"Love Actually" (fot. Filip Ćwik)

wywiad gazeta.pl

Filip Ćwik: W świecie internetowego seksu nikt za nikogo nie bierze odpowiedzialności

W 2011 r. fotoreportaż opowiadający o żałobie narodowej po katastrofie smoleńskiej uhonorowany został w konkursie World Press Photo. Jego autor, Filip Ćwik, krótko po otrzymaniu nagrody porzucił łamy gazet i schronił się w pracowni na warszawskiej Saskiej Kępie. Tam powstał projekt, który do końca czerwca można oglądać w szczecińskiej Trafostacji Sztuki - "To wszystko miłość". Brzmi jak tytuł komedii romantycznej, ale dotyka mrocznego zjawiska, jakim jest internetowy seks.

Protestujesz, kiedy mówię, że twój projekt dotyczy cyberseksu, w takim razie - o czym on opowiada?

- To nie jest wystawa o cyberseksie, bo chociaż pokazuje ludzi, którzy poprzez internet realizują swoje potrzeby seksualne, to kody zawarte w tych obrazach i ładunek emocjonalny, który w nich jest, natychmiast wyrywają je z tego świata. Wydaje mi się, że określenie „cyberseks” sugeruje działalność zarobkową, że to jest przemysł, a ja specjalnie poszukiwałem ludzi, którzy nie czerpią z tych działań żadnych korzyści materialnych. I znalazłem taki portal.

Jak to działa, możesz opisać mechanizm?

- To bardzo proste. Wchodzisz na stronę „kamerkową” i pokazuje ci się, powiedzmy, 20 zalogowanych osób - wyświetla ci się ich transmisja na żywo. Najpierw w mniejszym okienku, a jeśli się zalogujesz -  na pełen ekran. Są ludzie, którzy funkcjonują tam przez chwilę, są inni, którzy pojawiają się wyłącznie wieczorami na „seanse seksualne”, ale są też tacy, którzy są podłączeni do kamerki praktycznie 24 godziny na dobę.

"Love Actually" (fot. Filip Ćwik)

Oni się tam rozbierają, onanizują przed kamerą, tak? Czy również rozmawiają?

- Też, ale to się bardzo rzadko zdarza. Myślę, że w ciągu dnia to raczej normalny „live”.  Ci, którzy mają kamerę cały czas włączoną, prowadzą zwykłe życie: gotują, pranie wieszają etc. Ale w podtekście zawsze jest seks, który objawia się w pełnej krasie wieczorami. I to jest dla mnie przerażające, że zamiast wyjść wieczorem do knajpy i spędzić czas z innymi ludźmi, oni wchodzą w ten cyfrowy świat anonimowych relacji bez żadnej odpowiedzialności za drugiego człowieka. Trudno powiedzieć, czy chodzi o to, że mają trudności z nawiązywaniem kontaktów, czy może uzależnili się od tego. W pewnym momencie sam się tego wystraszyłem, bo zobaczyłem, jak bardzo ten świat mnie pochłonął.

Wchodziłeś w bezpośrednie relacje z tymi ludźmi?

- Nie, ja tylko obserwowałem. Zastanawiałem się bardzo długo, czy wchodzić w te relacje, ale się nie zdecydowałem.

Laureat nagrody World Press Photo nagle siada przed komputerem i podgląda portale z seksrandkami. Jak do tego doszło?

- Mimo że porzuciłem fotografię prasową, cały czas została we mnie chęć poruszania tematów, które próbują zdefiniować rzeczywistość, w której żyjemy. W pewnym sensie więc „To wszystko miłość” mógłby być kolejnym tematem dla reportera, tyle że przedstawionym w innym kontekście.

Projekt raczej nie będzie miał publikacji w prasie, szybciej znalazł miejsce w galerii. Dożyliśmy czasów, kiedy prasa ma nam do zaoferowanie zazwyczaj powierzchowność i szybkość. Przekaz prasowy ma być dwusekundowy, nie złapiesz przekazu, gazeta się nie sprzeda. Ale czego mamy się spodziewać,  jeśli celebryci zostają naczelnymi gazet, a naczelni stają się celebrytami. Fotografia w prasie przestała być dokumentem, a stała się zwykłą ilustracją. Już nad tym nie ubolewam, znalazłem dla siebie inny kanał. Co prawda bardziej wymagający, ale dający wielką satysfakcję.

Buduję powoli własną publiczność, która nie ogląda prac w przelocie na kawie, ale specjalnie przychodzi do galerii. Sam będąc na wystawach, widzę, że obraz zawieszony na ścianie wyzwala u mnie o wiele większy przepływ energii i dostarcza niebywały ładunek emocjonalny, estetyczny i duchowy. Doświadczyłem tego wielokrotnie, przy pracach innych autorów.

"Love Actually" (fot. Filip Ćwik)

Jak się czułeś w roli podglądacza obserwującego ludzi w tak intymnych sytuacjach? Pytanie zresztą, co to jest intymność w dobie internetu - czy te sytuacje można rzeczywiście uznać za intymne?

- Nie są intymne, bo każdy może to zobaczyć. Nie podglądam ich, tylko obserwuję, rejestruję zdarzenia, które są ogólnodostępne, niczym transmisja na żywo w telewizji z wizyty papieża.

Skąd właściwie wziął się ten projekt? Po nagrodzie szukałeś nowego „ważnego” tematu?

- To raczej temat znalazł mnie. To był bardzo specyficzny moment w moim życiu, pod wieloma względami. Właśnie dostałem World Press Photo i ku mojemu zaskoczeniu większość moich kontrahentów i ludzi, z którymi współpracowałem, wycofała się. 

Z powodu nagrody? Nie wierzę.

- Cóż, jesteśmy w Polsce. Niesamowite, ale to tak działa. Nagle poczułem, że jestem sam, i bardzo to przeżyłem. Nagroda jest miła, nieco łechce ego, cieszę się z niej, ale to nie jest esencja. Jest też normalne życie, musisz utrzymać rodzinę, a nagle okazuje się, że nie ma za co, wszystko ci się wymyka spod kontroli i czujesz, że zostałeś z tym sam. Dziś stwierdzam, że paradoksalnie lubię ten stan wycofania, dystansu do świata, do siebie i nawet go w sobie pielęgnuję.

Ta samotność, którą odczuwałem i cały czas odczuwam, spowodowała, że zacząłem się zastanawiać, jak ją pokazać. Zacząłem szukać inspiracji i ktoś mi podpowiedział, żebym się zastanowił, czy przypadkiem nie znajdę tematu, przyglądając się temu, jak funkcjonujemy w internecie. W końcu trafiłem na strony z transmisją live. Temat wciągnął mnie natychmiast. Nie chciałem tego dotykać wyłącznie na poziomie reporterskim, specjalnie przeestetyzowałem ten świat. Nie wiem do końca dlaczego, nie umiem tego wyjaśnić.

Rejestrujesz obraz z monitora, ale on nie jest dosłowny, jest poruszony, rozpikselowany, malarski

- Fotografia zawsze była dla mnie jednym wielkim eksperymentem, i tutaj też tak było. Na początku zafascynowała mnie niejednoznaczność tego, co widzę. Po pierwsze - piksele, rozmazany obraz, co uznałem za walor. Musiałem np. bardzo mocno zwalniać internet, żeby pojawiały się brudy, zakłócenia na transferze, bo ten, który mam w pracowni, był za szybki, rejestrował zbyt czysty obraz. Chciałem uzyskać trochę taki efekt jak w obrazach Francisa Bacona, u którego znajduję bliskie mi przerażenie człowieczeństwem. Na wystawie w Szczecinie zdjęcia z tego projektu pokazywane są w małym formacie, ale jest kilka takich kadrów, które chciałbym w przyszłości pokazać w dużym powiększeniu, wtedy wyjdzie z nich cała warstwa malarskości i pikseli. Obraz stanie się mocniejszy.

"Love Actually" (fot. Filip Ćwik)

Powiedziałeś na początku naszej rozmowy, że świat internetowego seksu cię przeraził. Co tam zobaczyłeś?

- Przeraziło mnie przede wszystkim funkcjonowanie w tak delikatnych sferach jak intymność na poziomie sieci. Po drugie - że to wszystko odbywa się bez żadnej odpowiedzialności. W kontaktach międzyludzkich zawsze chodzi o odpowiedzialność. Obojętnie, czy spotykasz się z przyjacielem, kochankiem, kochanką, żoną czy z dziećmi, to zawsze jest ta warstwa odpowiedzialności, którą tu, w świecie internetowego seksu, odrzucasz z założenia.

Ale jest przecież cała sfera kontaktów, gdzie ludzie mówią sobie np., że chcą uprawiać seks bez zobowiązań, bez odpowiedzialności.

- Ależ oczywiście, jednak i tak zawsze niesie to za sobą odpowiedzialność. Nawet „seks sportowy”. Nieumiejętność nawiązywania kontaktów w rzeczywistym świecie i komunikowania swoich potrzeb kompensowana jest teraz w sieci. Tutaj bohaterowie mojej wystawy pozbywają się swojej tożsamości, są anonimowi, tworzą swój nowy profil i nagle ta odpowiedzialność zostaje odrzucona, a oni budują na tym kontakty. Bije z tego niewyobrażalny smutek.

Sam po internecie poruszam się raczej nieumiejętnie, jestem abnegatem w kwestii komputerów. Już od jakiegoś czasu zaczęło mnie irytować, że z moimi znajomymi i  przyjaciółmi nagle zaczęliśmy się kontaktować głównie przez sieć. Mam pracownię, w której jest studio portretu, w której przebywam i pracuję, ale tak naprawdę stało się też miejscem spotkań. Na fali frustracji urządziłem tam nieomal klub dyskusyjny. Zapraszam do pracowni znajomych, przyjaciół, żeby porozmawiać, pośmiać się, pobyć razem, żeby nie zatracić  bezpośredniego kontaktu z drugim człowiekiem. To zupełnie inny świat, kiedy rozmawiasz z kimś w sieci. Nie widzisz, nie czujesz, nie odczytujesz. Spotkanie twarzą w twarz zmienia wszystko. Natychmiast. Przynajmniej ja jestem taką anteną na emocje, może z powodu reporterskiej przeszłości i tych wszystkich spotkań z ludźmi.

Pracowałeś nad tym projektem półtora roku, ale długo nie chciałeś go pokazać. Co się stało?

- Musiałem odchorować ten temat. I to dość mocno. Wpadłem w depresję, nie mogłem się po tym pozbierać. Ta czarna energia została na mnie wylana, zaraziłem się nią. Poza tym taki projekt to jest siedzenie po nocach, od godziny 23 do 4 rano, bo wtedy ten świat funkcjonuje. Później przychodziłem do domu, a tu dzieci rano idą do szkoły i znów trzeba wstać. Moja partnerka zobaczyła, że słabo sobie z tym radzę i spędzam za dużo czasu w innym świecie - znała temat, wiedziała, nad czym pracuję.  Pomogła mi pozbierać się, postawiła mnie do pionu, przybliżyła mi rzeczywistość, kazała codziennie wyrzucać śmieci (śmiech). Poradziła, żebym stworzył sobie plan pracy i ustalił, ile czasu mam poświęcać na ten projekt. Musiałem sobie narzucić jakiś rygor. I to zadziałało.

"Love Actually" (fot. Filip Ćwik)

Na wyciągnięcie tego projektu z szuflady namówiła cię kuratorka Agata Ubysz.

- Razem z Ewą Meissner, fotografką i kuratorką z Napo Images, musiały mnie rzeczywiście przekonać, że to warto pokazać szerszej widowni. Bo ja się z tym schowałem, tylko paru moich bliskich przyjaciół z agencji Napo Images znało ten materiał. Trochę było tak, że nie miałem śmiałości, a trochę się bałem, czy przypadkiem nie zrobię komuś krzywdy. To jest delikatny temat, a my żyjemy w bezwzględnym świecie i może to być zupełnie opacznie zrozumiane. Teraz, rozmawiając na wernisażu czy wystawie, widzę, że część osób natychmiast wyczuwa moją intencję, ale część ma to za sensacyjkę - gołe piersi itp.

Zadbałeś jednak o nierozpoznawalność osób - brak znaków charakterystycznych, tatuaży etc. Nie widać twarzy, są tylko fragmenty, sugestie.

- Dokładnie o to chodzi. Wszystko się dzieje na poziomie sugestii czy inspiracji, jak ten obraz ma być odczytany. Uważam zresztą, że fotografia musi nieść ze sobą tajemnicę. Powinna być tylko impulsem do tego, żeby się zastanowić, zatrzymać na chwilę, pomyśleć, zbudować sobie własny obraz. Na miarę swoich doświadczeń, charakteru, tożsamości.

Wydaje się, że ten sposób myślenia o fotografii jest bardziej dla galerii, nie dla prasy.

- W moim przypadku to jest jakaś droga. Pracowałem najpierw w dzienniku -  codziennie chodziłem z aparatem i fotografowałem. Potem przeszedłem do tygodnika, i to była zupełnie inna praca. Natomiast zawsze, niezależnie gdzie akurat byłem, poszukiwałem swoich obrazów. Jak musiałem kogoś sfotografować do tekstu, to zrobienie mu klasycznego portretu prasowego zajmowało mi chwilkę. Resztę czasu poświęcałem na zrealizowanie celu, który sam sobie założyłem. I później starałem się przekonać redakcję, że warto pokazać właśnie to zdjęcie, a nie to najprostsze, najgłupsze, bezpośrednie.

Przecież mój projekt „12 twarzy” o uchodźcach syryjskich w Turcji też powstał w taki sposób. Został częściowo pokazany w „Newsweeku”, bo był zrealizowany przy okazji zlecenia na materiał o przemycie do Syrii. Gdybyśmy od razu powiedzieli, że chcemy zrobić taki projekt, ale nie mamy żadnego konkretnego punktu zaczepienia, nikt by nas tam nie wysłał. A tak zrealizowałem zadanie prasowe, a potem zadanie, które podpowiedziała mi intuicja, co zresztą opisałem w albumie. Jestem jeszcze z pokolenia dziennikarstwa humanistycznego - jakkolwiek  źle by to brzmiało. Mną kieruje zawsze poczucie, że nie mogę przejść obojętnie, nie mogę zostawić i udawać, że czegoś nie widzę. Tu nie chodzi nawet o wrażliwość, ale o to, że po to, do cholery, są dziennikarze.

9 czerwca GUS opublikował kolejny raport o biedzie w Polsce, z którego wynika, że w 2014 roku w Polsce 2,8 miliona Polaków żyło w skrajnym ubóstwie. I co? Nikt o tym nie mówi. W żadnych wiadomościach nie słyszałem, że taki raport się pojawił. A 10 lat temu jeździłem przez 3 miesiące po Polsce, ponieważ raport o biedzie, który wtedy opublikowano, tak wstrząsnął naszą redakcją, że wysłała mnie na długie tygodnie, żeby zrealizować o tym materiał. Ukazał się potem na łamach „Newsweeka” w niemalże 40-stronicowej odsłonie - dzisiaj nierealne. Zrobiliśmy konferencję z politykami, społecznikami i z udziałem premiera. Zaczęliśmy dyskutować, rozmawiać, co robić. Dziś panuje cisza. Jakby problem nie istniał, jakbyśmy mieli tylko oglądać piękne gładkie buzie na okładkach. Zmierzamy prostą drogą do modelu włoskiego, ogłupiającego, z dupą na wierzchu.

"Love Actually" (fot. Filip Ćwik)

Dlatego właśnie odszedłeś z prasy? W pewnym momencie zdecydowałeś się zrezygnować z posady i skazałeś się na poniewierkę i niepewny los artysty.

- Nie odszedłem, tylko zostałem zmuszony do odejścia - tak to widzę. I wciąż zdarza się, że robię coś dla prasy, bo są tematy, które wymagają czysto reporterskiego podejścia. Ale myślę, że to jest praca dla bardzo młodych ludzi. Pomimo tego, że ciągle jestem dość młody, to już nie mam takiej energii jak 20-latkowie.

Mam nieodparte wrażenie, że u nas prasa idzie w tak strasznym kierunku, że ja po prostu nie chcę się pod tym podpisywać. Zawodowo zostałem wychowany na zupełnie innych wartościach. Kiedyś to, co robię aktualnie, byłoby właśnie reportażem prasowym. Czyli mocne, głębokie wejście w temat, zbadanie i zdefiniowanie go. Teraz nie ma na to czasu. Po drugie - nie ma pieniędzy. Po trzecie, myślę, że nie ma też na to odbiorców. Przez to sukcesywne, latami trwające wciskanie ludziom kitu i bylejakości najzwyczajniej przestali mieć zapotrzebowanie na coś głębszego.

Najlepszy przykład, że reporterzy prasowi zaczęli pisać książki, bo to jedyna droga, żeby pokazać pogłębiony temat. Wtedy docierają do tych, którzy rzeczywiście są tym zainteresowani. Dzisiaj mało kto przeczyta w gazecie tekst, który ma 20 tysięcy znaków, jesteśmy rozedrgani, nieskupieni, zgubiliśmy w codzienności cierpliwość.  Dlatego świadomie wyłączyłem się z tego świata i staram się nie rozpraszać. Dziś funkcjonuję raczej poza systemem i jest mi z tym dobrze.

No ale jest to też trudne, bo rachunki musisz płacić, masz dzieci, a tu bywa, że miesiącami nie zarabiasz.

- Tak, jestem wyalienowany i czasem mam poczucie, że działam w pewnym sensie na swoją niekorzyść, bo nie jestem w stadzie, stoję z boku. Jednak nie oceniam tego, nie wartościuję: to lepsze, to gorsze. Po prostu moja droga jest taka, a nie inna. Dzięki temu potrafię się skupić, spokojnie czytać książkę, pomyśleć.

Mogę mieć czas, żeby mieć czas. Nie mam własnego mieszkania, mieszkam w wynajmowanych, jeżdżę 14-letnim samochodem, ale to mi wystarcza. Wiem już, że dla mnie takie podejście jest lepsze, bo funkcjonowałem też w tym szybkim świecie i w pewnym momencie się pogubiłem, byłem totalnie rozedrgany. Ale tęsknię czasem za prasą, za szybkim działaniem. Do dziś mam tak, że jak jedziemy gdzieś np. pod namiot, to moja partnerka pakuje siebie i dzieci dwa dni wcześniej, a ja wiesz, kiedy się pakuję? Pół godziny przed wyjazdem. Nie jestem w stanie wcześniej! Zostało mi to gdzieś w głowie, że jest „krótkie spięcie” i wskakujemy w nowy świat. Tego mi trochę brakuje.

Autoportret (fot. Filip Ćwik)

 

Filip Ćwik (ur. 1973). Fotograf, współzałożyciel agencji Napo Images i fundacji Napo. Studiował kulturoznawstwo na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Laureat wielu konkursów fotograficznych, m.in. World Press Photo (2011), Sony World Photography Awards (2011), Grand Press Photo (2013, 2011, 2009, 2005), Konkursu Fotografii Prasowej (2007, 2006, 2002), BZ WBK Press Foto (2006). Do 2013 roku, przez kilkanaście lat, związany był z polską redakcją „Newsweeka”. Od kilku lat realizuje głównie projekty artystyczne, m.in. „12 twarzy/Faces” o syryjskich uchodźcach w Turcji czy „Inside/Outside”, portretujący domy porzucone podczas powodzi w Polsce w 2010 roku. Prowadzi autorskie studio portretu.

Anna Sańczuk. Z wykształcenia historyczka sztuki, z zawodu dziennikarka, czasem zajmuje się również PR-em kultury. Współautorka książki „Warszawa. W poszukiwaniu centrum”. Razem z Maciejem Ulewiczem prowadzi program „KULTURA DO KWADRATU” na antenie Polsat News 2. Projektuje i szyje biżuterię pod marką SANKA. Mieszka w Warszawie na Starej Ochocie.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (20)
Zaloguj się
  • bevor

    Oceniono 87 razy 77

    Zgadzam się z przedstawioną oceną prasy. Z telewizją jest, chyba, jeszcze gorzej... Początki dobrze sprzedawanej bylejakości w sferze kultury, rozrywki to w mojej pracy wczesne lata dziewięćdziesiąte. Zdezerterowałam. Uległam nawet sugestii, że to kwestia wieku, innych doświadczeń, id. Odnalazłam spokój, ale jestem osamotniona, bo nadal nie akceptuję braku wartości i tej pospiesznej bylejakości, która zawładnęła też życiem prywatnym, towarzyskim. Życzę Panu, by świat nie wymagał zbyt daleko idących kompromisów.

    zaczęl

  • mipp

    Oceniono 62 razy 26

    półtora roku ciężkiej pracy nad zrobieniem kilku klatek z szołapa

  • donaldfagen

    Oceniono 72 razy 20

    serio? wywiad z człowiekiem, który robi wystawę ze zdjęć z szołapa?

  • nmarci44

    Oceniono 16 razy 8

    To nie seks, to porażka

  • boguslawbch6808

    Oceniono 7 razy 5

    W świecie realnym też.

  • pan.pytajnik

    Oceniono 23 razy 3

    Jestem zniechęcony ciekawe czy pytał tych ludzi indywidualnie o pozwolenie.

  • six_a

    Oceniono 11 razy 3

    ile nudy w całym mieście.

  • wqb

    Oceniono 14 razy 2

    zabawne, ludzie przeżywają orgazmy a wycofany facio chodzi miesiącami z lupką próbując coś z tego zrozumieć.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX