Ryszard Turczyn

Ryszard Turczyn (fot. Barbara Tarnas)

ludzie

"Jedna książka rano, druga wieczorem, żeby się nie myliły". Ryszard Turczyn, wybitny tłumacz, o swoim zawodzie

Przez 14 lat namawiał polskie wydawnictwa do wydania "Pianistki" Elfriede Jelinek, doprowadził do opublikowania "My, dzieci z dworca ZOO" Christiane F. Ryszard Turczyn jest popularyzatorem literatury i wybitnym tłumaczem z niemieckiego i niderlandzkiego. - Tłumacze nie dostają dzisiaj tantiem. Są na szarym końcu w hierarchii dziobania - opowiada o kulisach tej pracy. Niesłychanie ważnej, tytanicznej, ale często niewystarczająco docenianej i kiepsko opłacanej.

Czy można żyć z tłumaczeń literackich?

- Ja żyję, ale jestem wyjątkiem, bo mam dobrą pozycję. Tłumaczy, takich jak ja, którzy utrzymują się wyłącznie z przekładów, można policzyć na palcach jednej ręki. Tak jest w przypadku języka niemieckiego, ale przypuszczam, że z tłumaczami z angielskiego jest jeszcze gorzej. Poza tym nie robię tylko przekładów literackich. Biorę wszystko, co jest związane z humanistyką - filozofię, psychologię, eseistykę - ale oprócz tego także monografie historyczne czy zwykłe poradniki. Tłumaczenie literatury w ramach wolnego zawodu nie gwarantuje, że co miesiąc będzie na opłacenie rachunków. Lepiej pewnie mieć stałą pracę, a tłumaczenie powinno być hobby. Ja wybrałem ten zawód świadomie i nie mam żalu do świata, że nie zarabiam tyle, co szefowie korporacji.

Ile przeciętnie zarabia tłumacz? Jakie są normalne stawki?

- Normalnych w zasadzie nie ma, płacą je tylko pojedyncze wydawnictwa. A powinno to być ok. 1100-1200 zł za arkusz, który liczy 40 tys. znaków, czyli wychodzi 50-55 zł za stronę (strona to 1800 znaków znormalizowanego maszynopisu - red.).

Skoro nie ma „normalnych” stawek, jakie są te realne?

- Od 500 do 700 zł za arkusz, czyli bardziej zrozumiale: od 23 do 32 zł za stronę. Dokładnie takie same stawki były już 10 lat temu. Z tym że 700 zł to już dla wydawnictw bardzo wygórowana kwota, niektórzy robią ci łaskę, kiedy ją płacą. Do tego plenią się teraz agencje, które od wydawnictw przejmują całą produkcję książki.

Ryszard Turczyn przez 14 lat namawiał polskie wydawnictwa do wydania „Pianistki” Elfriede Jelinek. Doprowadził też do opublikowania „My, dzieci z dworca ZOO” Christiane F.  (fot. materiały prasowe)Ryszard Turczyn przez 14 lat namawiał polskie wydawnictwa do wydania „Pianistki” Elfriede Jelinek. Doprowadził też do opublikowania „My, dzieci z dworca ZOO” Christiane F. (fot. materiały prasowe)

To wydawnictwa nie wydają już książek?

- Te nowe, ja je nazywam „szybkimi”, nie.  Kiedy zakładasz sobie wydawnictwo i nie masz pojęcia o tej robocie, ale kupiłaś prawa do książki, to zlecasz wszystkie prace przygotowujące tekst do wydania wyspecjalizowanej agencji. Ona zajmuje się tłumaczeniem, składem, a ty jako wydawca dostajesz gotowy plik elektroniczny, który wysyłasz do wybranej przez siebie drukarni. Agencja oczywiście zapewnia na każdym kroku, że dostarczy ci świetny produkt, bo książka jest już produktem, a nie książką. A ty będziesz na niej zarabiać.

Takie agencje to już jest absolutny wyzysk człowieka przez człowieka. Ich stawki to średnio 20-22 zł za stronę, ale zdarzają się już nawet honoraria poniżej 20 zł. Gdybym miał pracować za takie stawki, nie dałbym rady, mówię to z pełną odpowiedzialnością.

To jak właściwie funkcjonujesz na rynku?

- Ratuję się tym, że moje książki są na tyle dobre, że dostają przeważnie dofinansowanie kosztów przekładu od różnych powołanych do tego instytucji, np. od Instytutu Goethego czy Pro Helvetii. To będzie jeszcze trochę trwało, bo Niemcy, Holandia, Belgia i kilka innych państw dbają o to, aby ich najlepsza literatura była wydawana za granicą. Ponadto pojawiło się też kilka fundacji paneuropejskich.

Nie powiem, że pracuję na akord, ale podpisuję znacznie więcej umów, niż może bym chciał. Zawsze pracuję nad dwiema książkami jednocześnie - jedna rano, druga wieczorem, żeby się nie myliły (śmiech). Do tego dochodzi też czasem redagowanie tłumaczeń, co bardzo lubię, zdarza mi się też prowadzić warsztaty dla młodych tłumaczy literatury, co lubię jeszcze bardziej. Pracuję z przerwami od ósmej rano do drugiej, trzeciej w nocy, bo kiedy rodzina pójdzie spać, mam najwięcej spokoju. Organizm pozwala mi spać krótko, a przynajmniej krócej, niż muszą inni, i korzystam z tego, dopóki się da. Trudno mi radzić każdemu, żeby tak właśnie pracował, ja daję radę, bo dla mnie tłumaczenie to treść życia, czyli - ujmując rzecz mniej górnolotnie - robię to, co lubię, i lubię mieć co robić.

Ale kiedy trafi ci się bestseller, symboliczny „Grey”, masz przecież szanse na duże pieniądze.

- Przy takich zleceniach, modnych bestsellerach, tłumacze, a są to często naprawdę ludzie przypadkowi, dostają czasem jakieś haniebnie niskie stawki, do tego niejednokrotnie muszą tłumaczyć w ekspresowym tempie. Efekt jest taki, że te książki są fatalnie przetłumaczone, do tego redaktor w wydawnictwie to już rzadkość. Ostatnio w księgarni przekartkowałem książkę Camilli Läckberg i to jest poziom wypracowania szkolnego. Przez tłumaczenie. To trudno nawet nazwać literaturą. Nie wierzę, żeby oryginał był aż tak źle napisany.

Załóżmy, że bestseller ma 300 stron, a to jest około 280 stron znormalizowanego maszynopisu razy 20 złotych każda, czyli wychodzi jakieś 5,5 tysiąca złotych za tłumaczenie. I mówisz, że tłumacz hitu wydawniczego naprawdę nie zarobi nic więcej?

- Tłumacze nie dostają dzisiaj tantiem. Normalnie umowę podpisujemy jednorazowo na wypłatę honorarium, a tzw. majątkowe prawa autorskie do przekładu sprzedaje się na zawsze. Nawet kiedy wydawca wyda książkę jako audiobook, sprzeda prawa do zrobienia słuchowiska radiowego, tłumacz nic z tego nie dostaje. E-booki u większości wydawców też nie są płatne osobno.

Zdarzały się już procesy o uzupełnienie podstawowego honorarium, mówię tu o hitach nakładowych rzędu 600 czy 800 tysięcy egzemplarzy, a było takich parę. Bywało, że tłumacz nie odpuścił. Zostało to ugodowo załatwione między nim a wydawnictwem, bo wydawca wolał zapłacić, żeby tylko się nie rozniosło. Trzeba przyznać, że niektóre wydawnictwa same wpadają na ten pomysł. Na przykład wydawnictwo Świat Książki, wydawca „Pachnidła”, po wielkim światowym sukcesie filmu nakręconego według tej powieści, przez co i w Polsce nakład poszybował pionowo w górę, samo zaproponowało tłumaczce zmianę systemu honorowania. Oni byli cywilizowani, ale niecywilizowanych trzeba procesowo zmuszać do takiego kroku, tyle że to się opłaca tylko wtedy, kiedy w grę wchodzą poważne kwoty, bo wiadomo, że więcej pracy u tego wydawcy się nie dostanie.

(fot. materiały promocyjne)(fot. materiały promocyjne)

Zmorą ludzi wolnych zawodów jest niewypłacanie pieniędzy przez zleceniodawcę. Ciebie to też spotyka?

- Miałem taką sytuację, wydawca splajtował i zapomniał mi do końca zapłacić. Wcześniej też wydzierałem od niego po 100 złotych. Sprawdziłem swoje realne szanse odzyskania zaległego honorarium i okazało się, że w takiej sytuacji nawet w świetle prawa jestem na straconej pozycji. Jeżeli mam walczyć o 8 tysięcy, a sam włożyć w to jeszcze dodatkowo 2 tysiące, bo poświadczenie notarialne każdego dokumentu kosztuje 345 złotych, i mieć 5 procent szans na sukces, nie chce mi się w to bawić. Przede mną zawsze w kolejce są jeszcze drukarnia, dystrybutor. Oni są silniejsi, to duże firmy. Jestem na szarym końcu w hierarchii dziobania.

Kiedyś było lepiej?

- Były złote i zupełnie szalone dla branży lata 90., kiedy powstało wiele znanych dzisiaj wydawnictw. Wtedy sprzedawało się wszystko, bo tyle mieliśmy do nadgonienia, jeśli idzie o światową literaturę. Były jeszcze procentowe umowy, co oznacza, że dostawaliśmy pieniądze za zwiększone nakłady. Około 2000 roku wszystko zaczęło się zmieniać, pojawiły się nowe wydawnictwa nastawione na szybkie zyski, bez żadnej sensownej strategii wydawniczej.

Dzisiaj każdy, kto choć trochę zna język obcy, twierdzi, że może tłumaczyć. Wydawcy chcą w to wierzyć, bo te niedoświadczone osoby zgadzają się na bardzo niskie stawki. Kiedy dzisiaj wchodzę do księgarni i widzę te zwały książek, to popadam w lekkie zwątpienie i zastanawiam się, czy w ogóle jest sens dalej zajmować się tym zawodem. Ale na szczęście to szybko mija.

Złe przekłady tak cię załamują?

- Generalnie nadprodukcja złej jakości książek, ich ogromna liczba zalegająca na półkach.

Mamy dziwną sytuację, bo czytelnictwo spada, a na rynku jest coraz więcej tytułów, ich produkcja, mimo coraz mniejszej grupy zainteresowanych, rośnie.

- Bo teraz książka żyje tylko trzy miesiące, potem muszą wejść kolejne tytuły. To przerażające zjawisko i z jednej strony autentycznie współczuję wydawcom, bo to oni tak naprawdę ponoszą wymierne finansowe ryzyko związane z wydaniem przetłumaczonej przeze mnie książki, ale z drugiej bije to we mnie, bo oni oszczędzają tam, gdzie najłatwiej. Mój kolega wydawca dał ogłoszenie w którymś z portali branżowych, jakiś wirtualnywydawca.pl czy coś w tym rodzaju, że poszukuje tłumacza z niemieckiego, i dostał ponad 300 zgłoszeń! Przy takiej podaży ja z moimi stawkami nie jestem żadną konkurencją. Tylko nazwisko mam konkurencyjne, bo jeżeli jest coś trudnego do przetłumaczenia, to wiadomo, że można mi to powierzyć. Ale przy tłumaczeniu „zwykłych” książek, wydawca, który zaczyna albo nie ma żadnych ambicji, by utrzymać przyzwoity poziom, na mój dorobek w ogóle nie będzie zwracał uwagi.

Tłumacze w Niemczech są w podobnej sytuacji?

- Stawki też są niskie, ale przynajmniej bardziej przejrzyste. W Niemczech stowarzyszenie wydawców dogaduje się ze stowarzyszeniem tłumaczy i co roku publikują orientacyjne stawki za tłumaczenie. Te kwoty nie są obowiązującymi wycenami, ale przynajmniej jest się do czego odnieść. To samo dzieje się Holandii. Tam też co roku publikuje się w internecie  wytyczne, ile powinno kosztować przetłumaczenie linijki wiersza, strony maszynopisu, jak wysokie są dodatki za tłumaczenie z rzadkiego języka.

Dlaczego tak nie może być w Polsce?

- U nas wprowadzenie takich wytycznych jest wręcz karalne. Stowarzyszenie Tłumaczy Polskich, do którego należę, chyba ze cztery lata temu opublikowało w swoim biuletynie propozycje stawek, żeby dać tłumaczom i wydawcom punkt odniesienia przy negocjacjach. No i zrobiła się afera. STP musiało wycofać się z tych propozycji specjalną uchwałą zarządu, ponieważ ostrzeżono ich, że Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów nałoży na nich gigantyczną karę. Propozycje stawek w biuletynie to był zamach na wolną konkurencję.

Jest jeszcze Stowarzyszenie Tłumaczy Literatury, które skupia młodych tłumaczy. Czy oni próbują coś działać?

- Niedawno dostałem od nich ankietę w sprawie stawek, więc może spróbują jeszcze coś zrobić w tym kierunku. STL zaczyna też pilnować, żeby w reklamach i recenzjach książek, które ukazują się w papierze i w sieci, zaczęto podawać też nazwiska tłumaczy. Bo głupio jest, kiedy recenzent zachwyca się językiem książki i wspomina tylko autora, jakby to on napisał wychwalany tekst od razu po polsku.

Boli cię, że twoje nazwisko jest pomijane, choć książka zbiera świetne recenzje i jest chwalona za język?

- W żadnym razie. Nie oburza mnie, że przy recenzji książki nie jest wymienione moje nazwisko, tylko uważam, że jest to głupie z logicznego punktu widzenia. Nie chodzi o splendory, o bycie na świeczniku, bo ja mam taką filozofię, że dobry tłumacz musi czuć się dobrze w drugim szeregu, ale warto, żeby czytelnik wiedział, że książka to są dwie osoby. Jako tłumacz jestem drugim po autorze, który tak naprawdę czyta jego tekst, i to jest czasem tragiczne, bo widzę te wszystkie niedoróbki, zwłaszcza w słabszych książkach.

Volker Schlöndorff na spotkaniu promującym jego autobiografię Volker Schlöndorff na spotkaniu promującym jego autobiografię "Światło, cień i ruch. Moje życie i moje filmy", którą przetłumaczył na język polski Ryszard Turczyn (z prawej) (fot. Marcin Stępień / Agencja Gazeta)

I co wtedy robisz, zaciskasz zęby i ruszasz z robotą?

- Poprawiam bez pardonu. Teraz tłumaczę powieść fantasy, która jest miejscami źle napisana, ale staram się do niej coś z siebie włożyć, żeby ta książka, po polsku, nie była całkowitym kalectwem. Tyle mi wolno jako tłumaczowi. Starałem się na przykład, żeby nie było tyle powtórzeń, ile jest w oryginale, bo dla własnej ciekawości sprawdziłem automatem, czyli wordowskim „szukaj i zamień”, że w pierwszym tomie na 800 stronach 151 razy wystąpiła sekwencja „wypuścił powietrze z płuc”, w dwóch wariantach, raz że „głośno”, a raz że „cicho”, a w trzecim tomie 124 razy na 700 stronach, że „ledwie dostrzegalnie skinął/skinęła głową”. Nawet mnie zdziwiło, że coś takiego jest możliwe, a niewiele mnie już dziwi.

Autor tej książki wie, że poprawiasz jego dzieło?

- Oczywiście, że nie. Ta książka świetnie sprzedaje się w Niemczech i jakoś nikt nie zwraca uwagi na powtórzenia. W przypadku książek, które prawdopodobnie dla autora są dziełem użytkowym, bo pisze dla pieniędzy trzy tomy po 700-800 stron sztuka, wolno mi trochę poszaleć. Tutaj mój wkład traktuję jako pomoc autorowi. Nie chcę się też samemu ośmieszyć, reprodukując błędy, które są w oryginale.

Jak daleko możesz się posunąć?

- Tłumaczyłem książkę, w której bohaterka w jednym zdaniu mówi, że wczoraj rozmawiała z bratem i on jej podał numer do osoby X.  W kolejnym akapicie czytam, że rozmowę telefoniczną z osobą X bohaterka odbyła przedwczoraj. Jest to fizycznie niemożliwe, więc w takich przypadkach nie pytam autorki, czy ona faktycznie chciała to powiedzieć, bo wiadomo, że nie chciała. Nieuważnie napisała, redaktor nie dopatrzył.

Poprawiam też bez pytania idiotyzmy faktograficzne. U tej samej autorki pojawiła się informacja, że jedna z bohaterek - rzecz dzieje się w czasie II wojny światowej, a ten konkretny epizod w Krakowie - znalazła się w szpitalu... na Bulovce. Już na pierwszy rzut oka widać, jaka wybitnie krakowska jest to nazwa, prawda? Jest taki szpital, a jakże, nadal zresztą działający: nemocnice Na Bulovce... ale w Pradze. Co autorce przyszło do głowy, dalibóg nie wiem. Ale przecież tu nie ma co pytać o pozwolenie, tylko trzeba pomóc jej ratować twarz, więc zamieniłem na równie szacowny, ale naprawdę krakowski szpital św. Łazarza. Przy okazji miałem też taką smutną refleksję, że chyba czas umierać, skoro już nawet niemieckie książki nie mają porządnej redakcji. Oczywiście przy książkach od pewnego poziomu trzeba w sobie ukrócić taką chęć poprawiania. Ja nie mam z tym specjalnych problemów. Jestem dość wierny i zalecam to każdemu tłumaczowi. Pokora wobec dobrego autora jest absolutnie wskazana i wręcz nieodzowna.

Wstydzisz się jakichś książek, które tłumaczyłeś?

- Książek nie, ale wstydzę się wpadek, które zdarzają się każdemu, a zwłaszcza zdarzały się w erze przedinternetowej. Jedną mam w „Pianistce”. Jest poemat symfoniczny Bedrzicha Smetany, który nazywa się „Wełtawa”, po niemiecku - „Moldau”. Ja zrobiłem z tego w roboczej wersji „Mołdawię”. Tak się pechowo złożyło, że pomieszały się pliki zredagowane z niezredagowanymi i tak to poszło do druku w pierwszej wersji książki wydanej przez wydawnictwo Sic!, ale na szczęście błąd zniknął w drugiej, przeredagowanej przeze mnie na potrzeby wydania w W.A.B. tuż po Noblu dla Jelinek. Pierwsze wydanie „Pianistki” to tylko dwa i pół tysiąca egzemplarzy - jakoś przeboleję.

(fot. materiały prasowe)(fot. materiały prasowe)

Ale ty, nagradzany tłumacz Jelinek, Wallraffa, Brocha czy klasyków literatury niderlandzkiej, takich jak Harry Mulisch albo Willem Elsschot, robiłeś też poradniki o jędrnych brzuchach i pośladkach. Dobrze się z tym czujesz?

- Tak, bo zawsze wszystko robię na 100 procent, najlepiej jak potrafię. W latach 90. tłumaczyłem nawet dwie najprawdziwsze książki pornograficzne. To była niezła zabawa. Jedna ma polski tytuł „Moje życie dla kobiet”. Superksiążka, stylowa, jej akcja rozgrywa się w latach 20. XX wieku w Berlinie. Tłumaczyło mi się to z ogromną przyjemnością i wpisuję ją do wszystkich moich bibliografii, bo to jest dobrze przetłumaczona, zabawna, jajeczna książka. Kiedyś robiłem też dużo poradników, poradnictwo psychologiczne dla par, rodziców czy choćby bardzo popularny ginekologiczno-intymny poradnik dla kobiet, który w ciągu 10 lat osiągnął nakład 200 tysięcy egzemplarzy, ale porad ludzie szukają teraz w internecie. Jak widać, żadnej pracy się nie boję, co więcej, ze wszystkiego, czego się podejmuję, czerpię przyjemność. Chciałoby się oczywiście więcej „Pianistek”, ale z tym ciężko.

Nie boisz się, że za kilka lat twój zawód w ogóle zniknie, bo udoskonalona wersja Google Translatora zacznie tłumaczyć za ciebie książki?

- Google Translator to w ogóle nie jest dobry przykład. Lepszym są programy, których używają tłumacze przysięgli, jak choćby Trados. To rzeczywiście samouczące się maszyny, które wiernie odtwarzają  sekwencje wyrazów powtarzające się w tekście. Program „widzi” określony zestaw słów w języku wyjściowym i reprodukuje w języku docelowym zestaw słów, który już raz podano mu jako ich prawidłowy odpowiednik. Przy tłumaczeniu świadectw maturalnych czy umów kupna samochodu taka maszyna daje sto procent trafności. W przypadku tłumaczeń literackich dopóki nie będzie prawdziwej sztucznej inteligencji, będę miał co robić. W literaturze wybór należy do człowieka. To jest kwestia intuicji, barw, subtelności. Maszyna sobie z tym nie poradzi.

Co internet zmienił w twojej pracy? Tłumaczysz od 1979 roku.

- Moje pierwsze tłumaczenia, do dziś zresztą je mam, to zapisane ręcznie zeszyty formatu B6, bo zawsze lubiłem ten format notatnika akademickiego. Tak powstało choćby tłumaczenie „My, dzieci z dworca ZOO”. Pisałem je ręcznie, a później przepisywała mi to pani maszynistka, bo nie stać mnie było na maszynę do pisania. Później kupiłem sobie maszynę do pisania, jeszcze później komputer i skończyło się pisanie odręczne. Pojawienie się internetu to cezura w mojej pracy, zupełnie nowa era. Rewolucja i rewelacja.

Moją największą obawą zawsze było to, że nie dostrzegę jakiegoś ukrytego cytatu czy aluzji. Przed erą internetu musiałem biegać po bibliotekach, czekać godzinami na książki, zanim mi je wydadzą, a potem godzinami je wertować. Teraz wystarczy wrzucić do wyszukiwarki nawet zniekształconą frazę. Oczywiście z dużą ostrożnością podchodzę do takich źródeł,  zawsze potrzebna jest weryfikacja, ale jakiś punkt zaczepienia, czego i gdzie dalej szukać, mam natychmiast. Dla mnie to absolutne szczęście, że żyję akurat wtedy, kiedy zdarzyło się coś takiego jak internet. Kiedy dzisiaj pracuję przy kompie, nadal mam za sobą całą ścianę zbieranych przez lata słowników i encyklopedii, ale to wszystko teraz pokrywa się kurzem.

O ile szybciej teraz pracujesz?

- Przy książce, która nie wymaga sprawdzania szczegółów - gatunków ptaków, roślin, wydarzeń historycznych, nazwisk, nazw i realiów - powiedziałbym, że nawet o 50 procent szybciej. Poza tym cały czas zbieram informacje. Kiedy coś usłyszę, przeczytam, wszystko się kumuluje w głowie, powstaje taka indywidualna baza danych. Nie ma absolutnej przesady w tym, że tłumacz literatury jest cały czas w pracy. Życie idzie do przodu, ja jestem wyizolowany, siedzę przed ekranem monitora, ale przecież nie mogę zostać w tyle. Mimo że nie mam 20 lat, muszę czasem wiedzieć, jak mówią dwudziestolatki.

I skąd się tego dowiadujesz?

- Wchodzę do internetu, żeby złapać trochę słownictwa. Blogi są bardzo pomocne. Jest też fantastyczny słownik polskiego slangu, tworzony jak Wikipedia. Jeżeli masz zdolności naśladowcze, a tłumacz musi je mieć, za pomocą tych narzędzi jesteś w stanie zrobić coś, co nie będzie już na pierwszy rzut oka drętwe, rozpoznawalne jako wymyślona kompozycja. W latach 80., kiedy tłumaczyłem „My, dzieci z dworca ZOO”, chodziłem na tzw. bajzel, czyli na tyły warszawskich Domów Centrum, gdzie spotykali się narkomani, i tam ich podsłuchiwałem. Miałem też znajomych, którzy pracowali w pierwszych ośrodkach Monaru. Dawałem im do czytania moje tłumaczenie, żeby sprawdzili, czy  jest autentyczne, czy nie wygląda, jakby pisał je zgred.

(fot. Barbara Tarnas)(fot. Barbara Tarnas)

Kontaktujesz się z autorami książek, które tłumaczysz?

- Nigdy w życiu. Zrobiłbym pewnie wyjątek, gdyby książka była mocno autobiograficzna i musiałbym zweryfikować jakiś szczegół, na przykład doprecyzować rodzaj pokrewieństwa, bo tak się głupio składa, że po niemiecku wujek i stryjek to jest to samo słowo. Ale generalnie uważam, że to uwłaczające dla autora, jeśli się go nie rozumie. Musiałby to być bardzo hermetyczny tekst, wtedy może bym się złamał.

Przypomniała mi się w tej chwili anegdotka korespondująca z tą sprawą. Otóż Joseph Heller, ten od „Paragrafu 22”, dostał zapytanie od tłumacza - jakiegoś oficera lotnictwa, bo wydawca zagraniczny doszedł do wniosku, że skoro książka jest o amerykańskich lotnikach, to kto jak kto, ale taki oficer lotnictwa jest tłumaczem wręcz wymarzonym - gdzie można znaleźć ten tytułowy „paragraf 22”, bo on przewertował już wszelkie możliwe regulaminy i niczego takiego nie znalazł... Za nic nie chciałbym być takim właśnie pytającym.

Dlaczego zdecydowałeś się na tłumaczenie z niemieckiego?

- Bo był ktoś taki jak Boy-Żeleński.

Tak szczerze, trudno znaleźć tu jakiś związek.

- W 18. roku życia podjąłem decyzję, że będę tłumaczem. Autentyk, ale Koziorożce pewnie tak mają. Chciałem przekładać z francuskiego, ale Boy-Żeleński zrobił takie tłumaczenia, że wiedziałem, że tutaj już nie podskoczę. On był moim idolem. Chciałem też pisać, ale tu mnie z kolei zablokował Miron Białoszewski. Marzyło mi się, żeby zrobić takie szumy, zlepy, ciągi, które on wydał pierwszy. Nawet mam gdzieś te moje pierwociny. Dysponowałem więc narzędziami pisarskimi, ale nie mogłem ich wykorzystać, bo nagle skonstatowałem, że nie bardzo wiem, o czym miałbym pisać, ale okazały się one na tyle dobre, że po nasyceniu się myślami innych mogłem całkiem nieźle tłumaczyć.

Ja żyję dziesiątkami żyć dzięki temu, że tłumaczę tak różne książki. Dzięki przekładom robię rzeczy, których nigdy nie mógłbym zrobić. Nie mógłbym być pianistką z jej problemami, bohaterem książki pornograficznej ani wspinać się po górach.

Życie tyloma życiami nie jest męczące?

- Raczej fascynujące, one dają mi napęd.

 

Ryszard Turczyn (ur. w 1953 roku). Wybitny tłumacz literatury z niemieckiego i niderlandzkiego. Przez 30 lat przełożył ponad 60 książek beletrystycznych i kilkadziesiąt wydawnictw popularnonaukowych. Tłumaczył m.in. noblistkę Elfriede Jelinek, Hermana Brocha, Güntera Wallraffa, Wladimira Kaminera, Harry'ego Mulischa czy Willema Elsschota. Laureat nagród m.in. Pro Helvetia, im. Karla Dedeciusa, odebrał Brązowy Medal Zasłużony Kulturze Gloria Artis. Jest członkiem Stowarzyszenia Tłumaczy Polskich i honorowym członkiem Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury. Zabiega o wydawanie w Polsce ważnych tytułów z literatury niemieckojęzycznej i niderlandzkiej.

Anna Budyńska. Redaktorka w dużym wydawnictwie, pisze teksty dla portalu Instytutu Goethego w Warszawie, jest sekretarzem redakcji magazynu "Świat Mózgu" wydawanego przez fundację NeuroPozytywni.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (62)
Zaloguj się
  • agcerz

    Oceniono 309 razy 303

    Pięknie dziękuję.

  • fusiaf

    Oceniono 281 razy 279

    Przeczytałam z ogromną przyjemnością. Dziękuję!

  • parsom

    Oceniono 281 razy 279

    W końcu coś normalnego

  • szczypawka9

    Oceniono 160 razy 158

    Mam głęboki szacunek dla dobrego tłumacza, ten tekst tylko to potwierdza. Przychodzi mi tu na myśl pokrewny problem tłumaczeń dialogów w filmach. Specjalnie oglądam filmy w oryginalnej ścieżce dźwiękowej, żeby wychwycić te różne smaczki, które są często bezpowrotnie "lost in translation" ;) Nawet jeśli nie wszystko rozumiem. Zobaczcie choćby, jak genialnie brzmią trójjęzyczne Bękarty Wojny :) Mówię to w dobie filmów ściąganych z internetu wraz z "napisami", które są najczęściej tragiczne i to nie w znaczeniu gatunkowym, a dosłownym... Jakie to szczęście, że są wciąż tłumaczenia z prawdziwego zdarzenia, jak teksty Turczyna, Barańczaka, Leśmiana czy wspaniałej Elżbiety Gałązki-Salamon, która jak nikt inny potrafi tłumaczyć "rzucanie mięsem" :)))
    Pozdrawiam wszystkich miłośników pięknego języka...

  • kiddy

    Oceniono 148 razy 144

    Najgorzej, że najczęściej tłumaczeniom nie nie robi się ŻADNEJ redakcji, ani językowej, ani merytorycznej. Wychodzi z tego tragedia, bo wydawca, chcąc zaoszczędzić, zatrudnia do tłumaczenia studenta albo osobę niemal bez doświadczenia, które jest zwyczajnie niewyrobiona i niewprawna językowo (zresztą uważam za coś niebywałego to, że student czy absolwent wyższej uczelni nie potrafi się posługiwać ojczystym językiem), a w rezultacie na półki trafia książka z masą błędów językowych i absurdalnych sformułowań. O błędach merytorycznych nawet nie wspomnę.

  • kosmaty_patriota

    Oceniono 128 razy 122

    Jeszcze jedno potwierdzenie, że ludzie, którzy naprawdę coś potrafią, stają się w naszej rzeczywistości mięsem dla kapitalistycznych hien.

  • a-thomek

    Oceniono 110 razy 102

    W końcu mogę użyć słowo: kongenialne.
    Otoż Pańskie tłumaczenie "Pianistki" jest kongenialne.
    Bardzo dziękuję.

    Na marginesie - tak ciekawy wywiad na gazeta.pl? Zaskakujące.

  • bokaj

    Oceniono 87 razy 87

    Czy nie można by częściej dawać nam rozmów z ludźmi kultury, którzy mają konkretny dorobek i potrafią przekazać na czym w szczegółach polega ich praca?
    Dlaczego wywiad ze znakomitością jest wyjątkiem, a analizy kształtu pośladków kolejnych minutowych celebrytek są strawą codzienną?
    Pytam: DLACZEGO?!

  • mamagda3

    Oceniono 77 razy 75

    Czytałam ostatnio opasły tom pt "Półbrat" Larsa Christensena tłumaczony przez Iwonę Zimnicką. Książka świetna, a tłumaczenie wybitnie przyczyniło się do przyjemności odbioru. Czapka z głowy dla tej pani, zwłaszcza w kontekście szmiry i dyletanctwa na rynku tłumaczeń literackich.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX