Tani Armiani, czyli moda z perspektywy tych, których blichtr niewiele obchodzi

Tani Armiani, czyli moda z perspektywy tych, których blichtr niewiele obchodzi (fot. Katarzyna Ciołek)

moda

Tani Armani. Wielka moda z perspektywy Kolna

Gdyby wierzyć niektórym mediom, można by uznać, że wszyscy ubieramy się u projektantów, a wyjściowe kreacje za grube tysiące to właściwie nasza codzienność. Antropologowie z UW sprawdzili, jak ten przekaz wpływa na rzeczywistość w małym mieście. Pokazali modę z perspektywy tych, których blichtr niewiele obchodzi.

Dr Piotr Cichocki i Katarzyna Ciołek z Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Warszawskiego w ramach projektu badawczego „Kultura oddolna” sprawdzili, jak kreowany przez media obraz ma się do codzienności 10-tysięcznego Kolna. „Tani Armani. Sklepy z używaną odzieżą jako przestrzeń pośrednicząca między lokalnością a medialnym światem mody” to intrygujący raport z obrzeży świata mody.

Jak to się stało, że moda znalazła się w waszym badaniu?

Piotr Cichocki: W projekcie „Kultura oddolna” chodzi o to, żeby przebadać, w jaki sposób różne lokalne społeczności przekładają treści globalne, czyli na przykład to, co słyszą w mediach, na swoją codzienność. Uznaliśmy, że moda jest istotnym tematem, bo ubrania mówią wiele o ludzkich tożsamościach - poprzez dobór stroju możemy być różnymi osobami. To robi się jeszcze ciekawsze, gdy nosimy ubrania, które w trakcie swojej kulturowej biografii przebyły już drogę dookoła świata. Coś, co jest nam w jakimś sensie najbliższe - bo przecież z całej materialnej kultury ubrania są nam najbliższe - pochodzi nie wiadomo skąd. Chcieliśmy sprawdzić, jak użytkownicy tych ciuchów radzą sobie z wpływami medialnymi i jednocześnie zachowaniem własnej tożsamości.

A radzą sobie?

Katarzyna Ciołek: Panie, z którymi rozmawiałam, wiedzą, że to, co o modzie słyszą w mediach, nie jest ich udziałem. Ale ta, z której korzystają, pozwala im odetchnąć od codzienności, jest sposobem na nudę. Cieszą się, że w cenie jednej kurtki z sieciówki mogą mieć pół szafy ciuchów. Nawet nazwy sklepów - Tani Armani, lumpex, szmatex - świadczą o ironicznym podejściu ich właścicielek i użytkowniczek do sytuacji.

To jest ironia czy aspiracja?

K.C.: - Ironia. One wiedzą, że w sklepach, w których kupują ubrania, nie ma wielkiej mody, ale nie mają z tego powodu kompleksów. Wielka moda dociera do Kolna medialnie. Młodzi ludzie dzięki internetowi są w tym samym momencie, co ich rówieśnicy w europejskich stolicach - mogą na bieżąco śledzić pokazy mody, obserwować blogerki. I oni w miejscowych lumpeksach szukają raczej awangardowych rzeczy, dodatków. Większość jednak - a ta interesowała nas w Kolnie - nic sobie nie robi ze światowych trendów, choć - co istotne - chce dobrze wyglądać, ubrania są dla niej ważne.

W Kolnie nie ma wielkiej mody, ale nie ma też z tego powodu kompleksów (fot. Katarzyna Ciołek)W Kolnie nie ma wielkiej mody, ale nie ma też z tego powodu kompleksów (fot. Katarzyna Ciołek)

Dlaczego badaliście akurat Kolno?

P.C.: - Mieszkańcy tego miasta przywiązują dużą wagę do historycznej i politycznej świadomości. Nie jest im wszystko jedno, jeśli chodzi o pojmowanie ich roli w świecie. To nieduża miejscowość, 10 tysięcy mieszkańców. Ciekawa, bo leży na pograniczu. Dziś jest to granica województw podlaskiego i warmińsko-mazurskiego, dawniej była to granica zaborów rosyjskiego i niemieckiego. To uwarunkowania historyczne. A są jeszcze etnograficzne. Tam przebiegała granica pomiędzy drobną szlachtą wschodniego Mazowsza a Kurpiami, którzy mają bardzo silną świadomość regionalną. To sąsiedztwo w przeszłości tworzyło podłoże do konfliktu i nadal ten konflikt jest gdzieś w tle. Krótko mówiąc, jest to miasto niepodobne do żadnego innego w Polsce, a zarazem jest jakoś odbiciem Polski, gdzie przecież wciąż tlą się rozmaite konflikty.

Ubrania w tym wszystkim mają jakieś znaczenie?

P.C.: - Oczywiście. Antropologia zajmuje się codziennością, a one są jej wyrazem. To, że tam dominują ubrania używane, które opowiadają o globalnym rynku produkcji ubrań, o globalnych ekonomicznych nierównościach, wydało nam się tym bardziej ciekawe. Zastanawialiśmy się, na ile one dodają tej lokalnej kulturze coś od siebie. Okazało się, że mieszkańcy, wrażliwi na kolneńskość, akurat w tym wypadku nie zadają sobie pytań, jak mają się ciuchy do tradycji.

Jak wygląda rynek mody w Kolnie?

K.C.: - Jest kilka małych butików z ubraniami, ale podstawa to sklepy z używaną odzieżą. Jest ich około 20. Rozmaitych. Są wśród nich takie, które dopiero po bliższym poznaniu okazują się butikami „vintage”. Mają ładny szyld, rzeczy wiszą na wieszakach, posegregowane według kolorów, fasonów, rozmiarów. Są też oczywiście takie, gdzie sprzedaje się ubrania niesortowane i tam już nie jest tak przyjemnie. W nich kupuje się rzeczy na wagę albo pojedyncze za złotówkę. Wśród śmieci można tam trafić na perełkę. One przynajmniej nie peszą. Te, które wyglądają jak butiki, czasem odstraszają. Nie chodzi się tam, bo jest za drogo.

Tu kupuje się rzeczy na wagę (fot. Katarzyna Ciołek)Tu kupuje się rzeczy na wagę (fot. Katarzyna Ciołek)

P.C.: -Te sklepy są bardziej zindywidualizowane niż moda średniego szczebla, czyli sieciówki w galeriach handlowych. To, co poza asortymentem i wystrojem różni je od sieciówek, to relacje między sprzedawcą a kupującymi.

Jakie one są?

K.C.: - Bardzo osobiste. Właścicielki sklepów znają swoje klientki, klientki znają się - przynajmniej z widzenia - między sobą. Panuje tam nieformalna atmosfera. Zwykle wygląda to tak: przychodzi klientka, mówi, że szuka różowej sukienki. Właścicielka, szukając, pyta, na jaką okazję. Ona, że na ślub. I tak wywiązuje się rozmowa o rodzinnych sprawach. Nie wszędzie są przymierzalnie, więc można trafić panie w bieliźnie, które nieskrępowane doradzają sobie wzajemnie.

Kim są właścicielki sklepów?

K.C.: - Zazwyczaj to kobiety, które zajęły się handlem ubraniami dla pieniędzy. Ale wiele z nich wciągnęło się w modę. Jedna z nich opowiadała mi, jak wybiera ubrania z hurtowni. Narzekała na skandynawskie, że są bardzo stare, co najmniej 10 lat do tyłu, bo Skandynawowie rzadko pozbywają się ubrań. Najbardziej - jak to nazwała - na czasie są ciuchy z Wielkiej Brytanii, tam ten obrót ubraniami jest szybszy. Ludzie dużo kupują i szybko wyrzucają. Inna powiedziała: - Trzeba żyć tymi szmatkami. Ona tym żyje. Śledzi trendy, przegląda gazety, obserwuje celebrytki i potem mówi klientkom, że teraz nosi się właśnie to. Bardzo o nie dbają. W jednym ze sklepów obserwowałam dostawę i chciałam wejść na zaplecze, żeby zobaczyć, jak właścicielka sortuje ubrania. Nie pozwoliła mi, bo obawiała się, że będę chciała odłożyć coś dla siebie.

Skandynawowie rzadko pozbywają się ubrań. Najbardziej na czasie są ciuchy z Wielkiej Brytanii, tam obrót ubraniami jest szybszy (fot. Katarzyna Ciołek)Skandynawowie rzadko pozbywają się ubrań. Najbardziej na czasie są ciuchy z Wielkiej Brytanii, tam obrót ubraniami jest szybszy (fot. Katarzyna Ciołek)

One są guru dla klientek?

K.C.: - Bywają. Choć argument, że nosi coś celebrytka, nie jest tak nośny, jak wydaje się autorom plotkarskich rubryk. Pytałam moje rozmówczynie, na kim się wzorują, myśląc o swoim stylu. Miały kłopot z odpowiedzią. Dociskane, wymieniały Jolantę Kwaśniewską czy Jolantę Pieńkowską, ale bez patosu. Jeśli na kogoś się oglądają, to na inne klientki. Są takie, które po warszawsku można by nazwać trendsetterkami, a bliżej rzeczywistości - królowymi ciucholandów. One wiedzą, gdzie i kiedy jest dostawa, co jest najmodniejsze w sezonie, i są wzorem dla innych. Przy okazji odnajdują swoją rolę społeczną - są w tym doradzaniu dobre, co dowartościowuje je społecznie.

Są ekstrawaganckie?

K.C.: - Niekoniecznie. Okazało się w badaniu, że podejście do ekstrawagancji jest bardzo tradycyjne. Jest dopuszczalna od święta, na co dzień może zostać skrytykowana. Choć jednocześnie dzięki temu, że te ubrania są bardzo tanie, wiele kobiet pozwala sobie na eksperymenty, na które nie zdecydowałyby się, gdyby miały wydać na ciuch jakąś konkretną kwotę. Jeśli coś kosztuje złotówkę, można wynieść całe naręcze i sprawdzić, jak się chodzi w czymś, czego do tej pory się nie nosiło. Spotkałam emerytowaną krawcową, która w zakupach kieruje się zasadą: nigdy powyżej złotówki. Jeśli coś kosztuje trzy złote, nie bierze. Ale nosi obcisłe białe spodnie, na co pewnie nie odważyłaby się, gdyby miała zapłacić więcej. Te sklepy pomagają klientkom kreować się na nowo.

A wielkie marki? W latach 90. lumpeksy w małych miastach były nieocenionym źródłem mody „vintage”. Można tam było upolować za grosze rzeczy od projektantów.

K.C.: - Teraz jest tego mniej, ale trafiają się ubrania z metkami Armani czy Dolce Gabbana. To zawsze jest wielka radość, rzecz od projektanta sprawia satysfakcję. Niby klientki przede wszystkim zwracają uwagę na krój, ale są szczęśliwe, jeśli znajdą coś z dobrą metką.

P.C.: - Mieszkanki Kolna bardziej oglądają się na sąsiadki niż na porady w magazynach, ale jednak ta wielka moda jest punktem odniesienia. To jest zresztą punkt wyjścia naszego badania - właściwie cała kultura materialna, której używamy w Polsce, została ukształtowana setki kilometrów stąd. Teraz trochę to się zmienia, ale w dużej skali nic nie jest dziełem naszym albo naszych znajomych. Badanie pozwoliło nam prześledzić, jak zmienia się rola przedmiotu. Najpierw jest czyimś projektem, w dalszej kolejności fabrycznym produktem, później bliskim ciału przedmiotem, być może nawet czyimś „skarbem”, aż trafia na śmietnik. A potem znów jest w obiegu i w sklepie w Kolnie.

W takich sklepach trafiają się ubrania z metkami Armani czy Dolce Gabbana (fot. Katarzyna Ciołek)W takich sklepach trafiają się ubrania z metkami Armani czy Dolce Gabbana (fot. Katarzyna Ciołek)

Właśnie. Czy to, że te ubrania są używane, ma jakieś znaczenie?

P.C.: - Nie. Nasi rozmówcy zakrywają ten proces, nie interesują się, co działo się z tymi ciuchami wcześniej. Trzeba pamiętać, że zanim Polska zgłosiła akces do kultury dobrobytu, co stało się nie tak dawno temu, wymiana ubrań w małych społecznościach, przekazywanie ich z pokolenia na pokolenie było powszechną praktyką. Kupowanie w ciucholandach jest więc raczej kontynuacją polityki powszechnego niedoboru, w której Polska znajduje się od zawsze.

Czyli badania o Kolnie są badaniami o Polsce?

P.C.: - Na pewno mówią coś o globalnych relacjach ekonomiczno-politycznych. Używając skrótu myślowego - tak, te badania mówią o sytuacji geopolitycznej Polski. Jesteśmy krajem pomiędzy - trafia tu nieco lepszy sort ubrań, i pewnie ubrania od nas trafiają do biedniejszych krajów. Chcieliśmy sprawdzić, co myślą i czują ludzie, dla których koniecznością jest używanie ubrań, które jeszcze niedawno nosił ktoś inny, zamożniejszy.

I?

- I okazało się, że to konieczność, która stała się wyborem.

 

Katarzyna Ciołek. Absolwentka Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej. W antropologii szczególnie interesują ją zagadnienia mody, którym poświęciła swoją pracę licencjacką i magisterską. Pracuje jako Community Manager w Vinted.pl - internetowej platformie do sprzedaży i wymiany ubrań.

Piotr Cichocki. Antropolog kultury, adiunkt i zastępca dyrektora w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej UW, a także muzyk. Podejmuje wątki wpływu technologii na indywidualną i lokalną tożsamość (badania m.in. w północno-wschodniej Polsce oraz wśród grupy Koori, wywodzącej się z rdzennych mieszkańców kontynentu).

Aleksandra Boćkowska. Dziennikarka, redaktorka. Sekretarz redakcji w magazynie „Viva! Moda”. Autorka książki „To nie są moje wielbłądy. O modzie w PRL”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Czarne.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (32)
Zaloguj się
  • troll_na_uslugach_petersburga

    Oceniono 232 razy 174

    Pomijając hipsterów, to ludzie kupują używane ubrania, bo nie mogą sobie pozwolić na nowe.

  • magnolia_33

    Oceniono 78 razy 70

    Osobiście ubieram się w lumpeksach, ponieważ mogę w nich znaleźć ubrania w "moich" kolorach i niepowtarzalnych fasonach, cena oczywiście jest dodatkowym atutem. Do sieciówek praktycznie nie chodzę, ponieważ rzadko kiedy mogę tam coś znaleźć. Nie ta kolorystyka, nie ta jakość, nie ten krój.

  • Ole Olecki

    Oceniono 62 razy 56

    W końcu tekst, który czyta się z przyjemnością - język na poziomie wyzwalającym u mnie przyjemność odbioru. Szacunek badających do badanej społeczności też ma kolosalne znaczenie. Niby nic, a jak bardzo cieszy.

  • 1pieguski

    Oceniono 71 razy 53

    uwielbiam polować w ciucheksach. Moje ostatnie zdobycze to sweterek od D.iora za 10 pln, płaszcz bur.berry za 30, spodnie bur.berry za 6 i spodnie DK.NY za 10. Wszystko w idealnym stanie. Chodzę do ciucheksu gdzie odzież nie jest posortowana, w tych posortowanych najfajniejsze rzeczy są już przytulone przez sprzedawców.

  • miu_zalogowana

    Oceniono 137 razy 47

    Sklepy z uzywana odzeza sa powszeche w panstwach Trzeciego Swiata; np. na straganach w Afryce oraz.... na zielonej wyspie w Europie, czyli w Polsce. W Europie sporo takich sklepikow powstalo tez w Grecji.

    Kazdy z nas doskonale zdaje sobie sprawe, ze ludzie kupuja uzywane ubrania wylacznie z biedy. NIKT kogo stac na nowe, dobrej jakosci nie pojdzie do lumpeksu. Kupi sobie dobre rzeczy. Rzecz w tym, ze w Polsce czlowiek "dobrze zarabiajacy", czyli ok. 8000 zl miesiecznie na reke ma taki budzet jak... robotnik budowlany w Niemczech i niewiele wiekszy niz... pensja mnimalna we Francji (6000 zl netto miesiecznie). W efekcie, nawet "zamozni" Polacy poluja na ubrania w lumpeksach niczym Afrykanczycy. Taka jest gorzka prawda i kazde dobrabianie do niej teoriii pt. "Polacy LUBIA/ WOLA...." jest farsa. Podobnie jak mowienie o "tradycji" noszenia ubran po pociotkach.

  • urssula.inc

    Oceniono 48 razy 40

    Uwielbiam sklepy z używana odzieżą,bo mogę sobie kupić za małe kwoty fajne rzeczy.
    Jest mnóstwo szmateksów w których rzeczy są nadal modne,są dobrej jakości i często są to rzeczy mało używane,a nawet w ogóle nie używane.
    Po co mam za bluzkę wydać 200 zł jak mogę kupić ją za 20 zł,a nawet za 5 zł,a bywa,że za 1 zł ,jeżeli mam szczęscie,że taka fajna rzecz uchowa się przez tydzien na wieszaku ,aż do przeceny spowodowanej wymiana towaru.
    Towar używany od zawsze jest kupowany i nie oznacza od razu biedy.Kiedyś,gdy nie było szmateksów były komisy w ktorych przede wszystkim przeważały rzeczy używane.
    W lumpeksach rzeczy sa także po osobach zmarłych,ale mnie to nie zniesmacza.

  • tinorossi

    Oceniono 35 razy 33

    Ciuchland nie jedno ma imie. Sa rowniez eleganckie w bogatej Francji. Mozna tam kupic markowe ubrania , paski i torebki za cene nieporownywalnie nizsza niz nowe. Czesto sa to rzeczy zalozone tylko raz albo na takie wygladajace. Ogladalem reportaz na ten temat. No tak, z pewnoscia duza ilosc tego rodzaju sklepow nie swiadczy o zamoznosci spoleczenstwa, nie widze w tym jednak nic zlego. Poza tym, jak mowia ekonomisci, swiat jest zalany ubraniami. Niektore nowe sa niszczone, inne palone. Jesli cos moze byc uzyteczne, trzeba to wykorzystac. Osobiscie nie lubie marnotrawstwa.

  • alicjann

    Oceniono 9 razy 9

    "Skandynawowie nie pozbywaja sie ubran". - padlam.

    Pozdrowienia z Danii.

    PS. Tutaj po prostu moda jest inna, staromodna. Duzo ciemnych szmat. Ale pozbywanie sie ich jest na porzadku dziennym.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX