Przewodniczący Komisji Europejskiej Jean - Claude Juncker przymierza swój krawat greckiemu premierowi Aleksisowi Tsiprasowi

Przewodniczący Komisji Europejskiej Jean - Claude Juncker przymierza swój krawat greckiemu premierowi Aleksisowi Tsiprasowi (Mindaugas Kulbis / AP)

wywiad gazeta.pl

Koniec Unii Europejskiej? "Nieformalne układy biorą górę. Może stać się atrapą bez wpływów"

Pogubiliśmy się w tym, czym ma być Unia Europejska. Jej przywódcy nie sprostali wyzwaniom trzech rewolucji: geopolitycznej, gospodarczej i internetowej. A źródłem największych konfliktów stała się wspólna waluta, która miała przecież integrować. - Jest jak w tym kawale za Breżniewa: Zasłońcie okna i ogłoście, że pociąg jedzie dalej - mówi o sytuacji w Europie prof. Jan Zielonka, prawnik i politolog.

W swojej najnowszej książce „Koniec Unii Europejskiej?” stwierdza pan, że projekt integracji europejskiej zmierza ku upadkowi. Dlaczego ma pan taką pesymistyczną wizję w stosunku do projektu ocenianego - do niedawna przynajmniej - jako największy sukces w powojennej historii Europy?

- Przede wszystkim to nie jest tak, że idea integracji europejskiej jest dla mnie martwa. Dla mnie problemem jest Unia Europejska w obecnym kształcie, a w szczególności jej instytucjonalna forma. Unia Europejska, niegdyś motor integracji, teraz hamuje, a nawet burzy ideę zjednoczenia. Weźmy dla przykładu euro. Wspólna waluta miała nas zintegrować, a jest źródłem największych konfliktów. W swojej książce wychodzę właśnie od tego zagadnienia i uważam je za największe zmartwienie systemu zjednoczonej Europy.

Czyli problem Unii wynika głównie z zawirowań ekonomicznych?

- Nie tylko. Niech pan popatrzy na podstawowe sprawy, które dzisiaj na starym kontynencie mamy do załatwienia. Zacznijmy od Ukrainy. Gdzie była Unia Europejska w kwestii działań rosyjskich? Albo migracja czy też bezrobocie wśród młodzieży. Co Unia zrobiła w tych sprawach? Można nawet powiedzieć, że te problemy są jej udziałem. W przeszłości tak nie było. Przez wiele lat Unia Europejska była symbolem dobrobytu i pokoju. Dlatego takie kraje jak nasz chciały do niej wstąpić. Dzisiaj Polacy są bardzo entuzjastycznie nastawieni wobec Unii, bo dostają od niej głównie dotacje. Z kolei polityka gospodarcza polskiego rządu polega przede wszystkim na kombinowaniu, jak je wydać. Ale te pieniądze skończą się któregoś dnia i wtedy Polacy też będą musieli pomóc biedniejszym.

prof. Jan Zielonka (fot. Tadeusz Późniak / Polityka)Prof. Jan Zielonka (fot. Tadeusz Późniak / Polityka)

Te środki skończą się po 2020 roku.

- Dokładnie. W pewnych obszarach kończą się one już teraz. Moja przyjaciółka Iveta Radieová straciła fotel premiera Słowacji dlatego, że jak trzeba było wykupić Grecję, to Słowacja powiedziała: - To my mamy dokładać się do ratowania Grecji? Przecież my też jesteśmy ubodzy. Unia, która praktycznie łagodziła konflikty pomiędzy członkami, dzisiaj je wprost napędza. To odbywa się na wielu płaszczyznach - jest konflikt pomiędzy Południem a Północą, między dłużnikami a wierzycielami, między nowymi i starymi elitami politycznymi. Można oczywiście rzec, że Unia za to wszystko nie jest odpowiedzialna. W przeszłości przecież nie było tak, że pokój i dobrobyt istniał tylko dzięki Unii. Istniały inne czynniki warunkujące stabilizację i poprawę życia w Europie, jak chociażby działalność NATO, USA czy też aktywność przedsiębiorców i firm europejskich.

To nie jest więc tak, że Unia robi wszystko dobrze albo źle. Nie jest to sytuacja zerojedynkowa. Widzę jednak bardzo dużą różnicę w tym, jak Unia potrafiła w sposób pozytywny wpływać na losy Europy w przeszłości i jak w pewnym momencie to się zmieniło. Historia pędzi teraz w zupełnie inną stronę i w Polsce tego się prawie nie zauważa.

Mówi pan teraz w kontekście naszej kampanii prezydenckiej?

- Po części tak. Patrzymy ponadto w złą stronę na zagrożenia. Nie powinniśmy tylko spoglądać na Donbas, ale też na to, co dzieje się w Atenach. To tam niebawem rozstrzygnie się przyszłość Europy.

Zapominamy o wartościach europejskich?

- Pogubiliśmy się w tym, co Unia Europejska miała dla nas oznaczać. Trzeba teraz zadać pytanie - dlaczego? Moim zdaniem przywódcy europejscy nie potrafili sprostać wyzwaniom ostatnich trzech dekad. Wiążą się one z trzema rewolucjami, które rozpoczęły się mniej więcej w tym samym czasie - końcówce lat 80. i początku lat 90. ubiegłego wieku.

Pierwsza z nich, geopolityczna, zmieniła granice strategiczne Europy. Związek Sowiecki i Jugosławia się rozpadły, a Niemcy zostały zjednoczone. UE i NATO też zostały rozszerzone. Jednym z ostatnich etapów tej rewolucji geopolitycznej są niedawne incydenty na Ukrainie. Druga rewolucja wiąże się z gospodarczą globalizacją. Odpowiedzią Europy na globalizację była idea wspólnego rynku i jednolitej waluty, zrodzona za sprawą traktatu z Maastricht. Globalizacja oczywiście rozmyła granice gospodarcze. I wreszcie trzecia rewolucja, internetowa, rozmydliła granice w komunikacji.

Te trzy rewolucje prą Europę do zmian, ale Unia Europejska nie jest w stanie się na nowo wymyślić. Stąd te różne projekty, które myśmy wspólnie stworzyli, zaczęły się nagle rozpadać. W mojej książce piszę głównie o kryzysie euro. Kryzys waluty nie przyszedł z Brukseli, a z Nowego Jorku, wraz z upadkiem Lehman Brothers. Co zrobiono w związku z tym? Gdy europejskie banki były pod presją, zdecydowały się, by je wykupić - za pieniądze podatnika. W dodatku dokonywały tego na zasadzie narodowej, a nie europejskiej. Choć banki były międzynarodowe, to każdy rząd z osobna miał za nie odpowiadać. W konsekwencji państwa, mające problemy gospodarcze w różnych dziedzinach, nagle stały się niewypłacalne. Przecież Grecja miała potężny dług publiczny, Hiszpania z kolei miała kłopoty w sferze nieruchomościowej.

Ten mężczyzna to jeden z protestujących Hiszpanów, którzy wyszli na ulice Madrytu w przeddzień niedawnych wyborów regionalnych i samorządowych (fot. Anders Kudacki / AP)Ten mężczyzna to jeden z protestujących Hiszpanów, którzy wyszli na ulice Madrytu w przeddzień niedawnych wyborów regionalnych i samorządowych (fot. Anders Kudacki / AP)

W którym kluczowym według pana momencie włodarze Europy zaczęli popełniać kardynalne błędy?

- Dla mnie fiasko konstytucji europejskiej było dzwonkiem alarmowym. W czasie ostatniego kryzysu walutowego podjęliśmy wiele błędnych działań. Błędy popełnialiśmy też na płaszczyźnie demokracji i polityki zagranicznej. Zaczął narastać kryzys zaufania i kryzys spójności, a Unia zeszła na dalszy plan. Państwa narodowe zostały najbardziej osłabione przez trzy wcześniej wspomniane procesy, a to one kontrolują Unię. Inni aktorzy nie mają możliwości wpływu na zmianę sytuacji.

Jacy nowi aktorzy powinni zostać włączeni w proces decyzyjny?

- A jaki aktor społeczno-polityczny w sensie gospodarczym jest największym motorem wzrostu gospodarczego nie tyle w Europie, ale także na świecie? Metropolie. Około 80 proc. przyrostu w Europie pochodzi z tych wielkich aglomeracji miejskich. To są zupełnie inni aktorzy niż państwa, idąc za Benjaminem Barberem. Ich nie interesuje polityka narodowa, a obronność nie jest aż tak znacząca jak bezpieczeństwo na ulicy. Gdzie ci aktorzy mają miejsce przy unijnym stole? Nigdzie! Możliwości decyzyjne mają takie upadłe państwa jak Cypr czy Grecja albo takie malutkie jak Luksemburg czy Łotwa. A gdzie jest miasto Londyn, gdzie jest Hamburg, gdzie jest Rotterdam? Jaki wpływ na politykę UE mają organizacje pozarządowe czy przedsiębiorcy?

Mówi pan o Unii Europejskiej tak, jakby ona już w ogóle nie istniała

- Oczywiście ona nadal istnieje. Powiedziałbym, że jest w stadium Breżniewa, jeśli miałbym się odwoływać do analogii sowieckiej. Był za czasów komunizmu zresztą taki kawał. Jechał Stalin, Chruszczow i Breżniew. Pociąg stanął. Stalin rozkazał: Rozstrzelać maszynistę. Rozstrzelali biednego maszynistę, ale pociąg nie ruszył. Chruszczow rozkazał: Zrehabilitować maszynistę. Zrehabilitowali jego, ale pociąg nie ruszył. Breżniew rozkazał: Zasłonić okna i ogłosić, że pociąg jedzie dalej. Dokładnie tak jest.

Widać to szczególnie po aroganckim zachowaniu europejskich liderów po wyborach do Parlamentu Europejskiego, przy których frekwencja wyborcza była zatrważająco niska. Zachowują się bowiem tak, jak gdyby nic się nie stało. Wszyscy oni zbierają się regularnie, zapewniają o jedności i ogłaszają nowe decyzje. Problem w tym, iż z tych decyzji dużo nie wynika, a jedność i uśmiechy są tylko na zdjęciach, bo w kuluarach toczą się zawzięte kłótnie.

Z czego to wynika?

- Przywódcy nie są w stanie zdecydować pomiędzy federalizmem a tym, co ja nazywam integracją polifoniczną, czyli formą integracji na zasadzie nie tyle terytorialnej, lecz funkcjonalnej. Oni nawet nie są w stanie się dogadać w prostych kwestiach, irytujących wszystkich. Przychodzą tutaj na myśl ciągłe kosztowne podróże parlamentu pomiędzy Brukselą a Strasburgiem.

Graffiti w Atenach (fot. Greece Bailout)Graffiti w Atenach (fot. Thanassis Stavrakis)

Niech mi pan pokaże chociaż jedną, poważną reformę w Unii, która jest obecnie dyskutowana. Nic, kompletnie nic. Wręcz przeciwnie. Nic dziwnego, że eurosceptycy odnoszą kolejne sukcesy. Po tym jak pani Le Pen zebrała niedawno najwięcej głosów we Francji, a pan Nigel Farage w Wielkiej Brytanii, elity unijne wybrały na przewodniczącego Komisji Europejskiej szefa ancien regime'u. Jeżeli jest ktoś odpowiedzialny za wszystko to, co jest krytykowane w Unii, to jest to Jean-Claude Juncker. To on maczał palce w tworzeniu dysfunkcjonalnej waluty europejskiej wraz z Helmutem Kohlem i François Mitterrandem, a następnie współtworzył pakt fiskalny. Już nawet nie śmiem mu wypominać stworzenia „raju podatkowego” w Luksemburgu. I jaki to jest sygnał dla tych wszystkich, którzy chcą to zmienić? Niech to będzie pytanie retoryczne.

Jaką więc widzi pan przyszłość dla Unii Europejskiej, którą w swojej poprzedniej książce określił pan mianem „neośredniowiecznego imperium”?

- Unia Europejska może przerodzić się w swego rodzaju atrapę. Chociaż nikt formalnie jej nie rozwiąże, to będzie coraz bardziej zmarginalizowana bez wpływu na to, co się dzieje w Europie. Doszedłem do tego wniosku po moich wizytach w Berlinie i rozmowach z tamtejszymi politykami. Oni wszyscy stoją murem za Europą. Mówię im wtedy: - Jesteście za Europą, w porządku Czyli chcecie dać więcej uprawnień Komisji Europejskiej? Odpowiadają od razu: - Oj nie, nie, nie! Ten José Manuel Barroso był nie do wytrzymania, a teraz ten Juncker równie mocno denerwuje - To może chcecie dać więcej uprawomocnień Parlamentowi Europejskiemu? - pytam. - Nie, nie, nie! Bundestag by na to w ogóle nie pozwolił. To zresztą jest działanie niekonstytucyjne. Sąd konstytucyjny powiedział już, że nie można - odpowiadają. - Czyli jednak Rada Europejska? - drążę. - Nie, nie, 28 państw, nie można się z nikim dogadać - ripostują. To w końcu pytam, gdzie jest ta Europa. - Jaką macie więc politykę europejską? Odpowiadają mi wtedy: - Jesteśmy pragmatykami. Nie możemy sobie pozwolić na to, by Europa leżała odłogiem. Wszystkie problemy do nas zawsze przychodzą. Rozwiązujemy je z tymi, którzy mogą i chcą coś zmieniać w danych kwestiach Czy taki sposób współpracy europejskiej jest przewidziany w jakimś traktacie?

Obecnie Europa składa się z nieformalnych kręgów i sieci. W centrum każdej z tych relacji, w zależności od powagi problemu, są Niemcy. Gdy ich nie ma przy danym kłopocie, to sprawa upada. Sęk w tym, że to nie jest Europa, na którą myśmy się godzili. Czy winię za to Niemców? Nie, gdyż formalne instytucje nie funkcjonują. Nieformalne układy biorą górę. Dlatego też centrum europejskie przeniosło się z Brukseli do Berlina. W tej chwili siła najważniejszego aktora decyduje o tym, gdzie jest centrum decyzyjne. Mówimy tutaj o sile obiektywnej, a nie nawet subiektywnej, ponieważ Niemcy się nie palą do przywództwa europejskiego. Po części z uwagi na historię - kiedy swego czasu starali się nadawać przywództwo w Europie, to źle się to skończyło. Po drugie integracja doprowadziła do największych sukcesów Niemiec w momencie, gdy odgrywali oni w Unii drugoplanową rolę. Po co więc mieliby wychodzić przed szereg? Po co mieliby przejmować odpowiedzialność i ponosić koszty przywództwa Europy?

Europa się jednak zmienia, a instytucje europejskie nie potrafią się do tych wszystkich zmian dostosować. Banalne zmiany nie spowodują zwiększenia sympatii do Unii. Nie rozleci się ona jednak z wielkim hukiem, nie będzie żadnych apokaliptycznych wizji. Unia Europejska, podobnie jak niegdyś Unia Zachodnioeuropejska, będzie trwać, a ludzie będą pisać o niej doktoraty. Z tą różnicą, że przeistoczy się w fikcję. Nie będzie w stanie rozwiązywać podstawowych problemów, jakim musimy stawić czoła. To jest poważne wyzwanie dla Polski, której na integracji europejskiej tak bardzo zależy.

fot. materiały prasowefot. materiały prasowe

Jan Zielonka. Prawnik i politolog. Profesor Studiów Europejskich na Uniwersytecie w Oksfordzie (St. Antony's College). Wykładał na Uniwersytecie Warszawskim, Europejskim Uniwersytecie we Florencji i na holenderskim Uniwersytecie w Leiden. Jego szerokie zainteresowania naukowe, obejmujące studia systemów politycznych i medialnych oraz problemy integracji europejskiej znalazły odzwierciedlenie w licznych publikacjach w języku angielskim. Autor pięciu książek, z których dwie ukazały się nakładem Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych w tłumaczeniu polskim: „Europa jako Imperium. Nowe spojrzenie na Unię Europejską” (2007) oraz „Koniec Unii Europejskiej?” (2015).

Michał Chudoliński. Dziennikarz, krytyk komiksowy i filmowy. Wykładowca w Collegium Civitas. Pomysłodawca bloga „Gotham w deszczu” (www.gothamwdeszczu.com.pl). Publikuje regularnie na łamach „2+3D” oraz bloga CD Projektu blog.cdp.pl. Współpracował z „Polityką”, „Przekrojem”, „Newsweekiem”, „Nową Fantastyką”, „Czasem Fantastyki”, Polskim Radiem, Tok.FM. oraz dwutygodnikiem internetowym „ArtPapier”.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (74)
Zaloguj się
  • mazuvian

    Oceniono 159 razy 33

    Unia Europejska to praktycznie jedyna szansa na to, by kraiki europejskie były w stanie stawić czoła wyzwaniom geopolitycznym, społecznym i ekonomicznym XXI wieku.

    Jest to możliwe, dzięki połączonej potędze wszystkich. To tak, jak z gałązką. Jedna samotna się złamie, ale jeśli są one powiązane, to już nie jest takie proste.

    Chiny na przykład są w stanie zjeść takie kraiki na obiad. Obecnie Chiny są ekonomicznie już na poziomie Bułgarii, z dna. W kilka dekad.

    Populacja Chin - 1,300 mln
    Populacja UE - 500 mln (nadal mało, więc raczej szukałbym sojuszników i nie wyrzucałby TTIP tak szybko, ani nie zamykał drzwi do członkostwa innym krajom)

    Im wcześniej Europejczycy dojrzeją, by to zrozumieć, tym lepiej.

    Problemem jest nacjonalizm (nazywany "patriotyzmem"), ale patriotyzm to fakt, że się lubi swój kraj, nie zaś, że się ślepo go kocha i ignoruje inne. Choć są to sojusznicy, traktuje się ich jak wrogów.

    Zabawne jest też to, że każdy kraik Europy myśli, jak wielki jest, choć tak naprawdę ta mania wielkości jest albo przesadzona albo prowadząca do stagnacji.

  • myslacy_mis

    Oceniono 79 razy 27

    Nawet Gazeta drukuje BZDURY tego profesora, przepojonego anglosaskim punktem widzenia na Unie?! Przeciez oni zaraz beda wychodzic z Unii! Od lat siedza w niej na zasadzie "nie chcem, ale muszem". Bruzdza od wejscia i nic im sie nie podoba, ich zdaniem Unia powinna sie rozpasc, najlepiej we wczesnych latach 80-tych ubieglego stulecia.

    Tymczasem Unia, to NIE Wlk.Brytania, ktora od poczatku jest w Unii tylko jedna noga i to na placach.

    Unia to Francja, Niemcy, bogaty Benelux, panstwa Skandynawskie, Hiszpania, Austria i cala gromada nowych panstw, z Polska na czele. Zadne z tych panstw NIE chce rozwiazania Unii, kazde z tych panstw, szefow rzadow zrobi WSZYSTKO, zeby Unia przetwala obecny kryzys.

    Niech Angole w koncu przestana bruzdzic w Unii. Unia przetrwa. Moze sie zmieni, bedzie bez Grecji ale przetrwa. Dlaczego? Bo szczegolnie nad Renem jest wielka swiadomosc jak bardzo Europie potrzebna jest Unia.

    I jeszcze jedno: nie takie kryzysy Unia przetrwala. Przez kilkanascie lat byla sparaliżowana z powodu tzw. "pustych krzesel" (przez Anglikow!). W dodatku wtedy byla slaba, nie zintegrowana nawet w 10% tak mocno jak obecnie. I skończyło sie dobrze! Dlaczego?

    Europa potrzebuje Unii, bo bez niej byl to kontynent nieustajacych wojen. Jesli ktos o tym zapomnial, to niech spojrzy na wschod. Polska potrzebuje Unii silnej, sprawnej i jak najmocniej obecnej na terenie Polski. Do tego musi dazyc polska dyplomacja.

    Dajcie sobie spokoj z absurdalnym wypowiedziami profesora Zielonki. Jesli Anglicy nie chca Unii i nie chca w niej byc, to niech wezma swoj wielki statek z granicami, z funtami (a nie euro), z innymi gniazdkami elektrycznym (w Unii byly rozne, ale panstwa je wymienily na jednolite), z funtami, uncjami i calami (my mamy jednolity system) i niech odplyna na tym swoim statku do Wielkiego Brata. Od dziesiecioleci groza, ze to zrobia i ciagle siedza w Unii.

  • tece92a

    Oceniono 62 razy 26

    Receptą jest postęp: Stany Zjednoczone Europy.Tylko,że to niemożliwe,bo tysiące notabli z państw-członków straciłoby złote stołki.

  • myslacy_mis

    Oceniono 44 razy 24

    Do osob, ktore powtarzaja totalne GLUPOTY na temat biurokracji:

    Unia Europejska zatrudnia 36 000 urzednikow. Ma ponad pol MILIARDA obywateli. Dla porównania: miasto Warszawa, jedno miasto, zatrudna 8 000 urzednikow!!! Z czego ponad 100 osob zarabia wiecej niz prezydent miasta, czyli wiecej niz HGW, czyli tyle ile dobrze zarabiajacy urzednik Unii.

    Przestancie wiec opowiadać wyświechtane antyunijne hasełka za anglojezyczna prasa.

  • Krzysztof Ksiazek

    Oceniono 80 razy 24

    Takie ble ble ble
    ględzenia bez poruszania prawdziwych problemów
    Rodzi się pytanie CZY to tylko poprawność?
    Jeden przykład :
    Pierwszy raz 9 (8) MAJA obchodziliśmy WYZWOLENIE NIEMIEC.
    Już NIE pokonanie Niemiec, tylko wyzwolenie!
    Tak musiało nastąpić, no bo od lat z szafy największej potęgi Europy,
    co chwilę wypadał trup Hitlera.
    Teraz następuje zamazywanie historii, bo trzeba w końcu o tym zapomnieć.
    ALE nie jest to takie proste...
    A druga sprawa -GLOBALIZACJA-
    Nowoczesne branże Europejskie (znów głównie niemieckie) kopnęły w D reszte Europy.
    Czemu NIE mają taniej kupować w np. Chinach?
    To jak w małżeństwie, po co utrzymywać STARĄ ŻONĘ, jak można wziąć sobie młodą Azjatkę!
    W EUROPIE NIE ROZMAWIA SIĘ O PROBLEMACH - zamiata się pod dywan,
    bo ... są nowe wybory !
    SYSTEM PRZESTAŁ DZIAŁAĆ!
    Zamiast rozwiązywać GENERUJE problemy.
    NIE zmienią go przecież ci co mają z tego NAJWIĘKSZE korzyści, czyli BRUKSELA.

  • bezserca

    Oceniono 26 razy 14

    Zadaniem euro nie było łączenie narodów w miłości i wierności, ale obniżenie wartości marki do takiego poziomu, żeby import z tego kraju był w ogóle możliwy. Dziś marka kosztowałaby pewnie 8 złotych i mało kto mógłby sobie pozwolić na niemieckie auto. Wolnośc przepływu osób, towarów i usług miała za zadanie zapewnić tanią siłę roboczą starzejącym się społeczeństwom zachodu, które miały swoje towary i technologię ale brakowało im chętnych do ich wytwarzania w konkurencyjnej cenie. Zrezygnowaliśmy z ceł i pozwolilismy zalać nasz rynek ich towarami, pracujemy na ich dobrobyt najwięcej w Europie po najniższych cenach i do tej pory i tak wychodziliśmy na tym lepiej niż gdybyśmy do UE nigdy nie wstępowali. Ale ile można opierac swój wzrost PKB na takich założeniach? Potrzebujemy reform, które zmienią nas z kolonii w samodzielne państwo o twardej walucie uznawanej na świecie. I corocznej weryfikacji czy UE w dalszym ciągu nam się opłaca.

  • ergosumek

    Oceniono 75 razy 13

    Facet z Oxfordu może pisać, co myśli.
    Facet z Polski nie napisze, że Unia to małżeństwo pomyłki z wypaczeniem, bo zrobią z niego wariata, wywalą z roboty i umrze z głodu.

  • niktwazniejszy

    Oceniono 29 razy 9

    Unia ma problemy- to fakt. Problemy z jednoscia. Dopoki dany kraj wyciaga jedynie korzysci jest euforycznie nastawionym jej czlonkiem i jej fanem. Wowczas czujemy niemal romantyczna milosc do tej wielkiej jednosci- Uni europejskiej.
    Kiedy jednak mamy udzielic pomocy, jak obecnie Grecji- to Unia jest fuj i zmusza nas do placenia na jakichs tam zebrakow. Nikt juz nie czuje tej jednosci.
    Z cala pewnoscia ma pan racje w kwestii bezposredniego zagrozenia. Jesli Grecja upadnie- upadnie Unia. Najpierw upadnie euro, zaczna sie wewnetrzne wojenki i exity i koniec.
    Najgorsze jest to, ze komus sie to oplaci. Ktos na tym zarobi finansowo, a ktos skorzysta geopolitycznie. Ktos to wszystko, te procesy prowadzace do konca Uni, napedza i to swiadomie.

  • grosz-ek

    Oceniono 20 razy 8

    Na swój sposób, UE jest dziełem niezwykłym. Tworem na wskroś biurokratycznym, utworzonym decyzją nie tyle polityków, co urzędników. Utworzona jak sposób na poszerzenie władztwa urzędników, od samego początku cierpi na deficyt demokracji. Demokracji realnej, uwzględniającej rzeczywisty głos obywateli UE

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX