Zbigniew Wodecki podczas koncertu z zespołem Mitch & Mitch

Zbigniew Wodecki podczas koncertu z zespołem Mitch & Mitch (fot. Michał Murawski)

Wywiad Gazeta.pl

Zbigniew Wodecki nie żyje. "Byłem na łasce lub niełasce show-biznesu"

Zbigniew Wodecki nie żyje. Muzyk kilka dni temu trafił do szpitala. Miał udar. - Od dziecka musiałem, stając na scenie, zagrać wszystko pięknie, od początku do końca. Czułem potworny stres, aby dobrze wypaść - wspominał w wywiadzie, którego nam udzielił.

"W piątek 5 maja Zbigniew Wodecki przeszedł w Warszawie operację bypass-ów. Jeszcze w niedzielę czuł się dobrze i rozmawiał z bliskimi. Niespodziewanie 8 maja nad ranem doznał rozległego udaru mózgu. Mimo niezwykłej woli życia i staraniom lekarzy udar dokonał nieodwracalnych obrażeń. Odszedł od nas w dniu 22. maja w jednym z Warszawskich szpitali. Żona i dzieci byli przy nim. Zostanie pochowany w ukochanym Krakowie".

- informuje oficjalna strona artysty. Zbigniew Wodecki był niezwykle popularnym piosenkarzem i showmanem. Przypominamy wywiad, którego muzyk udzielił nam dwa lata temu.

Bartek Strowski: "Panny mojego dziadka" śpiewał pan po raz pierwszy, mając dwadzieścia sześć lat. Powtórnie odkrył pan ten utwór z zespołem Mitch & Mitch, gdy już, tak jak podmiot liryczny, sam pan został dziadkiem.

Zbigniew Wodecki: - (śmiech) Raczej nie mam w związku z tym specjalnych refleksji. Cieszę się, że dożyłem czasów, w których jest mój wnuk, o którym śpiewałem, gdy nie było go jeszcze na świecie. Zresztą jak zaczynałem śpiewać ten tekst, to nawet jeszcze moich dzieci nie było!

Jest taki żart, który pan podobno szczególnie lubi: "Syn mówi do ojca: - Tato, jak dorosnę, to zostanę muzykiem. Na co ojciec odpowiada: - O nie. Albo jedno, albo drugie". Panu się udało jedno z drugim połączyć?

- Tak, ale miałem wielkie szczęście, że urodziłem się w Krakowie i w takiej rodzinie, jak moja, która posiadała bliskie kontakty z Orkiestrą Polskiego Radia. Od piątego roku życia siedziałem w filharmonii, jedząc pomidorową w stołówce, podczas gdy tata grał V symfonię Beethovena za drzwiami. Później przesiadywałem w operetce w orkiestronie, bo siostra śpiewała i grała na wiolonczeli. Chcąc nie chcąc, poznałem wszystkie arie. A jak już mi to weszło w krew, to musiałem iść do szkoły muzycznej.

Choć na początku to wszystko wyglądało tragicznie. Nie chciałem się uczyć, nie chciałem ćwiczyć, nie miałem do tego zdrowia. Słuch muzyczny był, ale opanować grę na tym pudle z drewna z naciągniętymi czterema strunami to nie przelewki. Zagrać czysto gamę, podczas gdy ten smyczek tak rzęzi? I jeszcze nauczyć się tego, co napisali geniusze w tej dziedzinie... Całe życie trzeba poświęcić na to, żeby poruszać się w repertuarze Paganiniego, Czajkowskiego, Brahmsa. A ludzie, którzy chcą obronić dyplom w szkole muzycznej, muszą opanować ten najwybitniejszy, światowy repertuar, który powstawał przez setki lat.

Często słyszę, że nasze szkoły muzyczne są niepraktyczne. Może dlatego, że zamiast rozbudzać zdolności tworzenia u swoich adeptów, stawiają na perfekcyjne odtwarzanie standardów?

- Rzeczywiście tak jest, ale to tyczy się też wielu innych obszarów edukacji. Rozpoczęcie nauki w szkole muzycznej wymaga nie tylko talentu, ale i odrzucenia wszelkich innych aktywności. Złamiesz rękę na nartach? Po karierze. Wybijesz zęby, a grasz na instrumencie dętym? Zapomnij. Bycie muzykiem pochłania i determinuje cały twój świat. Puenta jednak dla młodego człowieka jest taka, że po wyćwiczeniu tych wszystkich arcytrudnych nut wychodzi ze szkoły muzycznej i nie ma z czego żyć, bo... nie zagra disco polo. To jest bolesne, bo muzyka klasyczna jest elitarna. Niestety. Tylko ludzie bardzo dobrze wykształceni, kulturalni, właściwie wychowani wiedzą, jak odbierać malarstwo, jak słuchać muzyki klasycznej etc.

Zbigniew Wodecki podczas koncertu z zespołem Mitch & Mitch (fot. Michał Murawski)Zbigniew Wodecki podczas koncertu z zespołem Mitch & Mitch (fot. Michał Murawski)

Pan z kolei chyba nigdy nie doświadczył problemu bycia bezrobotnym muzykiem. Skąd ta empatia w stosunku do kolegów po fachu?

- Bo całe życie się bałem ich losu. Zawsze z tyłu głowy miałem myśli: Co będzie, jeśli muzyka przestanie się opłacać? Rodzina na utrzymaniu, dom, samochód. Im więcej masz, w tym większych "malinach" jesteś. Artyści, bo za takiego się mam, raczej smykałki do robienia pieniędzy nie mają. Tak więc byłem na łasce lub niełasce show-biznesu.

Miałem to szczęście, że bardzo często przypadkiem trafiałem na właściwych ludzi. Przyszedł do mnie pewnego dnia chłopak i mówi, że ma kabaret i szukają skrzypka oraz wiolonczelisty. Akurat mieliśmy przerwę w próbie i paliliśmy papierosy przy piecu. Dla takiego gościa jak ja, znużonego ciągłymi próbami i ćwiczeniami, możliwość zabawienia się i gry z kabaretem była niesamowita. To był Marek Grechuta, wtedy powstał zespół Anawa. Później Ewa Demarczyk wyciągnęła mnie z Anawy do Piwnicy pod Baranami. Cały czas byłem w młynie krakowskiej bohemy: paliło się papierosy, piło się wódkę i piwko, chodziło na jazz, mieliśmy wspólnego komunistycznego wroga, który nas integrował. Jazz, balanga i świetni ludzie. Później zdałem do Krakowskiej Orkiestry Symfonicznej, gdzie byłem siedem lat i codziennie graliśmy muzykę klasyczną. Najgenialniejsze i najnudniejsze rzeczy, jakie powstały (śmiech).

Nie chciał pan nigdy odpocząć od muzyki?

- Nie można odpuszczać, jak ktoś ma tyle ambicji co ja. Wciąż mam wyrzuty sumienia, że na dyplomie wykonywałem Karłowicza, a teraz bym nie potrafił. Trzeba ciągle trenować. Fajnie, że umiem improwizować, ale to, co straciłem przez muzykę rozrywkową, ciężko odzyskać. Utrzymanie się w formie to jak zdawanie każdego dnia matury z matematyki. Straszna robota dla młodych ludzi. Z czystym sumieniem mógłbym odpocząć dopiero, gdyby ktoś odjął mi rękę i wybił zęby (śmiech). Jednak dopóki mnie trzyma adrenalina, to muszę grać.

Poddawanie się pod ciągły osąd publiczności jest bardzo trudne. Stale musimy walczyć o sukces, przychylność, komplementy. Wykonujemy fach, w którym płacą nam za popisywanie się. Dla człowieka takiego jak ja, który w jakimś stopniu jest narcyzem, a z drugiej strony jest kompletnie pozbawiony odwagi i brawury - to jakieś zwichrowanie.

Ciekawy jest ten kontrast: z jednej strony wszystko wskazywało w pańskim życiu na estradę, a z drugiej sam pan przyznaje, że nie ma tupetu i śmiałości.

- Miałem do czynienia z prawdziwymi autorytetami, autorami książek edukujących całe rzesze adeptów akademii muzycznych. Od nich nauczyłem się, czego nie wiem. Jeśli masz świadomość, czego jeszcze nie wiesz, to zyskujesz bardzo dużo pokory. Któregoś dnia, kiedy paliłem papierosy przy tym samym piecu, gdzie pierwszy raz spotkałem Grechutę, minął mnie pewien facet. Przy popielniczce leżał malutki urywek wypłowiałych nut. I ten facet chwycił tę znikomą karteczkę i powiedział: - O! Preludium do IV fugi Bacha. Wiecie, ile Bach napisał i jak dokładnie trzeba mieć przeanalizowaną jego pracę, by rozpoznać całą kompozycję po kilku nutkach na starej kartce? Takie historie uświadamiają, jak wiele pracy trzeba włożyć, by mieć pojęcie o tym zawodzie.

Jak zacząłem karierę solową, to też non stop stres. Żeby wygrać festiwal, żeby napisać dobry aranż, by nie dać plamy, coby krakowskie środowiska się nie śmiały z tego, co nawyczyniałem. Dopiero chłopaki z Mitch & Mitch nauczyli mnie radości z grania. Kariera karierą, ale jeszcze musi być zabawa. Oni to umieją i ja się od nich uczę.

Prawdziwego artystę poznaje się podobno po tym, że umie bawić się swoją sztuką.

- Od dziecka musiałem, stając na scenie, zagrać wszystko pięknie, od początku do końca. Czułem potworny stres, aby dobrze wypaść. Po dziesiątkach lat docierania się na różnego rodzaju estradach zauważyłem, że rozrywka wymaga też innych aspektów: rozmowy z publicznością, energii, humoru.

Mitch & Mitch odgrzebali moją płytę sprzed czterdziestu lat [album pt. "Zbigniew Wodecki" z 1976 roku - przyp. red.], która im się spodobała. Parę lat temu zagraliśmy wspólnie na mocnym festiwalu rockowym [w 2013 roku na katowickim OFF Festiwalu - przyp. red.] i ludzie się przy tym fajnie bawili. Byłem w wielkim stresie, bo raz, że wchodziliśmy po jakimś naprawdę konkretnie "dającym do pieca" zespole, a dwa, że wykonujemy repertuar sprzed czterdziestu lat. Kuriozum. A jednak ludzie zaczęli się bawić i jeszcze ze sceny nie chcieli nas wypuścić. To, co muzycy Mitch & Mitch sobą reprezentują, to przede wszystkim: umiejętności, finezja, luz. I ja się tego luzu od nich teraz uczę. Nie jest łatwo.

Jak się pan teraz czuje, gdy po tylu latach na scenie upomnieli się o pana młodzi twórcy? Na płycie Albo Inaczej zaśpiewał pan Peję, nagrał pan album z zespołem Mitch & Mitch...

- Cieszę się, że chcą ze mną grać. Te lata praktyki i chęci popisywania się teraz procentują. Jestem ignorantem, jeśli chodzi o nowe trendy, więc to niesamowite, że się odnajduję w różnych projektach. I jeszcze ta solówka heavymetalowa na skrzypcach, którą niedawno zagrałem dla zespołu Exilibris! W tempie jeden do jednego. Nie wiem, czy dałbym radę to powtórzyć.

Zbigniew Wodecki (fot. Michał Łepecki / Agencja Gazeta)Zbigniew Wodecki (fot. Michał Łepecki / Agencja Gazeta)

Lubi pan takie wyzwania? Wspólne występowanie z zupełnie innym pokoleniem?

- Nie. Wiem, że to nie jest mój świat i zazdroszczę tym muzykom młodości oraz luzu. Przy tym zastanawiam się, czy będą żyli z muzyki i jak im się powiedzie, bo to bardzo zdolni ludzie. Mnie się udało i ja już swoje zrobiłem. Moje hity zdążyły się zestarzeć, ale nigdy nie byłem też jakimś topowym piosenkarzem. Krzysztof Krawczyk nagrywał największe przeboje, Andrzej Dąbrowski śpiewał piękne utwory.

Grzegorz Turnau to pana wskazywał jako barometr sukcesu w tamtych czasach.

- Może to było wtedy, kiedy zacząłem śpiewać "Chałupy"? Ten numer to też dzieło przypadku, jakich wiele w mojej szczęśliwej karierze. Fajny pastisz, dancingowy sznyt... Jednak najważniejszy był teledysk, dość mocny jak na tamte czasy. Dużo szumu wokół niego się zrobiło, nie było wiadomo, czy będzie emitowany czy nie. Niedługo po jego premierze poproszono mnie, bym przewiózł na "lewo" do USA kasetę wideo. Mogłem za to pójść siedzieć. Rodacy w Stanach chcieli zobaczyć fragment naszej telewizji, naszego filmu. Zatem nagraliśmy im Dziennik Telewizyjny, film Bugajskiego "Przesłuchanie" oraz... "Chałupy". Oni nie wiedzieli, co się w tej Polsce właściwie dzieje. Z jednej strony zamordyzm i propaganda socjalistyczna, a z drugiej teledysk, w którym występują nadzy ludzie.

To zabawne, że ten teledysk ocierał się kiedyś o skandal, a teraz byłby jednym z "grzeczniejszych" obrazków w telewizji. Jak pan ocenia współczesną muzykę?

- Mało instrumentów, brak różnorodności. Nie ma też talentów na miarę Franka Sinatry. Co mamy w zamian? Oszustów siedzących za konsoletami w studiu, którzy potrafią każdy utwór zmienić według własnego uznania. To rewelacja, co dała ta współczesna technologia, ale to powoduje też, że muzykę robi się mechanicznie i bez duszy. Wszystko jest takie efekciarskie, a nie efektowne, a to różnica. Ludzie się na tym nie znają, bo nie uczą się, jak słuchać muzyki. A to trzeba umieć, żeby odróżnić, kto z gwiazd show-biznesu wciska kit, a kto jest prawdziwym artystą.

Dlatego o tym mówię, bo to jest zbójeckie prawo komercji, że na tym trzeba zarobić. Jasne, niech sobie zarabiają, tylko dlaczego ludzie, którzy są wybitnie uzdolnieni, mają przerąbane? Często muzyk grający z tyłu umie o wiele więcej niż osoba, która jest przed nim i która bierze dwanaście razy więcej za koncert? Ten klawiszowiec, ten gitarzysta, który jest wielkim artystą, musi akompaniować prostackie nuty dla gwiazdki, która ma gwóźdź w nosie, czerwono-zielone włosy i udaje artystkę. Nie ma sprawiedliwości na tym świecie... A gdyby tak niektórzy nasi wykonawcy urodzili się w Stanach Zjednoczonych? Jak się porówna wokal Madonny z wokalem Lidki Sośnickiej, to słychać, że Madonna może w chórku śpiewać u Sośnickiej. Ale Madonna się urodziła w USA, a nie w Kaliszu.

To zrozumiałe, każdy chce zrobić karierę, ale chodzi o to, żeby być w miarę uczciwym w swoich zamiarach. Koncert to grał Paderewski, ty robisz chałturę! - tak mam czasem ochotę powiedzieć kolegom po fachu. (śmiech)

Wychodzi na to, że zawód muzyka przyniósł panu wiele goryczy.

- Niestety, wpakowałem się w bardzo trudną dziedzinę, gdzie łatwo się dostać, a trudno utrzymać. I przez ten aspekt ważkości utrzymania się w show-biznesie bardzo łatwo pójść w stronę tanich przebojów, w kicz. Istotą przeboju jest to, żeby był prosty. Jeśli ktoś uczy się w akademii muzycznej, to nie po to, by pisać proste piosenki, ale by próbować odkrywać nowe, skomplikowane rejony muzyczne.

Muzyki trzeba się nauczyć słuchać i ja to zrobiłem. Kiedyś w trasie bardzo się rozchorowałem i zostałem w hotelu. Kolega muzyk zostawił mi kasetę z występem big-bandu austriacko-germańskiego. Wtedy byłem fanem rockowego grania w stylu Chicago czy Blood, Sweat and Tears. I siedząc w hotelu obejrzałem ten big-band i jednego byłem pewny: ci goście tak dopier***ją, że łeb urywa. To było tak trudne, że ciężko było się zorientować, gdzie jest temat. Musiałem obejrzeć ten występ parę razy. Cztery saksofony, pięć trąbek - wszystkie wątki się rozwijały, było miejsce na improwizację, a na koniec trębacz uderzył o oktan wyżej i wszyscy skończyli w tym samym miejscu. Po tym włączyłem sobie moje ukochane Chicago i pomyślałem: Jezu, popelina! (śmiech) Przy tym big-bandzie to było muzyczne przedszkole. Przez godzinę słuchania zdążyłem się naprawdę wiele nauczyć. Byłeś na koncercie Albo Inaczej, gdzie śpiewałem Peję? Michał Tomaszczyk napisał aranż, który zagrali świetni ludzie, co się fachu uczyli latami. Tak zagrali, że buty spadają.

Marek Hłasko pisał, że "twarz musi mieć jakiś wyraz, aby morda się z naszego oblicza nie zrobiła". To wydaje się pasować do pańskich odczuć o rodzimym show-biznesie. Po co nakładamy maski w życiu codziennym?

- Tu nie chodzi o urok osobisty. Wszyscy kogoś w życiu gramy. Ludzie inteligentni muszą być w pewnym stopniu dobrzy, uczynni, empatyczni. Powinni mieć w sobie jednak także tego zawistnego i zmierzłego skur***na. Moim zdaniem człowiek jest taką mieszanką: złego i dobrego. To proporcje decydują, jacy jesteśmy naprawdę. Sprawdzamy się przede wszystkim w sytuacjach ekstremalnych i to okoliczności determinują nasz charakter. Zdarzyło mi się być po obu stronach barykady. Potrafiłem zachować się zarówno podle, jak i szlachetnie.

Zbigniew Wodecki. Piosenkarz, multiinstrumentalista, kompozytor, aktor, osobowość telewizyjna. Z wyróżnieniem ukończył szkołę Juliusza Webera w klasie skrzypiec. Był skrzypkiem Orkiestry Symfonicznej PRiTV oraz Krakowskiej Orkiestry Kameralnej. Grał m.in. z Ewą Demarczyk, Markiem Grechutą, Zygmuntem Koniecznym; występował z kabaretami Anawa oraz Piwnica pod Baranami. Jako piosenkarz zadebiutował na festiwalu w Opolu w 1972 roku. Jest autorem takich przebojów, jak "Chałupy", "Pszczółka Maja", "Zacznij od Bacha" czy "Izolda". Wespół z kolektywem Mitch & Mitch nagrał "1976: Space Odyssey".

Bartek Strowski. Aspirujący scenarzysta, fanatyk NBA, kolekcjoner płyt i ciężkostrawnych przyzwyczajeń. Publikuje na CGM.pl, Polskikosz.pl i Altermag.pl. Na co dzień pracuje w studiu produkującym autorskie formaty wideo z własną siecią partnerską YouTube - Epic Makers.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (45)
Zaloguj się
  • terlichujski

    Oceniono 194 razy 180

    Jeden z nielicznych polskich muzyków-profesjonalistów, rasowych, z klasą.
    Powodzenia, Panie Zbyszku!

  • Jarosław W. Szulc

    Oceniono 123 razy 111

    Bystry facet, trochę zakładnik naszego systemu edukacji, który wtłacza w człowieka poczucie winy jeśli gra coś innego niż klasyczny program. Powodzenia!

  • Maciej Margas

    Oceniono 109 razy 99

    Dobry muzyk i ciekawy człowiek. Pokazuje, że wiek nie ma znaczenia. I te włosy! Powodzenia!

  • tektur

    Oceniono 60 razy 56

    Panie Wodecki! Ja w swoim czasie byłem wściekłym rockmanem i Pana nie znosiłem.Teraz jak się zestarzałem i chyba zmądrzałem i to mówiąc francuska "Chapueau bas."
    Trzymaj Pan swój swój poziom i ignoruj takich durniów jak ja byłerm!

  • buszujacy1

    Oceniono 48 razy 36

    A z Komorowskiego darli łacha, że napisał "nadzieji"...

  • agilmagil

    Oceniono 37 razy 33

    Świetny, wibrujący emocjami wywiad z interesującym człowiekiem.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX