Biała Podlaska to jedno z mniejszych miast Archipelagu

Biała Podlaska to jedno z mniejszych miast Archipelagu (fot. Filip Springer)

zjawisko

Byłe wojewódzkie. Jak się żyje w Polsce mniejszych miast?

Polska mniejszych miast to Polska, z której się wyjeżdża - przyzwyczailiśmy się do tej myśli. Bo przecież tam nie ma perspektyw, szans, pracy i nadziei. To prawda, ale tylko częściowa. Poznajcie projekt Miasto Archipelag, reporterską opowieść o 31 byłych stolicach województw. A przede wszystkim - o ludziach, którzy w nich żyją.

- I co byś chciał u nas zobaczyć? - pytają najczęściej podczas pierwszego spotkania. Na początku nie wiedziałem, co odpowiedzieć. W większości z tych miast nigdy nie byłem, o niektórych nic nawet nie słyszałem. Byłe wojewódzkie - tak się o nich czasem mówi. I niekiedy do tamtego pomysłu wraca - co wybory jakiś polityk rzuca przecież hasło, by przywrócić tamten podział administracyjny. Województwa zniknęły, miasta jednak zostały.

Z jednej strony Częstochowa - 230 tysięcy mieszkańców, z drugiej Sieradz - sześć razy mniejszy. Porównać się ich nie da, ale przez ponad 20 lat na mapach administracyjnych kraju zaznaczano je tym samym znaczkiem. Dziś żyją w nich prawie 3 miliony Polaków. Nikt nie mówi o ich problemach, nikt nie opowiada o radościach, smutkach i wyzwaniach Polski mniejszych miast. Media zjeżdżają do nich tylko wtedy, gdy się wydarzy jakaś rzeź. Albo jak ktoś znajdzie pod ziemią pociąg pełen złota.

Tak jak teraz. Dzwoni Mateusz. Z Wałbrzycha.

- Dam ci dziennikarza z BBC, chce zapytać o Miedziankę - krzyczy mi do słuchawki.

- Matt - przerywam mu - poczekaj. Co się tam teraz u was dzieje?

- Jest tak jak kiedyś, nadal opowiadam o tym, jakie to jest genialne i ciekawe miasto - mówi - tyle że teraz wszyscy chcą tego słuchać, a wcześniej nie chciał nikt, za to każdy się śmiał.

Wałbrzych (fot. Filip Springer)Kuracjusz Domu Zdrojowego w Szczawnie Zdroju wspina się po schodach pod czujnym okiem księżnej Daisy von Pless. Szczawno to wręcz organicznie związane z Wałbrzychem uzdrowisko, pełne urokliwych zakątków i luksusowych willi - miejsce wypoczynku i spacerów wielu wałbrzyszan (fot. Filip Springer)

Bo przez całe lata Wałbrzych to była rozpacz i biedaszyby. Nawet szacowny „The New York Times” wysyłał tam swoim dziennikarzy, żeby opowiadali o ludziach ryjących krecie korytarze w umęczonej ziemi. I to rok temu. Że się Wałbrzych zmienia, w ogólnopolskich mediach było głucho.

Albo Radom - któż z nas nie pamięta „chytrej baby”, która kilka lat temu na chwilę zawładnęła internetem. Film, na którym tłum ludzi rzuca się podczas miejskiej wigilii na wystawione na stołach napoje, obejrzała cała Polska. Kobietę, która wyrywała się po butelkę cytrynowej cieczy, obśmiały miliony ludzi w kraju. Z tym się kojarzył Radom - znowu z czymś złym. „Cały Radom” - pisali w komentarzach. Nikt nie zadał pytania, dlaczego ludzie tratują się nawzajem w walce po pączka albo kilka pomarańczy.

Dlatego teraz na pytanie, co bym chciał zobaczyć w którymś z tych miast, odpowiadam:

- To, co chcielibyście mi pokazać.

Częstochowa (fot. Filip Springer)Częstochowa to największe z byłych miast wojewódzkich - liczy sobie 230 tysięcy mieszkańców. Do dziś mówi się tu, że miasto miało dwie matki - Matkę Boską i matkę hutę (fot. Filip Springer)

Spacer

Nazywa się Paul Salopek, jest laureatem Pulitzera i wieloletnim korespondentem takich medialnych gigantów jak „National Geographic” czy wspomniany już „The New York Times”. Kilka lat temu praca nad reportażami o bieżących tematach zaczęła go męczyć. Po świecie przemieszczał się samolotami, z materiału na materiał, z kontynentu na kontynent. Postanowił zwolnić. W 2013 r. rozpoczął swoją wielką podróż. Wyruszył z Etiopii, gdzie miał swój początek cały ludzki gatunek - Homo sapiens sapiens. Tu są jego najstarsze szczątki. Stąd, śladem pierwszych ludzi, na północ, przez Bliski Wschód, Kaukaz, całą Azję, aż po Cieśninę Beringa. I dalej, na Alaskę, a stamtąd na południe - aż do Patagonii. Tam zakończy.

Salopek idzie pieszo. Swój projekt nazwał Out of Eden Walk - chce się w nim przyjrzeć kondycji ludzkości.

Spory temat - nie da się ukryć - dlatego będzie tak szedł siedem lat. Po drodze pisze bloga, wrzuca posty na Facebooka i zdjęcia na Instagram. To podczas podróży z nim amerykański fotograf John Stanmeyer wykonał zdjęcie, które stało się Fotografią Roku słynnego konkursu World Press Photo w 2014 roku. Oprócz publikacji w internecie Salopek pisze też reportaże z trasy dla „National Geographic” i felietony dla amerykańskich gazet. Jest w kontakcie z wolontariuszami, których poprosił o pomoc po drodze. Opowiadają mu swoje historie i pokazują związane z nimi miejsca. Razem wędrują przez jakiś czas, a potem się rozchodzą.

Biała Podlaska (fot. Filip Springer)Biała Podlaska to z kolei jedno z mniejszych miast Archipelagu. Tutaj jak na dłoni widać, że mniejsze polskie miasta nie tylko szybciej się wyludniają, ale - co za tym idzie - także szybciej się starzeją (fot. Filip Springer)

To, co robi Paul Salopek, ma już swoją nazwę. To slow journalism - powolne dziennikarstwo. Takie oparte na kontakcie z drugim, często przypadkowo poznanym człowiekiem. Nieśpiesznej z nim rozmowie i włóczeniu się pozornie bez celu. Dziennikarstwo, którego istotą jest droga. Salopek jako pierwszy w takiej skali zaangażował do tego nowoczesne technologie i media elektroniczne. Jego podróż można śledzić niemalże w czasie rzeczywistym - wyposażony w nadajnik GPS, aparaty, kamerę, telefon i komputer może opowiadać o swojej podróży w niemalże każdym momencie. Gdy w czerwcu tego roku Tbilisi nawiedziła nagła powódź, a z lokalnego zoo uciekły dzikie zwierzęta, Salopek był na miejscu i prowadził relację. Zwykle jednak stroni od newsowych tematów - przygląda się normalnemu, nudnemu życiu. Ono jest dla niego najciekawsze.

Droga to podstawa

Salopek nie odkrył rzecz jasna Ameryki. Podróż jest niezbędną częścią pracy reportera. Bez niej reportażu właściwie nie ma. Można całymi tygodniami ślęczeć w bibliotekach, ale potem trzeba wstać, wyruszyć w drogę i poznać żywych ludzi.

Weźmy chociażby Wolfganga Büschera, niemieckiego dziennikarza, który z powodzeniem realizował tematy dla „Süddeutsche Zeitung”, „Die Welt” czy „Die Zeit”. W ramach odskoczni od redakcyjnego tempa postanowił opisywać świat z perspektywy piechura. Efektem są książki, wydane także w Polsce, pod wielce wymownymi tytułami - „Hartland. Pieszo przez Amerykę”, „Podróż przez Niemcy” czy „Berlin - Moskwa. Podróż na piechotę”.

Albo amerykański fotograf Alec Soth. Razem z dziennikarzem Bradem Zellarem postanowił przyjrzeć się amerykańskiej prowincji - nie wielkim miastom, ale właśnie mniejszym, sennym mieścinom. Wymyślili sobie gazetę - „The LBM Dispatch” - zrobili wizytówki i czapeczki. Jeździli po Stanach i rozmawiali z ludźmi, przedstawiając się jako reporterzy nieistniejącego tytułu. Swoje obserwacje wrzucali na bloga, na końcu wydali cykl publikacji. Kilka wydrukowanych na gazetowym papierze skoroszytów z poszczególnych stanów (Kolorado, Ohio, Michigan, Georgia, Teksas), powieść ilustrowaną zdjęciami Sotha i jego świetnie przyjętą przez krytyków książkę fotograficzną „The Songbook”. Ameryka ma do takich projektów szczęście. W latach 50. w podróż po Stanach wybrał się inny fotograf - Robert Frank. Swoją książką „The Americans” nie tylko opowiedział o przełomowym momencie w historii kraju, ale też przy okazji zrewolucjonizował fotografię dokumentalną.

Legnica (fot. Filip Springer)Ważnym elementem opowieści o Archipelagu jest przeszłość - często nieopowiedziana, bo związana z tymi, którzy mieszkali w tych miastach przed 1945 rokiem - Niemcami, Żydami, Czechami. Na zdjęciu kamienna ława ustawiona w sercu Lasku Złotoryjskiego w Legnicy, który przed wojną nazywał się Laskiem Ruffera - na cześć lokalnego przedsiębiorcy włókienniczego z początków XIX wieku (fot. Filip Springer)

Można też sięgnąć po takich klasyków jak choćby John Steinbeck - w swoich „Podróżach z Charleyem. W poszukiwaniu Ameryki” pisarz starał się narysować obraz kraju, w którym był szczerze zakochany. Pięćdziesiąt lat później w podróż śladami tego pisarza wybrał się holenderski dziennikarz Geert Maak. Jego „Śladami Steinbecka” czyta się równie doskonale jak pierwowzór sprzed pół wieku.

Są i na tym polu spektakularne porażki. W początkach 2015 r. w podróż po Stanach wybrał się opiewany norweski pisarz Karl Ove Knausgard. Napisana przez niego sześciotomowa „Moja walka” okupuje listy bestsellerów na całym świecie. Niektórzy zachodzą w głowę dlaczego, ale sprzedażowy sukces pozostaje faktem. Wyprawę do Stanów zafundował Norwegowi „The New York Times”. W efekcie powstały dwa śmiertelnie nudne i długie teksty o tym, jak pisarz próbuje przejechać cały kraj, nie rozmawiając dokładnie z nikim. Pierwszy z nich ukazał się w papierowym wydaniu sobotniego magazynu. Spotkał się z takim sprzeciwem czytelników, że druga część ukazała się już tylko w internetowym serwisie gazety. Jeden z dobitniejszych komentarzy internautów brzmiał:

„Hej, Harl Ove, miałem 20 minut przesiadki na lotnisku w Oslo, napisałem o tym książkę, chcesz przeczytać?” Cały materiał ratowały tylko świetne fotografie Petera van Agtmaela.

Ale historia Knausgarda jest równie pouczająca jak zakończone sukcesem podróże Franka, Steinbecka, Maaka i reporterów „The LBM Dispatch”. Pokazuje, że podróż tylko wtedy ma sens, jeśli oznacza spotkania z innymi ludźmi.

Archipelag

Wszyscy oni i wielu innych byli inspiracją dla Miasta Archipelagu - reporterskiej podróży przez Polskę mniejszych miast: nieopowiedzianą, nieco zapomnianą, mającą swoje problemy, ale też swoje sukcesy. Od pół roku Archipelag można śledzić w sieci - na Facebooku, Instagramie i Flipboardzie. Przy projekcie pracuje kilkudziesięciu korespondentów - dziennikarzy lokalnych, miejskich aktywistów, ale też zwykłych pasjonatów, którzy chcą coś zrobić dla swoich miast. Niektórzy w nich mieszkają, inni już wyjechali, ale ich serca zostały w miejscach urodzenia. Poprosiliśmy ich, by opowiadali nam o swoim życiu, i to robią. Niektórzy wysyłają linki, inni założyli swoje blogi albo zaczęli pisać. Jeszcze inni zbierają dla nas informacje w terenie. Działają.

Sam odwiedziłem już kilkanaście z tych miast, eksperymentowałem, badałem teren.

- Wiesz co, wróciłam po 10 latach w Poznaniu do tego mojego Kalisza, wszystko mi się w życiu udało. Mam pracę, pieniądze udane życie osobiste, dużo czasu. Jest dobrze - mówi mi jedna z kaliskich korespondentek. - A mimo wszystko przez kilka miesięcy musiałam sobie tłumaczyć, że powrót do mniejszego miasta wcale nie oznacza życiowej porażki.

Takich historii jest więcej, bo Polska mniejszych miast to Polska, z której się wyjeżdża - przyzwyczailiśmy się do tej myśli. Bo przecież tam nie ma perspektyw, szans, pracy i nadziei. To prawda, ale częściowa i tylko czasami. Miasto Archipelag się wyludnia - nie ma co do tego wątpliwości. Czy tak powinno być? Czy stutysięczne miasto, takie jak Elbląg, albo osiemdziesięciotysięczne, jak Jelenia Góra, to naprawdę miejsca, w których nadzieja na godne życie ma się kojarzyć tylko z budynkiem dworca i umieszczoną w nim tablicą odjazdów? Z pewnością nie. Obietnice złożone przez polityków przy okazji reformy administracyjnej w 1998 r. nie zostały jednak spełnione. Polska miała mieć silne województwa. Okazało się, że ma silne stolice województw, i to tylko niektóre. Promesa decentralizacji została pogrzebana.

Jelenia Góra (fot. Filip Springer)Ostatni weekend września to w Jeleniej Górze tradycyjny już targ staroci, jedna z największych tego typu imprez w Polsce, na którą zjeżdżają też handlarze z Czech i Niemiec (fot. Filip Springer)

W Niemczech stolice landów wcale nie znajdują się w ich największych miastach. We Francji wiele centralnych urzędów ulokowano w miastach stu, a nawet pięćdziesięciotysięcznych. Czy ktoś sobie dziś wyobraża, że siedziba dajmy na to Głównego Urzędu Statystycznego znajduje się w Pile? Nie, to brzmi w dzisiejszej Polsce nawet dość zabawnie. A być może gdyby taki urząd tam był, podróż pociągiem czy autobusem do tego miasta nie byłaby dla wielu pasażerów takim upokorzeniem jak jest dzisiaj.

W drogę

Właśnie dlatego wyruszam w drogę. Dziś pod adresem www.miastoarchipelag.pl uruchamiamy bloga z mojej podróży przez Polskę mniejszych miast. W poniedziałek rozpoczynam wędrówkę. Na mojej trasie jest 31 byłych stolic województw. Nie idę pieszo, bo i pieszo nie podróżują do tych miast ich mieszkańcy, a to oni są w tym przedsięwzięciu najważniejsi. Będę podróżował tak jak oni - busami i autobusami, pociągami, samochodami - razem z tymi, którzy z jakichś powodów jadą w tę samą stronę co ja.

Na blogu regularnie będą się pojawiały impresje z podróży. Zaprojektował go Michał Szota, z którym pracowałem przy projekcie dokumentalnym o Służewie. Bardzo nam zależało, by blog Archipelagu był również reporterskim eksperymentem - angażującym czytelnika, w nowy sposób łączącym słowo i obraz (także ruchomy) oraz badającym nowe sposoby opowiadania o podróży w internecie. Ale to nie wszystko. Na łamach weekendowego magazynu Gazeta.pl będę pisał o ciekawej architekturze, którą zobaczyłem w tych miastach. Robiłem to zresztą już wcześniej, pisząc o kościele w Kaliszu, Starej Kopalni w Wałbrzychu czy „tej drugiej” katedrze w Częstochowie. W tym samym czasie nasi korespondenci będą pracowali nad kolejnymi opowieściami i artykułami z Archipelagu, które dostępne będą na naszym Flipboardzie oraz Facebooku.

Śledząc Facebooka projektu, na bieżąco będzie można się dowiedzieć, gdzie jestem i dokąd akurat jadę. I podpowiedzieć, na co powinienem zwrócić uwagę, będąc na miejscu. O to w tym projekcie chodzi - o interakcję z ludźmi, którzy co rano odpowiadają sobie na pytanie, dlaczego żyją w tych miastach i jak naprawdę wygląda to ich życie. Bez klisz i stereotypów, którymi część tych ośrodków obrosła. Bardzo mnie te odpowiedzi ciekawią. Postaram się zapisać je wszystkie.

 

Projekt „Miasto Archipelag - Polska mniejszych miast” jest realizowany przez Wydawnictwo Karakter. Partnerami projektu są: tygodnik „Polityka", Polskie Radio „Trójka" i Instytut Reportażu. Projekt wspierają: BlaBlaCar, Olympus, Fundacja Grand Press.

Książki Filipa Springera dostępne w promocyjnej cenie w Publio.pl


Filip Springer. Reporter, fotograf, współpracuje z "Dużym Formatem", "Polityką", "Tygodnikiem Powszechnym". Autor książek reporterskich poświęconych przestrzeni, między innymi „Zaczynu. O Zofii i Oskarze Hansenach” (Karakter) oraz „Wanny z kolumnadą. Reportaży o polskiej przestrzeni” (Czarne), „13 Pięter” (Czarne). Stypendysta Fundacji Herodot im. Ryszarda Kapuścińskiego.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (39)
Zaloguj się
  • troll_na_uslugach_petersburga

    Oceniono 281 razy 251

    To w końcu o czym jest ten artykuł? O wielkich przegranych reformy administracyjnej z 1998 roku, czy o tym jak pisać reportaże? Znowu kliknąłem w link skuszony tytułem a tu skucha.

  • fuzzy_quack

    Oceniono 199 razy 183

    Autorowi do sztambucha: czytelnik na ogol oczekuje zwiazku tresci z tytulem

  • na_pravo

    Oceniono 130 razy 124

    Nie wiem, jak inni czytelnicy, ale ja czuję, że ktoś mnie nabrał. Po tytule oczekiwałem relacji i rozmów z ludźmi, którzy mieszkają w byłych miastach wojewódzkich. A tymczasem artykuł jest promocją jakiegoś projektu i o tym, jak pisać blogi. Jakiś związek między tytułem a treścią artykułu powinien być...

  • nietuskaczka

    Oceniono 87 razy 73

    "A być może gdyby taki urząd tam był, podróż pociągiem czy autobusem do tego miasta nie byłaby dla wielu pasażerów takim upokorzeniem jak jest dzisiaj "
    @Filip Springer - autor
    Podroz do Pily autobusem czy pociagiem jest dla wielu pasazerow upokorzeniem ??? Takie stwierdzenie, to jest chyba przejaw jakiejs chorej polskiej mentalnosci,

  • Pisul Maximus

    Oceniono 71 razy 65

    Miało być o wyludnionych miastach a jest o pracy dziennikarza. Czyli rozumiem dziennikarz miał taki stereotyp ale na miejscu okazał sie fałszywy to napisał żeby wierszuwka sie zgadzała?

  • zgryz3

    Oceniono 68 razy 60

    Chłopie, to ty w końcu piszesz o salopie i o wielkim świecie czy o małych wojewódzkich miastach w Polsce? Znudziłeś mnie, cześć.

  • kkes

    Oceniono 51 razy 43

    Chytra baba to nie Radom. To POLSKA i to zarówno ta małomiasteczkowa jak i ta pseudowielkomiejska. Sami pare dni temu wstawialiście filmik, na który dwóch dziadków biegnie po ruchomych schodach po darmowe Hamburgery. Radom? Nie, to trzecie co do wielkości miasto w Polsce. "I z kogo się śmiejecie? Z siebie się śmiejecie"
    www.youtube.com/watch?v=pNIaTc5r0SM

  • Marcin Kos

    Oceniono 51 razy 37

    Od lat nie dowierzam, jak bardzo te stare kompleksy i podziały są żywe. Prowincja jest świetna! Poza tym wystarczy zestawić Opole z Bielskiem-Białą, by zobaczyć, że "województwo" niczego nie gwarantuje. A ten artykuł rzeczywiście niezgodny trochę z tytułem.

  • Oceniono 32 razy 26

    W Białej Podlaskiej wstawił jakieś zdjęcie z bazaru na AL.1000lecia, gdy już wszystkie budki zamknięte. I tekst, że się wyludnia. Ot reportażyna za dychę, za przeproszeniem.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX