Ten Typ Mes, Emil Blef - legendarny Flexxip

Ten Typ Mes, Emil Blef - legendarny Flexxip (fot. Julia Knap/ NELA)

wywiad gazeta.pl

Ten Typ Mes, Emil Blef - legendarny Flexxip: W hip-hopie obowiązywały konwenanse, które my mieliśmy w głębokim poważaniu

Ten zespół nie istnieje od blisko dekady, lecz dla wielu fanów hip-hopu jego legenda jest wciąż żywa. Flexxip, czyli Ten Typ Mes i Emil Blef, po latach absencji wystąpili wspólnie na koncercie premierowym projektu Albo Inaczej. Było to wyjątkowe wydarzenie, gdyż Emil Blef lata temu skończył przygodę z muzyką. W rozmowie z nami opowiadają o tym, jak się poznali, jak udało im się tworzyć wspólną muzykę mimo wielu różnic i dlaczego z tego zrezygnowali.

Na przełomie wieków między stołecznymi Śródmieściem i Gocławiem powstał Flexxip. Grupę współtworzyli Emil „Blef” Wiśniewski oraz Piotr „Ten Typ Mes” Szmidt.

Ten pierwszy to typ erudyty, rapowego filozofa, literata, którego wiedza, zainteresowania zdecydowanie wykraczały poza stereotyp wykonawcy tego gatunku muzycznego. Mes zaś balansował na granicy hedonizmu, niezmąconej wiary w swój talent raperski i licznych niepokojów związanych z tym, jak potoczą się jego życiowe losy w momencie, gdy postawił na karierę muzyczną. Praktycznie rówieśnicy, ale jakby z dwóch innych planet, co nie przeszkadzało im dogadywać się wręcz idealnie - tak o zespole pisał Andrzej Cała.

Debiutancki album grupy z 2003 roku pt. „Fach” okrzyknięto jednym z najciekawszych wydawnictw polskiego hip-hopu, które nigdy nie doczekało się jednak kontynuacji. Z czasem Emil Blef kompletnie rozstał się z muzyką, zaś Ten Typ Mes stał się jednym z najbardziej cenionych wykonawców gatunku. Flexxip przestał istnieć prawie dekadę temu, ale niedawno miłośnicy hip-hopu doczekali się powrotu artystów na scenę, na jedną noc.

Projekt Albo Inaczej, gdzie gwiazdy polskiej muzyki rozrywkowej w jazzowych aranżacjach wykonują rapowe teksty, doczekał się wielkiego finału na deskach Teatru Dramatycznego na festiwalu Red Bull Weekender. Wystąpiliście tam wspólnie, co dla wielu fanów było nie mniejszym wydarzeniem, niż Krystyna Prońko śpiewająca wasz tekst.

Emil „Blef” Wiśniewski: - Najbardziej ucieszyłem się z tego, że pamiętałem wszystkie teksty (śmiech). Byliśmy mocno zgrani, jakbyśmy mieli ze sto prób przed koncertem. Albo Inaczej to świetny projekt, który odbił się szerokim echem. Polski hip-hop udowodnił, że może być czymś poważniejszym, niż wszyscy sądzą. Na początku sam nie doceniałem tego pomysłu. Dopiero przygotowując się do koncertu dotarło do mnie, w jak ważnym wydarzeniu biorę udział.

Piotr „Ten Typ Mes” Szmidt: - Występ Flexxipu był dla mnie tzw. graniem na wzruchu. Wzruszeniu. Rzadko mi się to zdarza. Czasem tylko jak Pjus po dłuższym okresie wchodzi na scenę i ludzie robią dla niego wrzawę, czuję podobne emocje. Szczególnych przeżyć dostarczyły mi dwa utwory wykonane wspólnie z Emilem, w jednym wystąpiła z nami też Patrycja Kazadi.

Masowy widz mógłby się zdziwić, że Kazadi 10 lat temu śpiewała z wami pod pseudonimem Trish. Nie mieliście problemu z namówieniem jej na wspólny występ?

M.: - Właściwie nie. Fajnie, że termin zgrał się z międzynarodowym życiem Patrycji.

E.: - Ten projekt ma w sobie taki urok, że każdy miał ochotę wziąć w nim udział. Bardzo mi zależało, by stanąć na jednej scenie z panią Krystyną Prońko, która wykonuje naszych „Oszustów”. Ta piosenkarka jest obecna w moim domu. Moja najstarsza córka bardzo ją lubi.

M.: - „Papierowe Ptaki” Prońko to najlepszy utwór na świecie.

E.: - Kiedy pojawiła się propozycja, by ponownie wystąpić, miałem bardzo dużo rzeczy na głowie. Nie chciałem zadeklarować udziału, dopóki nie będę pewny, że dam radę. Obawiałem się, że to wyjdzie trochę żałośnie i ludzie powiedzą: Emil Blef wraca, bo hajs się nie zgadza i musi odcinać kupony. (śmiech) Potem jednak pomyślałem, że zrobię to po to, by spotkać się ze starymi znajomymi, i tak też się stało. Występ z Mesem był wielkim przeżyciem. Moja rapowa przeszłość ciągnie się za mną jak widmo, którego nikt nie widział, ale o nim słychać. Podczas tego wieczoru mogłem to zweryfikować - na widowni był mój kolega, z którym przepracowałem ostatnie dwa lata, i jego mina była bezcenna.

Patrycja  Kazadi i Ten Typ Mes (fot. Tomasz Karwiński)Patrycja Kazadi i Ten Typ Mes (fot. Tomasz Karwiński)

Porozmawiajmy zatem o tym widmie. Jak się poznaliście i jak powstał Flexxip?

E.: - Osobą, która jest bardzo istotna w całej tej historii, jest mój brat Wojtek, który chodził z Piotrkiem do szkoły. Równie ważnym elementem w tej opowieści jest miejscowość Łacha pod Warszawą, gdzie mieliśmy działkę i spędzaliśmy tam z Wojtkiem wakacje. Ja byłem w liceum, a chłopaki w VII-VIII klasie podstawówki. Któregoś razu Wojtek powiedział, że przyjeżdża do niego kumpel Piotrek, który maluje graffiti. Ja też coś wtedy robiłem w tym temacie. Piotrek przyjechał z farbami i przez bite trzy dni malowaliśmy taki stary hotel. Było dużo rozmów o hip-hopie. Jakoś po dwóch czy trzech miesiącach od tego wydarzenia Piotrek zadzwonił do mnie i powiedział: Siema, nagrywamy rap, może byś wpadł i coś zarapował? Nagraliśmy wtedy „Farby sssyk”, pierwszy utwór w historii Flexxipu.

M.: - Piękna historia, będąca również idealnym zobrazowaniem „czteroelemenciarstwa” lansowanego przez wielu twardogłowych historyków rapu [hip-hop składa się z czterech elementów: DJ-ingu, Rapu, Graffiti, B-boyingu, czyli tańca breakdance - przyp. red.]. Zgodnie z tą teorią musisz kochać wszystkie elementy hip-hopu. Wmawialiśmy sobie, że musimy robić coś więcej, niż tylko pisać piosenki. Chociaż wiedzieliśmy, że nasze malunki nie są żadnym majstersztykiem, to katowaliśmy sprejami niewinne budynki, aby ideologii stało się zadość. Na szczęście nie szpeciliśmy Alei Ujazdowskich. Szkoda, że nie zorientowaliśmy się wcześniej, że to mazanie po ścianach jest bez sensu. Od razu skupilibyśmy się na muzyce.

E.: - Dosyć szybko pojawiła się w nas potrzeba, by ta pasja przyjęła szerszą i zamkniętą formę. Ten tok myślenia do dziś widać w solówkach Mesa, gdzie każda płyta jest spięta pewną klamrą, myślą przewodnią. Po pierwszych kawałkach stwierdziliśmy, że musimy zrobić z tego demo.

Kto był katalizatorem waszych działań?

E.: - Piotrek. Zawsze był bardzo zdeterminowany, to on był motorem napędowym, osobą, która pchała to wszystko mocno do przodu. Bez niego Flexxip nie byłby na takim poziomie, bo Piotrek cały czas podnosił poprzeczkę. Jego samozaparcie przeszło w końcu na mnie i uwierzyłem, że może się udać.

Flexxip, czyli Ten Typ Mes i Emil Blef (fot. Tomasz Karwiński)Flexxip, czyli Ten Typ Mes i Emil Blef (fot. Tomasz Karwiński)

Jak wyszło „Demo”, czyli wasz nieoficjalny debiut, byliście jeszcze w liceum?

M.: - Ja na pewno, choć Emil, sądząc po tematyce...

E.: -  ...studia. Poje*ało mnie na pierwszym roku. Jak w „Dniu Świra”, gdy Marek Kondrat odbiera marną wypłatę i zaczyna wewnętrzny monolog: - Myśleliśmy, że złapaliśmy Pana Boga za nogi, będziemy poetami... Za bardzo indoktrynowałem się literaturą. Przykładem tego jest utwór „On dla mnie jest”. Koncept utworu opierał się na tym, że dzień i noc to para kochanków, którzy się ciągle ze sobą mijają... Teraz bym tego nie wymyślił.

M.: - „On dla mnie jest” zawiera prawdę o życiu. Jak jesteś młody, to za bardzo chcesz. To, jak bardzo chcesz udowodnić całemu światu swoje racje, jest trochę śmieszne. Jak stajesz się starszy, masz w sobie tyle cynizmu, że nic już cię tak nie jara, tęsknisz za okresem, kiedy byłeś tym naiwnym ideowcem.

E.: - Po wydaniu demówki miałem przemyślenia, że odbiorcy mogli nie zrozumieć mojego stylu. Zastanawiałem się, na czym mi zależy: na wyrażeniu siebie, czy na nawiązaniu nici porozumienia z odbiorcą. Stwierdziłem, że chcę być rozumiany. Nie oznacza to, że zrezygnowałem ze swojej wizji rapu, ale lekko zmieniłem hierarchię. Wziąłem się do pracy i poświęciłem czas na znajdowanie z jednej strony prostych i czytelnych środków wyrazu, ale takich, które są kluczem do drugiego dna. Po „Fachu” [oficjalnym i legalnie wydanym debiucie grupy - przyp. red.] byłem już lepiej odbierany i rozumiany.

M.: - Demo zrobiło dużo zamieszania, ale naszym jasnym celem był jednak legal. Melanżami, koncertami i wciskaniem ludziom demówek wyrobiliśmy sobie drogę do wytwórni. Zależało nam na płycie, a nie pieniądzach, sławie, teledyskach. To były tylko satelity krążące wokół wymarzonego albumu. Wydawało nam się, że jak umrzemy, to ludzie nie będą robić nic innego, jak tylko replikować naszą twórczość. Wierzyłem, że będą kolejne reedycje naszych płyt, na wzór kolejnych wydań książek. A prawda jest taka, że jak będę miał 80 lat, to nasza płyta może fizycznie zaginąć, a jako suma plików nie będzie żadną legendą, tylko kolejnym dźwiękiem w masie...

Emil, mówiąc o swoim stylu, poruszył ważną kwestię, a mianowicie różnic między wami. Fani znali Blefa jako introwertycznego romantyka, zaś Mesa jako przebojowego kobieciarza. Co was do siebie przyciągnęło jako ludzi?

M.: - Jak się poznaliśmy, Emil był gościem z liceum, który już dużo widział. Ja chodziłem do ósmej klasy podstawowej w Śródmieściu, nie znałem jeszcze życia. Emil był z drugiej strony rzeki, z innych struktur architektonicznych, z osiedla w klasycznym, blokowym tego słowa znaczeniu - imponował obyciem.

E.: - Piotrek jest osobowością, i to zawsze było czuć. Zgadzaliśmy się na wielu płaszczyznach. „Fach” był odważną płytą na tamten czas, my się na niej bardzo obnażyliśmy. Jest tam dużo wątków autobiograficznych, mówienia wprost o błędach i słabościach, dorastaniu. Kiedy powstawał ten album, mieliśmy 22 i 21 lat, to jest czas poszukiwań, a tematyka dotarła do osób starszych od nas o dekadę. W Piotrku znalazłem wtedy świetnego rozmówcę. „Bratnia dusza” to trochę wyświechtane określenie, ale tu świetnie pasuje. Rap był wynikiem naszej przyjaźni.

M.: - Dla mnie najważniejszy był czas, w którym porwaliśmy się na mówienie o tym, że trochę nie idzie nam z dziewczynami, brakuje nam wiary w siebie, jesteśmy zagubieni we własnym życiu i we własnym wstydzie. Na płycie otwarcie powiedziałem, że ojciec zwiał i zostawił rodzinę. W hip-hopie obowiązywały pewne konwenanse, które my mieliśmy w głębokim poważaniu, wiedząc, że ludzie będą nas traktować trochę jak „wrażliwych pedałków”. To było pionierskie, a ja uwielbiam takie rzeczy. Wysoko cenię odwagę. Wtedy raperom było czasem smutno, ale nie operowali żadnymi przykładami. Wszystko zamykało się w ogólnikach. My poszliśmy dalej.

E.: - Mieliśmy dwie zasady tworzenia utworów: znajdźmy nowy temat, a jeśli chcemy nawinąć o czymś wtórnym, znajdźmy nowy sposób na powiedzenie tego samego. Założeniem było też używanie ciekawego słownictwa. Nie żeby się zakopywać w słownikach, ale nie bać się budowania nowatorskich fraz, związków wyrazów. Mieliśmy jasną wizję tego, czego chcemy. Nam się wtedy wydawało, że jest bardzo dużo zespołów i żeby się przebić, musimy się wyróżnić. Zawsze mnie irytowało, że jest taki wysyp zespołów ulicznych. Gdy debiutował Flexxip i Emil Blef, to z miejsca byłem porównywany do Eldo i Łony. Pisano, że już nie jest potrzebny kolejny raper z tego typu wrażliwością.

M.: - Nie wiem, czy nadal tak masz, ale wtedy ogromne wrażenie robiła na tobie opinia innych na twój temat. Mogła cię rozsierdzić, albo bardzo uskrzydlić.

E.: - Piotrek miał tę pewność siebie, której mi wtedy brakowało.

M.: - Pamiętam, że Emil zmęczony sposobem, w jaki wymawiał „r”, poszedł do logopedy. Tak przepracował tę słabość, że jak teraz puszczę sobie Flexxip, to wydaje mi się, że to ja miałem problem z „r”.

E.: - Fakt, że bardzo dużo słyszałem krytyki, i na temat mojego pisania, i metaforyczności moich tekstów, ale to mnie motywowało do pracy i uodporniło na wiele kolejnych lat. W tym duecie to nie ja byłem od przebojowości. Inaczej było na scenie, z czasem stała się moim żywiołem i kontrastem do tego, jak byłem postrzegany. Jednak nigdy nie wzbudzałem uwagi, jaką skupiało nawijanie Piotrka. Jak ktoś puszczał Flexxip, nagranie płynęło jako tło rozmowy, po czym zaczynała się zwrotka Mesa i wszyscy milkli.

M.: - No co ty. Nie zgodzę się.

Powiedziałeś Emil, że Mes był katalizatorem waszych działań. Myślisz, że gdyby nie skupił się na 2cztery7 i swojej solowej drodze, namówiłby cię na następny Flexxip?

E.: - Mes zawsze miał wizję swojej kariery, choć wtedy nie postrzegaliśmy tego jako kariery. Chciałem zrobić drugi Flexxip, żeby ugruntować naszą pozycję, objechać znowu Polskę. Mówiłem Piotrkowi, żebyśmy się tym zajęli, a potem może rozwijać swoje indywidualne zajawki, ale stało się inaczej. Nie wiem, czy jest do czego wracać. Wszystko rozeszło się naturalnie.

M.: - Z perspektywy czasu myślę, że drugi Flexxip byłby świetną decyzją. Może to zobrazuję. Zrobiłem niedawno prawo jazdy. Nadrabiam obecnie umiejętności społeczno-obywatelskie, które wtedy jawiły się dla mnie jako przeszkoda do zostania najlepszym artystą wszech czasów. Każdy, kto nie uważał, że świat jest jednym wielkim placem zabaw z muzyką, który należy zdobyć i zawłaszczyć, nie do końca mógł być mi wtedy współpracownikiem. Natomiast umiejętności społeczne, zawodowe, związkowe - te rozwijał Blef, kosztem nowego flow i dyskografii. Zyskał coś, co ja muszę teraz nadrabiać. Mieliśmy inne priorytety. Dla mnie wszystko było przeszkodą do nagrania kolejnej płyty, a Emil patrzył na życie, jak na życie.

E.: - To prawda, zawsze w życiu zostawiałem sobie furtkę, Piotrek nie chciał i nie widział alternatywy od rapu. W którymś momencie po prostu nasze motywacje się rozminęły. Nie miałem potrzeby bycia najlepszym artystą, myślałem o innych sprawach. Każde spotkanie z Piotrkiem utwierdzało mnie w przekonaniu, że ten człowiek ma jeden, jasno określony cel.

Kiedy zdałeś sobie sprawę, że nie chcesz być raperem?

E.: - Nie wiem, czy kiedykolwiek nim byłem. „Blef” jako ksywa wziął się stąd, że nigdy do końca nie czułem się raperem z „krwi i kości”. Czułem się trochę obcy na tym rynku. Pamiętaj, że w czasach Flexxipu scena nie była tak różnorodna. Oprócz Łony czy Eldo, reprezentujących podobny styl myślenia, nie było wielu takich jak ja. Irokez po lewej stronie głowy, sztruksowa marynarka i czerwony szalik - odznaczałem się w tłumie i czułem się wyobcowany w tym środowisku. Wychowywałem się jednak w bloku na Gocławiu, przesiedziałem z chłopakami na ławce wiele lat, mam więc „uliczną” przeszłość. Nie chciałem jednak o tym rapować. Z moim wyglądem studencika, wracając samotnie nocnymi autobusami na Gocław, miałem wiele przygód: awantury, bójki, kradzieże.

M.: - Historii byłoby co nie miara.

Flexxip, czyli Ten Typ Mes i Emil Blef (fot. Tomasz Karwiński)Flexxip, czyli Ten Typ Mes i Emil Blef (fot. Tomasz Karwiński)

Choć wielu fanów liczy na reedycję waszego albumu, aby nie wyszukiwać go jako białego kruka na Allegro, wy zaprzeczacie takiej możliwości.

E.: - Reedycja rodzi to zagrożenie, że może zabić wartościową legendę, jaką posiada ta płyta. Otoczka, nieosiągalność, unikatowość - to wszystko znikłoby przy okazji reedycji. Wiem, że Alkopoligamia ma dużo pomysłów na tego typu projekty, poprzez dodawanie bonusów, zazwyczaj w postaci drugiego krążka. Tylko co by tam było? Ja nie wejdę znowu do studia.

M.: - Też czuję, że reedycja „Fachu” nie ma sensu, jeśli Emil nie wejdzie do studia. Ostatnio obejrzałem dokument „Some kind of a monster” o zespole Metallica - zespół tak się nienawidził, że aby mogli wrócić do studia, ich bardzo rozsądny menedżer zatrudnił dla nich terapeutę. Psycholog rozmawiał z nimi, negocjował, aż ich pogodził. Po czym powstała kozacka płyta „St. Anger”. Terapia to jest to. Jestem entuzjastą.

To ciekawe, bo dla wielu terapia to nadal coś wstydliwego.

E.: - Ludzie źle postrzegają terapię. To nie jest wizyta w „psychiatryku”, tylko spotkania z wykwalifikowanym specjalistą, które pomagają rozwiązać problemy. Terapeuta pomaga ci uporządkować pewne sprawy, czasem farmakologicznie.

M.: - Mój nie mógł przepisywać leków, bo nie był psychiatrą. Była więc tylko seria bardzo nudnych, lecz też bardzo pomocnych rozmów. Jak mielibyśmy się kierować strachem, to ta cywilizacja daleko by nie zaszła. Miałbym nie używać traktora, bo rolnik, który zasuwa z broną, dziwnie się na mnie spojrzy? To, że ktoś spojrzy na mnie krzywo, gdy mówię o terapii, może mnie tylko nakręcić, by mówić o niej głośniej.

E.: - Coraz częstsze korzystanie z usług terapeuty jest efektem naszego stylu życia. Jeśli ktoś siedzi w korporacji od rana do nocy, choć nie chcę też demonizować...

Akurat Mes w korporacji nie pracuje.

E.: - Nie, ale już jego wytwórnia Alkopoligamia jak chce zrobić jakieś większe przedsięwzięcie, musi pracować z korporacjami. Jeśli współpracujesz, to jesteś uwikłany w ich mechanizm, uzależniony od kompetencji menedżerów niższego szczebla, którzy dają dupy na każdym kroku, są niedecyzyjni, wprowadzają cię w błąd, wiecznie przesuwają terminy... Zresztą, mówiliśmy o czymś ważnym. Nie każdy radzi sobie ze stresem, na jaki jest codziennie narażony. Są ludzie, którzy przyznają się do tego, że potrzebują pomocy, a inni unikają prawdy. Na przykład do dziś wielu mężczyzn unika lekarzy, nie robią rutynowych badań, a potem się dziwią, jak sypie im się zdrowie. Zaściankowe myślenie. Jeśli Mes ma firmę, pracuje z ludźmi, to nie może być wrakiem. To jest odpowiedzialność.

M.: - O d p o w i e d z i a l n o ś ć.

Emil, nie rapujesz już, ale jak to jest z twoją potrzebą pisania. Eldo mówił w wywiadzie dla "Weekendu", że mieliście wspólnie pisać dramat.

E.: - Nie pamiętam tego kompletnie. Kiedyś napisałem jakąś sztukę, była nawet ciekawa.

O czym traktowała?

E.: - O dwóch gościach, którzy rozmawiają i próbują znaleźć sens życia. Wiem, brzmi banalnie, ale były tam ciekawe elementy. Na przykład postać mędrca, który daje jednemu z bohaterów siatkę, żeby złapał w nią sens. W moim wyobrażeniu ten bohater biegał po scenie z tą siatką, po czym siadał i mówił, że nie może go złapać. Drugi bohater uświadamiał mu wtedy, że siatka jest dziurawa.

M.: - Wystawimy to. Ostatnio organizowaliśmy koncert Albo Inaczej w Teatrze Dramatycznym, więc to żaden problem, by wystawić sztukę Blefa.

E.: - Wracając jednak do potrzeby pisania. W branży reklamowej, w której pracuję już kilka lat, jest bardzo dużo gości, którzy lubią powtarzać: Nie ma to jak kawał dobrej, kreatywnej roboty! Ja to jestem taki kreatywny, wymyśliłem dzisiaj tyle rzeczy! etc. Nienawidzę takiego samozachwytu. Czy mogę żyć bez pisania? Mogę. Wymyślanie daje mi frajdę, ale jak nie będę tego robił, znajdę sobie inne zajęcie. Muszę stymulować umysł, jednak pisanie nie musi być jedynym bodźcem. Lubię tę rozmowę, bo sprawia, że muszę myśleć. Cenię sobie picie wódki w inteligentnym towarzystwie, bo po dwóch godzinach nie jestem pijany, tylko wysilam mózg do rozmowy, przez co się nie upijam. Z kolei impreza z nudnymi ludźmi sprawia, że palę tonę szlugów i umieram dnia następnego. I jestem zły, że w ogóle wyszedłem z domu. Tandetny amerykański film dostarczyłby mi więcej przemyśleń.

Flexxip, czyli Ten Typ Mes i Emil Blef (fot. Julia Knap/ NELA)Flexxip, czyli Ten Typ Mes i Emil Blef (fot. Julia Knap/ NELA)

Jak trafiłeś do agencji reklamowej?

E.: - Nie afiszowałem się ze swoją rapową tożsamością. Nie to, że się wstydziłem, ale większość myśli stereotypami i zwykłe „cześć” już na zawsze zastępowało „Yo!”. Jak zaczynałem pracować, nie grałem już koncertów. Rok po rozpoczęciu pracy wyszła moja solówka, która poszła swoim torem, bo niespecjalnie ją promowałem. Kumpel, który był w agencji reklamowej, zapytał mnie, co potrafię. Jako że trochę potrafiłem pisać, zapytał, czy wolę być copywriterem (tym co pisze), czy proofreaderem (redaktor, który sczytuje teksty). Wolałem pisać. Trafiłem do agencji w okresie wakacyjnym, kiedy biuro było przerzedzone i brakowało ludzi. Napisałem ulotkę dla dużej firmy lotniczej, która zachęcała do odwiedzenia strony internetowej. Dodatkowo miałem do sczytania instrukcję, którą dostajesz przy okazji podpisania umowy na nowy telefon. Tak ją sczytałem, że poprawiłem błędy (np. w nazwach krajów), które tam istniały od sześciu lat. Przyszedł dyrektor kreatywny i powiedział, że kogoś potrzebują. Agencja była wtedy bardzo bogata i prestiżowa, więc mieli możliwość zainwestować w takiego małolata jak ja, który dostał szansę dlatego, że trzy czwarte kraju wyjechało do Anglii. Nie wypuściłem tej szansy. Nigdy nie miałem postawy roszczeniowej, którą dostrzegam tak wyraźnie u teraz starających się o pracę. Niedobrze mi się robi, jak przychodzą małolaty, które myślą, że wszystko im się należy. Wcale nie są tak kreatywni, jak wszyscy zakładają. Sam miałem to szczęście, że pracowałem z naprawdę zdolnymi ludźmi i po dwóch latach w dobrej agencji miałem pewność, że znajdę zatrudnienie. Rozeszła się wieść, że jest taki kreatywny, co pracuje dużo i ciężko, więc dostawałem propozycje transferów. Po ośmiu latach dostałem propozycję dyrektorskiego stanowiska w agencji digitalowej. Zawsze chciałem robić online'owe rzeczy.

Myślicie czasem o stylu życia, które prowadzi ten drugi z was? Zaczynaliście razem w zespole, a teraz Emil ma trójkę dzieci i żonę, a Mes kontynuuje karierę jako jeden z najważniejszych reprezentantów gatunku.

M.: - Oczywiście, że myślę. Tak samo jak zastanawiam się, jak to by było być popem w Rosji i nosić wielką czarną czapkę.

E.: - Rapowanie to dla mnie piękne wspomnienie, świetny sposób na spędzenie młodości. Będę miał co opowiadać z tego okresu. Teraz też chcę żyć tak, by mieć co wspominać. O atrakcyjność swojego życia trzeba zadbać. To samo się nie dzieje. Mam trzy córki i śmieszy mnie, jak słyszę rówieśników, którzy mówią, że tak bardzo chcą korzystać z życia, więc nie chcą mieć dzieci. OK, tylko ku**a powiedz mi, co ty takiego robisz w tym swoim zaje*istym życiu? Jesteś podróżnikiem, pisarzem? Co kryje ten bastion, którego tak dzielnie bronisz? Zasuwasz dziesięć godzin i wracasz do domu, by zasnąć przed serialem. Mnie posiadanie dzieci zdopingowało do wielu świetnych rzeczy, których inaczej nigdy bym nie zrobił. Za nic bym tego nie zamienił.

Czy wydając w 2008 roku solowe „Mam taką twarz, że ludzie mi ufają... billing”, wiedziałeś, że to twoje pożegnanie z muzyką?

E.: Czułem, że to może być koniec. Zagrałem dwa koncerty z tym materiałem. Utwór z Mesem, który zamyka płytę, podsumowuje ten etap mojego życia. Nagrałem z nim potem jeszcze jeden kawałek, na jego trzecią solówkę, i właściwie to był mój ostatni. Myślę, że to jest ładna puenta mojej kariery - kawałek z Piotrkiem, który mówi o tym, że widzimy świat podobnie.

 

Emil Blef, wł. Emil Wiśniewski. Kiedyś raper, obecnie dyrektor kreatywny w agencji They.pl. Oficjalnie wydał dwa albumy. Z Ten Typ Mes, jako zespół Flexxip nagrał w 2003 roku debiutancki „Fach”. Flexxip otrzymał nagrodę Ślizger za debiut roku przyznawaną przez czasopismo „Ślizg”. W 2008 roku Emil Blef wydał solowy album „Mam taką twarz, że ludzie mi ufają... billing”. W trakcie swojej kariery współpracował z takim wykonawcami, jak: Eldo, Pezet, WhiteHouse, DJ 600V, Dizkret. Z branżą reklamową jest związany od ośmiu lat. Realizował projekty dla takich firm, jak: Samsung, MasterCard, Microsoft, Polkomtel SA, Nestlé, Bank BGŻ, PLL LOT, La Roche-Posay i Danfoss. Żonaty, ma trzy córki córki.

Ten Typ Mes, wł. Piotr Szmidt. Raper, producent, DJ, wydawca. Debiutował w 2003 roku albumem pt. „Fach” nagranym z Emilem Blefem w ramach zespołu Flexxip. W grupie 2cztery7, współtworzonej ze Stasiakiem i Pjusem, wydał dwie płyty. Ten Typ Mes jest jednym z założycieli niezależnej wytwórni płytowej oraz producenta ubrań - Alkopoligamia.com. Nagrał pięć albumów solowych. Zeszłoroczny - „Trzeba było zostać dresiarzem” - osiągnął status złotej płyty. W 2011 roku został sklasyfikowany na 7. miejscu listy 30 najlepszych polskich raperów według magazynu „Machina”.

Bartek Strowski. Aspirujący scenarzysta, fanatyk NBA, kolekcjoner płyt i ciężkostrawnych przyzwyczajeń. Publikuje na Polskikosz.pl i Altermag.pl. Na co dzień pracuje w sieci partnerskiej YouTube - Agora Internet Artists.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (7)
Zaloguj się
  • amator_kielbasy

    Oceniono 41 razy 29

    Po tym wywiadzie upewniłem się w przekonaniu, że Blef to jedna z najciekawszych postaci, jakie kiedykolwiek obiły się o hip hop. A Mes jako jedyny z dinozaurów sceny, z płyty na płytę zalicza progres. No i słychać, że gość trochę dojrzał i ochłonął. Aż trudno uwierzyć że to już 12 lat od "Fachu"...

  • btr73kk

    Oceniono 12 razy 0

    W jakim celu , dorosly mezczyzna zaklada skarpete na czubek glowy?

  • jelonek666

    Oceniono 64 razy -8

    TEN TYP MES ma u was rodzinę? a może spotyka się z którąś stażystką? gość zaraz z lodówki będzie wyskakiwał mimo że kiełbasa krakowska jest bardziej znana od niego...

  • albrecht_kalba

    Oceniono 33 razy -21

    Legendarne to mogą być Paktofonika albo House of Pain, a nie ci dwaj ludzie.

  • hihot.md

    Oceniono 57 razy -23

    Doopki hiphopki z ich spóźnionym o dekadę hiphopolo: takie okładki to czarny garaż z lat 80., podobnie, jak naiwne bity.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX