Tak wyglądają cyfrowo wyczyszczone gdańskie falowce

Tak wyglądają cyfrowo wyczyszczone gdańskie falowce (wizualizacja: Adrian Mania)

W POLSKĘ ZE SPRINGEREM

(Nie)oczywiście: Trójmiasto [WAKACYJNY PRZEWODNIK]

"Architekturę należy poznawać czynnie" - pisał wielki i niezastąpiony Steen Eiler Rasmussen w "Odczuwaniu architektury". Latem zmienia się nieco formuła naszego architektonicznego cyklu. Czas wstać sprzed ekranów i wyruszyć w miasto. A konkretnie i dziś - w Trójmiasto. Także w ramach odskoczni od koncertów i innych atrakcji na trwającym właśnie Open'erze.

Jeśli dziś zapytać o architektoniczne ikony Trójmiasta, odpowiedzi będzie kilka i narzucą się same. Zrobi się nudno i dość przewidywalnie. Na plan pierwszy wysuną się kontenerowe Europejskie Centrum Solidarności, powstałe na trupie Stoczni Gdańskiej (proces konania tak wspaniale udokumentował Michał Szlaga w swojej fotograficznej książce „Stocznia”) i Teatr Szekspirowski w Gdańsku - budynek tyleż piękny, co niefunkcjonalny, za to bardzo drogi. Sopot, chcemy czy nie, będzie się kojarzył nie tylko z Grand Hotelem (którego pierwowzór stoi w dalekim Szczawnie-Zdroju pod Wałbrzychem), ale też uzdrowiskowymi willami i pensjonatami oraz tym nieszczęsnym Krzywym Domkiem, wykwitem radosnych dekonstruktywistycznych fantazji lat 90. Gdynia to rzecz jasna przedwojenny modernizm, mosiądz okuć i światło bijące od prostych, nienachalnych brył. Łatwo się w tym wszystkim zakochać, a przynajmniej na tym poprzestać.

Na ikonach jednak architektoniczne doznania się tu nie kończą, i chwała Bogu. Lekcję obowiązkową warto przerobić, ale nie ma sensu ograniczać się tylko do niej. W dalszych architektonicznych planach miast czają się bowiem niekiedy prawdziwe perły.

W Gdańsku zacząłbym od falowców w dzielnicy Przymorze. Galeria murali na pobliskiej Zaspie wydaje się już tematem oklepanym, choć pewnie ciągle dla wielu ciekawym. Falowce stoją zaś z boku i ciągle czekają na odkrycie.

- Nigdy nie widziałam ani oryginalnych planów w rysunku, ani makiet falowca, ale myślę, że w projekcie konkursowym miały one i ogrody na dachu, i piętra usługowe - mówiła mi kilka lat temu dr Gabriela Rembarz z Zakładu Rozwoju Miasta Wydziału Architektury Politechniki Gdańskiej, która sama w falowcu spędziła dzieciństwo. - O wschodzie słońca, kiedy powietrze jest przejrzyste, falowiec jest najpiękniejszy. Niestety budynek od dawna nie jest ani biały, ani szary, jak nakazywał dogmat modernistów, ale kiczowato różowo-brzydki - dodawała.

(fot. Filip Springer)Falowce ciągle czekają na odkrycie (fot. Filip Springer)

To jedne z najdłuższych budynków w Polsce i bez wątpienia punkt odniesienia dla innych gigantów mieszkaniowych epoki PRL-u. Ten największy, stojący wzdłuż ulicy Obrońców Wybrzeża ma aż szesnaście klatek schodowych (proj. Tadeusz Różański, Danuta Olędzka i Janusz Morek). Co ciekawe, wszystkie falowce budowano jako rozwiązanie tymczasowe, mające na chwilę rozwiązać problem dojmującego głodu mieszkań. Jak to zwykle bywa, rozwiązanie tymczasowe okazało się najtrwalsze.

Ostatnio falowce doczekały się jednak niezwykle ciekawego opracowania. Architekt Adrian Mania postanowił wyczyścić je komputerowo ze wszystkich wizualnych narośli i przywrócić modernistyczną biel. Jego cyfrowe rendery uwodzą i zachwycają, pozwalają znów dojrzeć wartość tej architektury.

(fot. Filip Springer)Komputerowo wyczyszczone falowce (wizualizacja: Adrian Mania)

Szukać uroku modernizmu można, a nawet trzeba, też w znajdującej się w zasięgu spaceru od falowców Hali Olivia (proj. Stanisław Kuś, Maciej Krasiński, Maciej Gintowt). Cóż nieoczywistego, można by zapytać, jest w tej ikonie trójmiejskiej socmoderny? Otóż to, że przez całe lata był to jeden z najbardziej zaniedbanych, a przez to niedocenionych budynków tej epoki w Polsce. GKS „Stoczniowiec”, zarządzający obiektem, w cuglach wygrałby wszystkie konkursy i plebiscyty na najgorszego właściciela budynku. W 2007 roku hali groziło wręcz zawalenie. Obiekt zamknięto i przeprowadzono gruntowny remont dachu, choć pojawiały się też takie pomysły, by budynek wyburzyć. Potem, przez kilka kolejnych lat, Olivia zasłonięta reklamowymi szmatami i billboardami tylko straszyła. Co jakiś czas w jej cieniu rozkładał się nawet cyrk, co tylko dopełniało obrazu klęski.

(fot. Tomasz Sienicki / bit.ly/1T87POK / CC BY 2.5 / bit.ly/1em5XTc)Hala Olivia (fot. Tomasz Sienicki / bit.ly/1T87POK / CC BY 2.5 / bit.ly/1em5XTc)

Pod koniec 2014 roku ruszył tu remont generalny całego obiektu, za trzy lata powinien odzyskać on swój dawny blask. To więc ostatni moment, by załapać się na początek dobrze zapowiadającej się metamorfozy. Doświadczenia z Warszawy (dworce linii średnicowej) i Poznania (Okrąglak) pokazują, że obserwacja takiej przemiany może być szalenie pouczająca.

Tak jak pouczające może być przyjrzenie się dwóm obiektom w sercu Gdańska. Oba dają ciekawy przyczynek do refleksji nad tym, jak budować nowocześnie w historycznym kontekście. Chronologicznie pierwszym jest hotel Hilton (proj. APA Kuryłowicz) stojący między Targiem Rybnym a Motławą.

(fot. Kamil Gozdan / Agencja Gazeta)Hotel Hilton w Gdańsku (fot. Kamil Gozdan / Agencja Gazeta)

To architektura dobrze wpisana w kontekst skalą, rytmem i użytymi materiałami. Mimo że jest ze wszech miar współczesna, nie razi w otoczeniu zabytkowych budynków stojących w bliższym i dalszym sąsiedztwie. Rozrzeźbiona bryła Hiltona powiela po prostu wątki z otoczenia, lecz na autorski, zaproponowany przez architekta sposób.

Zabawę historycznymi wątkami, nieco mniej udaną niż Hilton, ale nadal wartą uwagi, można też zaobserwować w zespole budynków apartamentowych Aura (proj. KIPP Projekt) przy ul. Toruńskiej, nad kanałem Nowej Motławy. Ich kształt odwołuje się bezpośrednio do historii miejsca, czyli Wyspy Spichrzów. Ukłonem w stronę historii jest też użycie ceramicznej okładziny w kolorze ceglastym. Aura bez wątpienia przykuwa uwagę, zwłaszcza o zmierzchu, gdy podświetlone budynki odbijają się w tafli wody. Warto na nie choć przez chwilę popatrzeć.

(fot. Piotr Wittman / aeromedia.pl)Gdańskie apartamentowce Aura (fot. Piotr Wittman / aeromedia.pl)

Czas teraz przenieść się do Sopotu, a właściwie na jego obrzeża, gdzie znajduje się dość ciekawy przykład współczesnej architektury wypoczynkowej. Mowa o Mera Hotel & Spa (proj. DiM'84 House & City). Jak wiele innych projektów biura Czesława Bieleckiego, także i ten budzi ambiwalentne odczucia. Z jednej bowiem strony trzeba wziąć pod uwagę to, co się zwykle nad polskim morzem buduje. Większość nowej, nadmorskiej architektury powoduje bądź to szybkie wysychanie spojówek, bądź impulsywne i obfite łzawienie (o tym także w kolejnych odcinkach naszego cyklu).

(fot. Tormirri)Mera Hotel & Spa w Sopocie (fot. Tormirri)

Na tym tle budynek przy sopockiej alei Wojska Polskiego z pewnością się wyróżnia, ale umówmy się, dla szanującego się architekta jest to żadna pochwała. Mera jest obiektem wielkim i wielką jest zasługą jego autorów, że tę skalę udało im się dobrze ukryć. Zwłaszcza od strony spacerowej, nadmorskiej alei budynek ten nie przytłacza. Z pewnością pomocne jest tu obfite wykorzystanie jasnego drewna, wyraźne nawiązanie do tymczasowej małej architektury plażowej. Kłopot jednak w tym, że obfitość tego materiału wydaje się tutaj już zbyt duża. Drewno jest wszędzie, jakby innego pomysłu na zmiękczenie tej architektury już nie było. Momentami Mera wygląda więc przyjemnie, bywa jednak, że przesyt ociera się tu o absurd, a budynek bardziej bawi, niż zachwyca.

Pisanie o architekturze Gdyni bez odwołania się do jej modernistycznych korzeni jest niemożliwe nawet w tekście poświęconym architektonicznym nieoczywistościom tego miasta. Można rzecz jasna wybrać się tu na jedną z aż sześciu tras tematycznych Gdyńskiego Szlaku Modernizmu. Można też przebiec przez miasto i rzucić okiem na takie obiekty jak dość kuriozalny, ale przyciągający wzrok InfoBox (proj. Jacek Droszcz) - obiekt kontenerowy, tymczasowy i to chyba dobrze, że tylko taki. Można też zatrzymać się przy cudownej Róży Wiatrów na Skwerze Kościuszki powstałej tu już grubo po wojnie, ale kontynuującej marynistyczny wątek obowiązujący w tym mieście od kilku dekad. Warto zahaczyć wzrokiem o gdyńskie Akwarium, znajdujące się w pobliżu, i przemilczeć arogancką Sea Tower, która kontekst i tradycję miejsca ma po prostu za nic. Sauron i nad polskim morzem wybudował swoją wieżę. Nie ma co na nią patrzeć, lepiej już jechać na ulicę Okrzei i pod numerami 22-24 zobaczyć, że nawet budynki z mieszkaniami socjalnymi (proj. Małgorzata Opioła WARSZTAT ARCHITEKTURY) można projektować z klasą i w nawiązaniu do architektonicznej tradycji miejsca.

(fot. warsztatarchitektury.eu)Budynki z mieszkaniami socjalnymi przy ul. Okrzei (fot. M. Opioła / warsztatarchitektury.eu)

Tym jednak, co z architektury dziś zachwycać powinno przede wszystkim, jest nowo otwarte Muzeum Emigracji. Jest to obiekt, o którym tylko przez chwilkę było ciut głośniej (przy okazji otwarcia), a to bardzo niedobrze, gdyż huczeć powinno o nim w całym kraju. Trudno oczywiście przecenić istnienie takiego muzeum w kraju, który tylko w ciągu ostatniej dekady wysłał na emigrację prawie dwa miliony swoich obywateli i jednocześnie zastanawia się, czy uratować życie 60 syryjskim rodzinom. Jednak nie tylko z takich powodów Muzeum Emigracji jest szalenie ważne, a pod wieloma względami rzekłbym, że przełomowe.

(fot. Dominik Sadowski / Agencja Gazeta)Muzeum Emigracji (fot. Dominik Sadowski / Agencja Gazeta)

Obiektów kultury o równie ważnym programie powstało w ostatnich latach kilka - największym i najbardziej spektakularnym jest rzecz jasna Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. Ono też skupia w sobie wszystkie cechy tego typu budynku - ma być doniośle, drogo, spektakularnie i multimedialnie, a nade wszystko zachwycająco. Oczywiście nic w tym złego (z reguły) - Muzeum obsypano przecież nagrodami nie bez powodu i jego architektoniczne walory są bezsprzeczne. Gdyńskie Muzeum Emigracji staje wobec tej filozofii jednak okoniem. Urządzono je bowiem w przedwojennym gmachu Dworca Morskiego (1933 r., proj. Dyckerhoff & Widmann), który przed laty był bramą na świat dla wielu naszych rodaków opuszczających kraj.

Modernizacje to dla architektów często zadania niewdzięczne, wymagają bowiem od nich pokory, a często po prostu milczenia. Klasa gdyńskiego gmachu właśnie taką sytuację wyjściową stwarzała, jego odnowa nie mogła polegać na niczym innym niż na przywróceniu mu dawnego blasku. Udało się, a efekt odbiera mowę i zapiera dech w piersiach. Klasa, z jaką urządzono na nowo ten obiekt, jest unikalna. Architekci (ae fusion Studio, Alicja Kiszczuk, Dirk Pfeifer) musieli wprawdzie trzymać się wytycznych konserwatorskich, budynek jest bowiem wpisany na listę zabytków, ale umówmy się, nie takie zabytki w Polsce niszczono (żeby znów przywołać nieszczęsną rzeź gdańskiej stoczni). Schowali jednak swoje ego i wywiązali się z zadania z szacunkiem dla oryginalnego budynku. Unowocześnili go tam, gdzie to było niezbędne, oddali jednak przede wszystkim cześć i chwałę jego przedwojennym architektom. Chodząc po tym obiekcie, ze zdumieniem można wręcz odkrywać, jak bardzo tamta estetyka i zbudowany na prostocie styl są dziś aktualne i atrakcyjne, i to nie ze względu na historyczną patynę i legendę, jaką zdążyły obrosnąć.

Ponadczasowość tej architektury urzeka, wystarczy dać jej tylko szansę zaistnienia na nowo. Umiar to w polskim projektowaniu ciągle towar bardziej niż deficytowy, tym większe brawa należą się architektom modernizacji najnowszego gdyńskiego muzeum.

(fot. ??????????????)Wnętrza Muzeum Emigracji (fot. Filip Springer)

To tylko niektóre podpowiedzi na architektoniczne poznawanie Trójmiasta w jego innych niż pierwszy planach. Powyższa lista bez wątpienia nie wyczerpuje tematu. Z nieoczywistościami jest trudniej, bo zwykle trzeba je odkryć samemu, wydeptać ścieżki, przerobić swoje zachwyty i konsternacje. Warto się przy tym trochę zgubić i pogubić. Nie ma jednej recepty, nie ma odpowiedzi, można tylko poszukiwać kolejnych pytań.

Subiektywny przegląd architektonicznych bohaterów drugiego planu będziemy kontynuować podróżą przez Pomorze.

 

Filip Springer. Reporter, fotograf, współpracuje z Dużym Formatem", Polityką", Tygodnikiem Powszechnym". Autor książek reporterskich poświęconych przestrzeni, między innymi Zaczynu. O Zofii i Oskarze Hansenach" (Karakter) oraz Wanny z kolumnadą. Reportaży o polskiej przestrzeni" (Czarne). Stypendysta Fundacji Herodot im. Ryszarda Kapuścińskiego.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (3)
Zaloguj się
  • ninananu

    Oceniono 74 razy 56

    Gdańsk jest super! Jako dziecko jeździłam do Gdańska co roku na wakacje z centrum Polski. Później odeszła mi ochota na polskie morze i tak przez 15 lat nic. I tak do czerwca tego roku. Zostałam wysłana służbowo. Bardzo się cieszyłam na ten wyjazd, że przez chwilę odetchnę od Warszawy. Pojechałam kilka dni wcześniej, by pozwiedzać miasto. Ono mnie urzekło. Jest przepiękne, klimat fantastyczny, nowe budynki pasują do okolicy. Pełno zieleni. Dla mnie super!!! Za 2 tyg. znów jadę :)

  • mis_rys

    0

    Mera przy ulicy Wojska Polskiego? A nie Bitwy pod Plowcami?

  • gato.pl

    Oceniono 52 razy -20

    Ja rozumiem, że pan architekt, który chciałby wyczyścić falowiec z kolorowych folii na balkonach, suszących się ubrać, wszelkiej maści przedmiotów przechowywanych albo stanowiących wyposażenie balkonów zdaje sobie sprawę że to bajanie. Tam mieszkają ludzie i to o nich należy się troszczyć, to im stwarzać warunki do bytowania (nie piszę godnego mieszkania bo top jednak bloki). Falowiec jak falowiec wcale mnie nie zachwyca, ot po prostu bloczysko ani mniej ani więcej paskudne od innych bloczysk w tym kraju.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX