objawiały się u pana?
    - Dużym rozdrażnieniem, częstym zmęczeniem, wybuchami agresji, poczuciem niedowartościowania i brakiem równowagi"
    Podręcznikowe objawy długotrwałego zażywania THC

  • kardiolog

    Oceniono 24 razy 20

    Przeczytałem wywiad mieszkalnymi uczuciami. Pan Sipowicz przeczytal trochę opracowań i znalazł odpowiedź na swój stan. Winna jest genetyka, winna jest matka, zbieżność sytuacji (dom dziecka Kory i wychowanie bez ojca p. Sipowicza)też są winne potwierdzając tym samym teorie. No i szamanizm nie pomógł oczyścić własne pole energetyczne, na szczęście pomaga "blogoslawione" powietrze. Z pewnością cierpi Pan na depresję czy to w pojęciu freudowskim czyj jakimkolwiek innym pojęciu ale odnoszę wrażenie, że owa depresja jest dla Pana jedyną słuszną drogą interpretacji, której Pan z całą lubością i pasywnoscia własnej woli się poddaje. Wg mnie uprościl Pan bardzo choć niejako chce Pan udowodnić swoje oczytanie, gdyż tytuł dr historii (filozofii) zobowiązuje. Cokolwiek się z Panem i wokół Pana dzieje to zasługa lub wina depresji. Jak dlań nie Pan w ogóle nie przerobił swojego istnienia na tym "błogosławionym" łez padole gdzie człowiek "wrzodem" jego jest. Może dlatego, że konformistycznie jest Pan tylko historykiem, kronikarzem cudzych myśli a nie ich twórcą. Gdyby Pan był twórcą a nie o odtwórcą doszedłby Pan może do innych równie ważnych i dalej idących wniosków dotyczących własnej niemocy.
    Kłaniam się,
    Prosty człowiek

  • lubierobicto

    Oceniono 19 razy 17

    Na tym świecie nie można nie mieć depresji

  • annabartkowska

    Oceniono 45 razy 15

    Ja nie zgadzam się z tym artykułem, żeby wyjśc z depresji warto też zastosowac psychoterapię , same tabletki to za mało....czasami taka psychoterapia trwa kilka lat ale to pozwala na wyzwolenie się z negatywnych emocji. Po tym artykule od razu można stwierdzić, że duzo jest bólu z dzieciństwa a tabletkami tego się nie wyleczy , można ucisyć emocje ale one wrócą...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX