Jacek Gadzinowski

Jacek Gadzinowski (fot. archiwum prywatne)

Wywiad Gazeta.pl

Spowiedź internetowego dinozaura. Jacek Gadzinowski: To mit, że YouTube to domena gimbazy

Wiele lat spędził w korporacjach. Potem rzucił etat i zaczął podróżować po świecie, pływać na kitesurfingu, poznawać ludzi, a wszystko to filmował i wrzucał do sieci. YouTube to jego narzędzie pracy. Wykorzystuje je również do marketingu swoich klientów, do śledzenia trendów. Nam opowiada o tym, jak przez 10 lat zmienił się YouTube, oraz jak i ile można na nim zarobić.

Niektórzy czytelnicy mogą cię nie znać, pozwolisz więc, że cię przedstawię. Niech i oni cię znienawidzą.

- Znienawidzą?

Jesteś przecież chodzącym wyrzutem sumienia każdego pracownika korporacji, który narzeka na swój los i chciałby coś zmienić. Pięć lat temu zrobiłeś to, o czym taki pracownik myśli, kiedy ma dość swojej pracy. Rzuciłeś biuro, podróżujesz po świecie, poznajesz ludzi, pływasz na kitesurfingu, a do tego wszystko to filmujesz i wrzucasz do sieci.

- Robię trochę więcej.

Ale przeciętny użytkownik sieci, który przegląda twój kanał na YouTube, może mieć właśnie taki obraz. Co jeszcze robisz?

- Mam firmę, która doradza w kwestiach marketingu w internecie, wykładam, produkuję kampanie w sieci. Filmy to element mojej pracy. Wrzucałem zdjęcia z podróży, prowadzę też „Wjazd na Chatę”, taki YouTube'owy cribs, czyli program, w którym odwiedzam znanych twórców YouTube'a i pokazuję, jak żyją. To nie jest tak, że nie pracuję. Różnica polega na tym, że sam decyduję o tym, co chcę robić i czy to robię. Jeśli powiesz mi, że za tydzień możemy polecieć do Grecji na kite'a, bo są świetne warunki i dobra cena, po prostu polecę i najwyżej popracuję stamtąd.

Pracowałeś dla wielkich firm. Dobra pozycja zawodowa, niezła pensja, bezpieczeństwo. Co się stało, że postanowiłeś to zmienić?

- To była suma pewnych przemyśleń i sytuacji, po których byłem w takim stanie, że mała rzecz mogła popchnąć mnie do ostatecznej decyzji. U mnie był to chyba telefon w czasie urlopu z żądaniem zrobienia prezentacji na następny dzień i powrotu z deski. Wtedy mi się przelało. Ale kiedy teraz na to patrzę, widzę, że powodów było znacznie więcej: nie miałem czasu dla siebie, zaczęły się problemy ze zdrowiem i kondycją, uwsteczniałem się umysłowo, a tabele z excela "trepanowały czaszkę" każdego dnia. Poza tym nie było czasu na pasje, hobby. Kitesurfing stał się priorytetem, tak jak i podróże. Tyle że do takich decyzji trzeba dojrzeć. Do takiego trybu życia również. Wielu było takich, którzy z tryumfalnym okrzykiem porzucali korporację. Przez chwilę pocieszyli się swoją wolnością, a potem wracali z podkulonym ogonem.

Nie bałeś się, że też wrócisz?

- Jasne, że miałem takie obawy, ale to było świadomie podejmowane ryzyko. Dojrzałem do momentu, gdy ważniejszy był balans w życiu - łączący prywatność, pracę i pasje. Stabilizacja finansowa w korporacji? To slogan - większe pieniądze są poza nią. Fakt, że nieregularne, ale pracujesz po swojemu. Tylko, wbrew pozorom, życie na freestyle'u wymaga głębokiego przemyślenia. Nie jest łatwo, czasem jest mocno pod górę. Nawet jeśli na filmach wygląda na to, że jedyne, o co musisz się martwić, to dobry wiatr do kite'a. Tak naprawdę musisz mieć jakiś pomysł na siebie.

Dopiero po kilku latach otworzyłeś kanał, w którym opowiadasz o swoim „nowym życiu” w postaci filmów. Od lat zajmujesz się marketingiem, video i teraz YouTube'em zawodowo. Badasz go, wykorzystujesz do pracy z klientami. Właściwie powinieneś być tak obeznany w jego prawidłach, żeby z miejsca zacząć mityczny żywot „zawodowego youtubera”.

- Nigdy tego nie chciałem, to po pierwsze. Po drugie moje "cyferki" nie robią ze mnie "boga video". YouTube to świetna zabawa, ale jeśli chcesz z niego żyć, wymaga ogromu pracy, ograniczeń i nie daje ci pewności zarobków w dłuższej perspektywie. Działasz tu i teraz. Po trzecie, trzeba pamiętać, ile zmieniło się w ostatnich latach w kwestiach technicznych. Kiedyś trzeba było wynająć montażystę albo mieć bardzo mocny komputer, który „udźwignie” taką rzecz jak montowanie filmu. Dzisiaj może zrobić to właściwie każdy. Wystarczy nagrać wideo telefonem, potem w kilka godzin je zmontować i wypuścić. I to wygląda naprawdę dobrze. Kiedyś to wszystko było trudniejsze. Swój pierwszy film z Brazylii montowałem ponad pół roku.

Był jakiś przełomowy moment, w którym odczułeś, jaką moc ma wideo w internecie?

- Pamiętam, że byłem w Egipcie i kolega uprawiający parkour zaliczył jakąś głupią wywrotkę, skacząc między dwoma punktami i zapadł się pod nim hotelowy dach. Nic mu się nie stało, ale wyglądało to efektownie. Wrzuciłem to do sieci jako ciekawostkę, a okazało się, że film pod tytułem „Egyptian Parkour Fail” zobaczyło blisko 2 miliony ludzi, mówiły o tym światowe media, a video stało się sensacją roku. To działa na wyobraźnię. Nie zarobiłem na tym ani grosza, YouTube był wtedy jeszcze przed erą reklam, nie płacił wiele za wyświetlenia, a ja nie miałem podpiętych reklam z Adsense. Ale zobaczyłem wielki potencjał, tylko że musiałem do tego jeszcze dorosnąć.

Ten potencjał przez ostatnie lata - a YouTube świętuje 10. urodziny - urósł w niesamowity sposób. Mamy już pokolenie, któremu serwis towarzyszy całe dorosłe życie. Dużo się przez ten czas zmieniło?

- Myślę, że najbardziej przełomowym momentem był ten, w którym YouTube'a wykupił Google. Wcześniej było to bardzo amatorskie miejsce. Ot, serwis z różnymi śmiesznymi filmikami, bez pomysłu, jak zarabiać na tym pieniądze. Koncepcja Google'a na interes była prosta: zarabianie na reklamach, tak jak to się dzieje w każdym innym medium. Żeby to jednak mogło zadziałać, Google musiał stworzyć twórców internetowych lub dać im szansę zarobienia.

Viralowe filmy, który trafiały wcześniej do sieci, miały wielką liczbę wyświetleń, ale nie da się pod nie sprzedać reklamy - nie jesteś w stanie zrobić regularnej serii z wideo, na których kolesie zaliczają na przykład śmieszną sytuację w czasie jazdy na rowerze. To szczęśliwy traf. A jeśli duży biznes ma inwestować pieniądze, musi mieć przewidywalność. Co ciekawe, YouTube nadal jest dzisiaj deficytowy, wymaga masy inwestycji. Co sekundę na portalu pojawia się godzina nowych nagrań. Filmy są coraz lepszej jakości, więcej „ważą”, utrzymanie serwerów nie jest tanie, trzeba zatrudniać ludzi. Ale za chwilę zyski pewnie przegonią koszty. Sam Youtube pewnie dzisiaj wyceniany byłby na ok. 100 mld dolarów!

Czyli wizja o spontanicznym medium, powstałym „oddolnie”, w kontrze do mainstreamowych mediów, to tylko piękny mit?

- Nie, bo przecież ci ludzie nagrywają filmy sami z siebie. W sieci zwykło się uważać telewizję za zło wcielone, a przecież YouTube to w rzeczywistości telewizja, tyle że przeniesiona do internetu. I dająca użytkownikom możliwość wyboru tego, co chcą oglądać.

Różnica jest taka, że jeśli mam fajny pomysł i chciałbym z niego zrobić program w telewizji, potrzebowałbym kontaktów, bo telewizja musiałaby w to zainwestować ogrom kasy, na promocję i tak dalej. W sieci może to robić każdy. Jak wybić się z miliona chętnych do podbicia internetu? Jest jakiś uniwersalny przepis?

- Wszystkie rady tzw. ekspertów na temat „wybijania się” wyrzucić trzeba do kosza! To prawda, że YouTube ma niezwykle niski próg wejścia. Jeśli tylko masz fajny pomysł, charyzmę, możesz ustawić smartfona na biurku i gadać. Jakość ma zdecydowanie mniejsze znaczenie. Jednocześnie ludzie w wieku 12-18 lat właściwie wcale nie konsumują tradycyjnej telewizji. Ich środowiskiem jest internet. Ale to nie znaczy, że wszystkie reguły są tutaj inne. Żeby osiągnąć sukces, jak w tradycyjnej telewizji, musisz być periodyczny. Powtarzalny. Sukcesu nie robi się jednym filmem, tylko powtarzalnością. Nawet jeśli zrobiłeś genialny filmik, który zebrał parę milionów wyświetleń, ale nie idziesz za tym dalej, nie wrzucasz kolejnych, to znikasz. Jeśli chcesz być twórcą, a nie przypadkowym bohaterem jednego filmu, to jest to warunek konieczny.

Sieć miała grube tysiące takich bohaterów, którzy po kilku tygodniach kompletnie przepadli. Pamiętasz „Forfitera” z polonusem na Florydzie i jego dyskusję prowadzoną z aligatorem z kajaka? Prawie cała Polska to widziała, nawet jakaś agencja próbowała podtrzymać popularność. Ale po pół roku nikt już o tym nie pamiętał.

Łatwa sława, krótka sława?

- Jeśli spojrzysz na statystki YouTube'a z ostatnich 4 lat, to przetrwały i wyznaczają trendy tylko te kanały, które regularnie wrzucały jakiś materiał.

Najlepszy przykład to twórcy zajmujący się grami. Oni nie trafiają do mainstreamu, ale to chyba najlepiej żyjąca z YouTube'a grupa. Tak w Polsce, jak i na świecie. Mają masę wyświetleń, dodatkowo ogląda ich bardzo konkretny typ widza, więc zarabiają na reklamie bardzo dobre pieniądze. Ich kanały to kawał ciężkiej pracy, ale opłaca się. Jeśli robisz video po angielsku, masz duży, rozpoznawalny kanał, to wyciągasz rocznie setki tysięcy dolarów. Na ile wycenić np. takiego PewDiePie, który ma 37 mln subskrybentów i 350 milionów wyświetleń miesięcznie? Na ponad 4 mln dolarów przychodu w 2013 roku! W Polsce jest sporo kandydatów z czołówki, którzy mogliby wyciągnąć spokojnie kilka średnich krajowych co miesiąc z reklamy w YouTube. Tu podkreślę: to ciężko zarobione pieniądze. Stąd mój ogromny szacunek dla tych osób.

Pewnie wiele osób, w wieku nastu lat, marzyło o takiej robocie - nagrywać wideo i grać przez cały dzień i jeszcze dostawać za to pieniądze.

- Pozornie wydaje się to łatwe: odpalić grę, włączyć kamerkę, coś tam pogadać. Ale goście, którzy to robią, pracują jak w kopalni lub fabryce, dzień w dzień nie wychodząc z domu. Ich kanały to są przedsiębiorstwa. Każdego dnia muszą wrzucić 3-4 filmy z recenzją, gameplayem czy jakimś poradnikiem do przejścia misji lub pogadanką do fanów. To wszystko trzeba nagrać, zmontować. Nie możesz po prostu przestać, bo twoi fani się rozczarują. Ci goście nie mogą zamknąć kramu i wyjechać na tydzień na wakacje. Ja mam inną widownię, mogę pomyśleć o filmie, zrobić go i wrzucić raz czy dwa w tygodniu.

Sylwester Wardęga nagrywa filmy raz na dwa-trzy miesiące. Czyli jednak można?

- On też ma inną widownię, ale gwarantuję ci, że Sylwester zrobi 10 filmów, które mu nie wyjdą, zanim w końcu stworzy „pranka”, którego wrzuci na serwer. On może sobie też na to pozwolić, bo jest jednym z nielicznych polskich youtuberów, który robi filmy uniwersalne. Jego rynkiem jest cały świat. Ale oczywiście jest grupa freestylerów, performerów czy jakkolwiek ich nazwać, którzy nagrywają materiały, kiedy mają pomysł albo taką fantazję. Tylko im trudno będzie żyć z YouTube'a.

Jacek Gadzinowski (fot. archiwum prywatne)Jacek Gadzinowski (fot. archiwum prywatne)

To co trzeba robić, żeby z niego żyć?

- Coraz większy wpływ mają na rynku formaty.

Brr. Znowu telewizyjne słowo.

- Ale w sieci funkcjonuje całe mnóstwo formatów. Polski YouTube w bardzo dużej mierze opiera się na tym, co wymyślono za granicą lub jest twórczą kompilacją. Pomysły na program o kosmetykach, muzyce, traktorach, wędkowaniu, samochodach, rozrywka, sport, porady, talk shows... Wszystko to już było. Wardęga też nie wymyślił pranków. Polski YouTube nie jest innowacyjny, nie tworzy odkrywczych formatów. Ale nie ma w tym nic złego. Mamy przykład Łukasza Jakóbiaka, o którego współpracy z agencją przy tworzeniu jego kanału na YouTube było bardzo głośno w środowisku. W Polsce są już sieci, które mają kupione licencje do gotowych formatów i same szukają ludzi, którzy mogą je poprowadzić. Na razie u nas istnieje to na malutką skalę, ale w Stanach działa już pełną parą. Do Polski też przyjdzie.

I każdy będzie mógł się zgłosić, kupić gotowy format, a potem ruszyć na podbój świata. To brzmi strasznie.

- To nie będzie takie proste. Nikt nie zapewni ci sukcesu. Agencje szukają ludzi, którzy mają osobowość. Możesz być najmądrzejszym ekspertem w dziedzinie łowienia ryb, ale jak nie masz charyzmy, czegoś specjalnego w sobie, twardego tyłka czy wytrwałości, to ci się nie uda. Ludzie muszą czuć, że masz z nimi kontakt. Jak będziesz sztuczny, odgrodzisz się od świata, nie masz żadnych szans.

Między innymi dlatego porażką skończyły się próby podbijania sieci przez Szymona Majewskiego czy Tomasza Kammela, którego wspiera agencja. Oni mają sztywne ramy wizerunkowe, nie potrafią się spoufalić, są zza szyby. Tutaj gwiazdy z TV czy showbiznesu są traktowane jako sztuczny twór, nawet jeśli próbują być bardziej „internetowe”.

A youtube'owy twórca to przecież bohater z ludu. Jeden z nas.

- I musi o tym cały czas pamiętać, bo widzowie mogą go szybko opuścić. Telewizja może cię promować, wyciągać z szafy, ratować, jeśli tracisz popularność. Media plotkarskie  - upudrować i pompować. W sieci, jeśli upadniesz, to spadasz. Jak zrobisz słaby materiał albo obrazisz ludzi, to cię po prostu porzucą, bo to oni tutaj wybierają.

Brutalny świat.

- Ale widzowie czują, że skoro bohater jest jednym z nich, mają prawo go oceniać, wejść z nim w interakcję, zadać pytanie. Twórca buduje społeczność. Śledzi reakcje widzów, bo po wrzuceniu filmu natychmiast czyta komentarze, widzi ile jest „łapek w górę”, a ile „łapek w dół”. Musi reagować na pytania. Odpisywać, chociaż najlepsi, na przykład Cyber Marian, robią tzw. Q&A: wybierają pytania z komentarzy, wrzucają do filmu, a potem zabawnie odpowiadają. Widz wie, że twórca jest blisko, że można zadać mu pytanie, a potem ksywa tego widza pojawi się w filmie, który zobaczy kilka milionów ludzi.

W Polsce jest ciekawy przypadek Niekrytego Krytyka, który wcale nie utrzymuje relacji z widzami. Ale widać, że się zatrzymał. Kiedyś był cesarzem polskiego YT, dzisiaj inni go przegonili.

Jacek Gadzinowski (fot. archiwum prywatne)Jacek Gadzinowski (fot. archiwum prywatne)

Naprawdę można dziś w Polsce żyć tylko z YouTube'a?

- Z samego wrzucania filmów do sieci jest bardzo trudno. Trzeba robić to bardzo regularnie i mieć bardzo dobre wyświetlenia. Z Adsense w bardzo dużym uproszczeniu wyciągniesz średnią krajową przy 3-4 mln wyświetleń miesięcznie - z czego musisz opłacić sobie montaż, sprzęt, logistykę. Polscy twórcy rzadko tworzą po angielsku, więc mają znacznie mniejszy potencjał na „kliki”. Liczby, które przynoszą realny dochód, a za taki uważam minimum 10-15 tysięcy miesięcznie do kieszeni, osiąga u nas tylko Wardęga i ścisła czołówka z TOP 100 polskiego YouTube. Ale cała reszta łączy zarabianie z YouTube'a z innymi formami zarobku. Abstrachuje sprzedają ciuchy, ktoś wystąpi w reklamie, inni „lokują” produkty w swoich filmach, ktoś wystąpi w klubie czy pokaże twarz w supermarkecie, albo będzie prowadził szkolenia w firmach na temat marketingu video.

I nie usłyszy, że się sprzedał?

- Kilka lat temu tak by było, dziś wszyscy się do tego przyzwyczaili. Wkurzają się tylko ludzie po 30, którzy nie lubią tego świata lub zazdroszczą że ktoś młodszy jest mądrzejszy i zaradniejszy. Myślą: pokończyłem szkoły, siedzę grzecznie w korpo siódmy rok i zarabiam 3,5 tys. zł, a tu jakiś gówniarz wrzuca filmiki do sieci i kasuje 50 tys. na miesiąc?

Naprawdę ktoś tak zarabia na YouTube?

- Co w tym dziwnego? Zasłużył swoją pasją, pracą i zarabia, nawet znacznie więcej i to w polskich realiach. Nawet więcej. Ale nie na samych wyświetleniach. Za reklamy, prowadzenie szkoleń, wystąpienia, wizyty na otwarciu sklepu albo klubu i tak dalej. Ale to się udaje najlepszym, najczęściej po kilku latach prób. Ale masa jest takich, którzy po trzech latach ciężkiej pracy nie mają nic.

Dla ciebie wyświetlenia są ważne?

- Pewnie, to miło "łechce ego" lub jest cenzurą tego, co robisz. Każdy twórca ma taką małą fetyszyzację liczb, bo chcesz, żeby to, co zrobiłeś, zobaczyło jak najwięcej ludzi. Ja mam ten luz, że nie żyję z wyświetleń. Mogę uczyć kite lub wake jako instruktor czy spekulować na giełdzie np. obstawiając polskich twórców gier i dobrze na tym wychodzić. Ale też zarabiam, opowiadając firmom, jak działa marketing sieciowy, albo robiąc filmy na zlecenie. Najczęściej turystyczne.

Jedziesz w jakieś miejsce, testujesz bazę hotelową, warunki do sportów, knajpy, kluby i tak dalej. Robisz prezentację dla firmy, dokumentację zdjęciową wraz z dokładnym opisem. Pokazujesz to wszystko w filmie, ale bez nachalnej reklamy. Jak będę polecał wszystkim konkretne biuro podróży, nikt nie uwierzy w to, że mówię prawdę. Kiedy opowiem o tym, co można robić na Sardynii czy RPA, być może to kogoś to zaciekawi.

Reklamodawcy nie chcą, żeby ich logo było widoczne jak najdłużej w filmie?

- Nie, bo niektórzy już rozumieją, że w sieci to działa inaczej. Robiłem na przykład film o Szwecji na zlecenie Stena Line. Ich prom widać raptem przez dwie sekundy i jest tłem. Bo ja nie opowiadam o pięknych kajutkach na nim, tylko o Szwecji. Stena Line wie, że jeśli ktoś zechce odwiedzić Szwecję, to albo wybierze samolot, albo popłynie z nimi, bo obstawiają większość tras.

Jak odwiedzam miejscówki do kite'a z Jovi Travel, opowiadam o zwyczajach, o miejscach do pływania, pokazuję krajobrazy Turcji, Sycylii czy Egiptu. Nikt nie będzie oglądał obrazków z tego, jak wygląda hotel i logo operatora. Musisz mieć emocje, żeby mieć „kliki”.

Jacek Gadzinowski (fot. archiwum prywatne)Jacek Gadzinowski (fot. archiwum prywatne)

Reklamodawcy przekonują się już do YouTube'a?

- Tak, chociaż płacą znacznie mniej niż w telewizji. Ale wchodzą w to nie tylko duże firmy. Są na przykład kanały ludzi, którzy opowiadają o pracy w polu. Oni też coraz częściej mają sponsoring od firm produkujących sprzęt rolniczy czy nawozy. Ogląda ich 10 tysięcy ludzi, ale wszyscy są potencjalnym klientem takiej firmy. To się opłaca.

Podobnie z najatrakcyjniejszym reklamowo pokoleniem 18-25. Jak do niego dotrzeć, skoro nie czyta gazet, nie ogląda telewizji, a wszystko czerpie z sieci? Ci ludzie myślą już zupełnie inaczej. Dla nich naturalne są gry, pranki, youtuberzy. To jest ich świat. Duży biznes, jeśli nie zainwestuje w relacje z youtuberami i ich widownią, będzie miał coraz większy problem z dotarciem do młodszego konsumenta lub konsumenta odstawiającego TV.

Fakt. Przyznam szczerze, że są kanały, które uwielbiam, ale są też takie, których popularności za nic w świecie nie jestem w stanie zrozumieć. Ale mam 29 lat, może jestem już za stary.

- To kolejny mit, głoszony szczególnie przez niektórych przedstawicieli branży reklamowej blogosfery, że YouTube to domena gimbazy. Dzieje się tak, bo młodych widać: oni komentują filmy, żywo reagują. Statystyki pokazują, że 30-latek najczęściej nie subskrybuje kanałów. Bo wstydzi się przyznać, że ogląda filmy na YouTube dla rozrywki, na imprezach w weekend czy na spotkaniach rodzinnych i rozmawia o nich z kolegami czy koleżankami w pracy. Wpisuje hasła w wyszukiwarkę albo klika w to, co zobaczy u znajomych na Facebooku. Ale filmiki oglądają wszyscy tak samo: i młodzi, i 30-latkowie.

Ale już dla pokolenia ich rodziców YouTube to raczej ziemia egzotyczna.

- To też się za chwilę zmieni. Oni już przekonują się do YouTube'a - widać w statystykach, że w tej grupie liczba widzów szybko wzrasta.

To jest wciąż wielka nisza w Polsce. Ale też szansa dla ludzi, którzy np. przechodzą na emeryturę i jeśli mają jakieś pasje, dostają możliwość dotarcia do swojej grupy rówieśniczej. W Stanach to już się dzieje: starsi ludzie opowiadają o domowym gotowaniu, swoich pasjach albo rozwiązywaniu problemów zdrowotnych. Na Instagramie furorę robi babcia, której wnuk robi codziennie zdjęcia. Inna, ponad 80-letnia, jest znana bo gra w GTA. Są 50-60-letni ludzie którzy jeżdżą na deskach, ich filmy biją rekordy popularności i są inspiracją także dla młodszych osób. Dzięki temu zaprzeczają stereotypowi, że człowiek po „60” staje się dla społeczeństwa niewidoczny i zbędny. To jest nisza, którą niedługo ktoś wykorzysta. W sieci jest jeszcze dużo miejsca. Dla wszystkich.

CZYTAJ TAKŻE: Abstrachuje.tv: W Polsce jest parcie na indywidualizm. Prawie wszyscy mają alergię, jak się im powie, że robią coś jak inni. Szczególnie kobiety

Jacek Gadzinowski. Przez wiele lat jako ekspert od sieciowego marketingu pracował m.in. dla Amiki Wronki, agencji Momentum/McCann, PTC czy ITI. Specjalizuje się w marketingu interactive, sportowym oraz sprzedaży elektronicznej i e-commerce. 5 lat temu rzucił etat i zaczął podróżować po świecie. Prowadzi własny kanał na YouTube, filmami w sieci zajmuje się też zawodowo, pracując dla swoich klientów. Fan podróży oraz sportów deskowych: kitesurfing, wakeboarding, longboard, snowboarding.

Bartosz Janiszewski. Dziennikarz i scenarzysta. Przez wiele lat członek redakcji tygodnika „Newsweek”, potem „Wprost”. Pisze przede wszystkim reportaże i teksty społeczne. Laureat festiwalu scenarzystów Script Fiesta, nominowany do nagród Grand Press i MediaTory. Zakochany w Warszawie, zafascynowany podróżami, szczególnie Ameryką Południową.

Komentarze (44)
Zaloguj się
  • avida

    Oceniono 88 razy 70

    Pozwólcie, że skomentuję jako 38 letni starzec.
    Po pierwsze bardzo zazdroszczę temu kolesiowi odwagi osobistej i fajnego życia i pewnie wielu z komentujących też zazdrości ale nie chce tego przyznać.
    Po drugie uważam, że jeżdżenie po świecie i zarabianie w ten sposób to jego prywatna sprawa.
    Po trzecie jeśli miałbym oceniać tylko stronę merytoryczną to filmy są po prostu słabe. Słabo nakręcone i dosyć chaotycznie zmontowane. Jest sporo lepszych przykładów w sieci na to co można zrobić z GoPro.
    .....a teraz oddalę się w kierunku jakiejś dobrej staromodnej książki :-)

  • squirk

    Oceniono 74 razy 62

    "pływasz na kitesurfingu"
    Och, jej.

  • anonimowa_melancholiczka

    Oceniono 49 razy 45

    "Młodzi i 30-latkowie"...Kurde, poczułam się staro :(

  • zawsze_prawdziwy

    Oceniono 70 razy 42

    Na szczęście znam paru 30-latków co nie są tak opóźnieni by podniecać się reklamowymi wrzutami różnych przygłupów, oglądają co najwyżej jakąś muzę, film,coś z polityki, z nudów, wiem, że Agora ostro teraz idzie z reklamą w różne formy neta więc ten "ideologiczny" tekst nie dziwi jak reklamodawców coraz mnie, a pośrednio dzięki takim szajsowym wywiadzikom :)

  • tata_mateusz

    Oceniono 54 razy 40

    Śliski kolo. Jest tak prawdziwy jak jego włosy, którymi jakby były jeszcze bardziej utlenione mógłby oddychać pod wodą.
    Ciężki przypadek, wydaje mu się że jest takim Trumanem z tym, że ten w filmie nie miał świadomości, że jest nagrywany a ten za to z kamerą przed nosem dumnie jak paw się stroszy. Zero przyjemności z życia bo cały czas trzeba grać, no chyba że to się lubi najbardziej a cały kite jest tylko przykrywką i zapełniaczem treści a głównym celem to wmówienie wkoło że jest się gwiazdą.
    Ustawianie kamer, powtarzanie scen, montaż, po czym z niecierpliwością śledzenie oglądalności i późniejsza analiza dlaczego tak a nie inaczej, plus strach czy sponsor łyknie że jego logo pojawiła się w filmie raptem 2 sekundy. To są rzeczy przeniesione z korpo, niczym to się nie różni od wypełnianych tabelek w excelu.
    Od specjalisty od SM stał się "gwiazdą" i specjalistą od YT, ciekawe jak pojawi się nowe medium, też pewnie będzie specjalistą.
    Przypomina mi to 60 letnią babcię, która założyła za krótką spódniczkę i zaczęła pojawiać się w klubach dla nastolatków, tłumacząc w koło, że jest dobrze odbierana. Otóż nie jest. Już bardziej jako anomalia kulturowa, niż ktoś poważny...

  • noel24

    Oceniono 47 razy 35

    Nie wiem o czym artykuł bo nie czytałem, najlepsza jest czcionka a'la GTA. Jutjuber jakich wielu a jutro nikt o nim nie bedzie pamietal. Naprawde nie ma o czym pisac w ogolnopolskim portalu czy moze rzeczywiscie misja tych mediow jest stopniowe odmozdzanie Polakow?

  • naz_niepoprawna

    Oceniono 32 razy 24

    Bez jaj. Zaatakowały mnie noże, nożyczki i pilniczki podczas lektury tego wywiadu.

  • 71tosia

    Oceniono 27 razy 19

    "www.youtube.com/watch?v=shntc2c-Wac"
    z ciekawosci odszukalam, to chyba ten film ktorym ten pan sie chwali, hmmmmm... naprawde na tym mozna zarobic i ktos to sponsoruje, no jestem w szoku. To film w kategorii pokaze u cioci na imieninach fimik z wakacji w Szwecji. pan ma ciekawy hobby i raczej tego powinien sie trzymac (ten brazylijski jest calkiem ok) bo filmow 'podrozniczych' to raczej nie umie robic.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX