Czasy 'totalitarnego położnictwa' mamy już szczęśliwie za sobą, jednak poród z osobą towarzyszącą jest nadal stosunkowo nowym zjawiskiem.

Czasy 'totalitarnego położnictwa' mamy już szczęśliwie za sobą, jednak poród z osobą towarzyszącą jest nadal stosunkowo nowym zjawiskiem. (Fot. Shutterstock.com)

społeczeństwo

Rodzić razem czy osobno? Decyzję musi podjąć kobieta. Ale w porodzie nie musi towarzyszyć jej partner

O traumatycznych porodach mówi się wiele - to temat, który chętnie poruszają zarówno media, jak i same kobiety. Zdanie "dobrze wspominam narodziny dziecka" usłyszymy jednak dużo rzadziej. Kolejna część naszego cyklu o porodach, macierzyństwie i tacierzyństwie to nie tylko próba odpowiedzi na pytanie "rodzić razem czy osobno". To przede wszystkim Wasze historie - te dobre, a więc najbardziej potrzebne.

Poród rodzinny, odwiedziny w szpitalu, możliwość przebywania z dzieckiem przez cały okres pobytu w placówce? Jeszcze kilkanaście lat temu to, co dziś traktujemy jako normę, należało w Polsce do rzadkości. Medyczny model rodzenia i opieki okołopołożniczej obowiązywał zwłaszcza w latach 70. i 80., gdy rutynowo wykonywane zabiegi i szpitalne regulaminy miały ułatwiać pracę personelowi, a nie stawiać na pierwszym miejscu dobrostan rodzących.

Czasy „totalitarnego położnictwa” mamy już szczęśliwie za sobą, jednak poród z osobą towarzyszącą jest nadal stosunkowo nowym zjawiskiem. Początkowo z tej możliwości korzystały głównie zamożniejsze kobiety; za „przywilej” rodzenia z partnerem czy matką często trzeba było płacić - regulowały to wewnętrzne przepisy obowiązujące w danej placówce. Teraz, dzięki rozporządzeniu Ministerstwa Zdrowia, każda pacjentka ma prawo do obecności wskazanej przez siebie bliskiej osoby - na przykład męża, przyjaciółki lub douli. Dotyczy to zarówno porodu siłami natury, jak i cesarskiego cięcia (choć w większości szpitali to ostatnie rozwiązanie nie jest praktykowane).

(fot. Shutterstock.com)(fot. Shutterstock.com)

Choć nie wiadomo dokładnie, ile kobiet korzysta ze wsparcia osoby towarzyszącej, poród rodzinny jest coraz popularniejszy. Fora internetowe, szkoły rodzenia, prasa - większość środków przekazu zdaje się przekonywać, że na pytanie „rodzić razem czy osobno” jest tylko jedna dobra odpowiedź. W kontekście osoby towarzyszącej wymienia się też najczęściej partnera; popularnym, choć dość dosadnym argumentem są w tym przypadku słowa, że „skoro był przy poczęciu dziecka, powinien wspierać matkę także w momencie narodzin”.

Sielankowy obraz porodu z partnerem co jakiś czas zakłócają doniesienia oceniające takie przeżycie jako szkodliwe dla męskiej psychiki: panowie mają często mdleć na porodówkach, a partner, który towarzyszył rodzącej podczas narodzin, może mieć później problem ze spojrzeniem na nią jak na obiekt pożądania - twierdzi część ekspertów. Wątpliwości podsycają też niektórzy lekarze, którzy zwracają uwagę na to, że wielu ojców nie jest przygotowanych do konfrontacji z bólem, fizjologią czy ogromnymi emocjami rodzącej.

Poniższy tekst nie będzie rozwiewał mitów związanych z porodem rodzinnym, jego celem nie jest również przekonanie kogokolwiek do zajęcia konkretnego stanowiska w sporze o najlepszą możliwą formę porodu. Dlaczego? O porodzie rzadko mówi się w pozytywnym kontekście; w mediach słyszy się głównie o tych narodzinach, które nie miały szczęśliwego zakończenia. Atmosferę lęku podsycają także same kobiety - wiele z nich opowie koleżankom o swoich przeżyciach tylko wtedy, gdy będą się wiązały z jakąś traumą.

Podczas pisania tej części cyklu odbyłam szereg rozmów; każda z nich była historią dobrego porodu bądź dobrych przygotowań do niego. Ten dobór rozmówców był zupełnie przypadkowy, jednak dopiero oni przekonali mnie, że narodziny dziecka można wspominać ciepło i szczęśliwie nawet jeżeli nie były łatwe. I jak się okazuje, nie ma tu większego znaczenia to, kto towarzyszył matce podczas narodzin (pod warunkiem że była to decyzja, którą podjęła w zgodzie ze sobą i swoimi przekonaniami).

Osoba towarzysząca? To nie musi być partner

Bogna Gozdowska, założycielka bloga „Baby Trendsetter”. Podczas porodu była z nią mama:

Od początku wiedziałam, że do szpitala zabiorę ze sobą mamę albo - w ostateczności - jedną z przyjaciółek. Dla mnie poród jest czymś bardzo kobiecym i chciałam mieć przy sobie kogoś, kto albo przeżył podobną sytuację, albo potencjalnie mógłby ją zrozumieć od strony fizycznej; facet, obojętnie jak bardzo by był zaangażowany, jest mimo wszystko na innym poziomie biologicznym. Ale każda kobieta potrzebuje czegoś innego i ostateczna decyzja powinna zawsze należeć do niej.

Z mamą mamy świetny kontakt, jesteśmy ze sobą bardzo związane; wiem, że mogę jej powiedzieć wszystko ze wszystkimi tego konsekwencjami, a ona ewentualnie się ze mną nie zgodzi, ale zawsze to uszanuje. Dodatkowo mama wykonuje zawód paramedyczny i gdyby coś się stało, jej wiedza mogłaby się przydać. Przez to czułam się bezpieczniej.

Przy porodzie każda kobieta potrzebuje czegoś innego i ostateczna decyzja powinna zawsze należeć do niej - mówi Bogna Gozdowska (fot. archiwum domowe)Przy porodzie każda kobieta potrzebuje czegoś innego i ostateczna decyzja powinna zawsze należeć do niej - mówi Bogna Gozdowska (fot. archiwum domowe)

Najbardziej bałam się tego, że gdy podczas porodu zacznę rzucać brzydkimi słowami, to nikt tego nie udźwignie poza moją mamą. Ale urodziny syna wspominam dobrze, absolutnie nie były traumatyczne. Mama to fajna kobieta, w naszych kontaktach jest dużo swobody. Nawet na porodówce ciągle żartowałyśmy, co chyba trochę przerażało położne.

Mamy na tyle dobre relacje, że nie uważam, aby poród specjalnie je zmienił. Na pewno zbliżył mamę do wnuka - to, że widziała go jako pierwsza, było dla niej powodem do dumy. Widziałam, że podczas tych kilku godzin na porodówce tylko raz uniosły ją „babcine” emocje: musiała odwrócić się do ściany i wziąć dwa głębokie wdechy. Powiedziałam jej wtedy, że jeżeli ktoś tu ma oddychać, to ja, nie ona; z takim humorem i absolutnym spokojem przetrwałyśmy do końca.

To, że rodziłam z mamą, nie wykluczało jednak zaangażowania partnera. Podczas porodu był u kolegi, który mieszka tuż obok szpitala; wcześniej przywiózł mnie na porodówkę, pomógł wypełnić dokumenty I przyszedł do nas, kiedy tylko urodził się syn. Decyzję o rodzeniu z mamą podjęłam sama, ale on nie miał z nią problemu. Nie odrzucam możliwości porodu z mężczyzną, ale to, czego ja potrzebowałam, to towarzystwo kobiety. To było bezdyskusyjne.

Kinga, urodziła synka przy wsparciu przyjaciółki. Jej poród zakończył się cesarskim cięciem:

Początkowo miałam rodzić z koleżanką z pracy, ale dwa miesiące później okazało się, że ona też jest w ciąży. Wtedy moja przyjaciółka powiedziała, że może pojechać ze mną; wcześniej nie brałam jej pod uwagę, bo zawsze mi się wydawało, że raczej nie lubi krzyków, krwi... A teraz stwierdziła, że przynajmniej będzie wiedziała, co ją czeka, jak sama zajdzie w ciążę.

Dlaczego przyjaciółka? Mąż nie bardzo chciał, a moim zdaniem do takich rzeczy nie wolno nikogo zmuszać. Natomiast moja mama za bardzo by przeżywała to, że rodzę, i zamiast pomagać, stresowałaby mnie bardziej. A przyjaciółka nie jest osobą, która się lituje, nie mówiła: „ojej, ale cię boli”, nie cackała się ze mną i podchodziła realistycznie do porodu. Chociaż nie przygotowywałyśmy się do tego wydarzenia wspólnie, tylko raczej poszłyśmy na żywioł, to właśnie takie podejście było mi potrzebne.

Sam poród wspominam bardzo dobrze. Trafiłam na miłą położną, która potrafiła pomóc i można z nią było porozmawiać nie tylko o rodzeniu. Porodówka nie była może najnowocześniejsza, ale były prysznic, piłka, drabinki w sali obok, nawet radio grało. Gdy miałam już 10 cm rozwarcia, a główka nadal nie była w kanale, położna nie kazała mi leżeć w jednej pozycji, tylko próbowała znaleźć takie położenie, które pomogłoby dziecku. Niestety, młody był uparty i nic z tego nie wychodziło. Położna, widząc, że mam coraz mniej sił, zadzwoniła po lekarza. Doktor przyszedł po kilku minutach, zbadał mnie i zadecydował, że musi zrobić cesarskie cięcie. Ale na sali operacyjnej atmosfera też była miła, więc w ogóle się nie bałam.

Wcześniej, kiedy jeszcze nie wiedziałam, że konieczna będzie operacja, przyjaciółka podawała mi wodę. Nawet wzięła ze sobą słomkę, żebym mogła pić bez użycia rąk - to, że na to wpadła, bardzo mnie ujęło! Do tego trzymała mnie za rękę, pomagała zejść z łóżka i przy każdym skurczu przypominała, że mam oddychać; automatycznie wstrzymywałam oddech, a to sprawiało, że skurcz był bardziej bolesny. W początkowej fazie porodu po prostu rozmawiałyśmy na różne tematy, dzięki czemu czas mijał szybciej. A gdy po cesarskim cięciu przywieźli mnie na salę pooperacyjną, przyjaciółka już tam czekała. Została ze mną, dopóki nie przyjechał mąż, i razem zachwycałyśmy się dzieckiem.

(fot. Shutterstock.com)(fot. Shutterstock.com)

Element kobiecy w porodzie był ważny także dla bohaterki poprzedniego odcinka cyklu. W trakcie narodzin córki poza mężem była z nią doula - kobieta, której zadaniem jest udzielanie wsparcia matce w okresie okołoporodowym.

Dominika Ostrowska-Szkliniarz, mama rodząca z doulą:

Doula jest skoncentrowana wyłącznie na rodzącej oraz częściowo na osobie towarzyszącej. Dla mnie i męża ważne było ustalenie, że jeśli on w pewnym momencie będzie miał dosyć i zdecyduje się wyjść, ja nie zostanę sama.

Wsparcie douli i męża było zupełnie inne. Ona jako kobieta lepiej mnie rozumiała, dbała o małe rzeczy, na które mąż raczej by nie wpadł: przypominała o oddychaniu po każdym skurczu, proponowała wydawanie określonych dźwięków dla rozluźnienia szczęki, pilnowała, żeby mąż podczas masażu brodawek sutkowych zawsze używał oliwki i żebyśmy oboje się nie odwodnili. Nawet jeżeli wie się o tym wszystkim przed porodem, emocje są tak duże, że traci się głowę. Obecność douli była bardzo potrzebna, ale nie narzucająca się. Dzięki temu wspominamy z mężem, że to był nasz poród; nie było wrażenia, że rodzimy we trójkę.

Narodziny dziecka to wielka niewiadoma, a o porodzie słyszy się głównie w kontekście złych historii. Z doulą zawsze można porozmawiać o swoich lękach czy dostać kontakt do osoby, która podzieli się dobrymi doświadczeniami. Dla mnie najfajniejsze było to, że doula odwiedziła mnie w domu i pomogła mi po raz pierwszy samodzielnie wykąpać córkę. Nie wiem, czy sama odważyłabym się to zrobić, a tak miałam obok siebie kogoś, kto patrzył na mnie czujnym okiem.

Z doulą można nawiązać relację nie tylko czysto handlową, ale też koleżeńską. Jeżeli kobiety mogą skorzystać z takiej pomocy, to bardzo je do tego zachęcam. To daje poczucie bezpieczeństwa, ludzie nie mają świadomości, jaka to nieoceniona pomoc.

Poród z partnerem. „Nigdy nie widziałem nic gorszego. Ale ”

Rozważając decyzję o porodzie z partnerem, część kobiet obawia się, że mężczyzna nie odnajdzie się na porodówce. Czy to, co zobaczy, nie będzie dla niego traumą? Czy nie będzie czuł się bezsilny, czy udźwignie nową sytuację? Ojcowie, z którymi rozmawiałam, nie twierdzą, że towarzyszenie żonom było dla nich łatwe. Ale żaden z nich nie wyobraża sobie możliwości podjęcia innej decyzji.

Dominik, był z żoną przy porodzie córki:

Nigdy w życiu nie przeżyłem gorszej rzeczy, ale zrobiłbym to ponownie. Od początku wiedzieliśmy, że żona nie będzie przez to przechodzić sama; nie wyobrażaliśmy sobie, że mogłoby być inaczej. Byłem przy niej od pierwszych skurczów do momentu, w którym obie poszły spać i musiałem opuścić szpital.

(fot. Shutterstock.com)(fot. Shutterstock.com)

Przed porodem chodziliśmy do szkoły rodzenia, żona mówi, że to było pomocne. Ale z mojej perspektywy na nic się to zdało. Teoria teorią, ale na przykład ćwiczenia z piłkami, które robiliśmy w szkole... Gdy rodzi się we wspólnej sali, nie ma tam w ogóle takich sprzętów. Jeżeli nie zapłaci się za izolatkę, obok rodzącej będzie inna kobieta, która krzyczy, jakby ją rozdzierano na pół; z drugiej strony jest podobnie. I w tym wszystkim jest mężczyzna.

Nigdy wcześniej nie czułem się tak bezsilny, to było chyba najgorsze. Jestem żołnierzem kontraktowym, zajmuję się ochroną osób i mienia w strefach wysokiego ryzyka; przeżyłem na przykład trzęsienie ziemi na Haiti. I to, co tam widziałem, było dla mnie łatwiejsze niż asystowanie żonie przy porodzie. Oczywiście trzymałem ją za rękę, mówiłem, żeby oddychała... Pewnie w jakiś sposób to było dla niej cenne, ale nie byłem w stanie zabrać z niej bólu. Mogłem tylko siedzieć i bezsilnie przyglądać się, jak ona cierpi. Nie wiem, czy w trakcie samego porodu w ogóle zwróciła uwagę na to, że tam byłem.

Ale to wszystko nie miało znaczenia. Współczuję mężczyźnie, który nie mógł zobaczyć piękna narodzin swojego dziecka, który czegoś takiego nie przeżył. Widok żony, nawet zakrwawionej, zmęczonej i spoconej, za to z córką przy piersi, był jedną z najpiękniejszych rzeczy, jakie w życiu widziałem. I jeśli poród zmienił coś w moim podejściu do żony, to na lepsze; mam do niej większy szacunek, podziwiam ją za to, że przetrwała. Dlatego uważam, że każdy mężczyzna powinien być w takiej chwili przy kobiecie.

Bartek Machuta, towarzyszył żonie przy porodzie córki:

Dla mnie decyzja o wspólnym porodzie była najnormalniejszą rzeczą na świecie. W szpitalu, w którym rodziliśmy, uczęszczaliśmy też do szkoły rodzenia - tam bardzo zachęcano do takiego modelu narodzin. Szczerze mówiąc, nawet się nie zastanawiałem, czy może być inaczej.

Poród nie był dla mnie traumatycznym przeżyciem w żadnej materii i gdybyśmy kiedykolwiek zdecydowali się na drugie dziecko, na pewno też rodzilibyśmy razem. To naprawdę fajne doświadczenie, chociaż to na pewno zależy od przebiegu narodzin. U nas nie było żadnych komplikacji, ale i tak nie warto sobie psuć wrażeń i „zachodzić” nie od tej strony, co trzeba - w naszym szpitalu lekarze oszczędzali mężczyznom najbardziej drastycznych widoków i ustawiali ich raczej od głowy partnerki.

Ja podczas porodu starałem się przede wszystkim nie przeszkadzać żonie; wiadomo, że nawet facet, który głaszcze po ręce, może w pewnym momencie zdenerwować, zmęczyć swoją obecnością. Wiedziałem też, że żona zrozumie, gdybym stwierdził, że nie wytrzymam dłużej i muszę wyjść. Na porodówce miałem zadanie: dostałem od lekarza tetrową pieluchę, którą miałem trzymać pod bluzką, by skolonizować ją swoimi bakteriami. Kiedy urodziła się nasza córka, została owinięta właśnie w tę pieluchę - to sprawiło, że miała styczność nie tylko z matką, ale i ze mną. Potem zabrałem małą na mierzenie i ważenie, żeby żona mogła chwilę odpocząć.

 

Dla mnie decyzja o wspólnym porodzie była najnormalniejszą rzeczą na świecie - mówi Bartek Machuta (fot. archiwum rodzinne)Dla mnie decyzja o wspólnym porodzie była najnormalniejszą rzeczą na świecie - mówi Bartek Machuta (fot. archiwum rodzinne)

Czy narodziny córki miały wpływ na to, jak postrzegam żonę? Nie, dla mnie jest atrakcyjna tak samo przed porodem, jak i po porodzie. Pogląd, że wspólny poród wpływa druzgocąco na męską psychikę, to dla mnie mit i argument dla ludzi, którzy szukają wymówek, by nie rodzić z żonami.

„Ciąża nie jest wyłącznie sprawą kobiety”

Męski punkt widzenia to jedno, ale co sprawia, że kobiety chcą obecności partnera na porodówce? Podobnie jak w przypadku rozmówców ojców, mamy nie chcą przeżywać tak ważnych chwil bez najbliższej im osoby. Jest jedno zastrzeżenie: mężczyzna musi podjąć tę decyzję dobrowolnie. - Jeśli ktoś od samego początku wie, że nie wytrzyma sytuacji, i czuje się do takiego uczestnictwa zmuszany, to pewnie rzeczywiście jest lepiej, żeby nie brał w tym udziału - uważa Magda. W najbliższych dniach na świat przyjdzie jej pierwsze dziecko; w planach ma właśnie poród z partnerem.

Magda, za kilka tygodni urodzi pierwsze dziecko. Chce, by był z nią wtedy partner:

Nie uważam, żeby ciąża i poród były wyłącznie sprawą kobiety - dziecko powstaje dzięki zaangażowaniu dwóch osób, więc jego narodziny także powinny być wspólnym wysiłkiem pary, a nie tylko jednej ze stron.

Od samego początku ciąży wiedziałam, że poród jest wydarzeniem tak wyjątkowym w życiu moim i ojca dziecka, że angażowanie do pomocy kogoś innego byłoby zabraniem mu tej unikalnej możliwości obserwowania narodzin własnego syna - być może jedynego. W takiej chwili powinniśmy być razem.

Jeżeli mężczyzna chce rodzić z partnerką, szkoła rodzenia jest niezbędna - dopiero te zajęcia pokazały nam obojgu, jak wspólne może to być działanie. Spotkania były nakierowane nawet bardziej na osobę partnera, który ma zachować zimną krew w czasie porodu i mieć jasny umysł, by kobieta mogła oddać się naturze i zapomnieć o kwestiach technicznych.

 

Jeżeli mężczyzna chce rodzić z partnerką, szkoła rodzenia jest niezbędna - uważa Magda (fot. archiwum domowe)Jeżeli mężczyzna chce rodzić z partnerką, szkoła rodzenia jest niezbędna - uważa Magda (fot. archiwum domowe)

W szkole rodzenia pokazano nam (ale przede wszystkim jemu!) na przykład niektóre techniki masażu - rozluźniania mięśni okolicy lędźwiowej i miednicy, które będą pomagały między skurczami odzyskać jakąś sprawność i kontrolę nad tą częścią ciała. Dowiedzieliśmy się też, co dzieje się z ciałem kobiety podczas porodu, jak poznać, że sama akcja już się zaczęła.

Poród należy niestety do takich sytuacji, w których kompletnie nie wiadomo, czego się spodziewać. Może się okazać, że partner jednak nie da rady i po prostu nie wytrzyma tego psychicznie. Na pewno nie będę miała o to pretensji; chcę rodzić w tzw. Domu Narodzin, przyszpitalnym miejscu, w którym pracują wykwalifikowane położne, a interwencje medyczne przeprowadza się tylko wtedy, gdy są absolutnie konieczne. Tam będę pod pełną opieką bez względu na to, czy on będzie przy mnie.

Wiem też, że wiele kobiet przeraża sama myśl, że partner zobaczy je w takiej sytuacji; powiedzmy sobie szczerze, poród to jeden z najbardziej naturalnych i biologicznych procesów, podczas którego jesteśmy bardziej zwierzęciem niż człowiekiem. Ale to chyba syndrom naszych czasów: gdy jesteśmy młodzi, ta fizjologia nas przeraża i nie myślimy, co będzie za 30-40 lat. Jeśli któreś z nas zachoruje i będzie wymagało opieki, to to będzie dużo bardziej skrajna sytuacja niż poród.

 

Aneta Bańkowska. Dziennikarka portalu Gazeta.pl. W dzień pisze newsy, a po pracy biegnie na zajęcia, by w przyszłości zostać tuzą polskiej seksuologii. W skrytości ducha marzy, żeby stać się memem. Za nietypowe oprawki okularów odda każde pieniądze.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (44)
Zaloguj się
  • jurek.k4

    Oceniono 35 razy 33

    Bardzo fajny artykuł. Poród z partnerem to fajna sprawa, nikt tak nie zadba o komfort psychiczny zaraz po czy nawet w trakcie (tu położne potrafią bardzo pomóc). Fajna normalizacja i próba uspokojenia.

    W ostatnim akapicie poruszony jest trochę inny problem. Z przerażeniem patrzę na moich rówieśników. To nie jest tak, że na starość ktoś się będzie Tobą opiekował. Jestem w szoku jaki jest tu problem, odraza, tabu.... że ojca/matkę trzeba umyć podetrzeć, pielęgnować.
    Równy szok bywa u młodych, że dziecko trzeba urodzić.

  • maria_curia

    Oceniono 23 razy 17

    Tez uważam, że rodzenie z kimkolwiek innym, a nie partnerem, to odbieranie mu cennego doświadczenia. No ale oczywiście każdy może czuć inaczej, zarówno sama rodzaca jak i mężczyzna.
    Dla nas kwestia była jasna i kochani panowie, nie myślcie, że jesteście bezsilni, że nie jesteście w stanie pomóc! Mój partner pomógł mi, zarówno na poziomie fizycznym jak i psychicznym. Masaż, pomoc w przyjęciu najlepszej pozycji, podawanie wody, ale także ogromne wsparcie, które daje obecność bliskiej osoby. Naprawdę miałam poczucie, że rodzimy razem, że on uczestniczy w tym czynnie. Owszem, przyznaję, to ja urodziłam, na mnie spadł, i słusznie, cały splendor ;), ale chętnie podkreślam, że nie byłoby to tak proste bez partnera. Chyba czulabym się przerażona i samotna, i.kto wie, jak by się ten poród zakończył. Psychika jest w procesie rodzenia niesłychanie ważna.

  • agora7

    Oceniono 36 razy 12

    Nigdy nie chciałabym rodzić z mężem czy partnerem.Tak,kobieta w tym przypadku ma prawo o tym decydować.To jest jej wysiłek okupiony widokiem, który różnie może być odbierany. Oszczędziłaby tego mojemu mężczyźnie i sądzę, że byłby mi wdzięczny.

  • boobooo

    Oceniono 24 razy 10

    "Partner nie jest przygotowany na bol, krew, emocje" - i to jest blad bo powinien!. Po to zeby zrozumiec pozniej kobiete, jej decyzje, jej dyskomfort po porodzie. A ojciec ktory ma z tym problem to dla mnie nie facet, a jakis wybryk natury. Kazda matka musi sobie z tym radzic, tymbardziej powinien i ojciec!

  • hanusinamama

    Oceniono 20 razy 8

    Ja przy porodzie miałam doule. Mam męża i mogłabym rodzić z nim ale czułam ze potrzbuje sparcie kobiety, ktora wiec os o porodzie. Moja mam bardzo przeżywała moją ciąze i bałam się ze przy porodzie to ja bede musiała ją uspokajac. MIałam doule, nie zapłaciłam za to wcale majątku. I jestem zadowolona. Nie zachwalam ani nie raklamuje. Pamiętam jednak jak wszystkie kolezanki słysząc to pytały czy sie rozwodzę? No bo jak to nie rodzić z mężem. Jedna mi nawet radziła klałać ze mąz był przy porodzie, bo to dziwnie brzmi ze nie był. Mój mąż jest dla mnie duzym opraciem, jest osobą opanowaną, pomocną i bardzo mnie kocha...ale ja potrzebowałam czegoś innego. To był mój pierwszy poród i fakt, ze bedzie ze mną ktoś kto bedzie wiedział co sie dzieje bardzo mi pomagało. Zaraz po porodzie wszedł mąż i dostał małą "na klatę". Poza tym od czasu porodu zajmuje sie ze mną dzieckiem na równi ze mną (jedynie karmienie było moje..ale to juz fizjologia). Szanujcie wybory innych. Fajnie jak maż moze byc przy porodzie ale mozna chciec tez inaczej. Znam tez jeden porod przy ktorym był mąz zeby dopilnowac aby zona "nie wpadła na głupi pomysl znieczulenia, a po wszystkim pojechał a tydzien z kumplami". Poród z mężem nie jest jedynym mozliwym wyjsciem, rodzenie bez meza nie oznacza ze para sie nie dogaduje.

  • rikol

    Oceniono 30 razy 8

    Nie wiem, czemu oglądanie porodu miałoby być traumatyczne. gdyby tak było, każdy ginekolog położnik albo weterynarz byliby impotentami.

  • zuzica

    Oceniono 10 razy 6

    Decyzja o wspólnym porodzie była też wspólna, nie może być inaczej. I choć trochę się tego bałam (np. że w trakcie zacznę wydalać, byliśmy też umówieni, że "tam" nie będzie zaglądał) okazało się, że wszystko to nie miało znaczenia. Może nie był zbyt pomocny przy samej akcji, ale bez jego wsparcia psychicznego nie dałabym sobie rady. On chyba też nauczył się czegoś o sobie, choć była to chyba najcięższa sytuacja, z którą musiał się zmierzyć, ale nie żałuje. Teraz oczekujemy drugiego dziecka i oczywiste jest, że będziemy tam razem

  • gwwatch

    Oceniono 7 razy 5

    Jestem ojcem 2 córek. Byłem w czasie porodu z żoną i były to jedne z najpiękniejszych chwil mojego życia. Polecam wszytkim ojcom.

    I jedna uwaga dla kobiet.
    W czasie ciązy moja żona zaczęła odczuwać skurcze o 4 nad ranem. Czekała do 6 z obudzeniem mnie - bo pracowałem wiczorem i późno poszedłem spać.
    O 8 dojechaliśmy do szpitala. Dziecko urodziło się kolo 14.
    Co mnie zdziwiło?
    W czasie całego porodu, ktoś z "białego personelu" przebywał razem z nami może łączenie przez 1,5 h: 0,5 na początku - aby sprawdzić czy rzeczywiście kobieta rodzi i ok 1h w czasie finalnej fazy porodu.
    Reszta czasu byliśmy w pokoiku sami! Dlatego szczerze polecam: warto kogoś (ojca, mamę, itd) zabrać na poród!

  • agulia

    Oceniono 6 razy 4

    Przy obu porodach byłam sama. Nie z wyboru. Z braku innych możliwości.
    Za to dostąpiłam zaszczytu towarzyszenia przy porodzie siostrze. To nie jest proste zadanie. Patrzeć na męki bliskiej osoby i nie móc pomóc, zabrać części bólu. To jest najtrudniejsze. Żałuję że nie mogłam jej pomóc bardziej. A szkołę rodzenia uważam za stratę czasu. Nic nam nie dała. Za to wiele zawdzięczamy jednej cudownej położnej która nas obie instruowała.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX