Siostry Marion, Renate i Karen Gumprecht, objęte pomocą National Refugee Service (NRS) i Hebrew Immigrant Aid Society (HIAS), wkrótce po przybyciu do Stanów Zjednoczonych, Central Park, Nowy Jork, 1941

Siostry Marion, Renate i Karen Gumprecht, objęte pomocą National Refugee Service (NRS) i Hebrew Immigrant Aid Society (HIAS), wkrótce po przybyciu do Stanów Zjednoczonych, Central Park, Nowy Jork, 1941 (fot. Mara Vishniac Kohn, dzięki uprzejmości International Center of Photography)

Ludzie

Jego zdjęcia stały się ostatnim zapisem zniszczonego świata. Roman Vishniac w Muzeum Historii Żydów Polskich

Portretował Berlin lat 20., europejskich Żydów przed Holocaustem, dokumentował życie tych najbiedniejszych, uwieczniał moment przejęcia władzy przez nazistów, smakował uroki Paryża i Nicei tuż przed wybuchem wojny oraz pulsującego jazzem Nowego Jorku lat 50. Spuściznę tego wybitnego fotografa można podziwiać na wystawie ?Roman Vishniac: Fotografia, 1920-1975? w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. Spotkaliśmy się z jej kuratorką Mayą Benton z nowojorskiego International Center of Photography.

Moskwa, 1904 rok. Romek Wiśniak, wychowujący się w rodzinie zamożnych rosyjskich Żydów, kończy 7 lat i dostaje na urodziny swój pierwszy aparat fotograficzny i mikroskop, jest nimi zafascynowany. Jeszcze tego nie wie, ale te dwa atrybuty naznaczą całe jego życie i staną się jego narzędziami do badania otaczającego go świata. Na dekadę przed końcem XX stulecia, dożywszy 92 lat, umiera w Nowym Jorku jako Roman Vishniac - słynny amerykański fotograf, który jako jeden z ostatnich, tuż przed nadejściem Holocaustu, sportretował przedwojenny świat sztetli i żydowskich dzielnic wschodnioeuropejskich miast.

W kręgach akademickich znany jest również jako pionier naukowej fotografii mikroskopowej. Pomiędzy tymi wydarzeniami zawiera się ocean doświadczeń człowieka i fotografa - od spotkań z berlińską bohemą lat 20., przez pączkujący w Republice Weimarskiej nazizm, dokumentowanie życia europejskiej społeczności żydowskiej, a potem żydowskiego życia w Ameryce.

Roman Vishniac z aparatem Rolleiflex, ok. 1935-1938 (fot. Nieznany fotograf, ©Mara Vishniac Kohn, dzięki uprzejmości International Center of Photography)

Anna Sańczuk: Roman Vishniac znany jest na świecie jako autor ikonicznych fotografii Żydów w miastach i miasteczkach Europy Wschodniej zrobionych na moment przed wybuchem drugiej wojny światowej. Tymczasem z tej wystawy wyłania się obraz fotografa o znacznie bogatszym, różnorodnym i nowoczesnym dorobku, niż można się było spodziewać. Kim więc właściwie jest Vishniac, widziany z perspektywy twojej wystawy?

Maya Benton: Roman Vishniac był odpowiedzialny za ostatni, wykonany przez indywidualnego fotografa, zbiór fotografii, dokumentujący żydowskie życie we wschodniej i środkowej Europie przed wojną. Od 1935 do 1938 roku przemierzał tę część świata z aparatem. Przejechał wówczas około 5 tysięcy mil i zebrał bardzo bogaty materiał fotograficzny.

Był także w Polsce...

- Był w Polsce, również w Czechosłowacji, Rumunii, na Węgrzech... Ta część jego dorobku stała się najbardziej znana i najszerzej reprodukowana, ale to przecież tylko 4 lata z jego życia! Tak naprawdę miał bardzo długą, bardzo intensywną karierę, która trwała od wczesnych lat 20., aż do wczesnych lat 90.

Wnętrze dworca kolejowego Anhalter Bahnhof w pobliżu Potsdamer Platz w Berlinie, przełom lat 20. i 30. XX wieku (fot.    Mara Vishniac Kohn, dzięki uprzejmości  International Center of Photography)Wnętrze dworca kolejowego Anhalter Bahnhof w pobliżu Potsdamer Platz w Berlinie, przełom lat 20. i 30. XX wieku (fot. Mara Vishniac Kohn, dzięki uprzejmości International Center of Photography)

To było niezwykle bogate w doświadczenia życie.

- Bardzo długie życie niesamowicie wszechstronnego i doświadczonego fotografa! Vishniac (wówczas jeszcze Wiśniak) urodził się w 1897 roku w Pawłowsku nieopodal Petersburga,  wychowywał się w Moskwie, tam też studiował biologię i medycynę, a po wybuchu rewolucji październikowej, w latach 20., przeprowadził się z rodziną do Berlina. I dokładnie w tym miejscu zaczyna się nasza wystawa. W Berlinie mieszkał przez prawie 20 lat, odliczając czas na ów projekt realizowany w środkowo-wschodniej Europie. Tutaj udzielał się jako członek wielu klubów fotograficznych, zbudował świetnie wyposażone laboratorium fotograficzne w swoim mieszkaniu w zamożnej mieszczańskiej dzielnicy Wilmersdorf. Na fotografiach z tego okresu możemy zobaczyć jego wczesne fascynacje modernizmem i Berlinem okresu Republiki Weimarskiej, kiedy stykał się z awangardowymi nurtami w sztuce, jak słynny niemiecki ekspresjonizm filmowy, miał kontakty z miejscową bohemą, obserwował uliczne życie, odwiedzał berlińskie kawiarnie i zoo. To pozwala spojrzeć na jego pracę w innym kontekście, zobaczyć w nim wielkiego fotografa modernizmu, nie tylko portrecistę żydowskiej diaspory.

Krnąbrność, Berlin, 1929. (fot.   Mara Vishniac Kohn, dzięki uprzejmości International Center of Photography)Krnąbrność, Berlin, 1929. (fot. Mara Vishniac Kohn, dzięki uprzejmości International Center of Photography)

Z tego pierwszego okresu pochodzi np. bardzo interesujące zdjęcie, zrobione w berlińskim zoo. Możesz opowiedzieć o nim coś więcej?

- To wspaniałe odkrycie z berlińskiego okresu jego twórczości. Fotografia zoo jest szczególnie wyrazistym przykładem połączenia jego dwóch pasji. Z wykształcenia Vishniac był biologiem i zoologiem, tutaj pasja związana z badaniami nad światem natury splata się z pasją fotograficzną. W tym czasie był już bardzo doświadczonym fotografem amatorem, znał się z dyrektorem berlińskiego ogrodu zoologicznego, a jego rodzina miała kartę członkowską klubu miłośników zoo, bo przynależność do tego typu organizacji była wówczas dość rozpowszechniona wśród żydowskich rodzin z Berlina, należących do wyższej klasy średniej. Zoo było miejscem, które traktował nieomal jak swój drugi dom. Przebywała tam wówczas para niedźwiedzi polarnych, bardzo popularna wśród publiczności. Vishniac wspiął się na klatkę i fotografował zwierzęta z góry - efekt jest taki, jakby to ludzie znajdowali się w klatce, oglądani przez niedźwiedzie. To przykład fantastycznej fotografii modernistycznej.

Krótko po zrobieniu tego zdjęcia niemieckie władze pozbawiły Żydów członkostwa w klubie i zabroniono im pojawiać się w zoo - co nadało tej fotografii zupełnie nowy kontekst. Spojrzenie na „ludzi w klatce” nagle łączy się z sytuacją zinstytucjonalizowanego wykluczenia społeczności żydowskiej z życia publicznego, kiedy to np. żydowskie dzieci usuwano ze szkół „dla Aryjczyków”. Potem przychodzą inne zdjęcia, na których Vishniac uwieczniał ów moment przejęcia władzy przez nazistów, którzy coraz śmielej poczynali sobie na berlińskich ulicach. Robił je z ukrycia, udając, że fotografuje córkę Marę. Fotografia z zoo jest jak symboliczny punkt zero na przejściu pomiędzy jego pracami berlińskimi, poddanymi nowoczesnym wpływom, a bezpośrednią dokumentacją tego, jak naziści zdobywają władzę. To jeden z nowych aspektów jego dzieła ukazanych na wystawie, dotąd nieznany.

Córka Vishniaca, Mara, pozuje przed plakatem wyborczym Hindenburga i Hitlera, na którym widnieje napis: „Marszałek i Kapral: Walczcie z nami o pokój i równouprawnienie”, Wilmersdorf, Berlin], 1933. (fot.   Mara Vishniac Kohn, dzięki uprzejmości  International Center of Photography)Córka Vishniaca, Mara, pozuje przed plakatem wyborczym Hindenburga i Hitlera, na którym widnieje napis: „Marszałek i Kapral: Walczcie z nami o pokój i równouprawnienie”, Wilmersdorf, Berlin], 1933 (fot. Mara Vishniac Kohn, dzięki uprzejmości International Center of Photography)

Tych nowych aspektów w jego dorobku znajdziemy więcej, pojawiają się też nowe interpretacje jego dzieła - jakie?

- Poza ikonicznymi zdjęciami z lat 1935-38 większość prezentowanych przez nas fotografii nie była nigdzie publikowana i nawet w obrębie tych najbardziej znanych prac pokazujemy zupełnie nową perspektywę patrzenia na dorobek Vishniaca. On podkreślał przez całe życie, aż do lat 90., że te fotografie były produktem narzuconego sobie samemu planu, rodzajem zobowiązania wobec swojej społeczności, aby ocalić twarze ludzi, o których wiadomo było, że są skazani na zagładę. Nagłaśniał tę cześć dorobku, od kiedy zrozumiał, do czego dąży Hitler i zauważył, że wcześniejsze sygnały tragedii zostały przez świat zlekceważone.

Nasze poszukiwania i badania w archiwach dowiodły, że jego wschodnioeuropejski projekt był pierwotnie pomyślany jako dokumentacja życia najbiedniejszych, najbardziej potrzebujących wschodnioeuropejskich Żydów. Zdjęcia te były zamówione i wykorzystywane przez American Jewish Joint Distribution Committee (Amerykańsko-Żydowski Połączony Komitet Pomocy, znany w Polsce jako Joint), który do dziś jest największą żydowską organizacją humanitarną, zbierającą pieniądze na programy pomocowe dla tych najuboższych. Te obrazy miały posłużyć do zbierania datków na dobroczynność! Dlatego pokazywały jedynie wycinek żydowskiego życia w tej części świata - ciemne mieszkanka w oficynach, brudne kuchnie, żebraków na ulicach.

Szuflada świeżo zebranych jajek, Gut Winkel - gospodarstwo szkoleniowe dla młodych niemieckich Żydów planujących emigrację do Palestyny, Spreenhagen in der Mark, Brandenburg, Niemcy, ok. 1938 (fot.   Mara Vishniac Kohn, dzięki uprzejmości  International Center of Photography)Szuflada świeżo zebranych jajek, Gut Winkel - gospodarstwo szkoleniowe dla młodych niemieckich Żydów planujących emigrację do Palestyny, Spreenhagen in der Mark, Brandenburg, Niemcy, ok. 1938 (fot. Mara Vishniac Kohn, dzięki uprzejmości International Center of Photography)

Po prostu robił zdjęcia na zamówienie, mające posłużyć do ilustracji akcji charytatywnych Jointu, tak?

- Pokazujemy na wystawie przykład - jedna z jego fotografii była użyta w reklamie dorocznej kampanii charytatywnej w Nowym Jorku w 1938 roku, zdjęcia pojawiały się też na puszkach na datki. Prezentowano je podczas kampanii w pięciu miastach: w Chicago, Bostonie, Nowym Jorku, Londynie i Berlinie, by poruszyć serca potencjalnych darczyńców. Wyobraźmy sobie, że dzisiaj decydujemy: Zróbmy zdjęcia bezdomnym w Warszawie, żeby zbudować dla nich mieszkania, a potem nadchodzi katastrofa, miasto znika, zaś 50 lat później ludzie, patrząc na te zdjęcia, mówią: Tak wyglądało tu kiedyś życie. To właśnie spotkało fotografie Vishniaca.

Mieszkańcy wsi w Karpatach, ok. 1935-1938 (fot.   Mara Vishniac Kohn, dzięki uprzejmości  International Center of Photography)Mieszkańcy wsi w Karpatach, ok. 1935-1938 (fot. Mara Vishniac Kohn, dzięki uprzejmości International Center of Photography)

To zmieniło całą interpretację jego dorobku fotograficznego.

- Tak, ten projekt koncentrował się na pokazaniu biedy, i to głównie w męskim wydaniu. Ponieważ to żydowscy mężczyźni odróżniali się od reszty społeczeństwa strojem, zaś kobiety żydowskie wyglądały mniej więcej podobnie jak pozostałe, tak więc, dostając zadanie sportretowania ubogich Żydów, skupił się właśnie na mężczyznach i chłopcach. A na tych niepublikowanych pracach widać też kobiety - pewne siebie, zaradne, np. właścicielki warszawskich ulicznych straganów, młodych zawadiackich tragarzy, widać zupełnie inny typ ludzi oraz świeckie życie, które tu się toczyło.

Ocaleli z Zagłady zbierają się  przed budynkiem, w którym piecze się macę  na święta Pesach, obóz dla dipisów w Hénonville, Pikardia, Francja, 1947 (fot.  Mara Vishniac Kohn, dzięki uprzejmości  International Center of Photography)Ocaleli z Zagłady zbierają się przed budynkiem, w którym piecze się macę na święta Pesach, obóz dla dipisów w Hénonville, Pikardia, Francja, 1947 (fot. Mara Vishniac Kohn, dzięki uprzejmości International Center of Photography)

Można więc zobaczyć pełniejszy obraz tego przedwojennego świata w Warszawie i Europie Środkowo-Wschodniej niż ten znany z dotychczasowych publikacji?

- Tak i jednocześnie widać, jak Vishniac wniósł do tego tematu prawdziwie modernistyczne spojrzenie. Był wspaniałym fotografem dokumentującym życie społeczne w tym samym czasie, kiedy w Ameryce wielcy fotografowie dokumentaliści pokazywali kraj czasów Roosevelta i jego programu New Deal. Jak Walker Evans portretujący południe Stanów czy Dorothea Lange fotografująca ubogie matki i dzieci czasów Wielkiego Kryzysu, Vishniac wykazywał się podobną wrażliwością, kierując swoje oczy na wschód Europy. Tak więc on tak przedstawiał te fotografowane historie, by wzmocnić swoją reputację, ale jednocześnie oglądając dziś oryginalne, często niepublikowane kadry z tego okresu, widzimy, jak pociągało go życie we wszelkich przejawach, które miał okazję podglądać.

Uważam, że zrozumienie kontekstu tego „wschodnioeuropejskiego” zamówienia stawia go na pozycji jednego z największych fotografów-dokumentalistów społecznych lat 30. A kiedy spoglądamy szerzej na jego pracę od lat 20. do 80., widzimy wręcz jednego z najwybitniejszych fotografów wieku XX.

Dawid Eksztajn, lat 7, i jego koledzy z klasy w chederze (żydowskiej szkole podstawowej), Brody, ok. 1938 (fot.   Mara Vishniac Kohn, dzięki uprzejmości  International Center of Photography)Dawid Eksztajn, lat 7, i jego koledzy z klasy w chederze (żydowskiej szkole podstawowej), Brody, ok. 1938 (fot. Mara Vishniac Kohn, dzięki uprzejmości International Center of Photography)

Roman Vishniac zdołał umknąć przed Holocaustem. Przybył do Stanów Zjednoczonych w 1941 roku z Francji, gdzie był internowany jako bezpaństwowiec. Negatywy zdjęć przemycił z Francji przez Kubę rok później jego przyjaciel. Pokazy fotografii miały miejsce dopiero w 1943 i 1944 roku. Jednym z elementów warszawskiej ekspozycji jest rekonstrukcja jednej z pierwszych wystaw w Ameryce. Dlaczego zdecydowałaś się na taki zabieg?

- Mamy zachowane oryginalne odbitki w oprawie passe-partout z opisem w jidysz, które były pokazane w Nowym Jorku w grudniu 1944 i styczniu 1945, kiedy wojna w Europie wkraczała w swoją finałową fazę. Te fotografie były dla Vishniaca bardzo cenne. Wystawa odbyła się w YIVO Institute for Jewish Research w Nowym Jorku, który zatrzymał sobie oprawione „kartony” z pracami. Przez kilka lat trwała przepychanka między Vishniakiem a YIVO, żeby zwrócił te prace. Teraz znajdują się one w kolekcji International Center of Photography.

Pokazujemy je po raz pierwszy od tamtej pierwotnej wystawy. Częściowo powodem, by je zaprezentować, była chęć odtworzenia jego pierwszego ważnego amerykańskiego pokazu w pełnej formie, traktuję ten zbiór jako swoistą kapsułę czasu. Na tej samej sali znajduje się również prezentacja prac Vishniaca publikowanych w amerykańskiej prasie jidysz w latach 40. Sygnalizuje to interesującą zmianę w odbiorze jego twórczości. Od 1935 do 1938 roku jego fotografie ze wschodniej Europy były elementem projektu dokumentującego biedę środkowoeuropejskich Żydów. W 1944 roku zostały pokazane w Nowym Jorku, podczas gdy Vishniac pisał rozpaczliwe listy do Roosevelta, prezydenta swej nowej, przybranej ojczyzny, błagając go, by interweniował w sprawie Holocaustu: To fotografie mojego ludu, które Wam pokazuję, proszę, niech Pan odwiedzi wystawę i zrobi, co w jego mocy, by im pomóc - pisał.  Nim skończył się rok 1947, te zdjęcia stały się ostatnim zapisem zniszczonego świata. W ciągu zaledwie jednej dekady nastąpiła tak krytyczna zmiana w percepcji i rozumieniu tej samej grupy prac. I to właśnie chciałam pokazać, zestawiając te fotografie w jednej przestrzeni.

Sara, siedząca w łóżku w mieszkaniu w suterenie, z malowanymi szablonem kwiatami nad głową, Warszawa], ok. 1935-1937 (fot. Mara Vishniac Kohn, dzięki uprzejmości International Center of Photography)Sara, siedząca w łóżku w mieszkaniu w suterenie, z malowanymi szablonem kwiatami nad głową, Warszawa], ok. 1935-1937 (fot. Mara Vishniac Kohn, dzięki uprzejmości International Center of Photography)

Dla mnie bardzo poruszające są również fotografie z okresu, kiedy Vishniac wrócił do Europy ponownie, tuż po wojnie. Był już Amerykaninem, który zjawił się tam, by udokumentować zniszczenia, a także obozy uchodźców. Skąd ten pomysł?

- Dziękuję, że o tym mówisz. To było jedno z największych i najbardziej ekscytujących odkryć podczas badań nad jego twórczością! W 1947 roku Vishniac został wysłany do Europy ponownie przez Joint, United Jewish Appeal, a także gazetę „The Forward”. Zdjęcia ruin to był jego własny pomysł, w rzeczywistości te instytucje wysłały go, by dokumentował to, co dzieje się w obozach dla przesiedleńców żydowskich, ponieważ Joint dostarczał tam pomoc żywnościową, paczki z jedzeniem.

Vishniac sfotografował np. małą dziewczynkę z wielkim kontenerem paczek żywnościowych. Można było potem komunikować - oto jedzenie, które ci ludzie dostają, prosimy o datki na tę akcję. Dokumentował zajęcia szkolne z hebrajskiego, kursy dla imigrantów. Chodziło o poruszenie serc amerykańskich donatorów, a także wpłynięcie na politykę w kwestii osadnictwa żydowskiego w Palestynie, ponieważ w tych obozach żyło ok. 350 tysięcy żydowskich przesiedleńców, których żaden kraj nie chciał przyjąć. Tak więc jego fotografie były „polityczne”, kiedy próbowały otworzyć szerzej drzwi dla emigracji, ale także bardzo „praktyczne”, pokazujące dzieci noszące nowe ubrania z darów, spożywające jedzenie z amerykańskich paczek.

Ulice są wolne od brunatnych batalionów!, Berlin, 1947 (fot.  Mara Vishniac Kohn, dzięki uprzejmości  International Center of Photography)Ulice są wolne od brunatnych batalionów!, Berlin, 1947 (fot. Mara Vishniac Kohn, dzięki uprzejmości International Center of Photography)

Jak wiem, dla ciebie ta część jego pracy była bardzo znacząca także z innego, osobistego powodu...

- Jedną z tych sfotografowanych przesiedlonych osób była moja mama, dorastająca w obozie w Schlachtensee, niedaleko Berlina. Mieliśmy prawdziwe szczęście, że to odkryliśmy. Vishniac sportretował około 40 obozów dipisów [skrót od ang. displaced persons, określenie stosowane przez aliantów wobec osób, które w „wyniku wojny znalazły się poza swoim państwem i czekają na powrót do kraju lub wyjazd do nowej ojczyzny” - przyp. red.], a byliśmy w stanie zidentyfikować najwyżej pięć. Jednym z nich był właśnie ten, w którym mieszkała moja mama, co jest niebywałe! Wywnioskowaliśmy to ze znaków kolejowych, plakatów na ścianach. Tylko w kilku przypadkach były takie charakterystyczne elementy pozwalające na identyfikację. Dla mnie zobaczenie miejsca, w którym moja mama spędziła pierwsze lata swojego życia, było czymś naprawdę niezwykłym.

Podczas tego pobytu w Europie Roman Vishniac fotografował też ruiny Berlina i ten cykl jest bardzo przejmujący, zwłaszcza w zestawieniu z fotografiami dipisów. Bo z jednej strony portretuje ocalonych z wojny, którzy zaczynają swoje nowe życie, a jednocześnie jedzie do swojego zbombardowanego berlińskiego mieszkania i je fotografuje.

Chłopiec stojący na stercie gruzu, Berlin], 1947 (fot.  Mara Vishniac Kohn, dzięki uprzejmości  International Center of Photography)Chłopiec stojący na stercie gruzu, Berlin], 1947 (fot. Mara Vishniac Kohn, dzięki uprzejmości International Center of Photography)

Dokumentuje swoją ulicę, swoją dzielnicę, swoje dawne miasto.

- Było wielu ludzi, którzy wracali do Berlina i robili zdjęcia ruin, odradzającego się życia, ale byli to głównie berlińscy Niemcy. A on miał szczególne spojrzenie. Przybył do tego miasta jako imigrant w latach 20. i portretował jego życie jako fotograf uliczny, a w 1947 roku powrócił, by pokazać kompletne zniszczenie tego świata. To bardzo poruszający i nieznany dotąd zbiór jego prac.

A jak wyglądał amerykański rozdział życia Vishniaca?

- Vishniac, jak wielu innych poszukujących fotografów, często zainteresowany był historiami, które niekoniecznie odzwierciedlały jego własne doświadczenia. Kiedy był zamożnym rosyjsko-żydowskim imigrantem w Berlinie, portretował biedotę żydowską w Europie Wschodniej, a jako amerykański obywatel dokumentował ruiny Berlina. Ale jego fotografie amerykańskich Żydów z lat 40. i 50. rzeczywiście były bliskie jego własnym doświadczeniom.

Kiedy przyjechał do Ameryki, był dość ubogi, miał jedynie swój aparat, założył więc studio portretowe, by zarobić na życie. Sportretował m.in. Chagalla i Einsteina, korzystając ze swoich znajomości wśród żydowsko-rosyjskich i niemieckich ekspatów. Fotografie tych znanych ludzi miały przyciągnąć do jego zakładu klientów. Włóczył się po mieście, fotografując pokazy burleski, nocne kluby przy Time Square. A także komunizujących komików, stand-uperów, jazzmanów i w ogóle cały ten miejski kosmos Nowego Jorku. Te zdjęcia nigdy dotąd nie ujrzały światła dziennego, pokazujemy je po raz pierwszy. W tym samym czasie dla żydowskich organizacji socjalnych dokumentował życie uchodźców, obozy przejściowe, szpitale, fundacje na rzecz ociemniałych, głuche dzieci uczące się mówić, cokolwiek, co tylko pozwalało mu zarobić.

Popołudniowi plażowicze, Nicea, ok. 1939 ( Mara Vishniac Kohn, dzięki uprzejmości International Center of Photography)Popołudniowi plażowicze, Nicea, ok. 1939 ( Mara Vishniac Kohn, dzięki uprzejmości International Center of Photography)

Jak uważasz, co z jego dorobku było najważniejsze dla niego samego, co najbardziej cenił?

- Myślę, że swoje fotografie naukowe, które stanowiły osobny rozdział jego działalności.

To prawdziwy paradoks jego życia - na siebie patrzył jako na fotografa naukowca, biologa z aparatem, a świat zna go i ceni jako fotografa dokumentalistę.

- Myślę, że to będzie wielkie zaskoczenie dla ludzi, którzy przyjdą zobaczyć tę wystawę. Vishniac spędził ostatnie 40 lat swojego życia w świecie pionierów fotografii mikroskopowej, używając światła spolaryzowanego i specjalnej techniki powiększeń do fotografowania zjawisk ze świata biologii i zoologii. Jako fotograf naukowy pojawił się nawet na okładce magazynu „Life”. Chciałam jakoś docenić to, czemu poświęcił kilkadziesiąt lat życia, ale trudno to było przedstawić na wystawie. W końcu, w osobnej sali na górze, wystawiliśmy jego mikroskop, obiektywy i podpisane przez niego slajdy, setki slajdów, wyświetlone na ekranie. Chciałam, żebyśmy się mogli poczuć, jakbyśmy byli z nim w jego laboratorium - ciemne wnętrze poświęcone nauce, z jego osobistym piętnem.

Bo to naprawdę było jego drugie życie, pełne przygód i wielkich osiągnięć i również bardzo różnorodne w podejściu do materii fotograficznej. Zauważ, że każda część tej wystawy pokazuje kompletnie inną stylistykę. Na przykład fotografie z Holandii, zrobione w 1938 roku na farmie żydowskich osadników szykujących się na wyjazd do Palestyny, wyglądają jak kadry inspirowane twórczością Rodczenki, zanurzone w estetyce rosyjskich konstruktywistów. A był to ten sam czas, w którym robił zdjęcia we wschodniej Europie. Ten artysta ma wielkie wyczucie kompozycji, różnorodność skali. Kiedy przyglądasz się czyjejś pracy, nie możesz nie docenić tego, co ten człowiek zdołał zawrzeć w obrębie jednego ludzkiego życia. Uważam, że nasza wystawa to dopiero wstęp do większej opowieści o jego życiu. Mam nadzieję, że przyciągnie ludzi do naszych archiwów w ICP (International Center of Photography), ponieważ wierzę, że jest w nich ukryta jeszcze co najmniej setka równie interesujących wystaw. Mamy 50 tysięcy obiektów, 10 tysięcy negatywów i odbitek, 11 tysięcy naukowych slajdów i fotografii, 20 tysięcy stron osobistej korespondencji Vishniaca. Wszystkie są już zdigitalizowane, dostępne online i czekają na swoich odkrywców, którzy chcieliby z nich wysnuć kolejne historie.

Przekrój poprzeczny sosnowej igły, lata 50.-70 (fot.  Mara Vishniac Kohn, dzięki uprzejmości  International Center of Photography)Przekrój poprzeczny sosnowej igły, lata 50.-70 (fot. Mara Vishniac Kohn, dzięki uprzejmości International Center of Photography)

Skóra z kciuka Romana Vishniaca w 280-krotnym powiększeniu], lata 50.-70 (fot.   Mara Vishniac Kohn, dzięki uprzejmości  International Center of Photography)Skóra z kciuka Romana Vishniaca w 280-krotnym powiększeniu], lata 50.-70 (fot. Mara Vishniac Kohn, dzięki uprzejmości International Center of Photography)

Młodzi syjoniści budują szkołę i odlewnię, ucząc się technik konstrukcyjnych, Werkdorp Nieuwesluis, Wieringermeer, Holandia, 1939 (fot.   Mara Vishniac Kohn, dzięki uprzejmości  International Center of Photography)Młodzi syjoniści budują szkołę i odlewnię, ucząc się technik konstrukcyjnych, Werkdorp Nieuwesluis, Wieringermeer, Holandia, 1939 (fot. Mara Vishniac Kohn, dzięki uprzejmości International Center of Photography)

 

Siostry Marion, Renate i Karen Gumprecht, objęte pomocą National Refugee Service (NRS) i Hebrew Immigrant Aid Society (HIAS), wkrótce po przybyciu do Stanów Zjednoczonych, Central Park, Nowy Jork, 1941 (fot. Mara Vishniac Kohn, dzięki uprzejmości International Center of Photography)

 

Wystawa „Roman Vishniac. Fotografia 1920-1975” w Muzeum Historii Żydów Polskich „POLIN” w Warszawie czynna jest do 31 sierpnia 2015. W ramach wydarzeń towarzyszących odbędzie się m.in. seminarium naukowe „Fotografia jako dokument życia” (18 czerwca) i cykl spotkań „Mistrzowie fotografii” z udziałem wybitnych polskich fotografów: Tadeusza Rolkego (21 czerwca), Ryszarda Horowitza (24 czerwca), Witolda Krassowskiego (26 czerwca) i Tomasza Tomaszewskiego (5 lipca).


Maya Benton (ur. 1975). Kuratorka w International Center of Photography w Nowym Jorku. Prowadzi Archiwum Romana Vishniaca powołane przy tej instytucji w oparciu o zbiory przekazane przez córkę fotografa - Marę Vishniac Kohn. Pracuje nad książką poświęconą nowemu odczytaniu dzieła Romana Vishniaca. Jej przodkowie pochodzą z terenów dzisiejszej Białorusi (okolice Nowogródka).

Roman Vishniac. Amerykański fotograf dokumentalista pochodzenia rosyjskiego. Urodził się w 1897 roku w Pawłowsku koło Petersburga w rodzinie zamożnych żydowskich przedsiębiorców (nazwiskiem Wiśniak lub Wiszniak), zmarł w 1990 roku w Nowym Jorku. Studiował biologię i zoologię w Moskwie, a w 1920 roku osiedlił się z rodziną w Berlinie, gdzie zaczął pracować jako fotograf. W latach. 1935-38 podróżował po Europie Wschodniej i Centralnej, dokumentując życie żydowskiej biedoty na zlecenie organizacji charytatywnej Joint (American Jewish Joint Distribution Committee) - te zdjęcia uczyniły go po wojnie sławnym. Internowany w 1939 roku we Francji, gdzie pracował nad zleceniem fotograficznym, zdołał w 1940 roku wyjechać wraz z rodziną do Nowego Jorku. Tam prowadził studio portretowe oraz badania nad mikrofotografią kolorową w służbie nauki. Większość jego fotograficznej spuścizny znajduje się obecnie w zbiorach International Center of Photography w Nowym Jorku.

Anna Sańczuk. Z wykształcenia historyczka sztuki, z zawodu dziennikarka, czasem zajmuje się również PR-em kultury. Współautorka książki „Warszawa. W poszukiwaniu centrum”. Razem z Maciejem Ulewiczem prowadzi program „KULTURA DO KWADRATU” na antenie Polsat News 2. Projektuje i szyje biżuterię pod marką SANKA. Mieszka w Warszawie na Starej Ochocie.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (16)
Zaloguj się
  • zacisze16

    Oceniono 66 razy 62

    Bardzo dobry kawałek historii fotograficznej czasów które przeminęły...

  • white_lake

    Oceniono 48 razy 44

    zdjęcie małej Sary MAGNETYCZNE

  • jasio_kowalczykover

    Oceniono 43 razy 37

    W czasach 2RP Polskę zamieszkiwała duża społeczność żydowska, np. w 1921 było 2 mln 845,4 tys. osób wyznających judaizm, co stanowiło 10,5% populacji kraju!

    W 1931, zgodnie z danymi ze spisu ludności, 2 RP zamieszkiwało 3 mln 113,9 tys. Żydów (statystyki bazowały na deklaracji wyznawanej religii), co stanowiło 9,8% ogółu. Prawie 1/4 Żydów mieszkała w pięciu miastach: Warszawie (352,6 tys.; więcej Żydów mieszkało tylko w Nowym Jorku), Łodzi (202 tys.), Wilnie, Krakowie, Lwowie. Największy udział ludności żydowskiej według powiatów był w 1939 w Białymstoku (43% ludności), Lublinie (34,7%), Łodzi (33,5%), Radomiu (32,3%), Lwowie (32%), Warszawie (31%), Wilnie (28,2%), Krakowie (25,8%), a najmniejszy w powiatach zachodnich, gdzie nie przekraczał 1% ogółu mieszkańców.

    Biorąc pod uwagę przyrost naturalny i emigrację, 1 września 1939 w Polsce mieszkało 3 mln 474 tys. Żydów, 77% żyło w miastach.

  • night.owl

    Oceniono 30 razy 30

    Świetne zdjęcia, Cieszę się, że zajrzałam,

  • mihusky

    Oceniono 42 razy 26

    @ alert222 @sselrats
    Ksenofobiczni spamerzy w akcji. Każdy temat dobry, żeby dać wyraz swoim obsesjom.

  • croolick

    Oceniono 17 razy 3

    W zachodnich powiatach II RP było najmniej Żydów, bo w ramach prawa opcji wybrali w zdecydowanej większości obywatelstwo niemieckie i w związku z tym przenieśli się w głąb Niemiec, znaczna część została we wschodniej, biedniejszej części. Stąd też znacznie silniejsza niechęć w dwudziestoleciu międzywojennym do Żydów, których postrzegano jako imigrantów zabierających pracę Niemcom.

  • cmok_wawelski

    Oceniono 35 razy -19

    Piekne, piekne zdjecia, zatrzymany na chwile uplyw czasu.
    I CALE SZCZESCIE ZE POLSKI URZAD NIE POLOZYL NA TE ZDJECIA SWOJEJ BRUDNEJ LAPY (wytatulowujac po dwa razy wstretne logo NAC).

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX