Olaf Lubaszenko

Olaf Lubaszenko (Fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta)

wywiad gazeta.pl

Olaf Lubaszenko: Przez pięć lat myślałem, że po prostu jest mi smutno

Zbudowany ze sprzeczności. Pełen obaw, a zarazem gotowy do podejmowania odważnych decyzji. Ma ogromny talent aktorski, ale jest introwertykiem, publiczne występy wiele go kosztują. Poczucie humoru miesza się u niego z melancholią, doprawioną autokrytycyzmem. - Mnie praktycznie się nie zdarza myśleć o sobie bezkrytycznie - mówi Olaf Lubaszenko. Przy okazji premiery książki "Chłopaki niech płaczą" pytamy go, czy lubi siebie. I jaki ma problem.

Coś nas łączy. Oboje nie potrafimy pływać.

- W ogóle?

W ogóle.

- Ja trochę potrafię, ale mało.

Co pana w pływaniu przeraża najbardziej?

- Wydaje mi się, że obezwładnia mnie utrata kontroli. To odnosi się nie tylko do pływania. Może nawet bardziej chodzi o odległość od brzegu i głębokość, a nie o samą czynność, którą lubię. Tyle że w basenie głębokim na półtora metra. Schody zaczynają się, kiedy woda jest mętna i nie wiadomo, co się w niej czai. Albo kiedy robi się tak głęboko, że tracę grunt pod nogami. To zresztą działa i wzwyż - wysokość też jest dla mnie problematyczna.

W życiu jest podobnie? Lubi pan mieć poczucie kontroli?

-  Jeśli chodzi o życie, to nie mam złudzeń. Wracam z uporem maniaka, i wrócę jeszcze raz, do sceny otwierającej „Mistrza i Małgorzatę”. Do tego, że ktoś, komu się wydaje, że ma kontrolę nad czymkolwiek, nie wie, co mówi. Ale w sytuacjach, w których możemy minimalizować ryzyko, oczywiście powinniśmy to robić. I pływanie jest jedną z takich sytuacji. Jeśli ktoś nie musi pływać, to moim zdaniem nie powinien tego robić.

(fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta)(fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta)

Chociaż pan, jako młody chłopak - na planie „Życia Kamila Kuranta” - udawał, że w wodzie czuje się świetnie. W jednej ze scen zaczął pan się topić. A oddelegowany do pilnowania aktorów człowiek nie mógł pana ratować, bo właśnie kupił sobie nowe wranglery, których nie chciał zamoczyć.

-  Myślałem, że potrafię pływać, wierzyłem w to. Okazało się, że jednak nie. Raczej byłem pingwinem, ale z tej części lądowej, przed skokiem do wody. Bo pingwiny, moje ulubione zwierzęta, mają dwa oblicza: to nieporadne, lądowe, oraz niezwykle dynamiczne, sprawne i podwodne. Jestem pingwinem do połowy. Tym, który się ślizga po lodzie. Uprawiam taniec pingwina na szkle. (śmiech)

Czego pan się jeszcze obawia? Latania, wysokości, pająków - to już wiem po lekturze „Chłopaki niech płaczą”, wywiadu rzeki z panem. A czegoś bardziej metafizycznego?

- (długie milczenie) Boję się wywoływania złej energii, wierzę, że to się może zdarzyć. Na przykład obrażając zmarłych albo naruszając jakąś przestrzeń, która jest tabu, która wiąże się z tragedią wielu ludzi, można obudzić złe moce. Wierzę w to. I po prostu tego nie robię. Przynajmniej świadomie.

Śmierci pan się boi?

- Oczywiście, jak każdy. Staram się za często o tym nie myśleć. Ale nie da się o tym nie myśleć, bo w tym sensie wszyscy jesteśmy naznaczeni, rodzimy się już z wybitą końcową destynacją. To sprawia, że życie może być przerażające, ale też czyni je wyjątkowym. Ograniczony czas, który jest nam dany, zyskuje na wartości.

Wie pani, to jest zjawisko znane z innych obszarów, nie tylko życia i śmierci. Na przykład w sporcie - czas trwania meczu jest ograniczony i to wyznacza konkretne ramy. Chociaż na boisku zawsze można mieć nadzieję, że sędzia coś doliczy. W życiu już tej nadziei brakuje.

Pytam pana o lęki, bo wybrał pan sobie zawód, który wymaga ogromnej odwagi. Tego, żeby cały czas konfrontować się ze sobą, ale i z innymi ludźmi: współpracownikami, widzami. Chciał pan w ten sposób złapać strach za gardło?

- Często w życiu jest tak, że dokonujemy jakichś wyborów bez głębokiej analizy. Coś się po prostu dzieje, a refleksja przychodzi potem. Tak było ze mną. Dlaczego aktorstwo? Trochę przez przypadek, a trochę ze względu na geny, może też na czynniki środowiskowe. W największym stopniu, jak myślę, zadziałał jednak przypadek.

Dziś jest mi to łatwiej oceniać niż w czasach, kiedy te decyzje i ruchy się dokonywały. Jak ktoś ma 20 lat, to rzadko bywa analitykiem. W szczenięcym wieku kierujemy się raczej impulsami. Czasem poddajemy się fali.

(Fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta)(Fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta)

„Denerwowałem się każdym publicznym występem” - powiedział pan. W książce deklaruje pan nawet, że na scenie trząsł się pan jak chihuahua na mrozie. Łatwo nie było?

- Lubię to określenie, chihuahua na mrozie trzęsie się strasznie. Kiedyś powiedziałbym, że ratlerek, ale chihuahua współcześnie brzmi lepiej.

A w tych reakcjach, o które pani pyta, jest coś magicznego. Może to i kwestia adrenaliny, od której wielu ludzi się uzależnia. Strach z jednej strony boli, a z drugiej - pociąga. Z obecnej perspektywy powiem, że w takim zmaganiu się z własną słabością jest coś budującego. To naprawdę wzmacnia, pod warunkiem że potrafimy sobie z tym jakoś poradzić. Ci, którzy nie potrafią, zmieniają zawód, rezygnują z pracy.

Uciekają w nałogi?

- To też. Nałogów jest dużo, są różne do wyboru. Niektórzy je łączą, ale to tylko ci najsilniejsi. (śmiech)

Nawet polubiłem ten stres, rodzaj zawodowego napięcia. Mam wrażenie, że to jednak jest związane z doświadczeniem. Ono pozwala nam opanowywać nasze demony. A trema towarzyszy nam, aktorom, zawsze. Nie możemy pozwolić, żeby wyparowała.

Bo to dla aktora koniec?

- Może to nie jest koniec, ale na pewno brak tremy usypia naszą czujność. Mobilizacja w zawodach, w których operujemy własnym ciałem, emocjami, jest bardzo potrzebna.

Z pańskim zawodem wiąże się też popularność. Ta, w pana przypadku, pojawiła się bardzo wcześnie. To przywilej, ale i obciążenie. Czego w popularności więcej: radości czy mroku?

- Właściwie nie wiadomo. Rozpoznawalność to obciążenie, ale ma ona niewątpliwie swoje dobre strony. Kiedyś to się przejawiało w bardzo konkretnym wymiarze, na przykład można było dostać lepszą kiełbasę w mięsnym. Bez kolejki.

Zdarzyło się panu?

- Tak, załapałem się jeszcze na ten czas, kiedy to miało pewne znaczenie. Pod koniec lat 80.

Trywializuję celowo. Bo dzisiaj popularność bywa ciężarem, z powodu całego przemysłu, który wzrósł wokół tego zjawiska i ma się dobrze. Tych wszystkich medialnych bytów, które z cudzej popularności uczyniły swój oręż i narzędzie, niestety nie do czynienia świata lepszym, tylko do zarabiania pieniędzy.

Olaf Lubaszenko podczas próby spektaklu Olaf Lubaszenko podczas próby spektaklu "Zakłócenia w eterze" (fot. Marcin Onufryjuk / Agencja Gazeta)

Kiedy odczuł pan boleśnie, że taki przemysł istnieje?

-  To jest zjawisko stosunkowo nowe. Funkcjonuje w Polsce mniej więcej od dziesięciu lat. Trochę mnie dziwi, że jego korzenie - wspomnę tu pierwsze bulwarówki - sięgają Wielkiej Brytanii, bo zazwyczaj wkład tego kraju w kulturę jest budujący. A zjawisko, o którym mówimy, to nędzny dorobek.

Jedyna nadzieja w tym, że takie wieloletnie kreowanie sensacji, sprzedawanie nieprawdy, po prostu się ludziom znudzi. Naturalnie przygaśnie. Ale sam nie wierzę w to, co mówię. No i trudno, to nie jest mój świat, to nie są moi przyjaciele. Trochę mnie boli, że chociaż ja tych ludzi nie zaczepiam, oni zaczepiają mnie.

To jak pana zdaniem należy się wobec tego świata ustawić? Walczyć z nim, udawać, że nie istnieje, a może współpracować, przemycać do niego treści pod kontrolą?

- Każda z tych metod na dłuższą metę okazuje się niedobra. Wojować z tabloidami jest trudno, to jest coś, co przypomina mitycznego smoka czy hydrę, której odrastają głowy. Nie ma na to sposobu. Ignorować się nie da, bo to po prostu samo nas dopadnie, nawet jeśli tego nie szukamy. A próby wchodzenia w jakieś relacje kończą się fiaskiem. Przykładem niech będzie były premier, który próbował zaprzyjaźnić się z tabloidami, a dzisiaj już by tego pomysłu zapewne nie powielił.

Takie zjawiska jak wolność słowa czy gospodarka rynkowa mają swoje pozytywne efekty, ale i skutki uboczne. Oto one. Wolny rynek sprawił, że ktoś dostrzegł w handlowaniu cudzą prywatnością sposób na szybki zysk. A wolność słowa, czy raczej jej dogmat, sprawiła, że nie możemy tego zwalczyć. Szkoda, bo odbywa się to kosztem ludzi, którzy nie są niczemu winni, którzy ciężko i uczciwie pracują. Przeszkadza mi w tym również pewien rodzaj fikcyjnej misji, która jest wokół tego budowana - że niby tabloidy robią to w imię wartości nadrzędnych, w obronie prawdy lub sprawiedliwości społecznej. Dobrze, tak może się zdarzyć, ale główną motywacją jest jednak chęć zysku. Nie zapominajmy o tym.

Krystyna Janda stwierdziła kiedyś, że cieszy się, że okres jej młodości przypadł na czasy, w których tabloidów nie było. Bo miałyby one używanie. W pana przypadku jest chyba podobnie. Początek lat 90., raczkujący polski show-biznes, to pewnie także ostra zabawa?

- Poszukiwacze sensacji mieliby wtedy co robić, o czym pisać. A czego by nie zobaczyli, toby zmyślili. Tak jak dzisiaj.

Nie chcę jednak zbyt wiele o tym myśleć. Chcę wierzyć, że tym, co po nas pozostaje, jest jednak nasza praca. A te sensacyjki to jest tylko kurz armatni, który kiedyś opadnie. Wtedy zobaczymy, kto i co przetrwało.

Olaf Lubaszenko(fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta)

Pan ciężkiej pracy się nie boi. Był pan gońcem u Andrzeja Wajdy i u Krzysztofa Kieślowskiego. Uczył się pan „od podstaw”. Nawet jak cała Polska mówiła tekstami z filmów, w których pan grał lub które pan nakręcił, sodówka panu do głowy nie uderzyła.

- Nie jestem o tym przekonany. Nie nazywałbym tego sodówką w klasycznym rozumieniu - z tego powodu, że ja zawsze dość krytycznie do siebie podchodziłem - ale coś mnie trafiło. Takie zachłyśnięcie się dobrym towarzystwem, wesołym życiem, nawet sławą u mnie nastąpiło. W początkach lat 90., do których przed chwilą pani nawiązała, ale trwało to krótko. Nie uległem temu. Może szkoda - zawód aktora jest specyficzny, premiowane są w nim sprzeczne cechy. Najwięksi aktorzy są zamknięci w sobie, introwertyczni. Nie lubią pokazywać się publicznie, a już najbardziej nie lubią występować. A przecież to, co jest niezbędne do osiągnięcia sukcesu w tym zawodzie, to odrobina narcyzmu, sporo ekstrawertyzmu, skłonność do występów publicznych. Widzi pani, sprzeczność już jest w to wpisana. Trudno się dziwić, że wielu ta sprzeczność zjada. Pewnie mnie też.

W książce miga się pan od odpowiedzi na pytanie, czy pan lubi siebie...

- Powiem wprost: nie lubię siebie. Jest kilka rzeczy, które w sobie cenię, ale to nie jest wystarczające, żebym zaakceptował całość. I to jest błąd - tutaj wracam do poprzedniej myśli - bo człowiek, który chce być efektywny, któremu zależy na powodzeniu, zarówno w sferze prywatnej, jak i zawodowej, powinien moim zdaniem dążyć do równowagi pomiędzy krytycyzmem wobec siebie a niezbędną dozą miłości własnej.

To może zachęcę pana do automiłości? Może powie pan, za co siebie jednak lubi?

- Jest cienka granica pomiędzy miłością własną a autobeatyfikacją, nie chciałbym jej przekroczyć, a wielu artystów czy polityków robi to nagminnie.

Mnie praktycznie się nie zdarza myśleć o sobie bezkrytycznie, i bardzo dobrze - to jest chyba nudne. Może to jest kwestia kraju, w którym się wychowywałem? Tutaj przeszłość bywa obciążeniem, dlatego że jest tak tragiczna, obarczona nieszczęściami, śmiercią. Jestem pod tym względem nieodrodnym synem tej ziemi. Rodzimy się z poczuciem winy, nieco większym niż na przykład Holendrzy, ale to tylko pierwszy przykład z brzegu. Wenezuelczycy czy Tajowie też mają zupełnie inny stosunek do życia niż Polacy. (śmiech)

Dodatkowo, na takie sprawy jak poczucie winy jestem podatny. To połączenie średnio mi służy, ale też przynosi dobre efekty. Czasami jakiś rodzaj bólu przekuwa się w potencjał artystyczny. Tak sobie to tłumaczę.

(fot. Albert Zawada)(fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)

„Długo na wszystko patrzyłem w ciemnych barwach” - wspomina pan, odnosząc się do swojego dzieciństwa. Jak jest dziś?

- Dzisiaj więcej rzeczy potrafię zrozumieć. Jest mi łatwiej, ale niewątpliwie towarzyszy mi niepokój o to, co będzie dalej. Co z tą Polską?!

To jak będzie?

- Dobrze będzie. Polska jest silna i wiele potrafi przetrzymać. Być może jest najsilniejszym krajem na świecie. Po tym, co przeżyła, jeszcze istnieje i ma się nieźle. Takich miejsc na Ziemi jest mało.

Co jest dla pana kwintesencją polskości?

- Zderzenie wielkiej radości, chęci życia, siły witalnej z cierpieniem, bólem i kompleksami. To wybuchowe połączenie. Historia nie obeszła się z nami łaskawie, zabierając nam ciągłość w powstawaniu klasy średniej czy mieszczaństwa, w takim klasycznym, zachodnim znaczeniu. O wojnach nie ma co mówić, było ich wiele, i to na pewno w nas zostało. Ale to, co wydaje nam się naszą słabością, odpowiednio zinterpretowane i użyte może być naszą siłą. Tego my, Polacy, wciąż się uczymy.

Podstawowy spór, który wciąż od nowa odradza się w naszym kraju, to ścieranie się dwóch postaw: pozytywistycznej i romantycznej. Kolejne odsłony podziałów politycznych są tylko odbiciami tego pierwotnego sporu. Zabawne, że Prawo i Sprawiedliwość - partia, która w swoim wizerunku, w swoim sposobie bycia, w osobach swoich liderów nie kojarzy się z Kordianem czy bohaterami Mickiewicza - niesie ze sobą wartości romantyczne. A z kolei Platforma Obywatelska, która przez długie lata była kojarzona z młodością, świeżością, z pewnym zrywem - w gruncie rzeczy jest partią o programie pozytywistycznym.

Obawiam się, że trudno będzie zniwelować podział, który dokonał się dawno. Ten, kto mówi, że trzeba zasypać rowy i skończyć z wojną polsko-polską, w pewnym sensie ma rację, bo wojna nigdy nie prowadzi do niczego dobrego, ale... Pewien spór ideowy, programowy, jest niezbędny.

Tylko czy to musi być podział na Polskę racjonalną i radykalną?

-  Mam wrażenie, że najwybitniejsi myśliciele w naszym kraju nie zajmują się polityką. Dlatego te wszystkie hasełka, próby zdefiniowania rzeczywistości przez polityków - zazwyczaj odbywające się zresztą w kampaniach wyborczych, czyli w pośpiechu - są nieporadne. W większym stopniu budzą moje współczucie niż podziw i fascynację.

Żeby znaleźć dobre definicje naszej rzeczywistości, warto sięgnąć do dzieł prawdziwych myślicieli, a nie tych, którzy wskutek rozmaitych zbiegów okoliczności są aktualnie u steru. Takich prawdziwych mężów stanów, o solidnym zapleczu intelektualnym, nie ma u nas zbyt wielu.

(fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta)(fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta)

Kto jest dla pana politykiem dużego formatu?

- Trudno to ocenić, ale historia wskazuje na to, że niewątpliwie Donald Tusk. Ale od razu powiem, że Jarosław Kaczyński również. To się nie może dziać przypadkiem, że w czterdziestomilionowym kraju od tylu lat ten człowiek jest gdzieś u władzy lub pozycjonuje się blisko niej. Ma wpływ na to, co dzieje się w naszym państwie. Takie są fakty, chociaż to nie jest moja bajka.

A jaka jest? Jak pan ocenia angażowanie się artystów w politykę?

- Dałem się kiedyś uwieść tej myśli, że my, artyści, powinniśmy jasno mówić o swoich przekonaniach. Dziś nie jestem już tego taki pewien. W naszym kraju jest wielu ludzi, którzy potrafią każdą mądrą ideę skompromitować. Jedną z nich jest wspieranie polityków przez znanych ludzi. Zostało to tak skutecznie wyszydzone, że właściwie nie ma już co zbierać.

Wolałbym, żeby artyści wspierali piękne idee, a nie partyjną politykę. Ona nie jest piękna, a w Polsce nie jest piękna szczególnie. Niepokoi mnie też to, jak dalece polityczne spory wpływają na nasze postrzeganie artystów. Jak przez pryzmat ich poglądów oceniamy ich dorobek. Czy to, że ktoś ma odmienny pogląd na przykład na katastrofę smoleńską, in vitro albo związki partnerskie, sprawia, że jest gorszym aktorem? A gorszym człowiekiem?

Od podobnej narracji trzymam się z daleka. Sytuuję się gdzieś na uboczu tej dyskusji.

Mam wrażenie, że pan w ogóle trzyma się na uboczu.

- Zapewne, dlatego być może łatwiej mi zdobyć się na takie refleksje.

Zamknął się pan w swoim świecie?

- Tak, ale nie myślę, żeby to było coś złego. Marcel Proust nie wychodził z pokoju, w dodatku ten pokój był wygłuszony, żeby nie wdzierały się tam bodźce z zewnątrz. Oczywiście ja się do Prousta nie porównuję, powiem więcej, nie chciałbym nim być, ale wydaje mi się, że w takim wyciszeniu, staniu z boku, nie ma niczego złego.

Nigdzie nie jest powiedziane, że aby żyć pełnią życia, trzeba tkwić w jakimkolwiek mainstreamie, w jakiejkolwiek dziedzinie, pod jakimkolwiek względem.

(fot. Cezary Aszkielowicz / Agencja Gazeta)(fot. Cezary Aszkielowicz / Agencja Gazeta)

Pytanie, jakie są przyczyny takiego wycofania. Czy to jest świadomy wybór, czy zmusza nas do tego na przykład nasze samopoczucie albo nasza niechęć do rozmaitych zjawisk we współczesnym świecie?

-  Bardzo ładnie, wszystko, co mógłbym odpowiedzieć, jest w pytaniu, nie mam się do czego przyczepić. Każda z tych rzeczy może być przyczyną, ale jestem teraz na etapie pewnego otwarcia. Wychodzę teraz do świata. Z przyjaźnią, to może za duże słowo, ale z pewnego rodzaju sympatią. Wie pani, naprawdę lubię ludzi, tylko nie wszystkich jednakowo. (śmiech)

A co z tymi, którzy są panu bliscy?

- W książce jest zdanie, z którego jestem dumny. „Przyjaźń to nie jest prysznic, nie musi być praktykowana codziennie”.

Codziennie może nie, ale o przyjaźń warto jednak dbać. Dopieszczać ją. Nie ma pan tak, że chce widywać się z tymi, których uważa pan za przyjaciół?

- Jeżeli w pewnym momencie ta przyjaźń była praktykowana odpowiednio długo i często, to może wystarczyć na całe życie. Potem można się spotykać, ale nie trzeba.

Dlaczego?

- Dlatego, że nic nie trzeba. Pod tym względem jestem dość stanowczy. Uważam, że życie reguluje pewne sprawy i to, co ma się wydarzyć, faktycznie nastąpi.

Wciąż myślę, że przyczyna pańskiego wycofania leży gdzie indziej. W książce mówi pan często „problemy”. „Zmagam się z problemami”. Ale nie nazywa pan ich wprost.

- Tak jak o Platformie mówili projekt. Oni mają „projekt”, a ja mam „problem”.

Jaki jest pana problem?

- Odpowiem pani z brutalną szczerością. Izolowałem się od świata, ponieważ wychodzenie z domu było dla mnie krępujące w momencie, w którym musiałem się oswoić ze swoją nową fizycznością. To było coś, co mnie zawstydzało, bolało, i starałem się tego unikać. Nie mogłem tego robić całkiem, bo moja praca wiąże się z wychodzeniem z domu - nie jestem pisarzem, felietonistą czy blogerem. Moim pracodawcą są widzowie, a ich u mnie w domu nie ma zbyt wielu.

Ponieważ bardzo dużo mnie to kosztowało, to prywatnie już właściwie tego nie robiłem. Jak człowiek za dużo przebywa ze sobą, to też trochę dziwaczeje. Ma swoje rytuały, słabości, pasje. To wszystko trwało przez kilka lat.

Długo.

- W tych sprawach jestem powolny. Wierzę, że życie samo reguluje pewne rzeczy i że jeśli cokolwiek robimy na siłę - dlatego, że ktoś nas do czegoś przekonał albo że sami pomyśleliśmy, że tak powinniśmy - to prędzej czy później kończy się niepowodzeniem. Dotyczy to również diety, zerwania z rozmaitymi nałogami. Trzeba dojrzeć do zmiany, ale tak prawdziwie, żeby to wypływało z nas. Wtedy jest szansa na sukces.

Zmiany w moim życiu były impulsem. Pojawiły się nowe emocje i plany. I doszedłem też do momentu, w którym zrozumiałem, że już tak dalej nie mogę.

To jest wierzchołek góry lodowej. Mówi pan o tym, że zmieniała się pańska fizyczność, ale to też przecież nie bierze się z powietrza. To skutek, nie przyczyna.

- Święte słowa.

Zagląda pan głębiej?

- Nie muszę. Dobrze wiem, co tam jest. To są moje upiory. Nawet gdybym uznał, że warto, to wiem, że tych upiorów ktoś inny nie jest w stanie zrozumieć. Każdy ma własne upiory tylko dla siebie. Nie będę o tym opowiadał. To są rzeczy, których nawet najwybitniejszy psychoanalityk czy spowiednik nie ogarnie.

Moje cierpienie doszło do takiego natężenia, że wydawało się zupełnie nieprawdopodobne, żeby sama tylko rozmowa z innym śmiertelnikiem, choćby nawet najwybitniejszym specjalistą, ekspertem w dziedzinie zaburzeń afektywnych (nastroju), mogła w jakikolwiek sposób mi ulżyć” - napisał William Styron w swoim eseju o depresji „Ciemność widoma”.  To trochę o tym?

- Pewnie, że tak. To jest dziwna dolegliwość czy choroba. Rzeczywiście towarzyszy jej duże cierpienie, ale będąc z boku, trudno dostrzec jej przyczyny. Dla obserwatorów, nawet tych wnikliwych, nie ma sensu. To wygląda jak użalanie się nad sobą.

Weź się w garść, chłopie?

- Tak mówią, ale ja też ich rozumiem. To jest choroba duszy, a choroba duszy zawsze jest naszą sprawą. Każdy choruje inaczej. Na szczęście nie dotyka to wszystkich, jednak coraz więcej z nas ma problemy tej natury. To jest cena za to, jak wygląda współczesny świat, ile od nas wymaga. 

Współczesność nie sprzyja szczęściu?

- To jest kolejny paradoks: nie sprzyja szczęściu, ale też daje praktycznie nieograniczone możliwości zaspokajania na chwilę potrzeby szczęścia. Tylko na chwilę. Wszystko jest tak szalenie dostępne, że właściwie nieosiągalne.

Czy problemy psychiczne są wciąż tematem tabu? Trudno w naszym kraju powiedzieć publicznie, że cierpi się na depresję?

- To jest chyba kwestia oswojenia tematu. Jeśli coś nowego pojawia się w naszej przestrzeni publicznej, to na początku budzi kolosalną nieufność. Może i agresję, lęk. A potem stopniowo uciera się jakieś zrozumienie w tej kwestii, społeczna świadomość.

Przeszliśmy naprawdę długą drogę. Proszę spojrzeć, jak mniejszości seksualne były postrzegane w naszym kraju dziesięć lat temu, a jak są dziś. To jest proces, który trwa. W sprawie dolegliwości natury psychicznej jesteśmy natomiast na początku tej drogi. Jeszcze parę lat musi minąć, żeby coś się ruszyło.

Ważna jest też edukacja. To, żeby ludzie wiedzieli, że to choroba, że mogą i powinni zgłosić się po pomoc.

- To był chyba najciekawszy moment, jak dzisiaj na to patrzę. Najbardziej zdumiewa mnie, że nie myślałem, że to jest choroba, że mam depresję, tylko przez pięć lat uważałem, że jest mi smutno. Że być może świat stracił dla mnie blask, że mam taki okres w życiu.

Zakładam, że jest parę milionów, a przynajmniej paręset tysięcy ludzi w Polsce, którzy nie wiedzą, co im jest. Którzy myślą, że nawalają, że zawodzą, że są beznadziejni. A to można leczyć. Do tego potrzebna jest diagnoza, psychoterapia, czasem farmakologia. Bo w gruncie rzeczy chodzi o chemię w naszym mózgu. Pytanie tylko, skąd taka konkretna chemia. I tu dochodzimy do sedna.

To ja zapytam jeszcze raz: jaki jest pana problem?

- Nie potrafię tego zweryfikować, zdiagnozować z jakąś zabójczą pewnością, ale w moim przypadku to jest po prostu za szybkie tempo. I za małe przygotowanie, które polega przecież na wytworzeniu mechanizmów obronnych - systemu reagowania na bodźce, na sytuacje krytyczne. A ja nie byłem na nic przygotowany. Zostałem rzucony na głęboką wodę. Odpowiedzialność bywała duża. Myślę, że to jest odpowiedź.

Do tego doszły konkretne predyspozycje. Wrażliwość, słabość. Ale jestem w zupełnie innym miejscu niż 10 lat temu. I, prawdę mówiąc, nie patrzę na siebie z tamtych lat jak na kogoś bardzo mi bliskiego. Potrafię dość chłodno analizować samego siebie. I niewiele mam wspólnego z tamtym gościem.

Nie czuje pan z nim połączenia?

-   Nie. Już większe mam z Kamilem Kurantem.

"Chłopaki niech płaczą" (fot. materiały promocyjne)

 

Olaf Lubaszenko. Jeden z najbardziej lubianych i popularnych polskich aktorów i reżyserów, niezapomniany Kamil Kurant, Tomek z „Krótkiego filmu o miłości” Krzysztofa Kieślowskiego czy tytułowy Kroll z debiutu Władysława Pasikowskiego. Jego reżyserki debiut „Sztos” był jednym z najpopularniejszych polskich filmów lat 90. Jeszcze większy sukces odniósł komediami „Chłopaki nie płaczą” i „Poranek kojota”. Zapalony kibic piłki nożnej, były kapitan Reprezentacji Artystów Polskich, a w młodości - aspirujący do profesjonalnej gry zawodnik. Jest dyrektorem artystycznym Festiwalu Gwiazd w Międzyzdrojach.

Hanna Rydlewska. Redaktor naczelna Weekend.gazeta.pl. Prowadzi autorską audycję HaniBal w Radiu ZET Chilli. Wcześniej była m.in. wicenaczelną „Przekroju” oraz naTemat.pl, przez kilka lat kierowała magazynem „Exklusiv”.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (88)
Zaloguj się
  • malcriada

    Oceniono 308 razy 296

    Olaf Lubaszenko to błyskotliwy człowiek, zdolny aktor obdarzony poczuciem humoru i fantastyczną vis comica. Bardzo bym chciała, żeby był szczęśliwy.

  • stary71

    Oceniono 183 razy 159

    Nawet tu nie obyło się bez hejtu... To naprawdę nie ma znaczenia, czy ktoś jest biedny, czy bogaty, czy znany, czy nieznany. Choroba nie wybiera. To tak, jak z rakiem. Status majątkowy, czy społeczny nie uchroni przed nim. Różnica polega tylko na tym, że ludzie o pewnej wrażliwości i przyzwyczajeni do posługiwania się umysłem tak, jak aktorzy i artyści w ogóle, a także naukowcy, starają się analizować swa chorobę. To normalne, że aktor, analizujący zawodowo rozmaite postaci, w które się wciela, musi analizować samego siebie. Ale to i tak niewiele zmienia, może tylko dać do myślenia niektórym ludziom, nie rozumiejącym istoty depresji, sądzącym, że to jest tylko jakaś poza, mrzonka, czy lenistwo. Ale - jak widać - tylko niektórym. Są ludzie, którym nie można dać niczego do myślenia,. bo oni nie mają CZYM tego zrobić.

  • kchc

    Oceniono 87 razy 81

    To nie ma nic do komentowania. Życzę Panu wszystkiego najlepszego.

  • bartek.london

    Oceniono 118 razy 80

    Clopaki Nie Placza - jak dla mnie komedia 100-lecia. Ogladalem 500 razy, i bede ogladal nadal. Dialogi wciaz bawia do lez. Dzieki Mistrzu.

  • soled0

    Oceniono 76 razy 74

    Ludzie o czym wy piszecie, o zachowaniu choroby dla siebie?! Rozumiem, że ludzie o raku, autyzmie, zespole downa, itd. mają też nie mówić. Ponieważ?! Zniszczy to czyjeś poczucie smaku, miły poranek? O chorobach trzeba mówić, szczególnie o depresji, bo ta choroba zabija i zabija też nieświadomość otoczenia kiedy i jak pomóc. Może dzięki temu artykułowi, gdy bliska Tobie osoba w Twoim domu nie będzie chciała wyjść z łóżka, będzie ciągle płakać, patrzeć całymi dniami w ścianę zareagujesz zanim zacznie robić pod siebie, bo nie będzie miała siły iść do toalety,aż w końcu popełni samobójstwo- wtedy jest za późno i wiele matek, mężów, ojców, żon, dzieci, sióstr zastanawia się czemu nic nie widziałem, nic nie zrobiłem. Jakoś nie zauważyłem, żeby ktoś się oburzał gdy telewizje puszczają materiały o niepełnosprawnych dzieciach tylko po to żeby mieć większą oglądalność serwisów informacyjnych. Ale oczywiście wszyscy się oburzają gdy mówi się o raku, czy depresji. chorobach, o których powinno się jak najwięcej mówić, bo powodują wykluczenie spoleczne.

  • jwarenn

    Oceniono 57 razy 51

    Panie Olafie, mam podobne problemy i wiem , że wszelkie "dobre rady" tylko denerwują. Nie mniej jednak trzeba jak najwięcej przebywać z innymi ludźmi , nie zamykać się w samotności , a przede wszystkim odstawić gorzałę - to najgorsza "pocieszycielka" w tej sytuacji. Powodzenia !

  • perfee

    Oceniono 29 razy 29

    Olaf, nie wiem, czy Cię to pocieszy... ale wg mnie zrobiłeś dwie najlepsze komedie w tym kraju. Chłopaków i Kojota znam na pamięć. Wszystkie teksty mogę recytować. Moja rodzina i moi kumple wielbią te filmy. Ty się trochę tego wstydzisz... OK. Że niby mało ambitne itd... Nie ważne. Dla nas jesteś mistrzem. Pozdrawiamy!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX