Gdy ktoś chciał sforsować mur berliński, rozkaz był jeden - strzelać

Gdy ktoś chciał sforsować mur berliński, rozkaz był jeden - strzelać (fot. Superikonoskop / Wikimedia Commons / CC BY-SA 3.0)

Gdy ktoś chciał go sforsować, rozkaz był jeden - strzelać. Tunele pod murem berlińskim stały się jedyną drogą do wolności

Trudno zaprzeczyć, że tunel działa na wyobraźnię jak żadna inna droga ucieczki. To negatyw muru, jego podziemne odbicie. Tam, gdzie wyrasta mur, pojawiają się tunele. Na granicy USA i Meksyku przemyca się nimi narkotyki, między Izraelem a Strefą Gazy - broń i wszelkie produkty codziennego użytku. W Berlinie stały się drogą do wolności. Historie ludzi z miasta, które jednej nocy podzielono na pół, zebrano w książce ?Mur. 12 kawałków o Berlinie?. Publikujemy jedną z nich.

Fluchthelfer*

Bibi nerwowo rzucił okiem na zegarek. Spojrzeli po sobie znacząco. - Co się mogło do cholery stać, że nie wraca? Od kiedy Harry wyszedł z tunelu i poczołgał się ogrodem w stronę wejścia do willi, gdzie w piwnicy siedzieli ludzie, czekając na sygnał do ucieczki, minęło już z piętnaście minut. A przecież to zaledwie parę metrów. Co mogło mu zająć tyle czasu? Nagle usłyszeli kroki, a potem donośny głos Harry'ego: - Chłopaki, mamy tu chorego, potrzebuję pomocy!

Boris wykonał ruch w stronę wyjścia z tunelu, okrągłego otworu, który prowadził trzy metry pionowo w górę, gdy nagle gwałtownie powstrzymała go ręka Eduarda. Czterech kopaczy wymieniło spojrzenia i w panice zaczęło się czołgać tunelem z powrotem na zachodnią stronę. Zaraz wrzucą granaty, które spalą nam płuca i błony śluzowe, myślał Boris, a serce waliło mu jak oszalałe. Bezgłośnie modlił się o cud, choć nie bardzo wierzył w jego nadejście. Był 14 listopada 1962 roku.

Pierwszy

Ta historia zaczyna się właściwie wcześniej i sprowadza do pytania, kto wybudował pierwszy tunel pod murem berlińskim. Pytania, na które nikt nie potrafi mi jednoznacznie odpowiedzieć. - Pierwszy wpadł na ten pomysł mój brat Eduard - mówi z przekonaniem Boris Franzke i przeciąga ręką po gładkiej, łysej głowie. Ma siedemdziesiąt pięć lat, jest drobny i mocno opalony, a jego żylasta sylwetka zachowała sprężystość typową dla ludzi, którzy całe życie przepracowali fizycznie.

Pozostałości muru berlińskiego (fot. Alberto Loyo / Shutterstock.com)Pozostałości muru berlińskiego (fot. Alberto Loyo / Shutterstock.com)

W ciasnym mieszkaniu w niskim bloczku w dzielnicy Mariendorf na południowym krańcu Berlina panuje chłód, bo Boris co chwilę otwiera drzwi na balkon i wydmuchuje papierosowy dym. Na ścianach zdjęcia z córką i wnukami, wspólny portret z braćmi - czarno-białe zdjęcie trzech młodych chłopaków w zawadiackich pozach. Boris to ten najprzystojniejszy, z gęstą jeszcze czupryną i uśmiechem Marlona Brando na mięsistych wargach. Dziewczęta musiały za nim szaleć. Pod nogami kręci się nam suka rasy amstaf, wbrew groźnemu pyskowi wcielenie łagodności. - Eduard był dwa lata starszy, ale byliśmy blisko jak bliźniacy. Razem terminowali na malarzy pokojowych. O tamtym życiu tuż sprzed muru Boris opowiada tak: - Tworzyliśmy dużą i bardzo zżytą rodzinę, miałem siedmioro starszego rodzeństwa, a Berlin był wtedy jednym miastem. Z naszego punktu widzenia nie myślało się o strefie francuskiej, amerykańskiej, brytyjskiej i sowieckiej, tylko o Berlinie Wschodnim i Zachodnim. Zresztą przed wyrośnięciem muru nikt się nad tym tak naprawdę nie zastanawiał. Z Eduardem mieszkaliśmy w Berlinie Zachodnim, a moja mama, dwójka rodzeństwa, wszyscy przyjaciele, moja narzeczona - w Berlinie Wschodnim. Można było chodzić między nimi jak dziś. I nikt z nas się nie spodziewał, że stanie mur.

Ale stanął. - Po jego wschodniej stronie znalazła się też Ruth, żona Eduarda, oraz Mike i Gina, jego dzieciaki w wieku trzech i pięciu lat. Wyobraża sobie pani młodego ojca, który nagle z dnia na dzień zostaje rozdzielony z rodziną? - mówi Boris. - Więc chociaż powiedziałem mu: „Chyba na głowę upadłeś, przecież tam są rury, kable, nie można tak po prostu zacząć kopać”, on był zdecydowany. W grudniu 1961 roku Eduard przedostał się na Wschód i z dwoma kolegami zaczął kopać w dzielnicy Pankow. Trwało to parę dni, może z tydzień, potem jeden z kumpli opowiedział o tunelu komuś, kto był informatorem Stasi. Wpadli. Eduard szczęśliwie uniknął aresztowania, ukrywał się, a potem przez perony na dworcu Friedrichstraße, gdzie Wschód nieopatrznie stykał się z Zachodem, wrócił na lepszą stronę. A bracia Franzke nauczyli się dwóch rzeczy: że lepiej kopać z Zachodu i że na Wschodzie każdy może być współpracownikiem służb.

Na pół

Ale żeby zobaczyć, od czego się zaczęło, powinniśmy w zasadzie cofnąć się w czasie jeszcze o cztery miesiące. Kiedy stanął mur, jednej nocy zmieniło się wszystko. Miasto przecięto na pół. Podzielono ulice, linie tramwajowe i metro, skwery i place. Podzielono rodziny, kolegów szkolnych i współpracowników. Wcześniej między strefami sowiecką i aliancką można się było poruszać, mieszkać w jednej, a pracować albo uczyć się w drugiej.

O pierwszej w nocy z 12 na 13 sierpnia 1961 roku, w ścisłej tajemnicy i z doskonałym przygotowaniem, granice miasta zostały zamknięte. Na początku rozwinięto drut kolczasty, następnego dnia element po elemencie zaczęła się budowa muru. Zdarzało się, że lewa strona ulicy była zachodnia, a prawa wschodnia, jak na Bernauer Straße. W budynkach po wschodniej stronie władze zamknęły drzwi i zamurowały zachodnie okna, bo ludzie skakali z nich na stronę wolności. Także ci, którzy mieszkali na wyższych piętrach, jak Ida Siekmann, owdowiała pielęgniarka, której jedyna rodzina, czyli siostra, znalazła się po stronie zachodniej, i która skoczyła z trzeciego piętra dzień przed swoimi pięćdziesiątymi dziewiątymi urodzinami. Była to pierwsza śmiertelna ofiara muru berlińskiego (zachodni strażacy, którzy uratowali wielu „skoczków”, nie zdążyli dla niej rozłożyć brezentu). Z czasem mieszkańców granicznych kamienic przesiedlono. Niektóre domy zburzono, a ściany frontowe innych stały się częścią muru.

Berlin, 2012 rok (fot. A. Aleksandravicius / Shutterstock.com)Berlin, 2012 rok (fot. A. Aleksandravicius / Shutterstock.com)

Gdziekolwiek idziesz, zawsze na niego trafiasz. Szaleństwo. Z czasem mur jest coraz szczelniejszy i nic poza ptakami nie może się przez niego przedostać. Jeśli ktoś chce go sforsować, rozkaz jest jeden - strzelać. Co parę dni zdarzają się incydenty - ktoś ucieka, komuś się udało, ktoś zginął (szacunki mówią, że podczas prób pokonania muru życie straciło w sumie dziewięćdziesiąt osiem osób, ostatnia w marcu 1989 roku).

Okulary i blond

Ale tych, którzy próbują, nie brakuje. Wielu decyduje się na inną drogę niż ta, którą dla swoich bliskich wybrali bracia Franzke. Bo też po latach statystyki powiedzą nam, że tunelami (do dziś odkryto ich siedemdziesiąt pięć, z czego dziewiętnaście wykorzystano z powodzeniem) uciekło stosunkowo mało osób, zaledwie trzysta. Mniej więcej tyle samo ludzi je budowało. Dla porównania: fałszywe (czyjeś, a potem podrabiane) dokumenty pomogły opuścić NRD dziesięciu tysiącom osób. Z cudzymi papierami uciekają na przykład w 1961 roku Achim Neumann i Hasso Herschel. Szwajcarskie paszporty dostarczyli im studenci z grupy Girmanna z Wolnego Uniwersytetu w Berlinie Zachodnim („girmannowcy” byli jedną z najbardziej znanych organizacji pomagających w ucieczkach ze Wschodu).

Pozostałości muru (fot. Carsten Medom Madsen / Shutterstock.com)Pozostałości muru (fot. Carsten Medom Madsen / Shutterstock.com)

Są tak podobni do właścicieli dokumentów, że Achim musi tylko przefarbować włosy na blond, a Hasso znaleźć odpowiednie oprawki do okularów (co w Berlinie Wschodnim, gdzie brakuje wielu towarów, wcale nie jest łatwe). Zanim przekroczą granicę, jeden na dworcu kolejowym Friedrichstraße, a drugi na przejściu Checkpoint Charlie, zażarcie dyskutują z przyjaciółmi, co robić. Angażować się w system czy trzymać na uboczu, zostać czy uciekać? Bo państwo, w którym żyją, czyli Niemiecka Republika Demokratyczna, stawia przed nimi coraz to nowe wyzwania. Na przykład tym, którzy - jak Hasso - studiują kierunki techniczne, każe chodzić po dachach i przestawiać anteny telewizyjne i radiowe, tak by nie odbierały sygnału z Zachodu. Tych zaś, których znajomi po wybudowaniu muru zbiegli na Zachód, zmusza, by odwiedzali ich rodziców i mówili, że ich dzieci to zdrajcy socjalistycznej ojczyzny. Albo - jak od Achima - żąda podpisania zobowiązania, że w obronie państwa gotowi są strzelać do współobywateli.

Obaj podejmują decyzję o ucieczce i obaj na Zachód zabierają obietnicę złożoną bliskim i przyjaciołom, że gdy tam dotrą, pomogą się wydostać również im. Kłopot w tym, że wkrótce użycie cudzych dokumentów przestaje być możliwe, bo NRD wprowadza na granicy listy osób wjeżdżających, na których skrupulatnie odnotowuje się też opuszczenie przez nie wschodniej części miasta. Z tego powodu Achim i Hasso spotkają się przy budowie Tunelu 29, jednego z najsłynniejszych do dziś, który swoją nazwę weźmie od liczby uciekinierów. Będzie miał sto czterdzieści metrów i gdy otworzą go we wrześniu 1962 roku, będzie najdłuższym z dotychczas powstałych. Przez pięć miesięcy kopać go będzie ponad dwudziestu młodych mężczyzn, na trzy zmiany po osiem godzin każda. Achim będzie też później zaangażowany w kopanie równie słynnego Tunelu 57, którym ucieknie między innymi jego dziewczyna Christa.

Upadek muru berlińskiego, listopad 1989 (fot. Raphaël Thiémard / bit.ly/1Wi9Pp3 / CC BY 2.0 / fot. Daniel Antal / bit.ly/1JpiKMf / CC BY 2.0)Upadek muru berlińskiego, listopad 1989 (fot. Raphaël Thiémard / bit.ly/1Wi9Pp3 / CC BY 2.0 / fot. Daniel Antal / bit.ly/1JpiKMf / CC BY 2.0)

Dziś ich opowieści o tamtych budowach brzmią jak z filmu sensacyjnego. Bo trudno zaprzeczyć, że tunel działa na wyobraźnię jak żadna inna droga ucieczki. To negatyw muru, jego podziemne odbicie. Tam, gdzie wyrasta mur, pojawiają się tunele. Na granicy USA i Meksyku przemyca się nimi narkotyki, między Izraelem a Strefą Gazy - broń i wszelkie produkty codziennego użytku. W Berlinie stały się drogą do wolności.

Dziura w torach

- Gdy Eduard wrócił na Zachód, jeździliśmy wzdłuż muru i zastanawialiśmy się nad najlepszym miejscem do budowy tunelu - Boris sięga po papierosa i zapalniczkę. - Chodziło o to, żeby było widać drugą stronę, no i o dobrą glebę. Gdyby ktoś mnie zapytał wtedy, jaka jest ziemia na Weddingu, a jaka na Prenzlauer Bergu, odpowiedziałbym precyzyjnie jak ogrodnik. Chodziliśmy i sprawdzaliśmy to łopatkami. Do budowy najlepsza jest glina, bo w niej tunel z półokrągłym sklepieniem sam trzyma swój ciężar. W ziemi z dużą ilością piasku trzeba budować, jak w kopalniach, podtrzymujące sklepienia z belek. Piasek nabiera bardzo dużo wody, staje się ciężki i siada.

Co jeszcze jest ważne? Poziom wód gruntowych - im niższy, tym lepszy (Berlin ma dość wysoki) - oraz wystarczająco dużo przestrzeni do składowania wykopanej ziemi. Znaczenie ma też, jacy berlińczycy zachodni mają dostęp do tego miejsca i czy mogą coś zauważyć.

W końcu wybrali. Po raz drugi Eduard Franzke wbija łopatę w ziemię w styczniu 1962 roku. Tym razem Boris kopie ramię w ramię z bratem. Pomagają im też studenci Wolnego Uniwersytetu. Startują pod łukiem S-Bahnu na Wollankstraße. Łuk znajduje się po zachodniej stronie, stacja Wollankstraße po wschodniej, a oni chcą się przekopać pod torami. Przestrzeń w łuku zamykana jest metalową bramą, wewnątrz tworzy się pomieszczenie. Wchodzą tam po ciemku przez niewielkie drzwi w bramie i zamykają się od środka. - To był najwyższy tunel, jaki wybudowaliśmy, cały z szalunkiem z drewna, bo tam była piaszczysta ziemia - opowiada Boris. - Ale zrobiliśmy jeden błąd. Żeby zaoszczędzić na deskach, nie stawialiśmy umocnień do samej góry, tylko zostawialiśmy przestrzeń dziesięciu-dwudziestu centymetrów. Pod wpływem drgań ziemi od przejeżdżających pociągów piasek się osuwał. Któregoś dnia wartownik na stacji S-Bahn zobaczył, że pod torami zrobiło się wgłębienie, i zawiadomił milicję. Ze stu planowanych metrów zdążyliśmy wybudować osiemnaście.

Niekiedy obecność blizny można poznać po tym, że w jej pobliżu robi się luźniej. Idzie się przez miasto między ciasno ustawionymi budynkami i nagle otwiera się przestrzeń. Architektura nieco się wycofuje, pojawiają się puste place zarośnięte zielskiem albo ogródki działkowe. Wtedy trzeba rozejrzeć się dokładnie, bo bardzo prawdopodobne, że jesteśmy w pobliżu blizny (fot. Filip Springer / Niekiedy obecność blizny można poznać po tym, że w jej pobliżu robi się luźniej. Idzie się przez miasto między ciasno ustawionymi budynkami i nagle otwiera się przestrzeń. Architektura nieco się wycofuje, pojawiają się puste place zarośnięte zielskiem albo ogródki działkowe. Wtedy trzeba rozejrzeć się dokładnie, bo bardzo prawdopodobne, że jesteśmy w pobliżu blizny (fot. Filip Springer / "Mur. 12 kawałków o Berlinie")

* Fragment pochodzi z książki „Mur. 12 kawałków o Berlinie”, która będzie miała swoją premierę 2 października. Książka powstała dzięki wsparciu Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej. Projekt zrealizowany przez Stowarzyszenie Reporterów Rekolektyw we współpracy z Netzwerk für Osteuropa-Berichterstattung.

„Mur. 12 kawałków o Berlinie” (fot. materiały promocyjne / wyd. Czarne)„Mur. 12 kawałków o Berlinie” (fot. materiały promocyjne / wyd. Czarne)

Agnieszka Wójcińska (ur. 1976 w Warszawie). Absolwentka Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego i Polskiej Szkoły Reportażu. Reporterka, współpracuje między innymi z „Dużym Formatem” i „Wysokimi Obcasami”, magazynami „Gazety Wyborczej”, „Polityką”, kwartalnikiem „Dialog-Pheniben” i „Kontynentami”. Jej reportaże ukazały się w kilku antologiach. Autorka książki „Reporterzy bez fikcji. Rozmowy z polskimi Reporterami”. Stypendystka Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Jej kolejne książka „Perspektywa mrówki. Rozmowy z reporterami świata” ukaże się 25 listopada 2015 nakładem Wydawnictwa Czarne.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także