Sylwia Chutnik

Sylwia Chutnik (fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)

wywiad gazeta.pl

Sylwia Chutnik: Interesują mnie okruszki pod dywanem z bazaru

Być może kiedyś napiszę balladę o apartamentowcach, ale póki co ich mieszkańcy nie wydają mi się tak interesujący jak pozornie szara Jola z Żerania, która kiedy stanie przy futrynie, to jej nie widać. Takie bohaterki chcę wprowadzać do polskiej literatury - mówi Sylwia Chutnik o swojej powieści "Jolanta".

Ja naprawdę wszystko rozumiem, ale Żerań?

- Przyglądałam się mu z oddali, kiedy mieszkałam na Bielanach. Z perspektywy lewego brzegu sterczały tam tylko kominy. Ponownie wrócił do mnie, kiedy jeździłam do mojej przyjaciółki na Tarchomin. Wtedy też poznałam takie określenie jak „Piekiełko”. Szwendanie po Żeraniu nastąpiło, jak już kończyłam pisać książkę. Chciałam, żeby historia odnosiła się do realiów na tyle, by nikt nie mógł się do niej przyczepić, ale jednocześnie nawymyślałam, ile się da. Nazywam to reportażem fikcyjnym. Odzwierciedlam rzeczywistość, ale i ją wymyślam.

Jolantę wymyśliłaś, ale blok, w którym mieszkała, istniał.

- Stał na Żeraniu w cieniu kominów, hal i chaszczy. Jako przewodniczka po Warszawie lubię wkładać bohaterów i bohaterki moich książek do istniejących miejsc. Szczególnie takich, które sama odkrywam, więc się przy okazji uczę czegoś nowego. Wiem też, że czytelnicy i czytelniczki bardzo to lubią, bo najpierw czytają, a potem jadą w opisywane miejsca i „Boże, Boże, ona tu mieszkała”.

Na powieść niewesołą Żerań nadaje się świetnie. Większości kojarzy się z niegdysiejszą Fabryką Samochodów Osobowych, dziś to mroczna kraina.

- I dodajmy, choć może urażę mieszkańców Żerania albo dewelopera planującego tam osiedle, bardzo brzydka. Samo słowo „Żerań” brzmi złowieszczo. Powiedzmy je sobie głośno: Ż-e-r-a-ń. Mocne. Do tego rosnące wkoło badyle, kanał, no i śluza. Śluza żerańska! Sorry, ale jak to brzmi?

Jak straszliwa choroba weneryczna.

- Na którą ludzie chorują, a lekarstwa brak. Na Żeraniu nie może wydarzyć się nic fajnego. To nie jest miejsce, o którym chcemy sobie pomyśleć przed snem.

Szczególnie w paskudnym czasie przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, w którym rozgrywa się akcja twojej książki.

- Nam się wtedy wydawało, że wszystko będzie wyglądało jak z katalogów z RFN. Tymczasem okazało się, że złotko lśniło, ale przykrywało potransformacyjną grozę, że pod złotkiem jest łóżko polowe z piwnicy. I te niedoróbki, i prowizorki, i komin mrugający do nas czerwoną diodą jak kaprawym okiem. Dawał nam jakieś znaki jak Jolancie, ale myśmy ich nie rozumieli. Jedno wielkie zagubienie.

Sylwia Chutnik (fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)Sylwia Chutnik (fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)

Skąd wytrzasnęłaś Jolkę?

- Trochę ze swoich pamiętników z początku lat dziewięćdziesiątych, ale od razu spieszę donieść, że nie jest to książka o mnie. To, co mnie z Jolką łączy, to koniec dzieciństwa przypadający na okres zmiany ustrojowej. Człowiek staje się dorosły i zaczyna się stykać z zupełnie innym światem, innymi problemami. Trzeba przestać być nieśmiałą dziewczynką i pójść śmiało w którąś stronę, tylko nie wiadomo w którą.

Od początku miałam pomysł na książkę o dziewczynie, która wchodzi w dorosłość i zakłada rodzinę, i której rodzice się wcześniej rozwiedli, więc ona jest przez to trochę pokręcona. Wzięłam to z poradników, zwykle katolickich. Tam wyczytałam, że dzieci rozwiedzionych rodziców to Sodoma i Gomora. Czego tam nie ma: rzeżączka, dżuma i zbrodnia. Poradniki mówiły jasno, że jak ci się rodzice rozwiodą, najlepiej od razu połóż się do trumny, bo jeśli tego nie zrobisz, to do trumny położysz kogoś innego - w końcu przestępczość wśród dzieci z tak zwanych rozbitych rodzin jest zatrważająca. Pomyślałam sobie: „Jolka, co ty zrobisz, jak już na starcie jest tak niewesoło?”. A nie chciałam, by była taka jak bohaterki z moich „Cwaniar”.

Czyli że nie „hej do przodu”?

- Nie, żadne tam dziewczyny maliny, które szły przez życie ciosem, były wyraziste i nie bały się niczego. Jolanta taka nie jest. Sama nie wie, czego chce. Właściwie przemazuje się po kartkach książki i ma ochotę poszarpać litery, z których układam jej los. Ale nie bardzo może, bo to lata dziewięćdziesiąte. Nie ma kołczów i terapii, nie ma jak ułożyć sobie w serduszku ze specjalistą tego, że tatuś ją zostawił. Sama z tym została.

Jolka wydaje się średnio fascynująca, ale na tyle ciekawa, by czytelnicy i czytelniczki zastanawiali się jednak, jak potoczy się jej życie. Chciałam dać jej prawo do bycia pozornie nieinteresującą postacią literacką, która w gruncie rzeczy jest bardzo interesująca. Nie chciałam książki do współczucia, ale do wzruszenia.

Ja za bardzo się nie wzruszyłem. Miałem raczej poczucie, że ona ma przerąbane. Ojciec odchodzi, matka umiera, brat podstawia nogi i jeszcze ten Żerań. Dowalasz jej jak możesz. Znikąd pomocy.

- Bo ty widzisz szklankę do połowy pustą, a przecież Jolka jest bohaterką z polskiej piosenki. Nie z San Remo, o nie, żadne zagranice, ale z rzewnego Opola. Bardzo przepraszamy, taki los. Alternatywna muzyka daje nam mnóstwo takich postaci, że tylko się pociąć. O nich są przecież podwórkowe ballady. Kiedy jest już tak źle, że gorzej być nie może, to im jeszcze dokręcamy. Lubimy takie historie, chcemy je sobie nucić przy goleniu tego i owego. Ale też Jolanta próbuje się jakoś ogarnąć, wziąć to na klatę.

Ale czy to ma sens? Przecież dzieci rozwiedzionych rodziców, o czym donoszą wspomniane przez ciebie poradniki, skazane są na marny los tak czy siak i robią tylko minę do złej gry. „Dzieci rozwiedzionych rodziców uśmiechają się za bardzo”.

- Wszystkie cytaty o dzieciach rozwodników, które umieszczam w książce, są oczywiście wykpiwaniem tychże mądrości, ale Jolka rzeczywiście zaczyna je powielać. Kiedy ją opuścił ojciec i została z matką, uznała, że teraz już zawsze będzie porzucana i już nigdy nie zaufa ludziom. To jej mechanizm obronny, asekuracja przed powtórką z rozrywki, przed porzuceniem.

Przecież Andrzej, jej mąż, powtarza nieustająco, że kocha i nie zostawi.

- Ale Jolka w to nie wierzy. Strach przed porzuceniem jest silniejszy.

Niewesoło.

- Nie, ale też powiedzmy, że mimo tej ogólnej rozpaczy jest w książce całkiem sporo zabawnych elementów.

Jak w każdej twojej książce. Z jednej strony „olaboga”, a z drugiej śmichy-chichy.

- Bardzo się cieszę, że to zauważasz.

Ależ bardzo cię proszę.

- Bo groza grozą, ale w końcu te znoje trzeba jakoś pokonać, trzeba jakoś przerwać ten ciąg. Ile można jechać na tym, że tatuś mnie zostawił? Joli pomagają też dobre duchy tamtych czasów, czyli Kulfon i Monika oraz Pankracy, który się nią zaopiekował. Czy my nie za dużo zdradzamy?

(fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)(fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)

Gwoli sprawiedliwości oddajesz też głos mężczyznom, w tym ojcu Jolanty, który opowiada historię ze swojej perspektywy. To szansa na wytłumaczenie się?

- Dokładnie tak, bo bardzo nie chciałam, żeby to była opowieść o kobietach skrzywdzonych przez mężczyzn. Jolanta w dużej mierze krzywdzi sama siebie. I ja w tej całej rozpaczy i krzyku wyławiam głosy niczym Elżbieta Jaworowicz w „Sprawie dla reportera” i pytam: - Dobrze, może pan powiedzieć, co tu się naprawdę wydarzyło?

Wspomniałaś o Pankracym, Monice i Kulfonie, jest też napój w woreczku ze słomką, kaseciaki, trzepak i granie w gumę, które przypomniały mi moje cudowne dzieciństwo końca lat osiemdziesiątych i początku dziewięćdziesiątych. Łza wzruszenia w oku się zakręciła.

- I jak tak miałam, przyznaję. Pisanie o tym było czystą przyjemnością. Nie mogłam się powstrzymać i nawet w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy nie przesadzam. Ale potem pomyślałam, że szczególnie nasze pokolenie trzydziestoparolatków nadal chce o tym czytać. Do dzisiaj pamiętam specyficzny zapach warzywniaka z czekoladą z okienkiem i gumą mambą. To trudno nawet opisać, po prostu wchodzisz, czujesz i już masz dzieciństwo przed oczami. Słyszysz, jak przeszłość woła: „Juhu! Jestem!”. Przyznaję się więc, że powrotem do tych czasów chciałam też sobie zrobić dobrze. A co, niech i ja coś mam z pisania tych smutnych historii, niech i ja się ucieszę.

To musiała być Warszawa?

- Nie, ale po co nie-Warszawa? Nie ma co wymyślać, skoro Warszawa dostarcza materiału na tyle powieści. Złapałam się już nawet na tym, że kiedy jadę tramwajem, to nie chcę słyszeć, co ludzie gadają. A gadają gotowe sceny do prozy. Można oszaleć. I ja wtedy sobie mówię: Nie, nie, proszę mi tego nie opowiadać, ale nadstawiam oczywiście ucha i już ja was wszystkich opiszę w moich książczynach!

Niedawno poszłam do zegarmistrza i zanim zegarek został nareperowany, dowiedziałam się, że pan zegarmistrz był najmłodszym uczestnikiem powstania warszawskiego. A ja oczywiście siedzę i słucham.

Jolanta, podobnie jak poprzednie bohaterki twoich książek, jest warszawskim dziewczyńskiem. Tak je nazywam. Nie pije kawki w modnych kawiarenkach, tylko siedzi w domu z widokiem na komin. Prawdziwe życie.

- Nie chcę robić antagonizmu między apartamentowcem a kamienicą bez kibla, ale świat kawiarenek czy - mówiąc bardziej współcześnie - hipsterów zostanie opisany nie raz i nie dwa. Mnie interesują okruszki pod dywanem z bazaru. Być może kiedyś napiszę balladę o apartamentowcach, ale póki co ich mieszkańcy nie wydają mi się tak interesujący jak pozornie szara Jola z Żerania, która kiedy stanie przy futrynie, to jej nie widać. To jest dla mnie literackie wyzwanie, takie bohaterki chcę wprowadzać do polskiej literatury.

Mówisz o balladzie o apartamentowcach. Ballada, warszawska ballada kojarzy mi się bardzo z twoim pisaniem. I tematyka podobna, i język.

- Mnie się twoje skojarzenie podoba, bo chcę wywoływać podobne reakcje moimi książkami. Najpierw musi być: „Ojej, naprawdę? Jezu!” i wzruszenie, szloch. A potem musi być śmiech. Tak ludyczne.

Ciekawe, co dzisiaj robi Jolanta?

- Jej blok został zburzony, więc musiała się na pewno wyprowadzić. Nie wiadomo, gdzie mieszka i czy nadal jest z Andrzejem. Może ma profil na Feju, może skomentuje ten wywiad. Najbardziej bym chciała, żeby się w końcu ogarnęła, wzięła sprawy w swoje ręce i ruszyła do przodu. Czego życzę nie tylko Jolce, ale wszystkim współczesnym dziewczynom.

(fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)(fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)

Masz pomysł na kolejną książkę?

- Oczywiście. I muszę ją, nie wiadomo dlaczego, jak najszybciej napisać. Nieustannie pędzę, bo mam poczucie, że trzeba powymyślać ile się da, trzeba nachapać się życia.

Dużo piszesz.

- Oprócz książek piszę regularnie felietony do prasy, teksty do prac zbiorowych, prowadzę działalność naukową i społeczną, program o książkach. Większość tej roboty jest w literach. Jestem twórczynią i tworzywem, z tyłu, z boku i z podskoku. Ale to mnie nakręca i daje pomysły na kolejne postaci.

O czym będzie nowa książka?

- Przymierzam się do powieści o cinkciarzu. Uwielbiam słowo „cinkciarz”. To będzie warszawski Almodóvar pod kantorem. Taki jest plan na przyszły rok.

Tymczasem jeszcze w tym roku będzie kolejna teatralna premiera twojej prozy. „Kieszonkowy atlas kobiet” reżyserował parę lat temu w Teatrze Powszechnym w Warszawie Waldemar Śmigasiewicz. „Dzidzię” w spektaklu „III Furie” w Teatrze im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy zrobił Marcin Liber. A teraz za „Cwaniary” bierze się w stołecznym Teatrze Studio Agnieszka Glińska.

- Bardzo się z tego cieszę, bo Agnieszka jest świetna, więc oddaję „Cwaniary” w dobre ręce. Lubię oglądać swoje bohaterki na scenie, to jest dla mnie zawsze wielka niespodzianka, bo nie pamiętam zwykle, co napisałam, i jestem nieustannie zaskoczona.

Wiesz, że nie ma nic gorszego dla reżysera niż żyjąca autorka.

- Wiem, dlatego nie przychodzę na próby, nie uczestniczę w powstawaniu tych spektakli. Wyobrażam sobie, że siedząca na widowni jak grzyb na ścianie autorka, która w dodatku się nie zna na teatrze, ale ma nieustannie coś do powiedzenia, musi być koszmarem. Ja daję po prostu swoje książki na pożarcie i trzymam kciuki za sukces. Potem ładnie się ubieram, idę na premierę i biję brawo. Chyba dobrze, nie?

Sylwia Chutnik, Sylwia Chutnik, "Jolanta" (fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta / materiały promocyjne)

Inne książki Sylwii Chutnik są dostępne w publio.pl

 

Sylwia Chutnik. Pisarka, feministka, działaczka społeczna, przewodniczka miejska po Warszawie. Skończyła kulturoznawstwo i gender studies na Uniwersytecie Warszawskim. Jest szefową Fundacji MaMa i członkinią Porozumienia Kobiet 8 Marca. Zadebiutowała w 2008 roku „Kieszonkowym atlasem kobiet”, za który otrzymała Paszport „Polityki”. Jej kolejne książki to: „Dzidzia”, „Warszawa kobiet”, „Mama ma zawsze rację”, Cwaniary” i „W krainie czarów”. Była trzykrotnie nominowana do Literackiej Nagrody „Nike". Jest felietonistką „Stołecznej Gazety Wyborczej” i współprowadzącą program „Cappuccino z książką” w TVP Kultura. Właśnie ukazała się jej najnowsza powieść pod tytułem „Jolanta”.

Mike Urbaniak. Dziennikarz kulturalny, stały współpracownik „Wysokich Obcasów” i weekendowego magazynu Gazeta.pl. Prowadzi blog panodkultury.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (28)
Zaloguj się
  • e50504

    Oceniono 91 razy 33

    Znajomi królika gadają ze sobą i potem publikują to na Wybiórczej, nieźle. Wydawałoby się, że jest to kolejna próba tworzenia rzeczywistości na Czerskiej, z pogawędki o niczym zrobili wywiad "dziennikarza z pisarką", z tematami ważnymi i kontrowersyjnymi, zestaw klasyczny - beznadziejna literatura, gender, girl-power, warszawa, zmiany ustrojowe. Już by człowiek chciał ziewnąć i kliknąć ten krzyżyk po lewej a tu proszę - przełom, proszę państwa, przełom! Otóż hipsterka Chutnik nie lubi hipsterów, nudzą ją. To nie wytatuowana baba z fioletowymi włosami jest dla pani Chutnik wzorem, tylko zwykła pani Jola z bazaru i to o niej teraz będzie następna książka.

    Jezu, jaka to jest żenada. Dzięki Bogu nie jestem dziennikarzem Trybuny Ludu ani hipster-celebrytą :D

  • paawelass2

    Oceniono 90 razy 30

    Pisarka marna... ale komentarze o urodzie czy też poglądach p. Chutnik - jeszcze marniejsze.

  • carolina_reaper

    Oceniono 62 razy 20

    O co tu wlasciwie chodzi? O czym jest ta ksiazka bo nie bardzo rozumiem co pani Chutnik chce przekazac? To wszystko jest strasznie nieciekawe.

  • rabingoldblatt

    Oceniono 38 razy 14

    Spróbuj zrobić z koziej dupy trąbę albo z Chutnik sensowną pisarkę....

    Polegniesz na obu frotach,

  • Rafał Krupa

    Oceniono 24 razy 14

    dla hipstera żerań jest nudny i straszny bo nie ma tam lumpexów i knajp z fritz colą.

  • morganawiedzma

    Oceniono 27 razy 13

    Sylwia Chutnik bardzo ciekawie pisze, bardzo intensywnie działa i nie rozumiem, dlaczego każdy z komentujących ma potrzebę wbić jej jakąś szpilę. Naród nieczytający, ale jak trzeba kogoś zgnoić, to każdy czytał i wie, że słabe.

  • khuene.baere

    Oceniono 31 razy 11

    Odpie...c się od zerania a już napewno od piekielka niektórzy ludzie się tu urodzili wychowali mają sentyment i zawsze będą lojalni wobec siebie, moglibyście się wiele od nich nauczyć pożal się Boże warszawiacy od 2 sezonow

  • thea19

    Oceniono 33 razy 11

    tak to jest, jak za pisanie o Warszawie biora sie lemingi. FSO nie jest i nigdy nie bylo na Zeraniu ani na zadnej czesci Bialoleki a na Pradze Pn. Zeran przemyslowy to Zeran Wschodni. Ponieważ Zeran z lat 80tych ledwo pamietam (dzieckiem bylam), to zlych skojarzen nie mam, pamietam, ze moj dziadek w Falbecie pracowal.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX