Mieczysław Prószyński

Mieczysław Prószyński (fot. Agnieszka Kaleta)

Ludzie

Był zdolnym astrofizykiem, mógł zostać na uczelni w USA. Mieczysław Prószyński: Ale tu, w Polsce, było ciekawiej!

Stworzył od podstaw imperium prasowe i wydawnicze. W dodatku udało mu się przetrwać na naszym kapryśnym rynku przez ćwierć wieku. Bimon - bo tak Mieczysław Prószyński jest nazywany przez znajomych i współpracowników - nie jest człowiekiem tuzinkowym. Pracował jako astrofizyk, ale karierę naukową rzucił, bo uznał, że i tak nie ma szans na Nobla. Dziś inwestuje w drony, a nam opowiada o tym, jak wyglądały początki polskiej prasy komercyjnej i wyjaśnia, dlaczego ten wywiad czytacie w sieci, a nie na papierze.

Interesują mnie początki wielkiego polskiego biznesu. Jak to wyglądało u schyłku lat 80., kiedy pan zaczynał? W momencie transformacji, kiedy brakowało mechanizmów i instrumentów prawnych dla działalności prywatnej i trzeba było poruszać się w dość nieokreślonej i niezdefiniowanej strefie...

- To wcale tak nie wyglądało! Ówczesne warunki niespecjalnie różniły się od tego, co jest dzisiaj: kiedy robimy coś nietypowego, coś, czego dziesiątki firm przed nami nie przećwiczyło, zdarza się, że poruszamy się w magmie prawnej i nie wiadomo, jak postąpić. Trzeba interpretować przepisy zdroworozsądkowo, oczywiście na swoją korzyść, ale równocześnie zastanawiając się, co ustawodawca mógł mieć na myśli. No i pilnować, żeby w razie czego naszą interpretację dało się obronić przed sądem. Tu się niewiele zmieniło!

To niedobrze...

- Niestety! Ale takie podejście działało i działa. Nigdy nie spieraliśmy się z fiskusem i nigdy nie musieliśmy iść do sądu. Dzisiaj tamte wątpliwe kwestie są już szczegółowo regulowane, a dla tych, które nie są, jest mnóstwo fachowych wykładni. Wtedy było bardziej bojowo, bo to na nasze potrzeby powstawały pierwsze wykładnie.

Prószyński i S-ka ma już 25 lat (fot. Grzegorz Bilski)Prószyński i S-ka ma już 25 lat (fot. Grzegorz Bilski)

Ale sam pan podkreślał wielokrotnie na przestrzeni ostatnich 25 lat, że była to jednak sytuacja specyficzna - przejścia z systemu do systemu.

- Oczywiście, bo uczyliśmy się w biegu prowadzenia działalności gospodarczej. Jedynymi ludźmi w Polsce, którzy to wtedy potrafili, byli menedżerowie wielkich przedsiębiorstw państwowych, właściciele i pełnomocnicy firm zagranicznych, zwanych wtedy polonijnymi, oraz prywatna inicjatywa. Proszę pamiętać, że w tamtym okresie mało było ludzi, którzy uczyli się prawdziwej ekonomii. Nie było gdzie. Doświadczenie w biznesie zdobywało się osobiście - najczęściej podczas pracy na czarno w Szwecji, Francji, Holandii, Niemczech i USA. Ludzie jeździli na saksy, przywozili do kraju gotówkę, za którą zbudowano Podhale i jeszcze parę innych regionów Polski. To wszystko były doświadczenia z pracy nielegalnej, bądź z handlu na czarno. Z tego uczyliśmy się biznesu - na małą skalę, często poruszając się na granicy prawa, albo w obszarach, których ówczesne państwo nie było już w stanie lub nie chciało kontrolować.

Ale wy, gdy zakładaliście swoje pierwsze spółki, z ograniczoną odpowiedzialnością i cywilną, startowaliście trochę z innej pozycji - nie chcę powiedzieć, że z uprzywilejowanej, ale jednak: byliście wykształceni, wyjeżdżaliście za granicę i nie byliście tak całkiem „zieloni”.

- Tak. Wszyscy mieliśmy wyższe wykształcenie i - co znacznie ważniejsze - wszyscy mówiliśmy biegle po angielsku lub francusku. Ale największym atutem było obycie ze światem. Ja na przykład przez półtora roku pracowałem jako astrofizyk i programista w instytucie naukowym w Baltimore w USA. Wcześniej byłem na wielu stażach naukowych w Niemczech i Anglii. Pracowałem tam na co dzień z ludźmi z innych kręgów kulturowych, nie miałem do czynienia z Polakami. Dlatego też nie miałem oporów, aby umówić się z kimś przez telefon lub za pomocą teleksu, wsiąść do samolotu lub samochodu i następnego dnia być w Paryżu, żeby z tym kimś rozmawiać lub kupić od niego coś, co było akurat potrzebne do podtrzymania produkcji. Gorzej było z doświadczeniem w prowadzeniu oficjalnego biznesu...

Mieczysław Prószyński (fot. Leszek Kopeć)Mieczysław Prószyński (fot. Leszek Kopeć)

W tamtym czasie imaliście się bardzo różnych zajęć. Zanim powstało wydawnictwo, była agencja handlowa, biuro maklerskie, i to przed uruchomieniem giełdy! Powstała spółka Kant - założona dla żartu...

- Zaczęliśmy od stworzenia oficjalnej struktury w postaci spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. Mając już tę strukturę, mogliśmy zajmować się wszystkim, co wpadło nam do głowy. Próbowaliśmy na przykład pośredniczyć w handlu pomiędzy Wschodem a Zachodem, używając w tym celu teleksu i ogłoszeń zamieszczanych w „Financial Times". A ponieważ miałem największe doświadczenie w korzystaniu z teleksu, zostałem oficjalnie zatrudniony w naszej firmie jako jego operator! Z minimalną pensją. Tylko po to, by mieć ubezpieczenie zdrowotne (śmiech). Jednocześnie byłem wtedy członkiem zarządu, ale za to nie pobierałem wynagrodzenia.

Ale co was właściwie podkusiło, żeby w to iść? Sytuacja prawie jak z „Ziemi obiecanej”: ty nie masz nic, ja nie mam nic - razem zbudujemy fabrykę!

- Niezupełnie! (śmiech). Mieliśmy trochę własnych oszczędności, a przede wszystkim pieniądze pożyczone od znajomych i przyjaciół, którzy nam zaufali. Wszystko przeliczane było na dolary - w tamtym czasie jedyną stabilną walutę w Polsce. Pożyczaliśmy na stosunkowo wysoki procent i te odsetki potem płaciliśmy. W każdej chwili mogło dojść do dewaluacji złotówki - to było nasze ryzyko! Gdyby w tym czasie cena dolara i marki niemieckiej wzrosła dwukrotnie, to bylibyśmy zapewne skończeni na starcie. Cały czas kontrolowaliśmy aktualne zadłużenie. Nigdy nie przekroczyło ono magicznej granicy stu tysięcy dolarów.

Ale wasze kariery mogły się potoczyć zupełnie inaczej. Pan jako zdolny astrofizyk mógł zostać na zagranicznej uczelni, robić karierę naukową w Stanach.

- Mogłem, ale tu, w Polsce, było znacznie ciekawiej! Nie miałem wątpliwości, że trzeba wracać.

I nie żal panu kariery naukowej?

- Kariera naukowa przed transformacją była o wiele bardziej atrakcyjna niż po. Dawała duży margines swobody. Zupełnie inaczej niż w przedsiębiorstwie państwowym, czy jakimś innym bycie quasi-państwowym. Miałem kilka publikacji w najlepszych zagranicznych czasopismach naukowych, m.in. jedną w „Nature”. Ale nie odniosłem żadnych spektakularnych sukcesów. Kiedy pojechałem do Stanów i znalazłem się wśród innych ludzi w podobnej sytuacji, zauważyłem, że tamtejszy rynek jest znacznie trudniejszy niż w Polsce.

Policzyłem sobie, że na Nobla raczej szansy nie mam. Rachunek jest banalnie prosty. Mniej więcej co czwarty Nobel z fizyki jest dla astrofizyka, czyli w ciągu 40 lat mojego życia zawodowego astrofizycy dostaną koło dziesięciu Nobli. Czynnych astrofizyków jest kilka tysięcy, więc szansa, że jeden z tych dziesięciu Nobli przypadnie akurat mnie, jest bliska zeru (śmiech). Dlatego po 10 latach zrezygnowałem, chociaż zajmowałem się ciekawymi rzeczami. Przez dobrych kilka lat szukałem układów planetarnych wokół pulsarów. To właśnie na ten temat opublikowałem pracę w „Nature”. Ale to mój kolega, Alek Wolszczan, który we właściwym momencie znalazł się na właściwym miejscu, podczas obserwacji pulsarów w Arecibo odkrył jeden, który pulsował dość nieregularnie. Pochylił się nad tymi danymi... i wykrył pierwszy pozaziemski układ planetarny. Należy mu się za to Nobel; ja nie miałem takiego szczęścia.

Mieczysław Prószyński (fot. Agnieszka Kaleta)Mieczysław Prószyński (fot. Agnieszka Kaleta)

Chyba trzeba mieć coś w rodzaju „szczęścia równoległego”, patrząc na pana karierę.

- Rzeczywiście, między styczniem a czerwcem 1990 roku robiliśmy wiele rzeczy naraz. Na rynku już istniała Agora ze swoją „Gazetą Wyborczą”, a my patrzyliśmy na to trochę od środka, bo wcześniej komputeryzowałem redakcję „Tygodnika Mazowsze” i pisałem oprogramowanie do składania go na komputerze, Tadeusz Winkowski (razem z Piotrem Niemczyckim) odpowiadał tam za poligrafię, a Grzegorz Lindenberg był w tym czasie wręcz prezesem Agory. Widzieliśmy więc, że udało się zrobić coś z niczego. Oceniliśmy, że i nam może się udać, ale postanowiliśmy działać na własną rękę, bez uwarunkowań politycznych.

Nie łatwiej było przejąć za przysłowiową złotówkę jakiś gotowy byt?

- Nie było czego przejmować. Wydawnictwa jako takie nie miały wtedy żadnej wartości. Wartość miały tytuły prasowe. Dlatego rozdzielanie majątku RSW polegało na sprzedaży lub przekazywaniu poszczególnych tytułów ich redakcjom lub różnym ugrupowaniom politycznym. RSW była spółdzielnią. Została zlikwidowana z powodów czysto politycznych, bo należała po części do Komitetu Centralnego PZPR, naszej partii komunistycznej. Państwowe wydawnictwa można było prywatyzować, ale ten proces trwał całe lata. I niekoniecznie kończył się sukcesem, jak w przypadku Wydawnictw Naukowo-Technicznych, w których prywatyzacji przez pewien czas - znacznie później - uczestniczyłem. Nam zależało na tym, żeby wejść na rynek prasowy w ciągu miesiąca, no, może trzech!

Skąd wynikał ten pośpiech?

- Ze specyfiki tamtego czasu - jeśli coś nie szło albo szło pod górkę, żegnaliśmy się z pomysłem. Przez chwilę obsługiwaliśmy zagranicznych doradców, pomagających transformować polską gospodarkę. Gdy pojawiły się na rynku bony na akcje - promesy na akcje przedsiębiorstw, które miały być wkrótce prywatyzowane, to je skupowaliśmy i odsprzedawaliśmy dalej. Żeby obracać tymi bonami prywatyzacyjnymi, założyliśmy biuro maklerskie. Pewnego dnia pojawiły się u nas dwie panie z redakcji „Gospodyni” z pomysłem na nowe pismo. Jedną z nich była Renata Sławińska. To był jej pomysł. Miał to być miesięcznik z poradami. Miała dla niego już tytuł: „Poradnik Domowy Mix”. Ja natomiast wiedziałem, jak to pismo powinno graficznie wyglądać. Zostawiliśmy pierwsze dwa człony tytułu i tak narodził się „Poradnik Domowy”. Wkrótce stał się naszą maszynką do robienia pieniędzy.

Mieczysław Prószyński (fot. Agnieszka Kaleta)Mieczysław Prószyński (fot. Agnieszka Kaleta)

Złote lata polskiej prasy. Nowe tytuły powstawały jak grzyby po deszczu, dziennikarze zarabiali duże pieniądze, nakłady niebotyczne - ale padały też tytuły, które istniały przez cały PRL. Czy „Poradnik Domowy” nie zabił przypadkiem „Przyjaciółki”?

- Nie zgadzam się z taką opinią! Może odebraliśmy „Przyjaciółce” trochę czytelników. Ale „Przyjaciółka” już wtedy była postrzegana jako raczej przaśna. I była jednym z czterech tygodników dla kobiet na rynku, obok „Kobiety i Życia”, „Gospodyni” i „Jestem”. Wszystkie miały większy format niż nasz „Poradnik”, który miał format A4, wychodził jako miesięcznik i był pierwszym tego typu pismem poradnikowym na polskim rynku... Z nikim zatem nie konkurowaliśmy. Znaleźliśmy niszę i udało nam się ją zająć.

A te milionowe nakłady, z dzisiejszej perspektywy dość obłędne?

- Polski rynek chłonął wtedy wszystko! Pierwszym nowym pismem (nie naszym!) był „Sukces”. Ukazał się w maju 1990 roku jako miesięcznik dla mężczyzn! Dwa miesiące później z numerem wakacyjnym, lipcowo-sierpniowym, wystartował „Twój Styl”. My weszliśmy jako trzeci miesięcznik - w październiku - spóźnieni o miesiąc w stosunku do planów i daty zamieszczonej na okładce, bo mieliśmy problemy z drukiem. „Poradnik” kosztował 3900 złotych, czyli dzisiejsze 39 groszy. Był więc relatywnie tani. No i miał kredową okładkę, a w środku papier offsetowy, na którym kolorowe zdjęcia wyglądały o niebo lepiej niż w owych tygodnikach! Wyglądał dobrze na tle innych tytułów - jako pierwsze pismo poradnicze nie kradł też zdjęć, które w innych redakcjach po prostu wycinano nożyczkami z zagranicznych magazynów - wszystkie zdjęcia zamawialiśmy. Reszta to dobry marketing i trzymanie poziomu przez kolejne lata.

Ale rynek zalaliście...

- Rzeczywiście, rok później stworzyliśmy „Cztery Kąty”, a jeszcze przed „Poradnikiem Domowym” wystartowaliśmy z „Nową Fantastyką” i „Komiksem”. W drukarni w Pile zaczęła się robić kolejka do tej jedynej maszyny drukarskiej, na której drukowaliśmy wtedy wszystko poza „Nową Fantastyką”. W końcu odkryliśmy, że drukarnia przerywa druk jednego z naszych czasopism, żeby wydrukować inne, bo na nią naciskamy, że zawala termin. Stało się jasne, że trzeba poważnie myśleć o inwestycji w drukarnię. Zajął się tym Tadeusz Winkowski. Po drodze narodziły się jeszcze „Zwierzaki” - pismo dla dzieci. Zresztą w tym momencie pojawiło się już na rynku multum innych tytułów. Część powstała z inicjatywy byłych pracowników RSW i te tytuły faktycznie szybko padały, bo zarządzali nimi ludzie doświadczeni w działalności w warunkach gospodarki niedoboru. Nie umieli liczyć pieniędzy, a dokładniej - rentowności swoich przedsięwzięć.

Cztery kilometry nad ziemią, w Chrcynnie (fot. Agnieszka Kaleta)Cztery kilometry nad ziemią, w Chrcynnie (fot. Agnieszka Kaleta)

To kiedy pojawił się ten pierwszy milion, skoro „Poradnik Domowy” stanowił dla was złoty interes?

- „Poradnik Domowy” faktycznie na siebie zarabiał, ale my większość zysków reinwestowaliśmy w nowe tytuły. Inni natychmiast kupowali mercedesy dla zarządu, my chyba nigdy nie mieliśmy żadnego mercedesa (śmiech). No, może jakąś furgonetkę dostawczą, później... Owszem, kupowaliśmy samochody, ale dla gońców. W pewnym momencie mieliśmy na terenie Warszawy 18 adresów, pod którymi prowadziliśmy różne działy wydawnictwa. Szybko też zaczęliśmy inwestować w drukarnię w Pile. Nie da się więc określić, kiedy pojawił się ten pierwszy milion. Wartość firmy rosła, ale ile była warta, tego nie sposób było ustalić. Chwila prawdy przyszła dopiero w 2002 roku, kiedy sprzedaliśmy Agorze pakiet naszych tytułów prasowych. A była to wówczas dobrze działająca struktura, perełka.

A dlaczego właściwie pozbyliście się takiej perełki?

- Mieliśmy wielkie zadłużenie wobec drukarni, w której mieliśmy udziały. Bank wymówił nam kredyt, bez którego nie mogliśmy w tym momencie funkcjonować. Stał się on nagle kredytem wysokiego ryzyka, gdyż przez kilka lat mieliśmy stratę na działalności gospodarczej. Załatwił nas więc ustawodawca rękami nadzoru bankowego. Próbowaliśmy różnych sztuczek, ale się nie udało. Najłatwiej było sprzedać właśnie tytuły prasowe. A to z kolei pozwoliło nam podzielić resztę majątku pomiędzy wspólników, gdyż chcieliśmy się już wtedy rozstać.

Na drodze „Schody do nieba” na Kazalnicy Mięguszowieckiej w Tatrach w 2002 roku, na drugim planie, w dole, tafla Czarnego Stawu (fot. Jan Hobrzański)Na drodze „Schody do nieba” na Kazalnicy Mięguszowieckiej w Tatrach w 2002 roku, na drugim planie, w dole, tafla Czarnego Stawu (fot. Jan Hobrzański)

Kiedy zakładaliście spółkę, byliście grupą czterech przyjaciół. Pojawiły się konflikty?

- Konflikty były od początku, bo spółka to trudniejszy rodzaj związku niż małżeństwo (śmiech). Każdy z nas miał inną wizję pracy w takiej spółce. Ktoś był lepszy w codziennym kontrolowaniu biznesu, ktoś był wizjonerem, który łapał dziesięć srok za ogon, a potem nie przychodził na spotkania, ktoś inny miał pomysły, ale wolał, żeby realizowali je inni Na początku decydowaliśmy o wszystkim wspólnie. Przez lata współpracy udało nam się zróżnicować nasze role - podzieliliśmy się obowiązkami i wtedy już lepiej szło. Potem, jeśli któryś z nas miał jakiś nowy pomysł, zakładał kolejną spółkę.

A jak z perspektywy czasu ocenia pan rynek wydawniczy w Polsce?

- Żeby zacząć dzisiaj wydawać nowe pismo od zera, trzeba być wariatem (śmiech). Startowaliśmy w wyjątkowym czasie: nakłady, zarobki, poziom czytelnictwa - to już nie wróci. My również zmieniliśmy branżę: nie wydajemy już praktycznie pism wysokonakładowych. Zostały nam trzy niszowe miesięczniki: „Nowa Fantastyka”, „Wiedza i Życie” oraz „Świat Nauki” (to ostatnie pismo jest polskim tłumaczeniem „Scientific American”) - ten rynek się kończy. Powstają co prawda nowe pisma prawicowe, ale nie zmienia to faktu, że wszystko, co związane z prasą, będzie się przesuwało w kierunku on-line. Dziś jeszcze trochę słabo na tym rynku z reklamami i ściąganiem pieniędzy, ale to się powinno wyklarować - a wręcz musi.

Wspinaczka jest wielką pasja Mieczysława Prószyńskiego od lat (fot Sonia Prószyńska)W Dolomitach podczas wspinaczki na Piz dal Lac w grupie Sella w 2012 roku (fot Krzysztof Rządca) i na Torre Grande w grupie Cinque Torri w 1997 roku (fot. Sonia Prószyńska)

A jak ocenia pan na przykład e-booki? Miały zrewolucjonizować rynek książki.

- Cały czas w nie inwestujemy! I to dużo. Od kilku lat wszystkie nasze książki wychodzą równolegle w tej postaci, przy czym zwykle e-book ukazuje się trzy tygodnie po premierze wersji papierowej. W postaci e-booków nie wydajemy tylko tych książek zagranicznych, przy których nie dostaliśmy praw do takiej formy sprzedaży. W ofercie mamy dzisiaj 757 e-booków.

Ale czy jest na nie rynek? Są potwornie drogie.

- I nadal takie będą. Gdyby nie było ich papierowych odpowiedników, e-booki byłyby jeszcze droższe. Przygotowanie książki kosztuje, prawa autorskie też. To nie jest tak, że jak robimy e-book, to koszty tłumaczenia, redakcji i promocji idą w nakład papierowy, a e-book jest już za friko. Trzeba te koszty dzielić proporcjonalnie, najlepiej po równo na każdy sprzedany egzemplarz. W przypadku e-booków dochodzi jeszcze znacznie wyższy VAT. W cenie e-booka jest 23% podatku VAT, w cenie książki papierowej - 5%. To jest 18% różnicy. Cholernie dużo!

Jeśli popatrzy pani np. na ceny najnowszych bestsellerów Stephena Kinga w Amazonie, to e-booki wcale nie są dużo tańsze od papierowych wydań w twardej oprawie. Kosztują 75-80% ich ceny. I nie będą tańsze, bo honorarium autora i agenta jest wyliczane procentowo od ceny sprzedaży, podobnie jak wynagrodzenie pośredników - w tym sklepu. Nikt nie chce zrezygnować z zarobku. Jeśli kupujemy prawa autorskie do danej pozycji, to musimy zapłacić zaliczkę, która powinna nam się potem zwrócić. Jeżeli tłumaczymy książkę, to tłumacz nie zrobi tego na procent od sprzedaży, który dostanie po wielu miesiącach lub nawet po latach. Chce dostać wynagrodzenie w momencie oddania tłumaczenia, a nawet wcześniej, w postaci zaliczki. I to wydawca to wszystko finansuje, inwestując w produkcję książki. Przy e-bookach oszczędza się na papierze i druku, ale ten koszt w przypadku przeciętnej książki papierowej to kilka złotych. E-booki nowych tytułów nie będą tańsze! Sprzedaż jest na razie mała, ale nowe pokolenia czytelników dopiero dorastają. Jeśli zaś chodzi o książki papierowe, pozostaję optymistą - książki będą istnieć, dopóki nie wymrze moje pokolenie (śmiech). Z drugiej strony, niektóre rodzaje książek na naszych oczach znikają z obiegu papierowego. Na przykład słowniki.

Przez kilka lat pracowaliśmy nad naszą wersją słownika polsko-angielskiego, komplementarnego do naszego wielkiego „Słownika angielsko-polskiego Cambridge”, który wydaliśmy w 2003 roku. I zaniechaliśmy tych prac. Słownik jest gotowy, na półce mam płyty z wersją gotową do druku, ale go nie drukujemy. Google uruchomił swój słownik on-line i zabił ten segment rynku. Także pozycje techniczne, niektóre naukowe oraz instrukcje obsługi wszelkich urządzeń czyta się dzisiaj raczej na ekranie komputera lub czytnika.

W Dolomitach na szczycie Torre Delago w grupie Torri del Vaiolet w 1997 roku (fot. Sonia Prószyńska)W Dolomitach na szczycie Torre Delago w grupie Torri del Vaiolet w 1997 roku (fot. Sonia Prószyńska)

Kto zarabia dzisiaj na książce?

- Podobnie jak na Zachodzie: wszyscy ci, którzy przy książkach pracują. Co nie oznacza, że najważniejszą i najlepiej wynagradzaną osobą w tym gronie jest autor. Dawno temu pewien tłumacz, który z nami współpracował, napisał i wydał u nas książkę. I dostał za nią o wiele mniej niż za tłumaczenia, które robił wcześniej. Przyszedł do mnie z pretensją. Powiedziałem mu: tłumaczył pan książki Dawkinsa, który jest sławny na całym świecie, a teraz wydał pan książkę pod własnym nazwiskiem. Niech pan popatrzy, ile sprzedaliśmy egzemplarzy każdej z książek Dawkinsa, a ile pańskiej. Dziwi się pan czytelnikom?

A jak pan postrzega takie działania, jak na przykład wydanie najnowszej powieści Jacka Dukaja przez Allegro?

- Każdy szuka nowych możliwości. Jeśli taka spółka, jak Allegro, zaczyna być również wydawcą, nie ma w tym nic złego. Przecież to dzisiaj jedna z największych księgarni internetowych. Jacek Dukaj mógłby pewnie sam wydać „Starość aksolotla”, ale współpraca z Allegro w tym względzie zapewnia mu ogromną promocję. W tej chwili każdy taki pomysł jest wart analizy, bo zmienia się rynek - ci, którzy zrobią coś jako pierwsi, mogą wygrać, a jeśli nie, to przynajmniej zostaną zapamiętani jako ci, którzy zrobili ten pierwszy krok. Taki trick, jak ze „Starością aksolotla”, można jednak zrobić tylko z polskim autorem o znanym nazwisku.

Mieczysław Prószyński (fot. Artur Kaczorek)Mieczysław Prószyński (fot. Artur Kaczorek)

A spadek czytelnictwa? Jest rzeczywiście odczuwalny?

- Gdy chodziłem do szkoły, byłem w stanie przeczytać nawet i trzy książki dziennie, ale wtedy książka była sposobem na zdobycie wiedzy o tym, jak działa świat. Uczyliśmy się świata z literatury, także z literatury pięknej. W tej chwili to tylko jedna z wielu możliwości. Ludzie poznają świat dzięki serialom, filmom dokumentalnym, internetowi. Bez cenzury, z możliwością natychmiastowego porównania różnych poglądów i stanowisk. Trudno więc, byśmy spędzali tyle samo czasu, co dawniej, na czytaniu książek.

Skąd się właściwie wzięła pana słynna ksywa „Bimon”?

- Na początku studiów trafiłem z całym pierwszym rokiem studentów Wydziału Fizyki UW na Stadion Dziesięciolecia, na zawody lekkoatletyczne. Wygrałem tam wtedy w skoku w dal, w związku z tym tydzień później musiałem wziąć udział w jakiejś spartakiadzie, na co wcale się wcześniej nie pisałem... Zgodnie z planem przegrałem tam sromotnie i później już miałem spokój. Ale ten mój pierwszy skok na zawodach dla pierwszego roku - wcale nie taki wspaniały, po prostu najdłuższy - spowodował, że koledzy z grupy nazwali mnie Bimonem, jako że dwa lata wcześniej Bob Beamon na olimpiadzie w Meksyku został rekordzistą świata w skoku w dal. On jednak skoczył znacznie dalej, osiągając nieprawdopodobną odległość 8 metrów i 90 centymetrów!

Otwarcie spadochronu - klatki z filmu (fot. Agnieszka Kaleta, montaż Dariusz Kadej i Mieczysław Prószyński)Otwarcie spadochronu - klatki z filmu (fot. Agnieszka Kaleta, montaż Dariusz Kadej i Mieczysław Prószyński)

Książka Tomasza Białoszewskiego, Jana Osieckiego i Mieczysława Prószyńskiego "Anatomia katastrofy smoleńskiej. Ostatni lot PLF101" dostępna jako e-book w promocyjnej cenie w Publio.pl.


Mieczysław Prószyński (Bimon). Astrofizyk i wydawca, wspinacz skalny i ściankowy, skoczek spadochronowy. Niewykluczone, że najbardziej dalekowzroczny pośród krótkowidzów.

Lubi:
Wydawać książki, choć jego serce zostało przy czasopismach.
Badać rzeczy i zjawiska niezwykłe: niegdyś pulsary, dzisiaj genom ludzki.
Spędzać noce przy komputerze; robił to już w czasach, gdy nikomu nie śniło się jeszcze o komputerze osobistym, a co dopiero o e-bookach na smartfonie.
Liczyć swoje skoki spadochronowe.
Przeliczać swoje spółki, choć to dużo trudniejsze, bo niektóre z nich doczekały się spółek córek.

Nie lubi:
Książek o niczym oraz książek wydanych z błędami.
Wróżb, horoskopów i badaczy zjawisk paranormalnych.
Komputerów, których nie da się naprawić samemu.
Tych, co nie liczą się z ryzykiem, zakładając spadochron lub ruszając w góry na wspinaczkę.
Zamykania spółek i rozstawania się z nietrafionymi pomysłami biznesowymi.

Monika Powalisz. Scenarzystka i dramatopisarka. Autorka antologii komiksowej "Złote pszczoły" i współautorka przewodnika architektonicznego po warszawskim Żoliborzu "ŻOL". Na wystawę "Masoneria.Pro publico bono" przygotowała komiks "Bracia i siostry" z rysunkami Zosi Dzierżawskiej, z którą na stałe współpracuje. Mieszka na Żoliborzu. Jest redaktorką naczelną magazynu "Smak".

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (31)
Zaloguj się
  • mistermadmat

    Oceniono 44 razy 28

    Spoko ziom ,ma zajawkę i przetrwał na kapitalisto-świńskim Bolskim rynku.

  • annmichelle

    Oceniono 21 razy 15

    Garść moich wspomnień z Prószyński i S-ka. :-)
    Rodzice kupowali regularnie "Poradnik Domowy" i "Cztery Kąty" (chyba nawet prenumerowali), ja należałam od samego początku do KKKK - aż do mojego wyjazdu na stałe zagranicę.
    Mam kilkaset książek wydawnictwa Prószyński i S-ka (wszystkie zabrałam ze sobą): prawie całą Klasykę Powieści i Klasykę Polską, wiele z Biblioteczki Konesera, Pod Różą czy serii Z Diamentem i Skorpionemto dzięki nim "odkryłam" jako nastolatka w latach 90-tych takich pisarzy jak Robert Goddard, P.D. James, Patricia Cornwell, M.Higgins-Clark czy Victoria Holt. ;-)
    Za wydanie kilkunastu powieści ROBERTA GODDARDA będę im wdzięczna do śmierci :-) wielka szkoda, że nie wydali już kilku najnowszych jego książek (dlaczego?). Może czas na wznowienie ich w nowej szacie graficznej? Na pewno znajdą nowych czytelników!

    Pozdrawiam innych czytelników tego wydawnictwa, jak i samego p. Mieczysława Prószyńskiego, jeśli przeczyta ten komentarz. :-)

  • stary.gniewny

    Oceniono 24 razy 8

    Jeśli spojrzeć na zdjęcia to facet ma jaja.
    Z czego składają się jaja?
    Ja ja ja ja...

  • Przemyslaw Slomski

    Oceniono 36 razy 8

    Sam jestem przedsiebiorca. Zazdroszcze tym paru cwaniakom, ktorzy byli w odpowiednim wieku i przy kasie gdy padala komuna. Dzis wariatem nie tylko trzeba byc aby wydawac nowa gazete. Wiekszosc przedsiewziec biznesowych jest dzis niemozliwa, poniewaz rynek jest rozgrabiony przez konkurencje i trzeba miec miliony aby moc konkurowac. Istnieje nawet pararoks Slomskiego: do otwarcia dochodowego biznesu trzeba takiej ilosci kapitalu, ze majac taki kapital mozna zyc do konca zycia z odsetek.

  • gojaga1

    Oceniono 8 razy 6

    Książki wydawane przez wydawnictwo Prószyński i Ska miały zawsze dobry druk: czarny i wyraźny, litery dość duże. Lubiłam też książki w miękkiej oprawie - dobrze je się czyta. Mam sporo książek wydawnictwa Prószyński, bo przez kilka lat należałam do KKKK.

  • neospasmin

    Oceniono 12 razy 4

    Dobry tekst tylko sens gdzies w nim gleboko ukryty: historia kolejnych katastrof, kolejnych biznesowych wpadek, kolejnych zaprzepaszczonych okazji. Kolejnych rezygnacji. W tym tych towarzysko-biznesowych rozstan.
    Moze to wlasnie w p.Pruszynskim i jego kolegach najciekawsze?
    Jak uczestniczyc w czyms wielkim i zostawic po sobie (zaledwie) wspomnienia. Wlasne i cudze.
    A moze nie p. Pruszynski wazny ale atmosfera jak z "Ziemi obiecanej"? Atmosfera przelomu lat 80 i 90`?
    No tak, tylko do tego potrzeba dziennikarza, ktory rozumie co do niego mowia.

    marcin lazarowicz
    neospasmin.blox.pl

  • yakuza893

    Oceniono 2 razy 0

    Mógł pan bardziej zareklamować skydive warszawa :)

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX