Ryszard Rembiszewski

Ryszard Rembiszewski (fot. Kapif)

wywiad gazeta.pl

"Pan Lotto": Zawsze gram na chybił trafił. Tylko ja mam ciągle chybił, a nie trafił

Życzę państwu wysokich wygranych - mówił przez ćwierć wieku, prowadząc losowanie Lotto. I choć już od dawna tego nie robi, niektórzy wciąż nazywają go "Panem Lotto". Poznał wielu milionerów, czasem radził im, jak dobrze inwestować, bo uważał, że tak trzeba. - Jedna pani zapakowała pieniądze w reklamówkę. Na pytanie o ochronę, odpowiedziała: "Panie, to niecałe trzy miliony, kto będzie wiedział, że taka stara baba jak ja ma tyle pieniędzy" - wspomina Ryszard Rembiszewski.

Co by pan zrobił, gdyby pan wygrał milion?

- Spłaciłbym kredyt. Nie jest duży, ale nade mną ciąży. Jakbym już miał go z głowy, tobym spokojnie odetchnął.

I wtedy?

- Na pewno pomógłbym córce. Rzuciła pracę w korporacji, sprzedała mieszkanie i wyjechała ze swoim chłopakiem do Kambodży. Wynajęli tam kawałek wyspy i zbudowali resort dla turystów.

A pan część zdobytego miliona wydałby na podróże?

- Najpierw zmieniłbym swoje życie, a ściślej mieszkanie. Teraz muszę wynajmować garaż, co jest kosztowne, więc gdybym sprzedał to mieszkanie i kupił inne, z garażem, byłbym bardzo zadowolony. Widzi pani, to takie przyziemne sprawy, ale z tych przyziemnych spraw składa się nasze życie. Gdyby coś mi jeszcze zostało, na pewno bym pomógł kilku fundacjom, bo od czasów liceum działam społecznie. Ale... zaraz, zaraz, miliona bym nie wygrał. Przecież gwarantowana wygrana to dwa miliony, zupełnie o tym zapomniałem!

Ma pan problem z byciem „Panem Lotto”?

- Żadnego. Miałem problem tylko wtedy, kiedy po prawie 25 latach odchodziłem z Totalizatora Sportowego. Czułem wielki żal do ówczesnego prezesa, który nie pozwolił mi pożegnać się z widzami. Choć mówiłem, że jeśli się obawia, iż coś niewłaściwego powiem, to możemy to nagrać wcześniej i puścić „z puszki”. Nawet na to się nie chciał zgodzić. Nie dostałem też ani trzynastki, ani odprawy emerytalnej. Odszedłem w niezbyt przyjemnej atmosferze, a pracownicy Totalizatora żegnali mnie po cichu, żeby się prezes nie dowiedział. Dziś tego prezesa już nie ma, a ja to przebolałem.

Jestem bardzo wdzięczny Magdzie Mołek, że podczas rozmowy ze mną w „Dzień Dobry TVN” powiedziała: Panie Ryszardzie, pan po tylu latach przestał prowadzić losowania.... Wtedy odpowiedziałem: Tak, i jest mi przykro, że prezes Totalizatora nie pozwolił mi się nawet pożegnać z widzami. Magda na to: To proszę bardzo, proszę mówić do tej kamery.

Jak pan zareagował?

- Muszę powiedzieć, że wtedy coś takiego mi się stało... Taka gula w gardle, łzy w oczach. I pożegnałem się z widzami. A ile ja wtedy otrzymałem telefonów, ile maili! Nigdy tego nie zapomnę. Zresztą przez te wszystkie lata otrzymywałem od ludzi same wyrazy sympatii. To mnie bardzo cieszy.

(fot. Kapif)(fot. Kapif)

Proszę zdradzić, jak wygląda rytuał odbierania wygranej w Lotto. Dostaje się gotówkę czy przelew?

- Jak się chce. Pamiętam, że jedna pani poprosiła o gotówkę. Przyjechała do siedziby przy Targowej w Warszawie, zapakowała pieniądze w reklamówkę i wychodzi. Może chociaż jakąś ochronę pani damy? - zapytałem. Odpowiedziała: Panie, to niecałe trzy miliony, kto będzie wiedział, że taka stara baba jak ja ma tyle pieniędzy. Najczęściej jednak ludzie wybierają przelew na konto, a tylko jakąś niedużą część odbierają w gotówce. Niektórzy zakładają konta w kilku bankach, i to nie tam, gdzie mieszkają. Jeśli w małej miejscowości przychodzi przekaz z Totalizatora Sportowego, to urzędniczka w banku od razu wie, że to wygrana i kto wygrał. Niby jest to tajemnica bankowa, ale wie pani, jak to bywa z tajemnicami...

Uważam, że osobie, która otrzymuje duże pieniądze, trzeba pomóc. A tego często nie było. Dobra firma powinna o taką osobę dbać. Objaśnić na przykład, że od samochodu, który za pieniądze z wygranej dostanie kuzyn, będzie trzeba zapłacić podatek od darowizny. Osoba z małego miasteczka zwykle wie tylko, że jest lokata w PKO BP, a nie ma pojęcia, że mając siedem milionów, można negocjować oprocentowanie. I ja niektórym takim ludziom pomagałem.

Dlaczego?

- Po prostu czułem, że tak trzeba. Ci ludzie mieli do mnie zaufanie. Kiedyś przy zakładach specjalnych były wygrane rzeczowe. Wymyśliłem na przykład, że w Wielkanocnych Zakładach Specjalnych wygraną rzeczową będzie wyjazd na Wyspy Wielkanocne. Wycieczkę wygrał biedny rolnik spod Lublina. Przyszedł i zaczął płakać: Niech pan coś zrobi, ja tej nagrody nie chcę. Ja ledwo co do Warszawy dałem radę przyjechać, a samolotem mam lecieć taki kawał?

Nigdy żaden milioner nie chciał rozmawiać z dziennikarzem. Ale jeśli ja o to prosiłem, to się zgadzali, bo mieli do mnie zaufanie. Z kolei ja przekazywałem pewne informacje dziennikarzom, ale w taki sposób, że nie można było zidentyfikować milionera. A skoro już rozmawiałem z taką osobą, to podpowiadałem pewne rozwiązania. Zresztą ludzie różnie reagują, gdy zostają milionerami. Na przykład młody mężczyzna rozmawia ze mną trzy dni po wygranej i cały się trzęsie. Mówi, że rodzicom nie powiedział, bo by dostali ataku serca.

Pytał pan ludzi, na co planują wydać wygraną?

- Tak, i bardzo często słyszałem, że na poprawę warunków bytowych. A dopiero potem jakaś wycieczka. Wiele zależy od tego, w jakim wieku człowiek wygrywa. Pamiętam, jak 10 milionów wygrała pewna starsza pani z Krakowa, chora na serce. Nie zgłosiła się od razu, bo była w szpitalu. Panie Ryszardzie, co mi z tego teraz? Ja tak chciałam pojechać do Rzymu, do Watykanu, a teraz już nie mogę - powiedziała. Dała pieniądze rodzinie. Tak mi jej żal było...

(fot. Kapif)(fot. Kapif)

A nie żal panu starszych ludzi, którzy wydają na Lotto ostatnie pieniądze?

- Często obserwuję starszych ludzi w kolekturach. Mają jakieś swoje własne systemy, zapisują liczby. Zauważyłem, że teraz zawierają oni mniej zakładów niż kiedyś. Bywało, że kupowali dziesięć, a teraz trzy. Ale ciągle liczą, że wygrają. Oczywiście, system wygranych nie jest sprawiedliwy. Ja sam grywam i moja najwyższa wygrana przez ponad 20 lat to 120 złotych. No więc sama pani widzi. Gdzie tu sprawiedliwość?

Lotto uzależnia jak hazard? Pana uzależniło?

- Nie. Gram tylko wtedy, gdy jest kumulacja.

Ma pan prywatny patent?

- Zawsze gram na chybił trafił. Jak kiedyś sprawdzałem, to wyszło mi, że większość szóstek pada na chybił trafił. Tylko ja mam ciągle chybił, a nie trafił. Wie pani, ja wierzę w przeznaczenie. Uważam, że jak komuś jest przeznaczone, że ma wygrać, to wygra i tyle. Kiedyś pewien dziennikarz zapytał, czy skoro nie mam szczęścia do pieniędzy, to mam szczęście w miłości. Odpowiedziałem, że ani tu, ani tu.

Swoją drogą, jak prowadziłem Lotto, to kumulacji nie było tak często jak dziś... Znajomi, którzy grają latami, skarżą mi się czasem, że kiedyś trójkę łatwo było wygrać, a teraz nie. Coraz więcej narasta wokół Lotto teorii spiskowych.

Niektórzy twierdzą, że to pan przynosił szczęście grającym.

- Może... A ja się wciąż z tej sympatii widzów bardzo cieszę. Kiedyś po jakiejś imprezie podeszła do mnie pewna pani, i mówi: Muszę się panu do czegoś przyznać. Jak pan prowadził te losowania, to ja każde oglądałam. Chociaż nigdy nic nie wygrałam, lubiłam pana oglądać. I jak pan tym swoim pięknym głosem zachęcał, by iść do kolektury, to ja jak ta głupia szłam...

Co się dzieje z milionami, których zwycięzcy nie odbierają?

- Trafiają do specjalnej puli, z której są na przykład rozpatrywane reklamacje. Więcej nie mogę powiedzieć. Ale zdradzę pani za to, że swego czasu w Multilotku była taka maszyna losująca, że w ogóle nie wpadały do niej pięćdziesiątki. Nie wiadomo dlaczego. Trzeba było ją zmienić.

Nie jest pani jedyną, która mnie pyta o tajemnice Lotto. To dziwne, bo choć nie jestem gospodarzem Lotto od lat, ciągle jestem ikoną gier liczbowych. „Panem Lotto”, którego ludzie zaczepiają na ulicy i pytają, czy mogą mnie uszczypnąć. Kiedy mówię, że już nie prowadzę losowań, są zdziwieni. Często słyszę też, że ktoś przestał oglądać, bo mnie już nie ma w telewizji. Bez pana to już nie jest to. Nie ma tej klasy - mówią. Bo teraz, jak ja to nazywam, jest przerost formy nad treścią. I właśnie między innymi o takich sprawach dotyczących losowań piszę w książce, która ma się ukazać pod koniec tego roku.

(fot. Kapif)(fot. Kapif)

Podziękowali panu, bo się pan znudził?

- Nie, raczej chcieli zrobić coś nowego, żeby się o tym mówiło. Uczyłem nowych prezenterów, a zarabialiśmy tyle samo. Jak nie wiadomo, o co chodzi, to zawsze chodzi o pieniądze, prawda? Poszedłem do prezesa, powiedziałem, co o tym myślę, i po jego aroganckiej wypowiedzi zostało mi jedno wyjście - odejść. No to odszedłem. Nie mam sobie nic do zarzucenia.

A może pojawiła się po prostu potrzeba młodszego prowadzącego?

- Mam cały plik listów od widzów, których ten młodszy prowadzący strasznie denerwował. Strasznie, naprawdę. Ale już nie chcę o tym mówić. Było, minęło. Dla mnie w tym programie najważniejsze były piłeczki, które wyskakują z maszyny losującej, a nie ja. Ja byłem tylko przekaźnikiem, kimś na drugim planie, kto buduje emocje i jest wiarygodny. Ludzie mówili, że mi ufają. Poza tym tylko mnie udało się ściągnąć do programu osoby, które wygrały w Lotto. Była na przykład para spod Olsztyna, która dwa razy w ciągu dwóch tygodni wygrała szóstkę.

Co pan robił po Lotto?

- Przez pewien czas nic. Aż tu nagle odezwała się hiszpańska firma Lottoland i zapytała, czy mógłbym być jej twarzą. Gdy mój agent sprawdził, że działają zgodnie z przepisami, przystałem na tę propozycję. Wtedy zadzwonił kolega z Totalizatora i mówi: Jak ty mogłeś! To jest dla nas konkurencja! Ja na to: Dawałem sygnały, że chętnie wróciłbym do Totalizatora, ale nikt się do mnie nie odezwał. Więc skoro oni się odezwali, to się zgodziłem. Życie jest brutalne, rachunki płacić trzeba.

Lotto było pańskim przekleństwem czy błogosławieństwem?

- Przekleństwem nie. Lotto dało mi szaloną popularność. Ona utrzymuje się do tej pory. Ludzie nadal mówią, że jestem dla nich kimś wiarygodnym. Oczywiście, wiążąc się na stałe z Lotto, musiałem z wielu rzeczy zrezygnować. Już nie mogłem być spikerem. Pozostałem jednak etatowym głosem Telewizji Polskiej do momentu, gdy Lotto przeniosło się do Polsatu... No i po Lotto słyszałem czasem, że się za bardzo z nim kojarzę. Ale każda sytuacja ma swoje plusy i minusy. Lotto to był dla mnie piękny czas.

Ale pieniądze się pana nie trzymają, co?

- A wie pani dlaczego? Bo jestem osobą, która każdemu chce sprawić przyjemność. Jestem z kimś, komu się coś podoba, to się nie zastanawiam, tylko kupuję. Lubię dawać prezenty. Z okazji i bez okazji. Ktoś mówi: O, jaki masz fajny zegarek. - Podoba ci się? To bierz - odpowiadam, i daję.

Jeśli widzę, że kolega, młody aktor, nie może iść na bankiet, bo nie ma co na siebie włożyć, proponuję, że mu coś pożyczę. Jak się okazuje, że ma inny rozmiar, kupuję mu w prezencie marynarkę. Nie chcę się chwalić, ale powiem, że kobiety, z którymi byłem, też nie narzekały w tym względzie, bo otrzymywały wiele prezentów.

Woli pan wydawać niż oszczędzać?

- Pieniądz jest po to, żeby nim obracać. Żeby cieszył, sprawiał przyjemność. Chociaż im jestem starszy i wiem, jak często trudno o pracę, zaczynam się zastanawiać, czy nowy garnitur albo buty są mi potrzebne. Był czas, że miałem w życiu ciężko i przekonałem się, że pieniądz pomaga. Uważam, że trzeba go szanować, więc staram się trzymać pewną kwotę na  czarną godzinę i planuję wydatki.

(fot. Kapif)(fot. Kapif)

Wie pan, nie pamiętałam, że prowadził pan w telewizji słynny „Koncert życzeń".

- Pracowałem w radiu i był wtedy taki zwyczaj, że telewizja brała ludzi z radia - spikerów do czytania tzw. offów, na przykład w wiadomościach czy w reklamach, czym też się zajmowałem. W pewnym momencie jedna z redaktorek powiedziała: Posadźcie go przed kamerą. Zobaczymy, czy jest wizyjny. Okazało się, że jestem. No i zacząłem prowadzić „Koncert życzeń". Straszną miałem tremę, bo debiutowałem z Bogumiłą Wander, która uchodziła za dość ostrą. Ale mnie zaakceptowała. Prowadziłem ten program również z Edytą Wojtczak, Krystyną Loską i Anną Głębocką.

Zdradzi pan jakieś smaczki?

- Całe szczęście, że koncert życzeń był nagrywany. My czytaliśmy tylko życzenia, a potem tzw. oprawca muzyczny dokładał piosenkę. Nigdy nie wiedzieliśmy, jaka ona będzie. Pamiętam jak dziś: Serdeczne życzenia dla babci Basi z okazji 95. urodzin składają synowie, córki, zięciowie, wnuki, prawnuki... A teraz piosenka. I poszło „Przeleć mnie”. Zrobiła się potworna awantura. Podobno babcia nie miała nic przeciwko temu, ale redakcja tak. I po tamtej historii zawsze już mówiliśmy: A teraz piosenka taka a taka.... Poza tym to był czas, kiedy nie było w telewizji stylistów. Każdy z nas ubierał się sam w swoje własne ciuchy. Albo pożyczone. W Lotto też na początku tak było.

Ciuchy ciuchami, ale za głoszenie własnych poglądów to pan oberwał...

- Kiedy zrobiło się głośno o związkach partnerskich, napisałem na swoim prywatnym profilu na Facebooku, że podpisałem petycję w tej sprawie. Wtedy zadzwonił do mnie ksiądz, dyrektor pewnego radia, i naskoczył na mnie, że „to promocja pedałów”. Znaliśmy się, bo przez półtora roku prowadziłem imprezy muzyczne tej rozgłośni. Zdziwiłem się jego reakcją i próbowałem mu wytłumaczyć, że związki partnerskie to nie tylko związki homoseksualne, ale także związki heteroseksualne. Sam zresztą byłem w dwóch takich związkach i gdyby nie to, że mam znajomych lekarzy, w życiu bym się nie dowiedział, jaki jest stan zdrowia moich partnerek. Nie chciał słuchać. Związki partnerskie to jest promocja pedałów. Zrywamy umowę - krzyczał. Dostałem takiej guli, że napisałem o tym na swojej tablicy. Zgłosiło się do mnie Polskie Towarzystwo Prawa Antydyskryminacyjnego i prowadzą moją sprawę w sądzie. W swoim gronie mam osoby homoseksualne, zarówno kobiety, jak i mężczyzn. I interesuje mnie tylko to, jacy to są ludzie, a nie z kim sypiają.

Najlepiej skomentowała to moja córka, która napisała na FB: Tato, jestem z Ciebie DUMNA!!! Masz odwagę powiedzieć publicznie, że nie zgadzasz się na nietolerancję i wulgarny język. Wstyd mi, że w Polsce związki partnerskie to nadal temat, który wywołuje tyle złych emocji. Związek partnerski to związek dwojga ludzi, którzy się kochają. Koniec, kropka. Dla mnie nie ma znaczenia czy to kobieta i mężczyzna, czy dwie kobiety lub dwóch mężczyzn. Dziękuję Ci za to, że wychowałeś mnie na człowieka, który widzi życie w wielu kolorach - nie tylko w czerni i bieli, ale także w odcieniach tęczy. Jesteś najlepszym Tatą na świecie! Kocham Cię!!! Pozostawiam to bez komentarzy.

Ktoś, kto pracuje w telewizji, nie może wyrażać swoich poglądów?

- Uważam, że ten, kto przekazuje informacje polityczne czy społeczne, powinien być zachowawczy w głoszeniu swoich poglądów. Gdy prezentowałem losowanie Lotto czy wiadomości ze świata kultury, też nie przedstawiałem widzom własnych opinii. Weźmy na przykład Dorotę Wellman. Ona, prowadząc programy, zdecydowanie wygłasza swoje poglądy i ja ją bardzo za to cenię. Uważam, że dużo gorsi od dziennikarzy dzielących się swoimi poglądami z widzami są nasi posłowie, którzy zmieniają kluby w trakcie kadencji. To są dla mnie ludzie, którzy nie mają twarzy.

Tęskni pan za Lotto?

- Nie chciałbym wrócić do studia Lotto w obecnej formule. Ale jakiś inny program? Czemu nie. Myślę, że mam już dystans do Lotto. Teraz występuję w programie „Świat się kręci”, prowadząc „Pogodną prognozę kultury". Od jesieni będę na stałe w audycji jednej ze stacji radiowych. O szczegółach nie mogę jednak mówić. Świat idzie do przodu, a ja, za radą mojej córki, myślę pozytywnie. Mam wspaniałych znajomych, jestem szczęśliwy. Nie mogę narzekać. Więc nie narzekam.

Proszę mi poradzić na koniec, jakie liczby mam obstawić w najbliższym losowaniu?

- Niech pani obstawi... dobrych sześć liczb.

 

Ryszard Rembiszewski. Aktor, prezenter radiowy, lektor i konferansjer. Pochodzi ze Sławna. Zaczynał w Polskim Radiu jako spiker, a na przełomie lat 80. i 90. prowadził w telewizji Koncert życzeń". Jednak największą popularność zdobył jako gospodarz Studia Lotto - robił to przez ćwierć wieku, zyskując przydomki „Pan Lotto” i „Pan Totolotek”. Od 2013 roku prowadzi „Pogodną prognozę pogody” w „Świat się kręci”. Wiosną rok temu został oficjalnym ambasadorem firmy Lottoland.

Angelika Swoboda. Ekspert showbiznesowy portalu Gazeta.pl. Komentuje życie gwiazd w Polsat Cafe, TVN i Superstacji. Zaczynała jako dziennikarka kryminalna w „Gazecie Wyborczej”, pracowała też w „Super Expressie” i „Fakcie”. Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi chętnie rozmawia zawsze i wszędzie, kawy i sportowych samochodów.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (51)
Zaloguj się
  • rychusa

    Oceniono 64 razy 62

    "Zauważyłem, że teraz zawierają oni mniej zakładów niż kiedyś. Bywało, że kupowali dziesięć, a teraz trzy".Kiedyś jeden zakład kosztował 1 zł a dziś 3 zł więc teoretycznie prawdopodobieństwo wygrania jest trzy razy mniejsze.Kiedyś za dychę było 10 zakładów dziś są trzy.

  • donsarcasm

    Oceniono 96 razy 52

    Czy dzisiejszy artykul z panem Lotto ma coś wspólnego z wczorajsza mega wpadka w serbskim lotto?

  • phugoid

    Oceniono 108 razy 44

    w dobie komputerow i systemow do ktorych mozna wejsc przy pomocy odpowiedniego backdoora, te wszystkie lotto to jedna wielka sciema... vide loteria w bulgarii czy ostatnia akcja w serbii. zaloze sie, ze w wolsce jest nie inaczej.

  • gryfb

    Oceniono 70 razy 30

    Wszystkie Ryśki to porządne chłopy!

  • muppetshow1982

    Oceniono 44 razy 24

    Podobnie jak Jenna Jameson, popularność na zajmowaniu się kuleczkami

  • miszmasz51

    Oceniono 57 razy 21

    Jak myślicie, dlaczego każdy wypełniony los "puszczany" jest przez maszynkę rejestrującą? Czy TYLKO po to, aby los miał wydrukowaną niepowtarzalną "banderolę" identyfikującą miejsce zakupu, z datą zakupu i losowania? Ja myślę, że zeskanowane dane z każdej kartki są przesyłane do... no, dokąd? Do jakiegoś centralnego komputera, a ten, mając zbiór wszystkich wykreślonych numerów i odpowiedni program, może wybrać te liczby, których, zakreślonych, statystycznie jest NAJMNIEJ. Bawcie się dalej w wybieranie numerków, statystyki i różne cudowne algorytmy, mające zagwarantować wygraną... powodzenia. To absolutnie obojętne, czy sam wykreślasz numerki, czy "na chybił/trafił" - one, być może i tak poddawane są obróbce i do wyniku "losowania" są wybierane te, których jest najmniej w całości zbioru. Współczesne komputery i programy są w stanie taką operację wykonać w parę sekund pomiędzy zamknięciem przyjmowania losów a samym "losowaniem". Skąd to przypuszczenie? Ano, zauważcie, że na większości wolno stojących budek z punktem lotto jest antenka... czyli dane z punktów są przesyłane w czasie realnym dokądś tam. A przecież wystarczyła by tylko drukarka drukująca na wypełnionym losie kolejny zakodowany numer wypełnionego losu, potwierdzenie zakupu losu z adresem punktu, datą i godziną zakupu i jakimś niepowtarzalnym i zmiennym w czasie kodem identyfikującym dany punkt - coś w rodzaju paragonu VAT. Żadna łączność w czasie realnym, z czymś tam, konieczna nie jest.
    Ale są to TYLKO moje, po wielokroć zawiedzionego gracza i przez to doszukującego się teorii spiskowych, spekulacje - zaznaczam. Prawda zapewne jest zupełnie inna, bardziej uczciwa i sprzyjająca tym, którzy kupują losy - mam nadzieję i oby tak było.

  • georgeb

    Oceniono 30 razy 10

    Ok 15 lat temu w Rumunii padł ich system lotto. Ponieważ nie mogli przeprowadzić uczciwego losowania gdyż mogłoby zagrozić to upadkiem finansowym w przypadku dużej ilości wygranej. Więc podali wygrane liczby dokładnie takie same jakie były w poprzednim losowaniu. Matematyczne dowodząc takie prawdopodobieństwo jest niemożliwe do spełnienia. Od tego czasu zawsze wygrywam, gdyż nie gram. No, ale baranów nigdy nie brakuje skoro system się dalej kręci.

  • ulanzalasem

    Oceniono 15 razy 9

    "Wie pani, ja wierzę w przeznaczenie. Uważam, że jak komuś jest przeznaczone, że ma wygrać, to wygra i tyle"

    Po tym i paru innych tekstach typu "sam gram całe życie i czekam na wygraną" odbierałem to z ironią jako odpowiedź na "sfałszowane" losowanie w Serbii. Tylko, że po skończeniu doszedłem to innego wniosku. Wywiad jak wywiad, całkiem Ok, ale bardziej niż próba poprawy wiarygodności gier losowych, Lotto - odebrałem to jako...autoreklamę. Dosłownie co drugie czy trzecie zdanie słyszymy o tym jakim to wielki,m szacunkiem, ale przede wszystkim wiarygodnością cieszy się pan Lotto. Kiedyś dzięki niemu ludzie wierzyli Totalizatorowi, a teraz...jego nowemu pracodawcy ? Bo powtórzył to tyle razy, ze zabrzmiało jak reklama jeśli nie TS to obecnej firmy dla której pracuje.

  • mimowszystkolubietorun

    Oceniono 4 razy 4

    Dawniej, gdy wypełniało się kupon, a pani przylepiała banderolę, bywało, że co miesiąc dwa miałem choćby trójkę. Teraz od wielu miesięcy, a nawet lat nie mam nawet trójki a dwójki zdarzają się rzadko. Czy to przypadek? Cała ta loteria to wielka ściema.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX