Monachium, jesień 1925 r., Hitler podczas ćwiczenia przemowy

Monachium, jesień 1925 r., Hitler podczas ćwiczenia przemowy (fot. Heinrich Hoffmann / Getty Images)

historia jednego zdjęcia

Hitler kazał to zdjęcie zniszczyć. Fotograf nie posłuchał

Kiedy Adolf Hitler zobaczył to zdjęcie, nakazał je zniszczyć. Ale fotograf Heinrich Hoffmann, wierny sługa Führera, nie usłuchał tego rozkazu. Dzięki temu wiemy, jak krwawy wódz III Rzeszy uczył się panować nad umysłami ludzi. Jak ćwiczył przed swoimi przemowami, by tłum go wielbił.

Zaczyna powoli. Ostrym głosem cedzi słowa, pomału wciągając słuchaczy w początkowo logiczną, spójną narrację. Z każdym kolejnym zdaniem mówi coraz głośniej, nieco przyspiesza, by kluczowy fragment uderzył publiczność pełnym pasji i wściekłości krzykiem. Wybucha burza braw, ale on unosi ręce i tłum momentalnie cichnie. Znów mówi spokojnie, cicho - potem coraz głośniej, ponownie przechodzi w krzyk, ale krótszy - głos po chwili uspokaja się, i przemawia dalej. I tak kilka razy.

>>> Od dzisiaj działamy siedem dni w tygodniu. Poznaj nowy Weekend w Gazeta.pl

Jego ręce cały czas gestykulują, raz zagarniając niemalże tłum do siebie, raz wygrażając pięścią niewidzialnym wrogom. Wrogom narodu niemieckiego. Przemowa trwa kilkanaście minut, ale wielotysięczny tłum stłoczony na stadionie słucha jak zahipnotyzowany. Głos przechodzi niemal w zwierzęcy ryk, by nagle urwać się w dramatycznej końcówce. Publiczność jest w ekstazie. "Sieg heil! Sieg heil! Sieg heil!" (Niech żyje zwycięstwo!) - rozbrzmiewa głośnym echem. Jest 10 lutego 1933 roku. Adolf Hitler, od 10 dni kanclerz Niemiec, po raz kolejny zdobył serca wszystkich na sali. Na to akurat ciężko zapracował.

Szaleńcza narracja

Osiem lat wcześniej przyszły sprawca straszliwej wojny i śmierci milionów ludzi ma 35 lat i właśnie wyszedł z więzienia, gdzie trafił na dziewięć miesięcy po nieudanym monachijskim puczu. Za kratami napisał "Mein Kampf". Jest gotów do walki politycznej o władzę w Niemczech. Ale najpierw idzie po pomoc do przyjaciela, Heinricha Hoffmanna. Pochodzący z rodziny o pięknych tradycjach fotograficznych Hoffmann (1885-1957), wówczas znany już fotoreporter wojenny i właściciel studia w Monachium, dłuższy czas usiłował namówić Führera, by dał sobie zrobić jakiekolwiek zdjęcie. Gdy wreszcie Hitler powierzył mu to zadanie, uczynił go swoim oficjalnym fotografem. Zadanie Hoffmanna? Sfotografować szefa NSDAP (Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotników), trenującego wygłaszanie przemówienia.

(fot. Heinrich Hoffmann / Getty Images)(fot. Heinrich Hoffmann / Getty Images)

Filmy dokumentalne z lat 30. i 40. pokazują to wyraźnie - Hitler po prostu hipnotyzował zebranych, do których mówił. Porywał słuchaczy szaleńczą narracją, skupiał ich uwagę, nie pozostawiał chwili wytchnienia - i przekonywał do swoich obrzydliwych, zbrodniczych idei. Reputację i zdolności charyzmatycznego mówcy lider niemieckich narodowych socjalistów szlifował podczas wielogodzinnych dyskusji politycznych w monachijskich piwiarniach. W gorącej politycznej atmosferze Republiki Weimarskiej taki knajpiany mówca, by skupić uwagę coraz bardziej pijanej gawiedzi, musiał nie tylko ją przekrzyczeć, ale i zainteresować. Ale od knajpianego mówcy do charyzmatycznego polityka droga była daleka. Hitlerowi się udało, bo ćwiczył.

Obsesja dostojnego wizerunku

W 1925 roku Hoffmann robi kilkanaście zdjęć. Na każdym Hitler jest w innej pozie - z dłońmi "zapraszającymi" widzów, z pouczająco uniesionym palcem wskazującym, z twarzą wykrzywioną w krzyku. Wreszcie z natchnioną twarzą i oczami obsesyjnie wpatrzonymi w jeden punkt przestrzeni, i pięścią uniesioną nad głową. Wszystkie te pozy, gesty i miny potem weryfikuje - przegląda zdjęcia i decyduje: to zastosować publicznie, tego nie.

Führer doskonale rozumiał, jak ważne jest nie tylko to, co mówi, ale jak mówi, jak wygląda i gestykuluje. Jak pisze Paul Johnson w swojej książce "Historia świata od roku 1917 do lat 90.", Hitler, by wypaść przekonująco, naśladował m.in. niektóre sposoby zachowania słynnego niemieckiego reżysera i aktora Fritza Langa. Obsesyjnie dbający o wizerunek Führer zakazywał publikacji niektórych swoich zdjęć, ponieważ uważał, że wygląda na nich niepoważnie i niewystarczająco dostojnie jak na lidera ruchu politycznego, a potem przywódcę państwa. Kadry z tych treningów każe zniszczyć. Ale Heinrich Hoffmann akurat tego polecenia swojego Führera nie wykonuje. Chowa odbitki do archiwum. Pokaże je światu dopiero 30 lat później, po wojnie, w 1955 roku, w książce "Hitler Was My Friend".

Hitler sfotografowany przez Heinricha Hoffmanna (fot. Heinrich Hoffmann / Wikipedia.org / bit.ly/1JWMBRu / CC-BY-SA)Hitler sfotografowany przez Heinricha Hoffmanna (fot. Heinrich Hoffmann / Wikipedia.org / bit.ly/1JWMBRu / CC-BY-SA)

Kilka dekad po wydaniu książki o fotografiach Hoffmana przypomniał sobie internet. Nie straciły nic na aktualności. Ukazują przyszłego sprawcę Holokaustu jako butnego, narcystycznego, próżnego, przekonanego o swojej sile i racji. Według samego Hoffmanna, Führer nie pokazywał się w nowym stroju, dopóki nie zobaczył - na fotografii Hoffmanna oczywiście - jak w nim wygląda. Jak obsesyjna była troska nazistowskiego wodza o swój obraz wielkiego politycznego lidera świadczy fakt, że gdy Hoffmann uwiecznił go na zdjęciu z terierem Evy Braun, Hitler zabronił publikacji fotografii, ponieważ "mąż stanu nie może zgodzić się na zdjęcie z małym pieskiem. Jedynym godnym prawdziwego mężczyzny psem jest owczarek niemiecki" (H. Hoffmann, "Mój przyjaciel Hitler", także Albert Zoeller "Hitler Privat" i J. Fest "The Face of The Third Reich").

Uważamy Hitlera za bufona, ale miał ogromną charyzmę, był genialnym mówcą, a te zdjęcia ukazują, że ta charyzma to było coś, nad czym intensywnie pracował. Eksperymentował ze swoim wizerunkiem, był w pewnym sensie bardzo nowoczesnym politykiem - napisał we wstępie do książki Hoffmanna znany historyk Roger Moorhouse. Była więc - niestety - w szaleństwie Hitlera metoda. Metoda na to, by pociągnąć świat w otchłań wojny.

 

Michał Gostkiewicz. Dziennikarz Gazeta.pl. Specjalizuje się w wywiadach, rozmawiał m.in. z Richardem Bransonem, Benjaminem Barberem, Muhammadem Yunusem, Andrzejem Stasiukiem, Chrisem Niedenthalem, Martyną Wojciechowską i prezydentem Andrzejem Dudą. W Gazeta.pl pisze o sprawach zagranicznych, fotografii i podróżach, ma bloga Realpolitik i bywa na Twitterze. Gdy nie musi pracować, chodzi po górach, jeździ na rowerze lub pływa żaglowcami po morzach. I robi zdjęcia.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (175)
Zaloguj się
  • piotrus009

    Oceniono 696 razy 672

    Dlaczego ma to dowodzić szaleństwa? Raczej znakomitych umiejętności manipulacji tłumem. Że był stukniety to osobna sprawa.

  • zlosliwyskrzat

    Oceniono 463 razy 407

    Oczywiście Hilter wziął się znikąd. Wystrzelił jak z kapelusza i porwał tłumy Niemców.
    Tak sobie to można tłumaczyć.
    Jednak w rzeczywistości Niemcy o swojej dominacji uczyli się już w Prusach za Wilhelma i Bismarcka. Potem płynęło to już szerokim strumieniem po zwycięstwie nad Francją i Zjednoczeniu na całe Niemcy. To budowało się pokoleniami. Ciemiężeni Niemcy francusko-brytyjskimi układami wreszcie mieli zapanować nad światem, bo wówczas świat to była Europa a reszta to były kolonie. Niemcy coraz bardziej popadali w manię swej wielkości. Pojawiały się odwołania do Nibelungów, niemieccy badacze udowadniali wyższość Niemców lub ludów Europy czy to badaniami antropologicznymi, krwi, majaczenia o nadczłowieku jako człowieku niemieckim, towarzystwa, jak Zakon Niemiecki, Thule bawiące się już nie tylko w rasistowskie dowody wielkości narodu niemieckiego, ale okultystyczne i ezoteryczne.
    Wielkość musiała być już nie materialna, ale metafizyczna.
    Hitler był wtedy nikim.
    Gdy balon był napompowany do granic możliwości nagle nastąpiła Wielka Katastrofa.
    Wówczas zaczął działać Hitler na fali gniewu po I WWŚ.
    Niemcy z wielkości na poziomie większości społeczeństwa wpadły w chaos i patologię. Na społeczeństwo, które miało tak nasrane w bani musiało to wywrzeć wrażenie nie do opisania.
    Patrząc, więc na niemieckie społeczeństwo, na dyplomatyczne i polityczne działania niemieckiego państwa po wojnie, można powiedzieć, że gdyby nie pojawił się Hitler to pojawił, by się ktoś inny z tak samo zrytym beretem a gdyby się nie pojawił to ówcześni Niemcy po prostu, by go sobie wymyślili.
    To nie Hitler był szaleńcem. Hitler był jedynie Niemcem. A Niemcy byli szaleńcami.

  • mazuvian

    Oceniono 357 razy 249

    Hitler - samonienawidzący się Austriak żydowskiego pochodzenia uwodzi Niemców łatwymi sloganami. Niemców łudzącymi się naiwnie, jakoby tylko on był w stanie ich uratować.

    Parę przemówień, salutów i gestów i kraj jest jego. Oto jak łatwo sprzedać chłam naiwnym i niewyedukowanym masom.

    Brzmi znajomo.

  • qwerfvcxzasd

    Oceniono 262 razy 204

    W Polsce polityk nie musi mieć charyzmy - wystarczy obiecać 500zł.

  • wranek

    Oceniono 123 razy 113

    Hitler obiecał Niemcom, że odbuduje kraj z ruin, odbierze Żydom ukradzione przez nich majątki i da nowe przestrzenie życiowe. Tych, którzy mu nie wierzyli, zamknął w obozach. Reasumując, poszło o obiecanki.

  • popijajac_piwo

    Oceniono 105 razy 91

    Szaleństwem było słuchanie go i podążanie za nim. Podobnie jak za dowolnie wybranym liderem czy autorytetem...

  • horatio_valor

    Oceniono 116 razy 88

    Kiedy jest za mało dla wszystkich, to najprościej obiecać ciemnemu ludowi, że mu się odda narodowy majątek zrabowany przez Złych Ludzi. Hitler miał odbierać Żydom, komuniści - kapitalistycznym wyzyskiwaczom, Wałęsa - aferzystom, a pisuar - obcym bankom. Nic nowego pod słońcem.

  • svistakk

    Oceniono 73 razy 69

    Naprawdę świetna historia... tyle, że totalnie nieprawdziwa. Zdjęcia Hoffmana z ćwiczeń Hitlera były w powszechnym obiegu, na tyle powszechnym, że opublikował je „Tygodnik Ilustrowany”, w nr 3 z 1932 r. na stronie 609.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX