Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej chce ograniczyć adopcje zagraniczne.

Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej chce ograniczyć adopcje zagraniczne. (mat.pras.)

społeczeństwo

Adoptuj zamiast ''grzeszyć metodą in vitro''? Wszystko o adopcji w Polsce

Nie możesz mieć własnego dziecka, to adoptuj - radzą przeciwnicy in vitro. To absurd - denerwuje się Anna Krawczak, prezeska Stowarzyszenia ?Nasz Bocian?, zrzeszającego osoby zmagające się z niepłodnością. Jak przekonuje, nie każdy człowiek nadaje się na rodzica adopcyjnego, niezależnie od tego, czy może mieć biologiczne dzieci, czy nie. Poza tym w Polsce to rodzice czekają na dzieci do adopcji. Czasami dwa lub trzy lata.

Irytujesz się, kiedy ktoś służy niechcianą radą: nie możesz mieć dziecka, to sobie adoptuj?

- Bardzo. Dziecko adoptowane to nie jest zamiennik dziecka biologicznego. Nie można przysposobić go bez zrozumienia, czym jest proces adopcji i jakie trudności się z nim wiążą. Wyczuwam w tych "dobrych" radach założenie, że skoro już natura pokazała niektórym czerwone światło, to powinni wziąć na swoje barki moralne zobowiązanie społeczeństwa wobec porzuconych dzieci i się nimi zająć.

Trochę jakby adopcja była specjalną opcją dla niepłodnych.

- Adoptować dziecko może małżeństwo, które ma określony staż. Muszą to być także osoby niekarane, zdrowe psychicznie, takie, które pomyślnie przeszły kurs preadopcyjny, uzyskały opinię psychologa i wreszcie zostały zakwalifikowane do adopcji. To jest restrykcyjne prawo, ale w żadnym punkcie nie mówi nic o stanie macicy, jajowodów i nasieniowodów. Niepłodność nie ma tu nic do rzeczy. Co więcej, w niektórych przypadkach lepiej, żeby dzieci trafiały do rodzin, które mają już doświadczenie rodzicielskie.

Dlaczego?

- Bywa, że dzieci adoptowane w wieku starszym, powyżej piątego roku życia, to są dzieci z obciążeniami. Nierzadko były narażone na przemoc. Pracę z nimi powinna podjąć zawodowa rodzina zastępcza albo taka rodzina adopcyjna, która ma pewne kwalifikacje - niekoniecznie formalne, ale chociażby w postaci wieloletniego doświadczenia w wychowywaniu własnych dzieci. Wiadomo, że opieka nad dziećmi mocno skrzywdzonymi przyniesie trudności, z którymi trzeba się zmierzyć, więc szuka się rodziny, która będzie w stanie im podołać.

Ludzie, którzy przez lata bezskutecznie starali się o dziecko mogliby mieć z tym problem?

- Proszę sobie wyobrazić dwójkę 40-letnich ludzi, którzy przez dziesięć ostatnich lat walczyli o dziecko. Nie mają żadnego doświadczenia w zajmowaniu się dziećmi, mają za to sporo własnych ran i blizn. Trafia im się rodzeństwo - ośmiolatka i pięciolatek - z epizodem molestowania seksualnego, który trwał wiele lat. W takiej rodzinie nagromadzenie krzywd będzie ogromne, jest spore ryzyko, że ten układ nie przetrwa. Propozycja adopcji dzieci starszych powinna być szczególnie skierowana do rodzin, które mają własne dzieci, do ludzi, którzy w sposób skuteczny, ale też ochraniający - dla siebie i dla dzieci - mogą sprawować nad nimi opiekę.

Uważasz, że mówienie: "adoptujcie, skoro nie możecie mieć własnych" jest szkodliwe?

- Tak, i to dla obu stron - dzieci i adopcyjnych rodziców. Jest wiele mitów okołoadopcyjnych krążących w przestrzeni. Jeden z najbardziej znanych jest taki: znajoma mojej szwagierki adoptowała kiedyś dziecko i zaraz potem była w ciąży.

Jasne, każdy to słyszał.

- Co nam mówi ten mit?

Weźcie sobie dziecko z domu dziecka, żeby mieć własne.

- Jeżeli teraz się poświęcicie i adoptujecie dziecko, to gratyfikacją będzie to, że zaraz urodzi wam się własne. Powtarzanie tego mitu stawia dziecko adoptowane w pozycji jakiegoś erzacu, substytutu, który ma doprowadzić do poczęcia dziecka "właściwego". Bardzo upokarzająca sytuacja dla dziecka adoptowanego. Określa jego pozycję z miejsca jako dziecka gorszego w porównaniu z dziećmi biologicznymi. Do tego tzw. ciąże poadopcyjne (albo też "poinvitrowe" - to jest druga grupa) są bardzo hołubione w świadomości społecznej, ale to jest margines. Zdarzają się bardzo rzadko.

Czyli to nieprawda, że wystarczy się wyluzować, pojechać z partnerem na wakacje i będzie ciąża?

- Kolejny mit. To jest psychologiczna koncepcja z lat 60., została już dawno skompromitowana. Było już wiele badań i nie udowodniono pozytywnego oraz istotnego statystycznie wpływu tego wyluzowania na liczbę ciąż w grupach osób niepłodnych. Takiej silnej korelacji nie ma, relaks nie udrożni jajowodów i nie przywróci produkcji plemników. Dziś wiemy, że to nie stres powoduje niepłodność, tylko niepłodność powoduje stres. W dodatku co to za rada: "wyluzuj się, a zajdziesz w ciążę". Nie znam nikogo, kto potrafi się wyluzować na komendę.

"Znajoma mojej szwagierki adoptowała kiedyś dziecko i zaraz potem była w ciąży" - to jeden z najbardziej znanych mitów okołoadpocyjnych (fot. Shutterstock.com)

Stowarzyszenie "Nasz Bocian" opisało trzy strategie radzenia sobie z niepłodnością. Adopcja jest jedną z nich.

- Mówimy o trzech ścieżkach wyjścia z niepłodności. Pierwszą jest leczenie - bardzo szeroko rozumiane: in vitro, inseminacje, naprotechnologia; definiuje to para.

Druga możliwość to adopcja. Często wybierana jako opcja, jeżeli leczenie nie przynosi oczekiwanych skutków, ale zdarza się, że para nie podejmuje w ogóle leczenia, tylko decyduje się od razu na adopcję. Niektórzy mają tę kwestię bardzo dobrze ułożoną w głowie, rozważali temat adopcji wcześniej, kiedy nie wiedzieli jeszcze o tym, że mają problemy z płodnością.

Trzecią ścieżkę nazywamy świadomą bezdzietnością. Nie chodzi nam tutaj o decyzję antykoncepcyjną, tylko o zaniechanie leczenia oraz podejmowania prób adopcyjnych. Decydują się na nią ludzie, którzy pragną odzyskać utraconą radość życia i zamierzają żyć bez dzieci. Świadoma bezdzietność często jest wyborem tych, którym nie powiodło się leczenie, a którzy nie mogą przystąpić do adopcji na przykład dlatego, że żyją w związkach nieformalnych.

Nie mają szansy na adopcję?

- Zgodnie z prawem - nie. W Polsce dziecko może adoptować małżeństwo albo osoba samotna - w praktyce samotna kobieta. Stowarzyszenie "Nasz Bocian" badało kiedyś ten temat, bo zgłosił się do nas mężczyzna, który był zainteresowany tą procedurą. Żaden z zapytanych przez nas ośrodków adopcyjnych nie uczestniczył w adopcji dziecka przez samotnego mężczyznę. W teorii jest to propozycja dla obu płci, w rzeczywistości - dla kobiet.

Absurdalne jest to, że adoptować dziecko może samotna kobieta, ale nie para żyjąca w nieformalnym związku.

- Pejzaż społeczny się zmienia, coraz więcej par wybiera życie w nieformalnym związku, który może być trwalszy niż małżeństwo. Ludzi wiążą dzieci, kredyty, silne relacje. Ale prawo stoi na stanowisku, że tylko sformalizowane małżeństwo gwarantuje dziecku bezpieczeństwo i szczęście. Ludzi bez ślubów jest coraz więcej, zdarza się, że są niepłodni, zdarza się również, że chcą adoptować dziecko. I co robią?

Pewnie kłamią.

- Oczywiście. To klasyczna sytuacja, w której prawo demoralizuje swoich obywateli. Można im powiedzieć: No to się pobierzcie. No to się pobiorą. Ale ośrodki adopcyjne wymagają pewnego stażu małżeńskiego od par, które przystępują do adopcji - niektóre cztery, inne - aż siedem lat. Więc ślub dzisiaj nie rozwiązuje problemu. Na kurs preadopcyjny trafia zatem kobieta, która udaje, że jest samotna, tkwiąc w permanentnym kłamstwie. Jakie są tego skutki dla niej, dla jej partnera, na ile on się będzie utożsamiać z tą procedurą, w której przecież nie uczestniczy - tego możemy się tylko domyślać. Takie pary często korzystają z adopcji ze wskazaniem, czyli dostają dzieci bezpośrednio od ich matek biologicznych. Nierzadko w tle jest transakcja finansowa.

Szybsza droga.

- Chcąc chronić dobro dziecka adoptowanego, wygenerowaliśmy duży czarny rynek, który ma się świetnie. Nikt głośno nie mówi: czasy się zmieniły, ludzie się zmienili, musimy porozmawiać o tym, żeby ludzie w konkubinatach mogli adoptować dzieci, bo to się i tak dzieje, tylko poprzez łamanie prawa. Ale są też pozytywy. W lipcu Sejm zmienił wreszcie prawo dotyczące adopcji ze wskazaniem. Będzie ona możliwa, ale na łagodniejszych warunkach tylko dla osób spokrewnionych z dzieckiem - dziadków, cioć, wujków. Wszystkie pozostałe osoby będą musiały przejść kurs adopcyjny. Na szczęście.

Nie będzie można łatwo kupić dziecka.

- Ta nowelizacja zminimalizuje zjawisko, nie mam co do tego wątpliwości. Ale jeżeli będą ludzie zdeterminowani do tego, żeby handlować dziećmi - na przykład matki biologiczne - to tego nie unikniemy. Żeby zrozumieć, że to jest złożony problem, warto mieć świadomość, że matki biologiczne często "sprzedają" dziecko, ale nie chcą za nie gotówki, tylko proszą o opłacenie zaległego czynszu albo kupienie wyprawek dla dzieci.

Rodzice adopcyjni godzą się na to?

- Wielu rodziców adopcyjnych nie widzi niczego złego w takiej opłacie. Mówią: "Ta kobieta daje nam największy skarb, jaki może - dziecko. Dlaczego mam jej nie pomóc i nie zapłacić za wyprawkę szkolną jej dzieci?". "To nie jest transakcja" - dodają.

Ale jest to niezgodne z prawem.

- Prawo mówi, że jeśli są korzyści majątkowe, to mamy do czynienia z handlem ludźmi. Ja chciałabym to zostawić bez komentarza, bo sprawa jest wyjątkowo delikatna i niejednoznaczna. Czy kupienie starszym dzieciom szkolnej wyprawki to handel dzieckiem czy nie? A sfinansowanie ciężarnej matce biologicznej wizyt u lekarza i witamin? Gdzie jest granica? Często słyszałam argument, że handel dziećmi w Polsce nie istnieje, bo nie ma na to dowodów. Może dlatego, że matki biologiczne nie wystawiają faktur. To zjawisko jest niewykrywalne, ale o tym, że ma miejsce, wiem od rodziców.

W Polsce rodzice czekają na dzieci do adopcji nawet dwa, trzy lata (fot. Shutterstock.com)W Polsce rodzice czekają na dzieci do adopcji nawet dwa, trzy lata (fot. Shutterstock.com)

Adopcyjni rodzice muszą zaakceptować, że w życiu ich dziecka był okres, który zawsze będzie tajemnicą.

- Nie było mnie z dzieckiem od momentu, kiedy ono się urodziło, nie było wtedy, kiedy się poczęło. Nie wiem, co robiła matka biologiczna w ciąży, czy przyjmowała narkotyki, czy piła alkohol. Nie wiem, co się działo z moim dzieckiem, kiedy się urodziło. Czy było zaniedbane we wczesnym rozwoju, czy ktoś się nim zajmował i jak. Niewiadoma zawsze ciąży nad adopcją, jest jej immanentną cechą. Ten lęk trzeba przepracować. Jeśli tego nie zrobimy, to wpadniemy w inny kanał pod tytułem: za wszystko, co się dzieje z moim dzieckiem i moją rodziną, odpowiada jego przeszłość.

Często tak to się kończy?

- Wyobraźmy sobie aktywnego trzylatka, który jest biologicznym dzieckiem swoich rodziców. Rzuca się na podłogę w supermarkecie, sypie piachem i wyrywa koledze zabawki.

Klasyczny trzylatek.

- Właśnie. Ojciec mówi: Byłem taki sam w jego wieku, przejdzie mu. A rodzic adopcyjny w analogicznej sytuacji umawia się do neurologopedy, neurologa, specjalisty wczesnego wspomagania i poradni psychologiczno-pedagogicznej, żeby diagnozować dziecko pod kątem ADHD. Rodzice adopcyjni są być może zbyt przewrażliwieni, ale z czego to wynika?

Z tych tajemnic zapewne.

- Tak. Bardzo łatwo jest wpaść w niekończące się pasmo wizyt w kolejnych gabinetach. Wiem, że rodzice adopcyjni często czują się dotknięci takim ujęciem sprawy, niemniej ja dostrzegam tu problem i myślę, że warto byłoby go zbadać głębiej.

Ostatnio przysłuchiwałam się dyskusji, w której matka adopcyjna opisywała dokładnie takiego właśnie rozbrykanego, standardowego trzylatka, a na koniec zapytała: "Czy sądzicie, że jego zachowanie może być skutkiem traumy prenatalnej, której doznał w życiu płodowym?". Usłyszała odpowiedź, że tak. Otóż nie istnieje w psychologii ani w nauce w ogóle pojęcie traumy prenatalnej. Jest ono za to bardzo popularne w tak zwanej psychologii obiegowej: ktoś coś usłyszał, ktoś coś przeczytał i hop, elementy zaskoczyły.

Jeśli roczny, adoptowany Grześ doświadcza lęku separacyjnego, naturalnego na tym etapie rozwoju, to myśli wystraszonego rodzica często idą w kierunku traumy prenatalnej doznanej podczas ciąży, o której nie mamy żadnych danych. A przecież gdyby Grześ był biologicznym dzieckiem, mógłby doświadczać dokładnie tego samego lęku. Różnica byłaby taka, że rodzice zachowaliby spokój. Takie myślenie karmi potrzebę kontrolowania sytuacji, poznania tego, czego poznać się nie da. Przeszłość nie jest kontrolowalna. Co więcej, w biologicznym rodzicielstwie też nad nią nie panujemy. Nie wiemy wielu rzeczy o naszych przodkach, a dziedziczymy po nich cechy charakteru, skłonności do chorób i kolor oczu.

Dużo osób spośród tych, które są związane z "Naszym Bocianem", decyduje się na adopcję?

- To jest popularna droga. Niektórzy wybierają ją, bo światopoglądowo nie akceptują in vitro, ale to jest niewielki procent. Często na adopcję decydują się ludzie, którzy są po wielu latach różnego rodzaju leczenia. Stają w progu ośrodka adopcyjnego z całą historią cierpienia; adopcja jest dla nich drugim wyborem. W trakcie przechodzenia przez proces okazuje się wyborem najlepszym, bo do niego dojrzewają.

Pierwszym wyborem adopcja bywa dla ludzi, którzy nie mogą mieć dzieci - kobiet, które mają usuniętą macicę, albo osób, które nie produkują własnych komórek. Dla tych ostatnich wyjściem może być jeszcze adopcja prenatalna, czyli skorzystanie z cudzych gamet - jajeczek, plemników albo zarodków. Ale często wybierają adopcję społeczną, powołując się na to, że jest ona prawnie uregulowana.

A prenatalna nie?

- Przez 27 lat żyliśmy w kraju, w którym kwestia in vitro była nieuregulowana. Nie było wiadomo, jakiej jakości są plemniki, jajeczka, zarodki, nie było żadnych krajowych procedur. Każdy mógł na ich temat powiedzieć, co chciał. Drugim problemem jest to, że osoby podchodzące do adopcji prenatalnej nie przechodzą żadnego przygotowania, nie rozmawiają nawet z psychologiem. Każdy może się na takie rozwiązanie zdecydować.

Ustawa tego nie zmieniła?

- Nie. Ustawa zakłada, że decyzja o adopcji prenatalnej należy do lekarza. Psychologa w tej procedurze nie ma.

Czym to może skutkować?

- Przykład z ostatnich dni: na naszym forum matka, która urodziła dzieci dzięki adopcji jajeczka pisze, że poprzedniego dnia wydarzyło się coś strasznego. W wyniku awantury podczas przyjęcia jej mąż wykrzyczał całej rodzinie, że ich dzieci urodziły się dzięki komórkom dawczyni. Wyrzuciła go z domu, chce się rozwieść, nie ma po co żyć. Taka sytuacja nie mogłaby się zdarzyć w przypadku adopcji społecznej.

Dlaczego?

- Dlatego że zanim rodzina adoptuje dziecko, będzie musiała uzyskać kwalifikacje od pracownika ośrodka adopcyjnego i psychologa. A jednym z elementów uzyskania tej kwalifikacji jest sprawdzenie, czy para jest gotowa emocjonalnie i psychicznie do wychowywania dziecka, które nie jest z nią spokrewnione, oraz czy będzie w stanie powiedzieć mu prawdę. Jeżeli para mówi w trakcie kursu, że ma zamiar zataić przed dzieckiem fakt, że jest adoptowane, zostaje zdyskwalifikowana.

Prawa dziecka stoją ponad pragnieniami rodziców, a Konwencja o prawach dziecka mówi jasno, że każdy człowiek ma prawo znać swoją tożsamość. Mamy miliony przykładów na świecie, a tysiące w Polsce zatajonych adopcji, które zawsze wychodzą na jaw. Wiąże się to z dramatami, zerwaniem więzi w rodzinie, utratą zaufania do rodziców, którzy tak ważną rzecz przed dzieckiem zataili. Oczywiście motywując to jego dobrem.

Oraz własnym.

- Tak. Natomiast do adopcji prenatalnej nikt nikogo nie przygotowuje, podchodzą do niej ludzie, którzy wierzą, że uda się ukryć prawdę. Ale żyjemy w dobie badań genetycznych, gdzie w bardzo prosty sposób możemy sprawdzić za pomocą wymazu z policzka pokrewieństwo genetyczne.

Nie mówiąc o tym, że jesteśmy do kogoś podobni, mamy nos taki jak tata albo uśmiech mamy.

- Poza tym chodzimy do lekarza. Każde dziecko znajdzie się kiedyś u lekarza...

"Czy w rodzinie chorowano na serce?" - zapyta doktor.

- I co wtedy? Podawać własną historię? Kłamać? Ryzykować zdrowiem dziecka? Zatajanie tych informacji nikomu nie służy. Ustawa utrzymała status quo, udając że adopcja prenatalna nie ma nic wspólnego z psychologią, a od 50 lat z doświadczeń na całym świecie wiadomo, że jest to proces nie tylko medyczny, ale też psychologiczny i społeczny. Wpływ adopcji prenatalnej na życie rodziny jest duży. Negatywny, jeśli pozwala się na zbudowanie tajemnicy wokół niej. Pozytywny, jeśli buduje się wokół niej wspólną historię.

W jaki sposób?

- Na przykład mówiąc dzieciom, że urodziły się dzięki jajeczku miłej pani, nasionku od miłego pana, zarodkowi od miłych państwa. Mówimy dzieciom, że kochaliśmy je bardziej niż nasze DNA. Na tym można zbudować siłę dziecka i siłę rodziny. Ale jeśli prawdę ukryjemy, to będzie to pierwsza furtka do klęski, która czeka na końcu. Bo dzieci się dowiedzą na pewno. Są zakrapiane imprezy, kryzysy, rozstania - to często momenty, w których prawda wycieka. Dzieci poznają ją podczas awantury, krzyków, w atmosferze wzajemnych oskarżeń. Tracą zaufanie. Czują się samotne i winne.

Zatajanie przed dzieckiem informacji o tym, że zostało adoptowane, to błąd (fot. Shutterstock.com)Zatajanie przed dzieckiem informacji o tym, że zostało adoptowane, to błąd (fot. Shutterstock.com)

W jakim wieku są osoby, które zgłaszają się do ośrodków adopcyjnych?

- Jeśli ludzie starają się o ciążę przez 10 lat, to zgłaszają się do ośrodka, kiedy mają 37-38 lat. Prawo mówi, że różnica wieku między dzieckiem adoptowanym a rodzicem nie może być większa niż 40 lat. Brzmi dobrze, ale najpierw trzeba się zapisać na kurs. Nie zaczynają się one od ręki, ośrodki organizują je zwykle w odstępach półrocznych. Sam kurs trwa około roku. Jeśli szczęśliwie jest kwalifikacja, to idzie się do domu i czeka na telefon adopcyjny.

W Polsce w tym momencie na dziecko czeka się dwa-trzy lata - czyli cała procedura zajmuje około czterech lat, więc nasza para ma 42 lata i może adoptować dziecko dwu-trzyletnie. O niemowlaku nie ma mowy. System jest skonstruowany tak, że adopcja przeznaczona jest dla osób, które w miarę wcześnie się na nią zdecydują.

Czyli nie ma armii dzieci, które czekają tylko na to, żeby zostać adoptowane?

- W Polsce to rodzice czekają na dzieci. Zawiązuje się około trzech tysięcy adopcji rocznie. Można szacować, że co roku ok. 30-40 tysięcy ludzi będzie potrzebowało in vitro. Nie ma takiej możliwości, żeby popyt dostosował się do podaży. Rada: "Adoptuj zamiast in vitro" jest absurdalna.

Zresztą nie każde dziecko ludzie wyrywają sobie z rąk.

- No niestety, nie jest tak, że każde dziecko to uroczy jedynak, który trafił się studentce na pierwszym roku. W rodzinnych domach dziecka, domach dziecka i rodzinach zastępczych mieszka około 78 tysięcy dzieci, ale to są dzieciaki, które nie mogą być adoptowane. Czasami ich sytuacja prawna jest nieuregulowana. Czasami są niepełnosprawne, mają 16 lat. Czasami to wielodzietne rodzeństwa, a rodzeństw w Polsce nie rozdzielamy. A każdy, kto chce adoptować dziecko, marzy o niemowlaku, żeby nawiązywać więź od początku, budować relację od najwcześniejszych tygodni. To zrozumiałe.

Ta różnica 40 lat wydaje mi się dosyć okrutna. 43-latki rodzą przecież dzieci i zostają ojcami.

- Rzeczywiście. Zmieniła się dynamika decyzji prokreacyjnych. Ludzie coraz później zakładają rodziny, dotyczy to nie tylko osób płodnych, ale też niepłodnych i rodzin adopcyjnych. Tu potrzebna jest zmiana prawa, odwilż, dostosowanie go do życia.

Przewodnicząca Stowarzyszenia na Rzecz Leczenia Niepłodności i Wspierania Adopcji NASZ BOCIAN (fot. Anna Łuczyńska)Przewodnicząca Stowarzyszenia na Rzecz Leczenia Niepłodności i Wspierania Adopcji NASZ BOCIAN (fot. Anna Łuczyńska)

W Polsce jest podobno bardzo mało nieudanych adopcji.

- Polski system adopcyjny jest systemem bardzo sformalizowanym. Niektórzy kandydaci na rodziców adopcyjnych nienawidzą go, i ja ich w pełni rozumiem. Dwie osoby muszą się poddać ocenie ludzi z zewnątrz, czasami przynieść zaświadczenia z miejsca pracy, od psychiatry, o niekaralności, tymczasem miliony ludzi w tym kraju idą do łóżka, mają dzieci i nikt ich nie lustruje. Porównuję teraz system adopcyjny polski i amerykański i zbieram opinie na temat tego drugiego.

Tam jest bardziej przyjaźnie?

- Matka biologiczna może tam wybrać rodziców, są z nią przez całą ciążę, mogą być przy porodzie, dostają od razu dziecko do rąk, wolność jednostki jest uszanowana. My żyjemy w systemie europejskim, który szanuje wolność jednostki, ale uzgadnia ją z wolnością innych jednostek. I w przypadku adopcji nasz paradygmat ustawiony jest w taki sposób, że dobrem kluczowym jest dobro dziecka.

U nas rodzice nie wybierają dzieci. To dla dzieci pracownicy ośrodków adopcyjnych szukają rodziców. Biorą pod uwagę wiek pary, historię, oczekiwania, potrzeby i osobowość dziecka. A poza tym przejście całej tej skomplikowanej procedury powoduje, że na końcu tej ścieżki zostaje dream team. Ludzie, którzy są zdeterminowani, żeby zostać rodzicami adopcyjnymi, którzy przerobili temat, rozumieją, jakie mogą spotkać ich trudności i akceptują to.

Na czym polega kurs adopcyjny?

- Nie są to wykłady, podczas których pani w garsonce opowiada, czym jest adopcja. To często zajęcia warsztatowe: rysowanie swojego drzewa genealogicznego, pisanie bajek dla przyszłego dziecka, rozmowy z wyimaginowaną matką biologiczną, zastanawianie się, co rodzice chcieliby jej powiedzieć, w jaki sposób będą o niej mówić swojemu dziecku. To czasem wręcz ćwiczenia psychoterapeutyczne, wchodzenie głęboko w system oczekiwań, wyobrażeń, analizowanie możliwych scenariuszy.

Niejednokrotnie przyszli rodzice adopcyjni mają też zadanie poinformowania całej rodziny o tym procesie. Po to, żeby dziecko przyszło do rodziny, która na nie czeka, żeby nikt nie robił skandalu czy tajemnicy z faktu jego pochodzenia. To jest w Polsce dobrze ustawione.

I to dlatego nie ma w Polsce nieudanych adopcji?

- Są, ale ich wskaźnik jest minimalny. W mojej ocenie cała ta struktura: procedura adopcyjna, rodziny zastępcze, rodzinne domy dziecka - to jest w Polsce dobrze zorganizowane. Większość pracowników ośrodków adopcyjnych to są ludzie z doświadczeniem, mądrzy i przygotowani do wykonywania swojej pracy. Nasz system dosyć dobrze godzi interesy i prawa wszystkich stron zaangażowanych w adopcję. Nie narusza godności rodziców, ale chroni interesy dziecka na tyle skutecznie, że adopcje w Polsce są na ogół udane.

Anna Krawczak. Przewodnicząca Stowarzyszenia na Rzecz Leczenia Niepłodności i Wspierania Adopcji NASZ BOCIAN, członkini Europejskiego Towarzystwa Ludzkiego Rozrodu i Embriologii, członkini Rady Programowej ministerialnego programu refundacji in vitro, członkini Interdyscyplinarnego Zespołu Badań nad Dzieciństwem UW. Prywatnie matka dwóch synów.

Dominika Buczak. Dziennikarka, współautorka książek "Gejdar" oraz "Pan od seksu". Publikuje między innymi w "Wysokich Obcasach", "Ja My Oni", "Urodzie życia". Specjalizuje się w wywiadach i reportażach. Najbardziej interesują ją historie wykluczonych, słabszych, bardziej kruchych. Im chce dać głos.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (163)
Zaloguj się
  • credit-suisse

    Oceniono 257 razy 213

    Jeszcze zupelnie niedawno nikt w Kosciele nie slyszal o in vitro i tym sie ie zajmowal.
    Nagle ich oswiecilo,z eto kolejne ,wspaniale narzedzie do panowania nad owieczkami.
    W calej przyrodzie,w samym rozmnazaniu chodzi o to,zeby przekazac WLASNE geny i zachowac WLASNE potomstwo ,przedluzajac WLASNY rod.
    In vitro jest triumfem rozumu czlowieka ,koeljnym etapem w odkrywaniu tajemnic przyrody.
    I zrozumcie,wy;czarna zaraza i wszyscy przez nia oglupieni.!!!
    Skoro te dzieci sie rodza i skoro sa normalnymi ludzmi ,to znaczy ze wasz BOG tak chcial,ze to akceptuje .Lub ze go w ogole nie ma.
    Czarne,zaklamane,kompletnie zbedne ,nienazarte pasozyty to najwieksza kula u nogi rozwoju Polski.
    Wy tam;Hoser,Jedryszczak.Dudycz,Depo i inne pasozyty,znacie to ????
    "Ilez dobrego dala nam(Kosciolowi) ta bajeczka o Chrystusie "
    Papiez Leon X

  • popijajac_piwo

    Oceniono 222 razy 190

    Kościół zaleca adopcję, więc niech sobie adoptuje wszystkich dzieci, które kazali urodzić, pomimo, że badania prenatalne wykazały wady genetyczne...

  • kato-rznik

    Oceniono 116 razy 108

    "małżeństwo, które ma określony staż. Muszą to być także osoby niekarane, zdrowe psychicznie, takie, które pomyślnie przeszły kurs preadopcyjny, uzyskały opinię psychologa"
    Takie wymogi powinny obowiązywać również w celu uzyskaniabzgody na poczęcie biologiczne.

  • gupek-wioskowy

    Oceniono 116 razy 108

    Bóg dał człowiekowi mózg, żeby wymyślił in vitro. Niektóre mózgi wymyśliły, że są Bogiem .

    Po owocach ich poznacie....

  • maniana168

    Oceniono 130 razy 108

    serdecznie gratuluje wywiadu. Sama pracowałam w pomocy społecznej i osobiście nigdy nie zaadoptowalambym dziecka, zawsze uważałam ze nie trzeba urodzić by byc matką. teraz tak nie uważam... bardzo jasno opisala Pani to o czym wiele ludzi nie ma pojęcia. dzieci ktore trafiaja do adopcji to nie sa słodkie bobasy tylko ludzi z wielkimi obciązeniami środwiskowymi, czesto zdrowotnymi i osoby ktore decydują sie na adopcji muszą byc o wiele bardziej dojrzale, wyposażone w często w specjalistycznaąz psychologiczna i pedagogiczna wiedzę wikększą niż rodzice biologiczni

  • zewszad_i_znikad

    Oceniono 97 razy 75

    Co z kobietami, które chciałyby mieć dzieci, ale bardzo boją się ciąży i porodu? Taka motywacja istnieje i nie widzę powodu, by uważać ją za niedopuszczalną - tym bardziej, że każdy powód do niepowoływania nowego człowieka na dramatycznie przeludnioną planetę jest dobry. Ja nigdy nie chciałam mieć dzieci ani biologicznych, ani adopcyjnych, ale miałam koleżankę, która deklarowała, że chciałaby dziecko adoptować. Wymagania co do stażu małżeńskiego to utrudnienie dla takich osób. Naprawdę nie dla wszystkich adopcja to wyjście awaryjne w sytuacji, kiedy nie można mieć dziecka biologicznego.
    Inna możliwa sytuacja - kobieta byłaby w stanie zajść w ciążę, ale ze względów medycznych nie powinna. Jeszcze inna sytuacja - obciążenie poważną chorobą genetyczną i podjęcie od razu decyzji, że w takim razie w grę wchodzi tylko adopcja. Dla takich rodzin adopcja nie jest wyjściem awaryjnym i przynajmniej ich nie powinny obejmować wymagania co do stażu.

  • ebom

    Oceniono 65 razy 59

    Hmm, chyba te informacje o sytuacji amerykańskiej to albo mocny skrót myślowy, albo research pani Krawczak na razie ograniczył sie do seriali, skoro nie wspomniała chociażby o kosztach -- znam historie ludzi, dla których wielokrotne in vitro było zwyczajnie tańsze od adopcji, albo ludzi, którzy z rodzicielstwa zrezygnowali w ogóle po latach adopcyjnych niepowodzeń. Nie mówiąc już o historiach rodziców kupujących dziecko za granicą, bo w USA się nie kwalifikowali, więc to jednak nie jest tak, że starczy się zapisać, znaleźć młodą dziewczynę w ciąży i dziecko jest ot tak.

    Poza tym szczegółem -- świetny wywiad, bardzo zresztą cenię pania Krawczak, Myślę, że warto w naszym kraju więcej mówic o adopcji, bo krąży wokół niej wiele mitów, panują nie potrzebne uprzedzenia itd. A przeciez to opcja nie tylko dla osób bez/niepłodnych, ale też dla par, które świadomie wybierają ją zamiast rodzicielstwa biologicznego.

  • wesolywerther

    Oceniono 64 razy 44

    posiadanie WŁASNEGO potomstwa jest naturalnym pragnieniem. A adopcja - zwłaszcza sierot społecznych to ruletka. Sa to najczęściej dzieci dotknięte upośledzeniami, z głębokiej patologii, wymagające specjalistycznej opieki, a powierzenie ich zwykłym ludziom często kończy się katastrofa. Zakłamane twierdzenia płynące ze środowisk katolickich napawaja obrzydzeniem szczególnie, gdy się ma w pamięci "dobrotliwą opiekę" siostrzyczek Boromeuszek - szatanów w habitach czy innych. A łudzenie rzekomo "niezawodną" naprotechnologia, będącą w gruncie rzeczy oszustwem religijnym - jest bezczelne. Klepanie pacierzy nie pomoże w zajściu w ciążę, zwłaszcza, gdy leczenie jest potrzebne.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX