Zespół T.Love

Zespół T.Love (fot. materiały promocyjne)

ludzie

''Muniek pożycz, Muniek pożycz''. Jak zaczynał lider T.Love

Co prawda w radiu można usłyszeć raczej stare szlagiery T.Love, ale niech was to nie zmyli. U lidera zespołu, Zygmunta "Muńka" Staszczyka, dzieje się dużo. Zresztą tak samo jak przez ostatnie 35 lat. Przy okazji premiery płyty "19822015" namówiliśmy go, żeby powspominał dorastanie na robotniczym osiedlu, debiut na studniówce, karciane długi i trudne początki pisania, typu: "czy warto jeść, czy warto pić, czy w ogóle warto żyć?".

Zacznijmy od początku. 1980 r. przyniósł w naszym kraju społeczną rewolucję spod znaku strajków i powstania Solidarności”, a u ciebie osobiście - chęć założenia zespołu.

- Dorastałem w dość ciekawym czasie. Pierwszy kontakt z muzyką rock'n'rollową i popową to był koniec lat 70. W liceum byłem już dosyć świadomy muzycznie i wtedy pojawił się punk rock w Anglii. Pierwsze nagranie Sex Pistols usłyszałem w radiu w 1977 r. To nie było tak jak dzisiaj, że muzyka z całego świata jest na wyciągnięcie ręki. Trzeba było słuchać odpowiednich stacji radiowych, np. Radia Luxemburg czy „Trójki” Polskiego Radia. W polskich komunistycznych mediach punk rock był przedstawiany bardzo pejoratywnie: bezrobotna młodzież londyńska bez przyszłości, dziewczyny z agrafkami w sutkach, rzyganie ketchupem etc. Tego typu obraz miał czytelnika odstręczać od tej kultury, a takiego chłopaka jak ja to mocno podkręcało (śmiech). Mniej więcej w 1979 r., będąc w IV Liceum Ogólnokształcącym - o którym potem powstała piosenka - postanowiłem założyć pierwszą kapelę. Zespół nazywał się The Schoolboys i nigdy nie zagrał choćby jednej próby. Nie umieliśmy na niczym grać. Spotkaliśmy się natomiast w domu u kolegi i upili.

W 1980 r. pojechałem do Gdańska i zobaczyłem strajki robotników w stoczni na własne oczy. Rewolucja społeczna zaczęła łączyć się dla mnie z rewolucją świadomości. Zaczęły się także pierwsze kontakty z alkoholem i dziewczynami, z marihuaną, którą wypaliłem z hipisami na festiwalu Pop Session w Sopocie. Wracając do Częstochowy, naładowany energią po festiwalu, a także świadomością, że rosyjskie czołgi nie przełamały strajku, byłem gotowy do mocniejszego działania. Byliśmy pokoleniem dzieci rewolucji. Kawałek "Children of The Revolution" zespołu T-Rex był o nas. Hasło „no future”, które rzucili punkowcy w Londynie, miało w Polsce głębsze odzwierciedlenie. Po tym jak Jaruzelski ogłosił stan wojenny, postanowiłem założyć T.Love Alternative. Zespół powstał, gdy byłem w maturalnej. Wszyscy byliśmy w jednej klasie poza gitarzystą, Januszem Knorowskim, który był o rok młodszy. Zainspirowany masakrą w kopalni Wujek [16 grudnia 1981 doszło do masakry górników strajkujących przeciw ogłoszeniu stanu wojennego, zginęło 9 osób -  przyp. red.], wziąłem bas do ręki i grałem prymitywne akordy, śpiewając pierwsze piosenki: „Mamo, kup mi karabin, Mamo, kup mi broń/Mamo, kup mi, proszę, całą serię bomb” [T.Love „Gwiazdka” - przyp. red.]. Taki protest wobec zastanej rzeczywistości. Kapel jak nasza było wiele. Nikt nie myślał o tym, by zostać gwiazdą, chodziło o to, by coś ważnego powiedzieć. Zaczęliśmy grać w szkole, aż się dotłukliśmy do Jarocina, gdzie zaistnieliśmy trochę szerzej.

Pierwszy występ zespołu T.Love Alternative odbył się w IV Liceum Ogólnokształcącym w 1982 rok, na waszej studniówce. Impreza zaczęła się o godz. 15, bo musiała skończyć się do 21, aby wszyscy wrócili do domów przed godziną policyjną. Wyszliście na scenę konkretnie pijani, co nie przeszkadzało zgromadzonym rówieśnikom i nauczycielom, którzy również byli już nieźle wstawieni.

- Mieliśmy bardzo fajnego dyrektora, świętej pamięci pana Antoniego Kwiecińskiego. Jeden z niewielu dyrektorów w tamtych czasach, który nie był w PZPR. Właściwie uczył historii, mówił o Katyniu, AK. Wiedział, że kombinujemy coś z chłopakami jako zespół. Dyrektor był konserwatywny i na studniówkę nie wolno było wchodzić młodszym rocznikom, a nasz gitarzysta, jak już wspomniałem, był o rok młodszy. Mimo wszystko Kwieciński się zgodził, że możemy zagrać cztery kawałki, a Jasiowi pozwolił poczekać na występ w pakamerze z nauczycielami WF. Z kolei wuefiści, chłopaki od sportu, nieźle małolata spili. O 15 zaczął się polonez. Mimo że był luty, na sali gimnastycznej trzeba było zasłonić kurtyny, bo było ciągle widno. Graliśmy na sprzęcie zespołu weselnego, a raczej próbowaliśmy, bo umiejętności ciągle nie mieliśmy, na szczęście to nie o to chodziło. Liczył się czad i energia. Zagraliśmy m.in. klasyk zespołu The Troggs "Wild Thing". Potem zaczęliśmy grać nasze alternatywne i antysystemowe numery, ale nauczyciele chyba nie zauważyli, bo bawili się dalej. W końcu musieliśmy zejść ze sceny, bo panowie z weselnej kapeli się wnerwili, że sprzęt im niszczymy. O 21 impreza musiała się zakończyć i wylądowaliśmy ze Słoniem [nieżyjący już Jacek Wudecki, pierwszy perkusista grupy - przyp. red.] u mnie w piwnicy i nawaleni browarem spaliśmy w garniturach na workach z ziemniakami. Zapasy na zimę się przydały. Taki był finał naszej studniówki i naszego scenicznego debiutu. To był 4 lutego 1982 r.

IV LO im. Henryka Sienkiewicza w Częstochowie to elitarne liceum, do którego chodziła młodzież z inteligenckich i zamożnych rodzin. Ty zaś wywodzisz się z robotniczego środowiska. Jaki wpływ na ciebie miały te kontrasty, w których dojrzewałeś?

- Na pewno poznałem innych ludzi, spoza mojego naturalnego kręgu. Wywodziłem się z normalnej PRL-owskiej rodziny. Za komuny mama pracowała w sklepie spożywczym, ojciec w hucie. Mieszkaliśmy na robotniczym osiedlu Raków. Normalne podwórko, gdzie ktoś dostał w zęby, obejrzało się pierwsze pornosy, starsi wtajemniczali młodszych w różne tematy. Taki klimat a la Fellini po prostu. Punk rock współgrał mi z klimatem osiedla, a z drugiej strony byłem normalnym, wrażliwym chłopcem. Po tacie oraz babci odziedziczyłem miłość do książek. Trafiałem na świetnych polonistów, więc podtrzymywali ten ogień. Z jednej strony humanistyczna wrażliwość, a z drugiej życiowe podejście, bo na osiedlu musiałem umieć się postawić, oddać, jak ktoś dał w zęby. To pozwoliło zachować normalność w czasach, gdy przyszła sława. Zawsze byłem blisko ludzi. Wiadomo, że nie mogę być kumplem wszystkich, ale nigdy nie budowałem fosy między sobą a otoczeniem.

W liceum poznałem chłopaków z kasą, ludzi spoza mojego podwórka. Fajne było to, że obce sobie środowiska się ze sobą integrowały. Znałem żuli i znałem intelektualistów. Jestem dumny z mojego pochodzenia. W ogólniaku zdobyłem dosyć niezłą pozycję, a już jak przyszło poważniejsze granie, to wiadomo, że znali mnie wszyscy. Mówili: „A to ten Muniek, trochę crazy” (śmiech). W szkole byliśmy znaną ekipą. „Dzielnica cudów” promująca nasze nowe wydawnictwo jest o mojej dzielnicy. Jako że T.Love Alternative się kończy, chciałem napisać kawałek zamykający tamten etap.

Następnie wyruszyłeś na studia do Warszawy. Z jednej strony polonistyka na Uniwersytecie Warszawskim, a z drugiej studenckie kluby i pierwsze występy w stolicy. Co ciekawe, planowałeś studia w Krakowie i gdyby nie parszywa pogoda i niemiła pani w sekretariacie na Uniwersytecie Jagiellońskim, może tam byś wylądował.

- Mój ojciec miał bliskie związki z Warszawą, mój wujek grał razem z Kazimierzem Górskim w Legii Warszawa w latach 50. Jako dzieciak tu przyjeżdżałem, darzyłem stolicę sympatią. Słabo, bo słabo, ale zdałem egzamin na polonistkę na Uniwersytet Warszawski. Mieszkam tutaj od 33 lat.

Na UW rozmawialiśmy o Dostojewskim, o Miłoszu. Czułem się tam średnio oczytany, miałem kompleksy. A drugą nogą byłem w klubach studenckich: Remoncie, Hybrydach. Z kolei tam przy dymie czy browarze byłem dla niektórych intelektualistą.

Ubieraliśmy się prowokacyjnie. Punk to były skórzane ciuchy, a my zakładaliśmy szerokie spodnie, wieśniacki grzebień wystawał z kieszeni. Kupowaliśmy te ciuchy w lumpeksach, a punkowcy lubili nas za prześmiewczość. „Jajarze z Częstochowy” - tak o nas mówili.

W czasach studenckich mieszkałeś w tzw. Kicu, czyli w akademiku na Grochowie, i miałeś krótki, lecz intensywny epizod bycia nałogowym pokerzystą. Sprzedawałeś nawet atlasy z biblioteczki ojca w Częstochowie, by spłacić długi.

- Tak, wkręciłem się w pokera, na szczęście na krótko. To niebezpieczna sprawa. W akademiku były tzw. pokoje cichej nauki. Wpadała taka ekipa jak nasza, przepędzała uczących się i karty na stół. Sumy może nie były duże, ale...

Jak się jest biednym studentem, to każda suma jest odczuwalna dla kieszeni.

- Jasne. Nawet nieźle mi ten poker szedł, ale jak to w hazardzie - nie ma wygranych poza kasynem. Pojechałem do Częstochowy, zajrzałem do biblioteczki ojca, gdzie były m.in. te atlasy. To były książki ekskluzywne, piękne kolorowe albumy. Ukradłem je, aby mieć na długi z hazardu. To był zresztą ostatni raz, gdy ojciec mnie sprał. Dał mi w dupę, choć miałem dwadzieścia lat. Miał jednak absolutną rację. Sprzedałem te albumy, ale później je odkupiłem w innym antykwariacie. Zmusiła mnie sytuacja, by zaprzestać, choć i tak przez całe studia miałem długi u wielu mieszkańców „Kica”. Dorobiłem się nawet ksywy: „Muniek pożycz, Muniek pożycz”.

Muniek Staszczyk (fot. Małgorzata Gendłek / Agencja Gazeta)Muniek Staszczyk (fot. Małgorzata Gendłek / Agencja Gazeta)

Jeszcze o jeden występ T.Love Alternative chciałem zapytać. Festiwal Opolski 1985 r., debiut konferansjerski Grażyny Torbickiej. Występujecie w przeglądzie debiutantów, w którym do wygrania był kontrakt na wydanie płyty. Wasz zespół podszedł do występu, jak przystało na anarchistów: wyszliście na scenę pijani, miałeś na sobie T-shirt z napisem „T.Love to chu**”, a wyznaczony czas na występ przekroczyliście tak znacznie, że odłączono was od prądu.

- Chcieliśmy zrobić jakiś numer a la Sex Pistols. Tomek Lipiński, który był w jury, wspominał to niedawno, mówiąc, jak bardzo się mu to podobało. W przeddzień występu chlaliśmy do piątej rano w hotelu. Przed samym wyjściem na antenę stwierdziliśmy, że mamy gdzieś wyznaczone dwadzieścia minut i będziemy grać, aż nas ze sceny zgonią. Janek Knorowski zwrócił się do mnie: „Mam farbę, dawaj napiszę ci coś fajnego na koszulce”. Mówię: „Napisz: T.Love to chu**”. Podchodziłem wtedy do spraw bardzo ideowo, więc nie chciałem brać udziału w jakimś wyścigu o płytę. Woleliśmy zrobić ferment artystyczny. Część jury i dziennikarzy nas skreśliła, ale wielu mówiło, że daliśmy czadu. Graliśmy jakieś czterdzieści minut, aż ktoś odłączył nam zasilanie.

Darek Zając, klawiszowiec T.Love Alternative w latach 80., opowiadał w biografii zespołu w kontekście imprez i alkoholu, że w tamtej dekadzie „nie obchodziło was, co będzie dalej”. Kiedy zrozumiałeś, że tak nie może być zawsze?

- Mój wyjazd do Londynu w 1989 r. wszystko zmienił. W pubie w dzielnicy Highbury, niedaleko stadionu Arsenalu Londyn, gdzie pracowałem, nagle poczułem wenę i napisałem „Warszawę”. Po dwóch latach marazmu stwierdziłem, że napisałem naprawdę dobry tekst. W Londynie aktywnie uczestniczyłem - na tyle, na ile było mnie stać - w życiu muzycznym miasta. Zamiast wpieprzać mielonkę i oszczędzać każdy grosz, wolałem iść na koncert Iggy'ego Poppa, The Ramones, Aerosmith. Obserwując ich, zadałem sobie pytanie, dlaczego nie miałbym zrobić w pełni profesjonalnego zespołu w Polsce. Kumpelski układ i tak już się wtedy rozleciał. Wróciłem dwa dni przed sylwestrem do kraju. W marcu 1990 r. zaś spotkałem się z Jankiem Benedkiem i zrobiliśmy nowy T.Love.

Te wygłupy wcześniejsze były świetne, ale poczułem wtedy, że to może być mój zawód i chciałem przejść na profesjonalny sposób działania. Gdy przyszedłem do Pomatonu [obecnie Warner Music Poland - przyp. red.] z prawnikiem na spotkanie z dyrektorem Piotrem Kabajem, to zrobiło to na nim wrażenie. Miałem trzydzieści lat, doświadczenie z undergroundu. Nie byłem już małolatem. Byłem gotowy na biznes, który wtedy wraz z rozkręcaniem się kapitalizmu na dobre się zaczynał. Nie chciałem być wydymany tak jak np. Hey. Ale oni byli młodsi, mieli czas uczyć się na błędach. Chciałem zerwać z klimatami jarocińskimi, żeby nie ciągnęła się za mną opinia wajdeloty. Poszedłem w rock'n'rolla, lekki hedonizm, zabawę. Z niewątpliwie utalentowanym Jankiem Benedkiem przyniosło to świetne efekty.

Zanim jednak pisałeś utwory na poziomie „Warszawy”, początki w tej dziedzinie, jak sam wspominasz w biografii zespołu napisanej przez Magdę Patryas, były okrutne. Fascynacja romantyzmem, pretensjonalne pytania w stylu: „czy warto jeść, czy warto pić, czy w ogóle warto żyć?”.

- Na początku każdy musi się trochę w tandecie ponurzać (śmiech). Dobrze, że miałem „wylatane godziny” przy pisaniu, zanim naprawdę zacząłem śpiewać to, co napisałem. Nie mówiąc o tym, że zespół T.Love zdobył prawdziwą popularność w połowie lat 90. Po to się pisze do kosza, by z czasem wyrobić sobie styl. Nie ma dróg na skróty.

Gdy pojawiły się styl i popularność, zaczęliście kształtować popkulturę, którą tak uwielbiasz. Jakie momenty w działalności T.Love zapisały się twoim zdaniem w polskiej kulturze popularnej?

- Teledysk do „Warszawy” był zjawiskową rzeczą, zrobioną przez Francuza, który był typowym artystą dziwakiem. Klip rozszerzył piosenkę. Okładka do albumu „Prymityw” jest znamienita dla lat 90., no i to był chyba nasz najlepszy album w tej dekadzie. T.Love nie wymyślił nic nowego, ale przecieraliśmy szlaki poprzez odświeżanie pewnych form i konwencji. Pierwsi graliśmy pastisze. W latach 80. to były takie numery jak „Garaż” czy „Karuzela” (w oryginale Maria Koterbska), a naszym śladem poszły takie zespoły jak Piersi czy Big Cyc. Myślę, że teledysk do „Chłopaki nie płaczą” też wszedł do kanonu popkultury. Mój znajomy, socjolog Mirosław Pęczak, robił nawet zajęcia ze studentami na podstawie tego klipu. Zapoczątkowaliśmy powrót do muzyki disco. Pamiętam, że Kayah była tym zachwycona, ale i zdziwiona. Wielu zwolenników i przeciwników przysporzyło nam takie podejście jak śpiewanie falsetem utworu „Jak żądło”.

Kiedy nagrywaliśmy w Londynie płytę „Antyidol”, Anglicy mówili nam, że u nich by taka wolta stylistyczna nie przeszła. Twierdzili, że fajnie gramy, ale nie mamy jednego stylu. Ale T.Love zawsze taki był! Eklektyzm to był nasz nurt. W 1995 r., gdy wychodził projekt Szwagierkolaska, ludzie się dziwili. Jaki Grzesiuk? Szwagierkolaska była bardzo pod prąd, bo wtedy większość nieudolnie kopiowała amerykański grunge, rycząc do mikrofonu i popie****jąc we flanelowych koszulach. Szanuję zespoły i wykonawców, którzy idą konsekwentnie jednym torem, ale ja jestem dumny z różnorodności i eklektyzmu, który na przestrzeni lat reprezentował T.Love czy moje poboczne projekty. Dla mnie to nie jest problem zaśpiewać z Krzysztofem Krawczykiem czy hiphopową Ziperą.

Jest trochę niszowych, pobocznych projektów w twojej dyskografii, to prawda, ale też dużo albumów z cyklu „The best of”. Nawet teraz spotykamy się m.in. z powodu ukazania się płyty podsumowującej działalność T.Love Alternative. W Muzeum Częstochowskim odbyła się w zeszłym roku wystawa poświęcona tobie i twojej twórczości. Nie masz wrażenia, że te podsumowania i benefisy wypychają cię na muzyczną emeryturę?

- Tak, chcę od tego odejść, odciąć się od kontekstu „woskowego pana”. Dlatego staram się robić poboczne projekty, jak Warsaw Bombs [zespół ten powstał ze wspólnej inicjatywy Mietalla Walusia z zespołu Negatyw oraz Muńka, a uzupełniają go Jacek „Pekroz” Perkowski, Paweł „Nazim” Nazimek oraz Grzegorz „Budzik” Chudek - przyp. red.], żeby wpuścić trochę świeżej zajawki. Choć pewnie dla kogoś to rozmienianie się na drobne. To miłe, że miasto zrobiło mi taką wystawę. W 2013 r. był świetny koncert na moje 50. urodziny. Ale już wystarczy tych podsumowań.

Najwięcej dowiesz się zawsze od taksówkarza warszawskiego, który powie, jak to niedawno miało miejsce: „Mało coś pana słychać ostatnio. Nagrywa pan coś? Chyba hitów brak” (śmiech). Marek Nowakowski [pisarz, publicysta, scenarzysta; silnie związany z Warszawą - przyp. red.] mówił mi wielokrotnie: „Ty się trzymaj swoich rzeczy. Takiej miejskiej, chuligańskiej podłogi. Nie udawaj nikogo, bądź sobą”. Zostały ze mną te słowa. Jestem ciekawy różnych producentów, odmiennych stylistyk i jestem głodny eksperymentowania, ale raczej poza T.Love. Nie chcę być niewolnikiem rocka. Jak jestem dla kogoś ikoną, to miłe, ale ta rzeka mojego życia ciągle płynie.

Ze zmarłym rok temu Markiem Nowakowskim podobno łączyła cię bliska relacja. Nawet śpiewałeś na pogrzebie pisarza.

- Miałem wielki przywilej być kolegą Marka. Dla mnie to legenda tego miasta. Znaliśmy się od 1995 r., bo Marek był jedną z tych osób, które dały błogosławieństwo projektowi Szwagierkolaska. Oprócz niego byli to jeszcze Wojciech Młynarski i syn Stanisława Grzesiuka, też świętej pamięci, Marek.

Intensywność moich spotkań z Markiem Nowakowskim zwiększyła się w ostatnich trzech-czterech latach. Spotykaliśmy się w kawiarni przy placu Konstytucji, bo Marek niedaleko mieszkał. Pokazałem mu nawet opowiadanie, które napisał mój syn. Powiedział, że to taka „literatura gnojów, ale będzie coś z niego” (śmiech). Marek dużo opowiadał mi o Włochach [dzielnica Warszawy - przyp. red.], gdzie obecnie mieszkam. W lutym ubiegłego roku się z nim spotkałem, był już bardzo chory. Napisałem utwór „Italia” na reedycję albumu „Prymityw” i jest tam taki wers: „Włochy w moim sercu to dobry dom/Marek Nowakowski potwierdzi to!”

Marek odszedł w maju, po czym zadzwonił do mnie jeden z jego przyjaciół z pytaniem, czy nie zagrałbym na pogrzebie. Myślę, że to była wola Marka. Poszedłem z gitarzystą Jankiem Pęczakiem. Zagraliśmy „Warszawę” T.Love i „Apaszem Stasiek był” Szwagierkolaski.

Wróćmy jeszcze na moment do twojego pisania. Czy „numery interwencyjne”, piosenki z komentarzem społecznym, są ci szczególnie bliskie? Które utwory T.Love były mocno osadzone w swoim czasie?

- Te, które są jednak na tyle uniwersalne, by żyły długo w świadomości ludzi. „Wychowanie” ma długie życie, a zrodziło się wiele lat temu w głowie 21-letniego chłopaka. Był czas, że na T.Love przychodzili skinheadzi, faszyści - bardzo mnie to irytowało. Dla nich hymnem było „Wychowanie”. No k***a (śmiech). Piosenka o niemożności porozumienia się, o fasadach szkolnictwa w PRL-u.

Nie starzeje się kontekst, bo sytuacja była niejednoznaczna. Była taka piosenka „Europolska”, gdzie straszyłem Lepperem, Giertychem. Więc jak już wymieniam konkretne nazwiska, piosenka zmienia się w użytkową agitkę. Rzeczywistość się zmienia, więc co jakiś czas wypuszczamy taki numer. Na nowym wydawnictwie T.Love Alternative jest to utwór „Ultra”, gdzie dostaje się praktycznie wszystkim. Polska we mnie siedzi. Mieszkam tu, obserwuję i opisuję. Najfajniejsze są rzeczy, które każdy może na swój sposób odczytać.

Zespół T.Love (fot. materiały promocyjne)Zespół T.Love (fot. materiały promocyjne)

Na pewno aluzje do rządzących w naszym kraju można było różnie odczytywać. Polscy prezydenci zawsze znajdowali drogę do twojej twórczości. W utworze „I love you”, „Wąsacza olewałeś na zdrowie”, odnosząc się do Lecha Wałęsy, na płycie „Al Capone” są nawiązania do Aleksandra Kwaśniewskiego. W tym kontekście chciałbym cię zapytać o start Pawła Kukiza w wyborach na prezydenta. Nie widzisz problemu z łączeniem zawodu muzyka i polityka?

- Nie ma co ukrywać, że pójście na koncert prezydenta byłoby dziwne (śmiech). Polityka jest taką k***wską dziedziną, gdzie nie ma miejsca na zasady moralne. Nie ze wszystkimi poglądami Pawła się zgadzam, ale trzymam za niego kciuki, bo „otworzył okno w pokoju” i przewietrzył trochę na scenie politycznej. Dla mnie polityka jest przewidywalna i mnie nie jara, dlatego nigdy nie miałem pokusy, by w nią wejść, mimo że propozycji było sporo. Rock'n'roll i polityka to dla mnie dwie różne rzeczy. Paweł ma temperament rewolucjonisty, a ja raczej obserwatora. Poza tym każda rewolucja nosi w sobie pułapkę. Tak było z rewolucją francuską, rosyjską, a nawet z „Solidarnością”. Paweł ma bardzo ciężki czas przed sobą. Zdobył duże wotum zaufania, teraz musi się zastanowić, jak to utrzymać i przekuć w coś konkretnego. Za każdym człowiekiem w tej sytuacji stoją różni ludzie, różne elektoraty, różne grupy interesów. Ja osobiście jeszcze nie wiem, czy będę głosował. Ciekawa jest ta nasza generacja 1962-65 r.: Tomek Budzyński poszedł w chrześcijaństwo, Robert Gawliński w pop, a Kazik idzie konsekwentnie swoim torem.

Chyba nie tylko Budzyński poszedł w chrześcijaństwo... W ostatnim czasie media rozpisywały się o twojej silnej więzi z Kościołem.

- Tak, ale nie chcę już o tym rozmawiać. Jest to temat bardzo intymny i chciałbym, aby taki już pozostał.

Skoro nie chcesz rozmawiać o wierze, to może porozmawiamy o moralności? Jesteś fanem twórczości Szekspira. Pamiętam, gdy w MTV Cribs prezentowałeś pokaźną kolekcję DVD z inscenizacjami jego dzieł. Chciałem cię skonfrontować z takim cytatem dramaturga: „Nie być najgorszym, to już jest zaletą w zepsuciu tego świata”.

- Szekspir wziął to, co najlepsze z tragedii antycznej, gdzie pojawiły się najważniejsze pytania dotyczące istoty człowieczeństwa, Boga. Nie interesuje mnie człowiek jako matryca. Nie interesuje mnie człowiek kapitalistyczny, korporacyjny, socjalistyczny. Interesuje mnie po prostu człowiek. Stąd też mój dystans do ideologii. Wszyscy jesteśmy skomplikowani. Asceta przechodzi w największego zbereźnika, a świętoszek czyni największe zło. To jest wszystko płynne.

Szekspir jest mi bliski, bo umie uchwycić nasze odcienie. Ja mam 52 lata i gdy zapytasz mnie, jak żyć, to ci nie powiem, bo nie wiem. Poukładałem sobie życie, ale nie mam recepty. Szekspir nie stara się jej szukać, jest bardzo współczesny. Nawet w tych czasach. Nieważne, jak bardzo funkcjonujemy w sieci i jak mocno zmienił się sposób naszego życia - dalej mamy w sobie namiętności, złości, pragnienia, miłość. Mówią, że Szekspir i Dostojewski stali się klasykami, bo przedstawiali mroczną stronę człowieka. Nie, oni po prostu człowieka pokazywali. Nikt nie jest jednoznaczny.

Tak samo ty jesteś pełen sprzeczności. Masz opinię otwartej osoby, ale twoja mama o twych początkach scenicznych powiedziała, że myślała, że to tylko młodzieńcze hobby, bo patrzyła na ciebie jako na typ samotnika.

- Kocham ludzi, cała moja twórczość to odbicie tych wszystkich relacji. Jak można grać jakąkolwiek muzykę bez kontaktu z ludźmi? A z drugiej strony, jak pamiętam siebie z lat dzieciństwa, to idealnie się czułem w samotności. Dziś by powiedzieli, że byłem dzieckiem autystycznym (śmiech). Jestem jedynakiem, więc sam wymyślałem sobie zabawy, gdzie był podział na role, które sam odgrywałem. Moja mama ma jednak rację, bo pamięta to lepiej niż ja. Istnieje we mnie kontrast. Z jednej strony bywam odludkiem, a z drugiej muszę być wśród ludzi. Z tego samotnictwa wynikło wariactwo, które pozwoliło zrealizować moją pasję. Jestem dziwnym wykwitem atomowym w łańcuchu Staszczyków.

Płyta T.Love Płyta T.Love "Alternative" (fot. materiały promocyjne)

 

Zygmunt "Muniek" Staszczyk (ur. 1963). Współzałożyciel, lider, autor tekstów, wokalista zespołu T.Love (do 1989 r. Teenage Love Alternative). Zanim założył T.Love udzielał się w grupie Atak, przekształconej później w Opozycję. Pochodzi z Częstochowy. Absolwent polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim, pracę magisterską pisał o własnym zespole. Współtworzył różne projekty muzyczne poza swoim macierzystym zespołem, m.in. Szwagierkolaska, Paul Pavique Movement, Warsaw Bombs. Współpracował z takimi artystami jak Kazik, Maanam, Pidżama Porno, Zipera, Habakuk, Fisz. Trzy lata temu świętował na specjalnym koncercie w Częstochowie 30-lecie debiutu scenicznego. 1 października ukazało się pożegnalne wydawnictwo T.Love Alternative "19822015", a zespół ruszył w pożegnalną trasę koncertową. Ma żonę Martę i dwójkę dzieci: Jana i Marię.

Bartek Strowski. Aspirujący scenarzysta, fanatyk NBA, kolekcjoner płyt i ciężkostrawnych przyzwyczajeń. Przeprowadza wywiady na antenie "Trójki" Polskiego Radia w audycji "Soul Muzyka Duszy" Hirka Wrony. Publikuje w CGM.pl, Polskikosz.pl i Altermag.pl.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (28)
Zaloguj się
  • white_lake

    Oceniono 71 razy 47

    po prostu nie można go nie lubić

  • trudnyrynek

    Oceniono 40 razy 38

    Patrzac na zdjecie zespolu ...... widac na twarzach OCEAN WYPITEJ WODKI.......

  • kapitan.kirk

    Oceniono 48 razy 32

    Czy mogę,jeszcze nieśmiało prosić, o jakieś 20 lat na scenie? Bo inaczej nudno mi będzie okropnie ;-)
    Pozdrawiam, Panie Zygmuncie

  • jaklucz

    Oceniono 33 razy 27

    Dzięki, Muniek. Za to, ze jesteś normalnym nieegzaltowanym kolesiem. To miłe zaskoczenie, bo jakiś czas temu pomyślałem, że Ci peron zaczął odjeżdżać.

  • ja_pani_nie_przerywalem

    Oceniono 15 razy 15

    "IV LO im. Henryka Sienkiewicza w Częstochowie to elitarne liceum, do którego chodziła młodzież z inteligenckich i zamożnych rodzin."

    elitarność tego liceum polegała przede wszystkim na tym, że trudno było sie tam dostać, trzeba było być naprawdę dobrym uczniem, chyba, że ktoś był utalentowany sportowo, wtedy miał trochę łatwiej, bo były tam klasy sportowe

  • Expert 325

    Oceniono 21 razy 9

    sposób życia bo muzyki specjalnie w tym nie ma, ot, 5-6 przyzwoitych kawałków za całe życie, wiem, wiem, inni nawet tego nie potrafią

  • b0sy

    Oceniono 5 razy 3

    Zgadzam się z panami z londyńskiej wytwórni, przy "Antyidolu". Dużo lubię z T.Love'u, ale większość "pastiszy" jest dla mnie wieśniackich. Jeśli pastisz to "1996", w porządku. "Chłopaki nie płaczą" to fajny utwór, teledysk nie ma tu znaczenia. Ale "Sara" to pastisz czy wiocha? "Słoneczne powstanie / To było coś dla niej / Chłopcy w kanałach..." - pastisz czy brak wyczucia? Lubię przesłuchać płytę jak "I hate rock'n'roll" - nie kilka fajnych numerów, kilka zjebanych i utwór zjebany przez jeden głupi wers. "Ultra" czy "Słowiańskie mięso" nigdy nie będą ponadczasowe, no ale ok. "Szwagierkolaska" genialne. Słuchało się tego ponadpokoleniowo. Odnośnie tekstów do szuflady, fajna jest oryginalna wersja "She loves Dostoyewski" (w wywiadzie dla "Iskry Bożej"). Surowe teksty często są odważniejsze.

  • mordechaj.jest.najlepszy

    Oceniono 3 razy 1

    Kilka fajnych kawałków, w tym zajebiste "Wychowanie". Pierwszy raz słyszałem to jak miałem z 14 lat - nie rozumiałem wtedy, i nie rozumiem teraz, jak można nie dostrzec w tym kawałku jego prawdziwego przesłania i odczytać dosłownie ten fragment o godle i fladze.

  • nameja

    Oceniono 19 razy 1

    Spoko człowiek, szanuję, ale ciężko mi wybaczyć to fałszowanie w niektórych piosenkach.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX