Ewa Kasprzyk

Ewa Kasprzyk (fot. Polsat)

Wywiad Gazeta.pl

Ewa Kasprzyk: Jak mogę nosić mini albo dekolt? Przecież ''powinnam się już czołgać w kierunku cmentarza''

Dla jednych jest wybuchowa, być może nawet za bardzo, bo "stara baba i się wygłupia". Dla innych - silna i odważna. Jak ma kryzys, bo też je miewa, wyjeżdża. Przeczekuje. Żyje, jak lubi, i nie ocenia innych. Ktoś chce odprawić mszę świętą w garderobie? Proszę bardzo! Tylko, jak mówi w rozmowie z nami, niech jej nie zabrania krzyknąć "ku**a".

Odbieram panią jako niezwykle wyrazistą postać...

- Tyle jest spojrzeń na mnie, ilu jest ludzi. Dla pani jestem wyrazista, a dla kogoś innego przezroczysta. Coś w tym jednak jest, że staram się przejść przez życie zauważona.

Zawsze tak było?

- Nie jestem aż tak skupiona na sobie, żebym śledziła, jaka byłam kilka lat temu, a jaka dzisiaj. Choć faktem jest, że z biegiem czasu gram więcej ról silnych i zdecydowanych kobiet. Zastanawiam się nieraz, czy to ja byłam tak silna, że moje bohaterki też się takie stały, czy to raczej one mnie w jakiś sposób zdominowały i dały mi siłę. Może to się po prostu zespoliło?

Już w podstawówce byłam prowodyrką. Chętnie przewodziłam ludziom, byłam gospodarzem klasy. Zawsze chciałam być z przodu. A z wiekiem to się buduje, trochę mnie też media zahartowały. Pielęgnują mój wizerunek osoby odważnej i kontrowersyjnej. Ale tak właśnie żyję.

Odważnie?

- Żyję tak, jak chcę. Nie stawiam sobie barier, nie mówię, że coś nie jest już dla mnie. Jeżeli chcę czegoś dotknąć, to dotykam. Tak na przykład było z surfowaniem. Choć szczerze mówiąc, myślałam, że mi lepiej pójdzie. W tym roku pojechałam do Portugalii i przyznam, że pierwsza lekcja mnie nie zachęciła. Fala olbrzymia, ta deska uwiązana do nogi... kilka razy o mało w zęby nią nie dostałam. Już na koniec, stałam na krawędzi, bo chciałam sobie chociaż z tą deską i nauczycielem zdjęcie zrobić, i tak o nią zahaczyłam, że rozcięłam nogę. Masakra była, krew się lała. W sumie nic takiego, ale nigdzie nie było ratownika, nie było czym zatamować. Trochę się zraziłam, ale próba była.

Ewa Kasprzyk w serialu Ewa Kasprzyk w serialu "Komisarz Aleks" (fot. KAPiF)

Gdy dzieje się coś złego, to pani się zniechęca czy wręcz przeciwnie?

- Wrócę do surfowania, tylko że na mniejszej fali. Łatwo się nie zniechęcam. Wyciągam wnioski i próbuję znowu. Ostatnio na przykład rozmawiałam z kolegami z „Tańca z gwiazdami” o skoku ze spadochronem. - Jak to jest, bo ja bym nie skoczył? - zapytał mnie jeden z nich. To jest tak, że jak siedzisz już na progu samolotu i masz za chwilę zrobić tego fikołka, to czujesz strach. Wtedy już nie ma odwrotu. Jest stres. Ja na przykład dostałam jakiejś panicznej obsesji poprawiania fryzury. To było bezwiedne! Zerkałam do lusterka i zastanawiałam się, jak będę wyglądać. Potem jednak zapominasz o wszystkim... I poszło. Założyłam się z kimś, że skoczę, więc nie miałam wyjścia. Ambicjonalnie chciałam temu sprostać. Żeby nikt mi nie powiedział, że rzucam słowa na wiatr.

A co pani czuje, jak słyszy, że czegoś pani nie wypada zrobić?

- Mam, niestety, takie wrażenie, jakbym była strasznie odpowiedzialna za to, ile mam lat. Czemu to jest zarzut? Tak chyba nie jest w żadnym innym kraju poza Polską. Jak ja - mając tyle lat, ile mam - mogę na przykład ośmielać się tańczyć? Jak mogę założyć mini albo dekolt? Tak naprawdę powinnam zniknąć! Moje ulubione powiedzenie brzmi: Powinnam się już czołgać w kierunku cmentarza. Wie pani, ja tego w ogóle nie potrafię zrozumieć...

Myśli pani, że to jest polskie?

- Myślę, że tak. Pojedzie pani do Francji, i tam kobiety noszą się, jak chcą. W Stanach czy Londynie też. Tam jest kolorowo! Ja jestem w specyficznej sytuacji, bo jestem osobą publiczną. Może jakbym była panią X, to ludzie nie zwracaliby uwagi na mój strój.

Moim zdaniem pani, jako artystce, należy się wręcz większe przyzwolenie. Tak samo jak na przykład Maryli Rodowicz.

- No, ale jak sama pani widzi, go nie ma. Poza tym, postać sceniczna a postać na życie to są dwie różne rzeczy. Myślę, że ludzie chcą takich kolorowych ptaków jak właśnie Maryla Rodowicz. Kogoś, kto trochę za nich sprawia, że to życie jest inne. Moje koleżanki, nazwijmy je „koleżankami z mojej półki”, szalenie żałują, że nie poszły tańczyć. Mówię im: - Ale mogłyście! Niektóre traktowały to jednak w kategoriach obciachu, bo to jest rozrywka. Mnie się jednak wydaje, że same narzuciły sobie, że nie dadzą rady. A mnie to sprawiało frajdę. My, aktorzy, mamy zdolność imitacji. Ktoś pokaże i my naśladujemy. Mam poczucie rytmu i temperament, a resztę to się zrobi wyglądem. Byłam w „Tańcu z gwiazdami” tak długo... [Ewa Kasprzyk tańczyła przez osiem tygodni, odpadła 8 maja - przyp. red.]. Myślałam, że ta moja przygoda potrwa krócej.

Ewa Kasprzyk i Jan Kliment (fot. WBF)Ewa Kasprzyk i Jan Kliment (fot. WBF/Polsat)

To znaczy, że wielu kupuje tę pani wyrazistość.

- Do tego dochodzi ciekawość. Znajomi do mnie dzwonili i mówili na przykład: - Wspiera cię cała beskidzka gmina. Ludzie z mojego rocznika SMS-owali. Fajnie. Takie zresztą miałam założenie, że coś trzeba udowodnić. Nie skazywać się na oddalenie, na transparentność. Pokazać, że inne kobiety mogą zrobić cokolwiek, chociażby zapisać się na tańce, a nie siedzieć i gnuśnieć. Wsparłam zresztą manifest „50 plus”, a udział w „Tańcu z gwiazdami” był jego częścią. Ludzie chcą przecież całego życia. Nie można powiedzieć, że jak ktoś jest po pięćdziesiątce, to jego życie się skończyło. A może właśnie wszystko się zaczęło.

Jeździ pani po Polsce z monodramem „Patty Diphusa” według opowiadania Pedra Almodóvara. Po spektaklu podchodzą do pani kobiety z widowni. Co mówią?

- Przyszła na przykład pani z banku i powiedziała, że to jej życie. A ja gram gwiazdę porno. W tym spektaklu jest jak w życiu - trochę smutku, trochę miłości, trochę szukania, trochę dowcipu, trochę ironii, trochę dystansu.

Trochę perwersji...

- To pani powiedziała. Ale lepiej, żeby było trochę perwersji, niż żeby wszystko szło poprawnie.

Nie ma zgorszenia?

- Nie ma. Jak moja bohaterka opowiada, że w kiblu robiła „69”, to wcale nie jest to wulgarne. Fajnie jest po prostu wsadzić kij w mrowisko. Trochę żałuję, że ostatnio mniej obcuję z taką sztuką jak u Jana Klaty, Krzysztofa Warlikowskiego czy Grzegorza Jarzyny. Jestem raczej w nurcie komercyjnym. No, ale tak mi się życie ułożyło.

To pani powiedziała, że w życiu musi być wszystkiego po trochu.

- Właśnie. Teraz z kolei robimy monodram o Michalinie Wisłockiej. Mam już gotowy tekst. Nie jest to na pewno temat łatwy. Dostanę jednak możliwość oscylowania na krawędzi, egzystowania poza schematem. Życie w trójkącie, dwie ciąże mogą szokować, ja jednak nie robię tego, żeby szokować. Chcę pokazać, że tak było, i to w głębokim PRL-u.

Czyli mamy potrzebę odważnego życia, ale ktoś nas wtłacza w poczucie, że nie wypada?

- Kiedyś grałam „Patty” na zamkniętej imprezie dla architektów w Poznaniu. Nie było ani jednej reakcji, a jestem przyzwyczajona, że zawsze są jakieś śmiechy. - Nie podobało wam się? - zapytałam po spektaklu. - Nie, bardzo nam się podobało. Ale jesteśmy ze sobą tak zżyci, że jeden obserwował drugiego, jak reaguje i z czego się śmieje. Przed kolegami z korporacji ludzie nie chcą często ujawniać swoich emocji.

Zawsze byłam otwarta, szczera. Nieraz mówię za dużo. Córka żartuje: - Mamo, ja ci nic nie powiem, bo ty zaraz wyklepiesz jęzorem. Jak jestem na coś zła, to przychodzę do teatru, siadam przed toaletką i jadę. Muszę to z siebie wyrzucić. Przecież nie jestem kobietą czołgiem, mam słabsze dni. Zdarza mi się nawet popłakać z bezsilności czy ze złości. A najczęściej z powodu nielojalności i niesprawiedliwości, której nienawidzę - ktoś się ze mną na coś umówi i nie dotrzyma słowa. Czasem testuję ludzi, gdy czuję, że mnie nabierają. Na przykład ktoś mnie prosi o jałmużnę, a wiem, że to na piwo, bo nos ma tak czerwony! Mówię: - Masz, człowieku. Dobrze, że nie ja muszę prosić.

Czuje się pani wtedy nabrana?

- Nie. Ale wolałabym, żeby powiedział: - Daj mi na pół litra, kobito.

Ewa Kasprzyk (fot. Teatr Kwadrat)Ewa Kasprzyk (fot. Teatr Kwadrat)

Pożałowała pani kiedyś tej swojej wyrazistości?

- Chyba jedną z najgorszych sytuacji w swoim życiu miałam po programie „Dobrenocki”, w którym była mowa o operacjach waginy. Brałam w nim udział, otwarcie rozmawialiśmy o seksie. Później w pewnym tabloidzie napisano w wulgarny sposób, że chcę sobie powiększyć intymną część ciała, bo mam młodego kochanka. Aż się popłakałam, bo nic takiego nie powiedziałam. Ale co ja mogłam? Przylepiło się to do mnie, nawet ludzie ze Skolimowa do mnie napisali z pytaniem, gdzie to się robi, bo uwierzyli. Niektórzy z kolei byli oburzeni, że mówię o takich rzeczach.

Padła pani po prostu ofiarą swojej szczerości.

- Tak. Potem miałam w sobie blokadę, nie chciałam się już wypowiadać o seksie czy piciu.

Dziś się pani z tego śmieje.

- Śmieję się. Jednak założyłam w sądzie sprawę, którą wygrałam. Mam już na to luz. Zdystansowałam się też do hejterów, po prostu ich nie czytam. A kiedyś czytałam i zastanawiałam się: - To oni naprawdę tak o mnie myślą?! Że jestem stare pudło, bo skończyłam 40 lat? Może rzeczywiście mają rację?! Ale dziś wiem, że nie. I nie dam się już w to wciągnąć.

No ale niedawno mówiła pani, tym razem w TLC, o seksie po pięćdziesiątce.

- Nie tyle o seksie, co raczej o przekraczaniu pewnych granic. Fachowo o seksie to ja mogę sobie porozmawiać z Andrzejem Depko czy z profesorem Zbigniewem Izdebskim. To przyjemne, gdy ktoś w normalny sposób mówi o bardzo istotnych sprawach. Nie nadmuchuje się jakiegoś balonu. Mówienie o seksie po pięćdziesiątce jest czymś wstydliwym, tak jakby to było coś zarezerwowanego wyłącznie dla młodych. Choć wie pani, ja też wychodzę z założenia, że lepiej to robić, niż o tym rozmawiać.

Myślę, że program i to, że mnie do niego zaproszono, ma właśnie przełamywać to tabu. Nie ma granicy, przy której trzeba by się zatrzymać. Mam koleżanki, które piły, paliły i nie tylko, ale teraz są prawie święte, bo uważają, że już im nie wypada. A ja jestem dla nich właśnie takim szatanem. Bo Kasprzyk też nie wypada!

Nie są przypadkiem obłudne?

- Świętoszkowate. Ale ja nikogo nie chcę oceniać. Jak ktoś wybiera taką drogę, ma do tego prawo. Jak ktoś chce w garderobie odprawiać mszę świętą, proszę bardzo. Ale niech mi nie broni powiedzieć: ku**a.

Ale pani w tej mszy nie będzie brać udziału?

- No więc właśnie!

Ewa Kasprzyk w sztuce Ewa Kasprzyk w sztuce "Marilyn i papież. Listy między niebem a piekłem" (fot. Wojciech Surdziel / Agencja Gazeta)

Jest pani wyzwolona?

- Nie do końca. Jakieś więzy mnie trzymają, na przykład od wielu lat jestem mężatką. Wiele razy poszłam też na kompromis ze względu na swoje dziecko albo zrobiłam coś dla dobra idei. Nie mówię, że ktoś ma wszczynać burdy czy skandale. Chodzi mi raczej o to, by żyć niekonwencjonalnie.

U mnie nie ma tego, że jest niedziela, rosół i wszyscy się spotykają, bo tak wypada. Albo że jak są święta, to wszyscy muszą koniecznie zasiąść do wspólnego stołu. Bywa, że jadę gdzieś w świat. Nie jestem kurczowo przywiązana do tradycji, ponieważ moje bycie z rodziną skończyło się wtedy, kiedy skończył się mój rodzinny dom. Tam była rodzina wielopokoleniowa, mama, ojciec, dziadkowie. To był wspaniały dom... Jeszcze dopóki żyli moi rodzice, miałam te więzi, jeździłam tam, spędzaliśmy razem święta. Jak to się skończyło, nie umiałam sobie zagospodarować własnej rodziny tak, żeby to powtórzyć. Mam tutaj mały brak i trochę zazdroszczę tym, którzy mają więcej dzieci i większą rodzinę. Wyznaczyłam sobie inną zadaniowość. Nie czekam na wnuki, nie planuję, że się nimi otoczę. Jak moja córka będzie miała dzieci, to oczywiście pomogę, ale to nie jest jakieś moje wielkie marzenie.

Stało się tak, bo postawiła pani na karierę?

- To się samo stało. Życie napisało mi taki scenariusz. Na razie. Bo nie ma co się zarzekać, że tak będzie zawsze.

Pani przełamuje tabu. Chce pani, by i inni je przełamywali?

- Nie jestem Chodakowską, która chce, żeby wszyscy ćwiczyli jej program. Tak samo jak nie chcę, żeby mnie wszyscy lubili. Ktoś powie: - Stara baba się wygłupia! Inny: - Genialnie, że to robi, bo daje przykład. Całe moje życie polega na wyeliminowaniu pierwiastka strachu. Jeżeli się będziemy bali i nie spróbujemy, to nigdy się nie dowiemy, czy coś jest dla nas, czy nie. Nie będziemy nic robić, nie będą o nas pisać, nie będą nas krytykować. Będziemy mieć święty spokój. Ale czy w zawód artysty wpisany jest święty spokój? No chyba nie! Jak jest spokój, to już ciebie nie ma.

Sama prowokuję, żeby moje życie było dynamiczne. Wymyślam sobie jakieś zajęcia, wchodzę w coś, jadę gdzieś, kombinuję, nakręcam. Dynamika spirali zależy od nas samych. Najbardziej chciałabym, żeby ludzie wyzbyli się przypinania łatek i takiego strasznego oceniania - że to jest be, a to jest dobre. Skąd wiemy, że u par, które na zewnątrz wyglądają uroczo, w środku jest tak samo? Mogę powiedzieć jedno: mnie jest tak dobrze.

I innym wara?

- Niech każdy żyje, jak chce. Dla mnie balsamem jest spotkanie pokrewnej duszy, człowieka o podobnym sposobie myślenia - myślenia do przodu. Po co oglądać się za siebie? To już przeszłość. Pewnie, lubię się czasem zatrzymać i zastanowić, na jakim jestem etapie, czy coś przegapiłam. Ale wiem także, że nie mam na to wpływu, nie zatrzymam konkretnego momentu.

Ewa Kasprzyk na Festiwalu Filmowym w Gdyni (fot. Alina Gajdamowicz / Agencja Gazeta)Ewa Kasprzyk na Festiwalu Filmowym w Gdyni (fot. Alina Gajdamowicz / Agencja Gazeta)

W jakim momencie jest pani teraz?

- Taniec obudził we mnie inną energię. Wiem, że te nogi są na ziemi, że mają oparcie. Tak, czuję grunt pod nogami.

Co pani tańczy w swoim życiu? Tango?

- Nie, to nie jest tango.

Rock and roll?

- Też nie. Może paso doble. To odwaga i mierzenie się z bykiem. Trochę histeria, ale i dynamika. Temperament. Czyli to, co lubię w życiu.

A myśli pani, że Ewie Kasprzyk czegoś nie wypada?

- Nie wypada? Ja wiem, czy to jest dobre słowo... Pewnie są rzeczy, w które bym nie weszła, gdyby nie były w zgodzie ze mną. Na przykład, gdy miałabym poprzeć jakiegoś polityka. Dostałam kilka takich propozycji, ale nie skorzystałam. Odmówiłam, bo akurat był to polityk, którego programu nie akceptowałam. Uważam, że bym się sprzedała. Podłożyła. Nie mogłam tego zrobić.

Hm, ale Andrzeja Grabowskiego mogła pani spoliczkować...

- Andrzej Grabowski napisał bardzo śmieszny limeryk, ale został on odebrany, jakby mnie rzekomo obrażał. A to mnie nie obraziło, ja miałam do tego duży dystans, ponieważ tak naprawdę było to pozytywne - że nie jestem jak ta lokomotywa, co sapie. Powiedział więc, że czuje, że ludzie mają z tym jakiś problem i jeżeli ja się czuję dotknięta, to mogę mu dać w pysk.

I mu pani dała. A potem go uściskała.

- Przecież to jest mój kolega! To było trochę aktorskie zagranie, ale spontaniczne. Show to show. Nie ustalaliśmy tego wcześniej.

Ale dla mnie pani jest lokomotywą! Nie z fizis, wewnątrz. Prze pani do przodu bez względu na wszystko.

- Trzeba przeć. Prę, padam, zbieram się i idę dalej. Jak mi ktoś czasem podłoży coś na torach, to ominę albo nowe zbuduję. I jadę dalej.

Ewa Kasprzyk i Jan Kliment (fot. materiały prasowe)Ewa Kasprzyk i Jan Kliment (fot. WBF / Polsat)

Skąd pani ma paliwo?

- Życie mnie nakręca. Kocham życie. Ja nie mam celów typu pomnażanie majątku. Owszem, lubię jeździć dobrym, wygodnym samochodem, ale to o mnie nie stanowi. Od dwóch miesięcy nie byłam w sklepie. Zamawiam jedzenie w firmie, która mi przygotowuje 2000 kalorii dziennie i zaspokaja to wszelkie moje potrzeby. Czasem proszę córkę o kupienie czegoś, bo mi się nie chce. Można? Można. Zresztą ja nigdy nie lubiłam łazić bez celu po sklepach. Jak potrzebuję, to biorę konkret i już. Bywa, że po sesji fotograficznej kupuję coś, co mi się spodobało. Mam łazić i oglądać wystawy? Bez sensu. Mam tyle ciuchów, że nie ma kiedy ich nosić.

Facet z pani wychodzi.

- Zdecydowanie. Ja na przykład nienawidzę torebek. Nie rozumiem, jak kobiety mogą się nimi podniecać. Mam jedną torbę i noszę, dopóki mi się ucha nie urwą. Wtedy wymieniam. W ogóle mnie to nie kręci. Nie rozumiem, jak można sobie kupić torebkę za 10 tysięcy. Za to mam cztery wyjazdy do Tajlandii. A najbardziej to mnie kręci jakaś supersprawa, idea. Że ktoś mi pokaże coś innego, że coś odkrywam, spotykam się z fajnym człowiekiem, który ma w sobie jakąś mądrość. Który mi powie, że jestem na przykład zbyt próżna, i ja się nad tym zastanowię. To mnie kręci.

Występ w klipie córki też panią kręcił.

- Wie pani, moja córka tak genialnie śpiewa! Liczę, że ktoś ją kiedyś doceni. A jak mi zaproponuje udział w swoim klipie, to jestem zaszczycona. Żartuję tylko, czy ich na mnie stać. Chociaż to ja jej płacę na ten klip.

Miewa pani kryzysy?

- Miałam kryzys w zeszłym roku. Mówiłam sobie, że Kasprzyk się skończyła. Że propozycje, które dostaję, nie ciekawią mnie, a z tymi, które ja mam, nie mogę się przebić. I że tyle lat gram w teatrze, że osiem lat jedną sztukę. Że jest przesyt i nic mnie nie pcha do przodu, nie rozwijam się.

Co pani robi w takich momentach?

- Wyjeżdżam. Znajduję sobie coś innego i przeczekuję kryzys. Pierwszy miałam, jak urodziłam dziecko, trzydzieści lat temu. Zrobiłam „Dziewczęta z Nowolipek” i dziecko stało się dla mnie najwyższą wartością. To było dla mnie tak mocne przeżycie, że aktorstwo po prostu przestało być mi potrzebne. Wyjechałam z kraju, przez rok mieszkałam w Bułgarii, byłam przy mężu i zajmowałam się dzieckiem. Tak to sobie ustawiłam.

Długo pani nie wytrzymała.

- Bo zaraz zadzwonił Roman Załuski, wziął mnie do jednego filmu, do drugiego i mnie wyciągnął.

Ewa Kasprzyk i Jan Kliment (fot. Cezary Piwowarski / Polsat)Ewa Kasprzyk i Jan Kliment (fot. Cezary Piwowarski / WBF / Polsat)

Jak pani wraca z podróży, to już jest inaczej?

- Jak wracam, to od razu myślę o następnej. Wsiadamy z córką do samolotu do Polski i się zastanawiamy, gdzie by tu znowu polecieć. Choć czuję, że w tym roku nie będę tak latać. Widziałam bociany, które nie były w locie, tylko stały. To zawsze jest dla mnie znak. Bo jak zobaczę pierwszego bociana w locie, to znaczy, że będę dużo podróżować. W tym roku mam serial, potem zaczynam swój film. Nazywa się „Odwyk dla kotów”. Współreżyseruję go, współprodukuję i gram główną rolę. We wrześniu chcemy zacząć zdjęcia. W moim rodzinnym mieście, w Stargardzie Szczecińskim. To będzie film o miłości.

Jak reżyser Ewa Kasprzyk dogada się z grającą główną rolę Ewą Kasprzyk?

- To będzie dla mnie coś nowego. Coś fajnego. Inna odpowiedzialność. Trzeba w życiu choć raz spróbować czegoś innego. Nie jestem jednak kobietą luksusową. Wie pani, dla mnie luksusem jest, że żyję, jak chcę i nikt nie może mi nic zrobić. Nic. Malkontentów wyłapuję od razu i daleko od nich uciekam. A jak ktoś mówi, że mi czegoś zazdrości, to pytam czego. Tego, że zasuwam, że tyle pracuję, że nie siedzę na tyłku? Muszę to kręcić, bo taką mam naturę.

Zazdroszczę pani tej przebojowości. I nóg.

- Na nogi się zgadzam, sama sobie ich zazdroszczę.

 

Ewa Kasprzyk. Aktorka warszawskiego Teatru Kwadrat. Zadebiutowała w „Dziewczętach z Nowolipek” Barbary Sass w 1985 roku. W filmie początkowo obsadzano ją w komediach, z czasem jednak zaczęła grać niezależne i silne kobiety. Za rolę w „Bellissimie” dostała nagrodę na Międzynarodowym Festiwalu Telewizyjnym w Wenecji oraz na Festiwalu Filmowym w Gdyni. W swojej filmografii ma też role m.in. w „Koglu-moglu”, „Czterdziestolatku. 20 lat później”, „Karierze Nikosia Dyzmy”, „Warszawie” i „Och, Karol 2”. W trzeciej edycji „Tańca z gwiazdami” telewizji Polsat zajęła czwarte miejsce. Jej córka, Małgorzata Bernatowicz, śpiewa w zespole MashMish.

Angelika Swoboda. Ekspert show-biznesowy portalu Gazeta.pl. Komentuje życie gwiazd w Polsat Cafe, TVN i Superstacji. Zaczynała jako dziennikarka kryminalna w „Gazecie Wyborczej", pracowała też w „Super Expressie” i „Fakcie”. Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi chętnie rozmawia zawsze i wszędzie, kawy i sportowych samochodów.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (96)
Zaloguj się
  • starzec63

    Oceniono 331 razy 311

    Pani Ewo mam 66 lat, żona 64 i żyjemy tak jak Pani. Nikomu, niczego nie zakazujemy i oczekujemy tego samego od innych.
    Czasem, kiedy jesteś smutny, nikt nie widzi twojego strapienia....
    Czasem, kiedy płaczesz, nikt nie widzi twoich łez...
    Czasem, kiedy jesteś szczęśliwy, nikt nie widzi twojego uśmiechu...
    Czasem, kiedy się śmiejesz, nikt nie widzi twojej radości...
    Ale weź tylko i zrób coś niezgodnego z ich widzeniem świata....

  • ja_gunia

    Oceniono 260 razy 230

    Pani Ewuniu, podziwiam Panią! Człowiek ma prawo zawsze żyć pełnią życia i "pesel" nie ma tu żadnego znaczenia. Jest Pani wciąż piękną, atrakcyjną kobietą i robi Pani bardzo wiele dobrego dla zmiany postrzegania osób, które chcą być aktywne i stawiać sobie nowe wyzwania w każdym wielu. Żeby tylko jeszcze pomogły media i koncentrowały się na tym, co ktoś pozytywnego robi i nie czyniły z każdej fałdki czy zmarszczki ciężkiego grzechu, by dopuszczały, a nawet wręcz lansowały różne kanony urody.

    Jest Pani przykładem naturalnego piękna, piękna zanikającego niestety, wypieranego przez monstrualne twarze napompowane botoxem, ponaciągane, powykrzywiane w jakimś grymasie, który miał być uśmiechem, ale nie mógł się przebić przez unieruchomione mięśnie mimiczne.

    Jest Pani kwintesencją kobiecości i dobrej energii. Tak trzymać! Tego nam trzeba! :))))))))))))

  • aga_el4

    Oceniono 201 razy 173

    Pani urodziła się 30 lat za wcześnie. Mam nadzieję, że w moim pokoleniu nie ma tylu dewotek, tylu "co ludzie powiedzo" i kiedy będę w Pani wieku, nikogo nie będzie już dziwiło, że żyję jak chcę. Ludzie zapominają, że życie mamy jedno i na dodatek krótkie. Jak śpiewała Maryla Rodowicz "Drugi raz nie zaproszą nas wcale...". Wszyscy umierają, nie wszyscy naprawdę żyją.

  • moherowy_dresiarz

    Oceniono 183 razy 157

    .

    Po 50-tce dopiero zaczynam żyć ... brawo pani Ewo jest Pani jak dobrze wypieczone ciasto drożdżowe z masełkiem które jest o niebo lepsze od młodego zakalca ___ przytulić Panią to mało ... jeść , jeść i jeszcze raz jeść aż do schrupania ...

    .

  • totyczyja

    Oceniono 161 razy 129

    Piękna kobieta.
    Piękna i z charakterem.
    Tylko pozazdrościć radości życia w tym wieku.
    TAK TRZYMAĆ, pani Ewo.
    Jest pani cudowna.
    Życzę dużo zdrowia.

  • dziewczynaikosmos

    Oceniono 93 razy 83

    jako dziewczynka obejrzałam "Dziewczęta z Nowolipek". zapamiętałam Pani Kwirynę tak mocno, że nawet jak widzę fotos z filmu, zaraz mi się przypomina energia tej postaci - którą Pani dała. pół roku temu mijałam Panią na rowerku i myślę : o, jedzie moja Kwiryna. Pani to ma charakter :)

  • halszka67

    Oceniono 90 razy 78

    Bardzo fajna kobieta. Nie rozumie ,dlaczego przepisuje jej wyrazistość.Żyje tak jak powinna żyć współczesna kobieta.Polska jest nadal bardzo prowincjonalna.Często młode kobiety są wulgarne w zachowaniu i ubieraniu i uważają że tak ma być bo są młode.Sposób prowadzonego wywiadu jest głupi . Mowa jest o jakimś wyzwoleniu i inne takie brednie. Nie umieramy w wieku 40 lat i nie żyjemy 300 lat.Żyjemy.

  • moni_la

    Oceniono 80 razy 70

    Pani Ewo,jest Pani wyjątkową kobietą,piękną i z klasą i proszę nie czytać obelżywych tekstów o swojej osobie.Ci co to piszą nie sięgają Pani nawet do pięt,to zazdrosne i jadowite typki które najchętniej widzą kobietę po 50-tce w kiecce na gumce i wnusiami na kolanach.Taki jest nasz naród,i tylko nieszczęscia mogą ich wyprostować.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX