Marcin Sikorski z 'Nagłówków nie do ogarnięcia'

Marcin Sikorski z 'Nagłówków nie do ogarnięcia' (fot. Marcin Gierat)

Wywiad Gazeta.pl

Marcin Sikorski z ''Nagłówków nie do ogarnięcia'': Robimy inteligencki tabloid

Są szybsi od internetu i wścieklejsi od hejterów. Bezlitośnie łapią dziennikarzy za słówka i obnażają w sytuacjach między kropką a przecinkiem. Twierdzą, że nie chodzi wyłącznie o rozrywkę. Marcin Sikorski, współprowadzący liczącą 120 tys. fanów facebookową stronę "Nagłówki nie do ogarnięcia", przekonuje: - Mam sporo znajomych w redakcjach i często mi mówią, że wydawcy używają argumentu: Popraw to, bo trafisz na "Nagłówki".

Drugie miejsce w konkursie światowym na niepornograficzną reklamę serwisu PornHub, dwie nagrody Klubu Twórców Reklamy, sześć lat zarządzania ogólnopolskim konkursem dziennikarskim MediaTory i jeszcze te „Nagłówki”. Nie mów mi, że nie ogarniasz.

- Ale czego?

Życia. Sporo tego jak na chłopaka, który właśnie skończył 30 lat.

- No, życie jest OK.

Czytając „Nagłówki nie do ogarnięcia”, można dojść do innego wniosku. Trójka absolwentów dziennikarstwa, którym nie wyszło w zawodzie, wyśmiewa się z kolegów, którzy jakoś próbują w tych mediach przetrwać. Spodziewałam się spotkać frustrata.

- Śmiejemy się z Gośką Masternak i Krzyśkiem Zywarem, z którymi założyłem fanpage, że otworzyliśmy „Nagłówki”, bo nie wyszło nam w dziennikarstwie. Mamy tak nawet napisane na stronie, ale to nie jest na serio. Ze wszystkich redakcji odchodziłem sam. To były moje decyzje.

Ile było tych redakcji?

- Całkiem sporo. Zaczynałem w krakowskim oddziale „Wydarzeń” Polsatu, potem przez jakiś czas współpracowałem ze Studiem Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia i rozkręcałem akademicką rozgłośnię Radiofonia. Na koniec pracowałem w miesięczniku „Znak”.

Marcin Sikorski z „Nagłówków nie do ogarnięcia” (fot. Marcin Giera)Marcin Sikorski z „Nagłówków nie do ogarnięcia” (fot. Marcin Gierat)

Dobra ścieżka kariery. Źle ci było w dziennikarstwie?

- Nie, ale cały czas szukałem swojej drogi. Poza tym pasja pasją, ale w pewnym momencie człowiek dochodzi do wniosku, że niekoniecznie da się nią zapłacić za chleb w Biedronce, i to był jeden z powodów odejścia od mediów. Absurdalnie niskie zarobki.

Czyli miałam rację, że jesteś sfrustrowany. Dlaczego dziennikarze zarabiają mało?

- Media to biznes; żeby zarobić w nim pieniądze, trzeba generować kliki. Dziś informacja nie jest już dobrem ekskluzywnym, stała się powszechna i na wyłączność ma się ją tylko przez chwilę. Właścicielom mediów, a więc przedsiębiorcom, nie opłaca się więc pozyskiwać informacji i dbać o ich jakość. Generowanie treści nastawionych na popularność nie jest niczym specjalnie trudnym, więc media zatrudniają do tego często osoby niekompetentne. Doświadczone odchodzą z zawodu. W ten sposób media obniżają koszty.

Poza tym problemem są sami dziennikarze, a dokładnie ich pasja. Większość z nich tak kocha to, co robi, że jest w stanie zgodzić się nawet na skandaliczne warunki.

To przypomina trochę toksyczny związek. Skończy się tragicznie.

- Dlaczego? Nie uważam, że z dziennikarstwem dzieje się coś złego. Ludzie na media narzekali od zawsze, od czasów Gutenberga. Wcale nie żyjemy w czasach, w których z mediami stało się coś strasznego. Każda epoka ma swoje problemy. Dziś narzekamy na media, bo zazwyczaj wchodzimy tylko na duże portale. Patrzymy, że jest dużo "cycków" i innych tego typu dziwnych newsów, i zaczynamy mówić, że kondycja dziennikarstwa jest kiepska, a tak naprawdę świetne treści są dwa kliki dalej. Wystarczy wejść odrobinę głębiej i znajduje się super autorskie, ambitne treści, tyle że ludziom się nie chce. Zawsze były media ambitne i media masowe. Tych drugich jest więcej, bo jak sama nazwa wskazuje, są dla mas. Zanim zaczniemy narzekać na dziennikarzy, pomyślmy, co sami robimy w internecie i kiedy ostatnio przyswoiliśmy jakąś ambitną czy wymagającą treść z prasy czy telewizji.

Ortografia, interpunkcja i składnia - trzy gracje współczesnego dziennikarstwa (fot. Marcin Giera)Ortografia, interpunkcja i składnia - trzy gracje współczesnego dziennikarstwa (fot. Marcin Giera)

Problemem nie są chyba nawet same treści, ale fakt, że nawet w prostym newsie dziennikarz potrafi zrobić trzy błędy. Ortografia, interpunkcja i składnia - trzy gracje współczesnego dziennikarstwa.

- To inna kwestia. Żyjemy w bardzo szybkich czasach. Wydawcy dążą do jak największej liczby klików, więc muszą często zmieniać treści. To samo dzieje się w telewizjach informacyjnych i stacjach radiowych.

W związku z tym dziennikarze muszą zostać ekspertami od tematu w ekspresowym tempie. Błędy są nieuniknione. Nie uważam, jak większość, że dziennikarze są jakąś głupszą grupą zawodową niż inne. Po prostu ich błędy widać. Jeżeli lekarz postawi złą diagnozę i da zły syrop, to najczęściej nikt poza pacjentem się nie dowie, a jeśli dziennikarz popełni błąd ortograficzny, to huczy o tym cała Polska. Jak pracowałem w „Wydarzeniach”, to robiliśmy dwa wydania dziennie. Średnio więc na przygotowanie materiału były cztery godziny. Nie wyobrażam sobie prawnika, który miałby w takim tempie wydać ekspertyzę. Ale odbiorców nie interesuje, jak powstawał produkt, tylko efekt końcowy.

Chwila. Przecież właśnie na tym opiera się wasz fanpage, na bezwzględnym wyśmiewaniu produktu. Mało w was wyrozumiałości w stosunku do procesu.

- To prawda, ale robimy to po coś. Wbrew pozorom „Nagłówki” mają swoją pozytywną stronę. Mam sporo znajomych w redakcjach i często mi mówią, że wydawcy używają argumentu: Popraw to, bo trafisz na „Nagłówki”. Dziennikarze dzięki nam czują, że ktoś ich pilnuje. Znam też redakcję, która po kilku występach na „Nagłówkach” postanowiła zatrudnić korektora...

Korekta nie uczyni niestety informacji rzetelną (źródło Nagłówki nie do ogarnięcia / www.facebook.com/naglowki)(źródło: Nagłówki nie do ogarnięcia / www.facebook.com/naglowki)

Korekta nie uczyni niestety informacji rzetelną, a co najwyżej czytelną. Na waszym fanpage'u w równym stopniu zajmujecie się wyłapywaniem błędów językowych, co pokazywaniem absurdów prasy. Rozbawił mnie artykuł o ładowarce do telefonu napędzanej siłą masturbacji.

- Cóż. Dajemy po prostu rozrywkę. Nie jest to jakaś wielka misja. Ostatnio zaczęliśmy komentować nagłówki fragmentami wierszy. Bardzo mnie cieszy liczba wiadomości, które dostaję od naszych czytelników z tego powodu. Piszą, że ich to zainspirowało, że odnaleźli cały utwór i przeczytali jakiś wiersz pierwszy raz od czasów liceum. To bardzo miłe.

Jesteś fanem poezji?

- Nie. Lubię, ale nie czytam. To był po prostu mój sposób na egzamin maturalny. Zdawałem starą maturę i uznałem, że szybciej będzie, jak nauczę się na pamięć wierszy niż całych zeszytów omówień. Cytaty zostały mi w głowie.

Mam wrażenie, że cały czas próbujesz się jakoś usprawiedliwić. Niesienie ludziom rozrywki czy znajomość wierszy to nic wstydliwego.

- Oczywiście. Myślę, że robimy po prostu inteligencki tabloid. Posługujemy się takimi samymi mechanizmami jak „Super Express” czy „Fakt”. Łapiemy coś na szybko, żeby wzbudzić śmiech. Ludzie mają nas polubić i udostępniać nasze rzeczy dalej. To jest bardzo proste. Nasz fanpage powstał bez żadnej ideologii.

No właśnie. Jak to się wszystko zaczęło?

- Wyszło dość naturalnie. Mieliśmy ze znajomymi tworzącymi MediaTory wspólną grupę mailingową. Kolega wkleił do wiadomości jakiś absurdalny nagłówek z Onetu i wezwał naszego innego znajomego, który tam pracował, do odpowiedzi. Trochę dla żartu. Mail wywołał falę komentarzy. Okazało się, że temat żre, więc postanowiliśmy to pociągnąć. Po prostu.

Marcin Sikorski z „Nagłówków nie do ogarnięcia” (fot. Marcin Giera)Marcin Sikorski z „Nagłówków nie do ogarnięcia” (fot. Marcin Giera)

Od czterech lat królujecie w internecie. Zdarza się, że nabijacie się ze swoich kolegów ze studiów?

- Jasne. Nie zawsze wiem, że to są teksty znajomych, bo w portalach nie są zawsze podpisane, ale czasem dostaję od nich esemesy. Zwykle się z tego śmiejemy. Czasem też podsyłają mi nagłówki swoich kolegów z redakcji. Anonimowo oczywiście.

Czyli kablują?

- Tak, ale to nie jest groźne.

Powiedziałabym, że nawet korzystne. O ile działamy zgodnie z zasadą; „Nieważne co, ważne, że mówią”. Nie czujesz się źle z tym, że napędzasz głupotę?

- Kiedy sobie uświadomiliśmy, że te „Nagłówki” rosną w siłę, to wpadłem na pomysł, żeby jakoś to dobrze wykorzystać. O „Nagłówkach” zwykliśmy mówić „Medialny Wietnam”, a ja zacząłem robić „Medialny Wersal”. Raz na dwa tygodnie robiłem TOP 10 materiałów ambitnych i jakościowych materiałów dziennikarskich. Zestawienie publikowałem na Facebooku i wrzucałem na stronę. Oczywiście miało to dużo mniejszą klikalność niż te głupie nagłówki, ale nie zrażało mnie to, tym bardziej że reakcja na to była pozytywna. Ludzie nie mają czasu wyszukiwać fajnych treści, a dzięki Wersalowi dostawali je od kogoś, komu ufają.

Myślę, że taka może być rola „Nagłówków” - żeby budowały sobie zasięg i popularność przez te „nie do ogarnięcia”, ale robiły też działalność z boku, czyli „nagłówki do ogarnięcia”, coś, co musisz ogarnąć, żeby się rozwijać. Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze do tego pomysłu wrócić.

Marcin Sikorski z „Nagłówków nie do ogarnięcia” (fot. Marcin Giera)Marcin Sikorski z „Nagłówków nie do ogarnięcia” (fot. Marcin Giera)

To znamienne, że masz czas na głupie żarty i szyderę, a nie znajdujesz go na rzeczy wartościowe.

- To dlatego, że te „nieogarnięte” nagłówki wysyłają nam czytelnicy. Przychodzi tego mnóstwo. Wystarczy w przerwie od pracy wejść na naszą skrzynkę, przejrzeć nagłówki, wybrać jeden, wymyślić komentarz i opublikować. Całość zajmuje jakieś cztery minuty. Żeby przygotować jedno wydanie „Wersalu”, potrzebowałem kilkunastu godzin.

Nie mogłeś, jak w przypadku nieogarniętych nagłówków, poprosić o to swoich czytelników?

- Oczywiście. Podsyłali mi teksty, ale nie za dużo. To, co wysyłali, było dobre, ale nie wystarczało, żeby zrobić całe wydanie. Na razie zawiesiłem moją działalność, ale jeszcze się nie poddałem. Problem jest jeszcze jeden - jeśli robisz przedsięwzięcia, za które nie dostajesz kasy, bo my na „Nagłówkach” nie zarabiamy, to zapłatą, jest kiedy ludzie to udostępniają czy lajkują. W przypadku „Wersalu” nie było takiej reakcji - patrzcie, super!

Dla mnie super. Gdzie szukać jakości w mediach?

- Dobre treści można znaleźć wszędzie.

Polecisz coś konkretnie?

- Jest cała masa miesięczników i kwartalników niskonakładowych, jak „ResPublica”, „Znak”, „Nowa Europa Wschodnia”, „Krytyka Polityczna”. Są takie miejsca w internecie jak Dwutygodnik, Kultura Liberalna czy Voxeurop - zbierający najlepsze artykuły z prasy europejskiej oraz projectsyndicate, który publikuje analizy z całego świata i można by z niego nie wychodzić cały dzień. Nie mówiąc już o zagranicznych mediach, które również mają treści za darmo. Mam naprawdę problem z tym, na co się zdecydować, bo jest tego tyle.

I co ciekawe, te dobre informacje to nie jest kwestia tylko poważnych tytułów, jak „The New York Times" czy ukrytych za internetowymi paywallami. „The New Yorker” robi na przykład świetną rzecz - co tydzień oddaje swój Instagram innej osobie. Z samych tych zdjęć i ich opisów można dowiedzieć się tylu ciekawych rzeczy o świecie, że nie warto wchodzić na fejsa.

Narzekamy cały czas na Polskę. A jak to wygląda za granicą? Ich media różnią się od naszych?

- Niewiele. Zarówno w polskich, jak i w zagranicznych mediach jest bardzo dużo i płytkich, i ważnych treści. Czasem słyszę argument, że w Stanach ludzie oglądają seriale typu „Mad Man” i czytają ambitne treści, a u nas się ogłupiają, ale jak się zestawi bezwzględne liczby, np. nakładów czy oglądalności z liczbą mieszkańców, to wyjdzie na to, że polskie społeczeństwo niewiele się różni. Denerwują mnie komentarze, które pojawiają się często na „Nagłówkach”, że polskie media znów sięgnęły dna albo że polscy dziennikarze są najgłupsi. Generalnie jako naród mamy okropną tendencję do dokopywania sobie. Gdy mówimy „to takie polskie”, to oznacza, że coś jest złe.

źródło Nagłówki nie do ogarnięcia / www.facebook.com/naglowki(źródło: Nagłówki nie do ogarnięcia / www.facebook.com/naglowki)

Z całym szacunkiem, ale mimo waloru edukacyjnego „Nagłówków”, o którym mi opowiadałeś, to wchodząc na twój fanpage, pierwszą myślą jest: komu teraz dokopią?

- No tak. W pierwszej kolejności chcemy szydzić.

A ty nie czujesz się odpowiedzialny za hejt, który rozkręcacie swoimi wpisami.

- Może masz rację, może trzeba zamknąć ten fanpage, bo rzeczywiście może tak być, że wzmagamy takie zachowania. Z drugiej strony mam wrażenie, że dzięki nam media bardziej się pilnują. Teraz trzeba by zważyć na jakiejś szali, co jest ważniejsze. Nie podjęliśmy się jeszcze takiego zadania.

Moderujecie komentarze? Może to jest jakiś sposób?

- Nie, praktycznie nigdy. Chyba że pojawi się totalny hardcore. Zastanawiam się naprawdę czy na „Nagłówkach” jest aż taki hejt. Mam wrażenie, że ludzie uwielbiają pokazywać, że są mądrzejsi od innych, a szczególnie widać to w internecie. Myślę, że to jeden z najważniejszych powodów, dla których nagłówki się tak szerują.

Gdzie najłatwiej znaleźć nagłówkowy hit?

- Absolutnym numerem jeden są portale horyzontalne. Media, które muszą podawać jak najwięcej informacji w jak najkrótszym czasie. Tam siłą rzeczy jest więcej pomyłek. Typowe błędy ortograficzne jednak nas nie kręcą. Jest taki fanpage „Cała Polska czyta dziennikarzom” i oni się w tym specjalizują, ale szczerze mówiąc, brakuje im polotu. Błąd ortograficzny to coś, co może się zdarzyć każdemu. Oczywiście publikujemy te kuriozalne, ale najbardziej kręcą nas rzeczy, które przez błąd redakcji zyskują jakiś dodatkowy kontekst. Furorę zrobił kiedyś nagłówek „Ciało młodej Polski znaleziono w Izraelu” - zamiast Polki było Polski. Daliśmy komentarz: „Na miejscu jest nasz reporter - Stanisław Wyspiański”.

źródło Nagłówki nie do ogarnięcia / www.facebook.com/naglowki(źródło: Nagłówki nie do ogarnięcia / www.facebook.com/naglowki)

Internauci to złapali?

- Oczywiście. Często na profilu nazywamy naszych fanów amebami i pierwotniakami, ale myślę, że mimo wszystko u nas jest ta inteligentniejsza część Facebooka, której to nie obraża. Na „Nagłówkach” pojawia się naprawdę dużo świetnych komentarzy. Widać, że ci ludzie dużo czytają, można się z nimi pośmiać.

Z czego najbardziej?

- Naszym największym hitem było coś, co nazwaliśmy metatrollem. W „Gazecie Wyborczej” ukazał się kiedyś artykuł o wyłudzaniu klików, czyli tych tekstach o dość absurdalnych tytułach typu „Patrz, jak grzeszą nastolatki w Krakowie” czy „Komorowski umarł”, które wyświetlają nam się tylko po to, żebyśmy w nie kliknęli. Dziennikarka „Wyborczej ”, która napisała ten tekst, wpadła na genialny pomysł i zatytułowała ten artykuł jak wyłudzacze. To było coś w stylu: „Chory na ebolę zgwałcił księdza w czołgu”. Ludzie zaczęli nam to masowo zsyłać jako nagłówek nie do ogarnięcia.

Początkowo uznaliśmy, że go nie opublikujemy, bo to genialny koncept i nie ma się z czego śmiać. Po chwili stwierdziliśmy, że strollujemy trochę naszych fanów. Zrobiliśmy zdjęcie tego nagłówka, z leadem i z początkiem tekstu, z którego dało się w 100 proc. odczytać, o co w tym chodzi. Post miał rekordowy zasięg, jakieś 200 tys., 7 tys. udostępnień. Połowa komentarzy była o tym, jakie to media są głupie i czego to już dziennikarze nie wymyślą. Oczywiście przeczytali tylko nagłówek. Strasznie byliśmy z siebie dumni.

źródło - Nagłówki nie do ogarnięcia / niedoogarniecia.pl(źródło: Nagłówki nie do ogarnięcia / niedoogarniecia.pl)

O czym to świadczy?

- Że najbardziej lubimy śmiać się z cudzej głupoty, a trudniej nam o refleksję nad sobą.

A z siebie umiecie się śmiać? Popełniacie czasem błędy?

- Oczywiście. Strasznie wtedy z nas szydzą. Chociażby ostatnio napisałem „także" łącznie, a chodziło o „tak że”. Działam przy tych nagłówkach dokładnie tak, jak działa dziennikarz newsowy. Piszę w przerwach od pracy.

Pracujesz w agencji reklamowej, więc czasu pewnie nie masz za wiele. Ciesz się, że nie jesteś już dziennikarzem. Amerykańscy eksperci umieścili ostatnio ten zawód na 200. miejscu listy najgorszych zawodów świata. W zeszłym roku byliśmy na 199., ale zamieniliśmy się miejscami z drwalem. Pamiętasz, dlaczego poszedłeś na dziennikarstwo?

- Miałem taki szalony pomysł, że zastąpię Piotra Kaczkowskiego w Trójce.

Widzę, że się nie udało. Poszedłbyś jeszcze raz na dziennikarstwo?

- Odpowiem pytaniem. Czy kończąc dziennikarstwo, zostanie się łatwo dziennikarzem? Nie. Ale czy jak chcesz zostać dziennikarzem, to dziennikarstwo ci to ułatwi? Zdecydowanie tak. Myślę, że to ma duże znaczenie, żeby szybko znaleźć się w grupie ludzi, którzy mają pasję. Na studiach robiło się niewiele praktycznych rzeczy, ale dzięki temu szybko zaczęliśmy wbijać się do redakcji. Z tej perspektywy warto było iść na te studia.

Pewnie bez studiów dziennikarskich nie byłoby „Nagłówków”. Słyszałam, że kilka osób chciało już od was fanpage kupić.

- Tak, ale nigdy się na to nie zgodzimy. O „Nagłówkach” myślę jak o polisie na przyszłość. Mam świadomość, że dziś rozpoznawalność jest ważna. Zdaję sobie sprawę, że chociaż nie przynosi to pieniędzy, to jest to jakaś inwestycja.

Na pewno intelektualna. Dużo musisz się przy okazji nagrzebać?

- Lubię to. Jestem typem, który przez trzy dni czyta jedną gazetę, bo wszystko muszę wygooglować i sprawdzić.

(źródło Nagłówki nie do ogarnięcia / www.facebook.com/naglowki)(źródło: Nagłówki nie do ogarnięcia / www.facebook.com/naglowki)

To zabawnie, że prywatnie jesteś taki dociekliwy, a na waszym fanpage'u promujesz powierzchowność.

- Skoro tak to podsumowujesz.

Inaczej chciałam to podsumować. Będziesz autoryzował tę rozmowę? Bo jako spec od łapania za słówka powinieneś choć raz pozwolić się innym złapać...

- Nie mam do siebie aż takiego zaufania. A ograniczone zaufanie do siebie przydaje się nie tylko przy używaniu własnego auta, ale i własnego mózgu. Wolę to przeczytać.

Czyli się boisz. Polskie media są otwarte na krytykę?

- Chyba tak, bo nigdy nikt się do nas nie przyczepił. Myślę, że gdyby teraz, przy takim zasięgu fanpage'a, ktoś się odezwał i zabronił publikować swoich nagłówków, to byśmy ich wyśmiali. To byłaby straszna kompromitacja.

Wyobrażasz sobie dzień, kiedy nie będzie niczego „nie do ogarnięcia”?

- Nigdy tak nie będzie. Nic nie bawi tak jak życie. Dlatego „Nagłówki” osiągnęły taki sukces.

 

Marcin Sikorski Jest copywriterem w agencji reklamowej Hand Made. Wcześniej współpracował m.in. z „Wydarzeniami” TV Polsat, Studiem Reportażu Polskiego Radia i Grupą Wydawniczą ZNAK. Dwukrotnie nagradzany przez Klub Twórców Reklamy oraz w konkursie kreatywności w reklamie „Kreatura”, zdobywca (wraz z Piotrem Cebo) drugiego miejsca w Pornhub Creative Director Challenge". W 2006 zainicjował powstanie plebiscytu MediaTory - Studenckie Nagrody Dziennikarskie, którym przez 6 lat zarządzał. Od 2011 razem z Gosią Masternak i Krzyśkiem Zywarem prowadzą na Facebooku stronę „Nagłówki nie do ogarnięcia”, którą aktualnie śledzi 120 tys. osób.

Olga Święcicka. Krytyk teatralny z wykształcenia, dziennikarka z serca. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu, Krakowskiej Szkoły Scenariuszowej. Publikowała m.in. w „Wysokich Obcasach”, „Przekroju”, „KUKBUKU”, „Art&Buisness”, „Aktiviście”, „Ruchu Muzycznym” i w Dwutygodniku. Kiedy nie baluje, to czyta wiadomości kulturalne w II PR Polskiego Radia. Ciągle wierzy, że jest debiutantką. Celebruje więc każdy sukces.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (29)
Zaloguj się
  • rabingoldblatt

    Oceniono 78 razy 54

    Trzeba przyznać, że bohater materiału znalazł sposób na siebie. I dobrze.

    Chociaż na "chleb z Biedronki" zarabia normalną pracą:))

  • Beata L

    Oceniono 65 razy 29

    "Sporo tego jak na chłopaka, który właśnie skończył 30 lat."
    A dziewczynka przeprowadzająca wywiad ile ma lat? 5 czy 50 ?

  • brigante32

    Oceniono 39 razy 29

    "Ale odbiorców nie interesuje, jak powstawał produkt, tylko efekt końcowy."

  • play100cen

    Oceniono 43 razy 27

    Po pierwszej zajawce myślałem, że to chłopaki i dziewczyny z Czerskiej chcą opowiedzieć o swojej pracy w gazeta.pl

  • cholonek

    Oceniono 29 razy 23

    Gazeta.pl to jest jeden wielki nagłówek nie do ogarniecia.

  • da3lek

    Oceniono 21 razy 15

    jedyne co wyniosłem z tego wywiadu to kilka ciekawych odnośników :)

  • bene_gesserit

    Oceniono 18 razy 8

    Wywiad nudny, szkoda, ze nagłówków trzy na krzyż.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX