Marek Krajewski

Marek Krajewski (fot. Wojciech Karliński)

wywiad gazeta.pl

Marek Krajewski: Patrzyłem na leżące ciało beznamiętnym okiem fachowca

Muszę pisać jedną książkę rocznie, inaczej czytelnicy o mnie zapomną. Zwolnię po sześćdziesiątce - mówi autor serii o Eberhardzie Mocku i Edwardzie Popielskim. Póki co, na szczęście dla miłośników rodzimych kryminałów, nie zwalnia tempa. Właśnie zmierzył się z krwawą historią współczesnej Polski i razem ze specjalistą medycyny sądowej Jerzym Kaweckim napisał ?Umarli mają głos. Prawdziwe historie? - książkę nawiązującą do zbrodni popełnionych w naszym kraju od lat 70. do dziś. Nam opowiada o pierwszej sekcji zwłok, w której uczestniczył, zdradza, czego boi się naprawdę, i ujawnia, że w gruncie rzeczy jest pedantyczny i śmiertelnie nudny.

Ile razy był pan w prosektorium?

- Kilka razy. Dokładnie nie liczyłem. Natomiast dobrze pamiętam pierwszą wizytę w prosektorium w 2004 roku. Wtedy poznałem Jerzego Kaweckiego, medyka sądowego, z którym napisałem książkę „Umarli mają głos”. Poszedłem tam, bo odczuwałem niedostatek wiadomości medyczno-sądowych. Ten niedostatek dostrzegali czytelnicy, w tym mój szwagier, który był wtedy prokuratorem, i właśnie on zapoznał mnie z Jerzym. Tak wszystko się zaczęło.

Czy wizyta w prosektorium zmieniła pana spojrzenie na śmierć? Albo życie?

- Nie, w najmniejszym stopniu. To było doświadczenie profesjonalisty.

Serio? Wątek śmierci jest jednym z głównych wątków pana twórczości. Trudno mi uwierzyć, że prawdziwa sekcja zwłok nie zrobiła na panu żadnego wrażenia.

- Było to ważne doświadczenie, ale nie czułem przerażenia ani strachu. Kiedy pierwszy raz zjawiłem się na sekcji zwłok w zakładzie medycyny sądowej Akademii Medycznej we Wrocławiu, miałem konkretny cel. Było nim zobaczenie na własne oczy, jak wygląda człowiek po śmierci, jaki kolor ma ludzki tłuszcz, jaki kolor ma zakrzepła krew, czy rzeczywiście jest wiśniowa, czy może inna. Chciałem sprawdzić, jak wyglądają opony mózgowe, śledziona, wątroba, i rozwikłać inne kwestie anatomiczne. Dlaczego mnie to interesowało? Jako miłośnik kryminału i szczegółu musiałem wiedzieć, co opisuję, żeby być wiarygodnym. Po prostu.

Patrzyłem na ciało leżące na stole beznamiętnym okiem fachowca, który ma coś wiernie opisać. Mizeria ludzkiej śmierci dotarła do mnie dzień później. Wtedy zacząłem się zastanawiać, jaki smutny jest los człowieka, który kiedyś był pełen życia, a teraz jest tylko formą materii.

Marek Krajewski i Jerzy Kawecki (fot. Wojciech Karliński)Marek Krajewski i Jerzy Kawecki (fot. Wojciech Karliński)

Pana obowiązkiem jako pisarza jest opisanie emocji. Mam wrażenie, że w pana książkach, w ostatniej również, opisy martwego ciała są najbogatsze. Pański styl świadczy o tym, że tematy przemocy i śmierci poruszają pana bardziej niż cokolwiek innego.

- Po pierwsze, moim obowiązkiem nie jest opisanie emocji, ale dostarczenie czytelnikowi rozrywki. Moje powieści to literatura popularna, która ma ludziom skrócić czas, nudne popołudnie bądź podróż. Natomiast co do pana uwagi, że opisy śmierci są najbogatsze, cieszę się, że tak pan to odbiera, bo zawsze dbam o kwestie warsztatowe. Pozostaje mi tylko dziękować za ukryty komplement.

Rozrywka rozrywką. Nie wydaje się panu, że kryminał jako gatunek jest wypowiedzią interpretującą świat?

- Moim zdaniem nie. Powieść kryminalna ma dostarczyć przyjemności. Jeżeli ktoś chce włączyć do tej literatury jakąś diagnozę społeczną, to jego prawo. Moja ostatnia książka należy raczej do literatury faktu, ale na ogół piszę kryminały retro i moim celem nie jest nic innego, tylko rozrywka. Uważam, że nadinterpretacją jest dopisywanie kryminałowi, na przykład skandynawskiemu, ambitną diagnozę społeczną. Znam wypowiedzi literaturoznawców, którzy twierdzą, że kryminał zastępuje dawną powieść realistyczną, że świat przegląda się w kryminałach jak w lustrze. O ile literatura głównego nurtu może posługiwać się deformacją, fantasmagorią, narracyjnymi nadużyciami, to literatura kryminalna nie może tego robić, musi być fabułą. Na końcu zawsze musi być wiadomo, kto zabił. Ktoś może ignorować tę regułę, wolna droga, ale ja tego nigdy nie zrobię.

Tytuł pana nowej książki to „Umarli mają głos”. Czy to znaczy, że umarli mają coś do powiedzenia?

- Potrafią wskazać człowieka, który uczynił im krzywdę. Książka porusza zagadnienia z zakresu medycyny sądowej, której celem na końcu jest znalezienie i skazanie sprawcy na więzienie za krzywdę, jaką wyrządził innemu człowiekowi. Rozumienie języka umarłych i śladów, jakie zostawiają sprawcy na ich ciele, jest domeną Jerzego Kaweckiego.

Na ile w „Umarli mają głos” posługuję się pan faktami, a na ile fikcją?

- Ta granica została wyznaczona przez niechęć do narażania cudzych dóbr osobistych na szwank. Zmieniliśmy z Jerzym miejsca zdarzeń, nazwiska, czasem motywacje sprawców. Na przykład jest opowieść o chłopcach zmiażdżonych przez samochód, który wypadł z drogi. Jest scena, w której cała wieś chce zlinczować sprawców - nic takiego się nie wydarzyło, ale dodałem tę scenę dla dramatyzmu, zwiększyłem też rolę ojca jednego z zamordowanych chłopców. Wymieszałem fikcję z prawdziwymi sytuacjami, które wydarzyły się w innym miejscu. Natomiast sama ekspertyza, poszukiwanie śladów przez Jerzego Kaweckiego - to wszystko jest prawdziwe. Prawdziwy jest trup, prawdziwe są okoliczności, rany, śmierć i morderca.

Marek Krajewski (fot. Wojciech Karliński)Marek Krajewski (fot. Wojciech Karliński)

Wcześniej posługiwał się pan wyłącznie fikcją. Po co panu fakty?

- Głównym nurtem mojej prozy jest kryminał retro, ale ten gatunek ma swoje odnogi - czasem powieść współczesna, czasem literatura faktu. To są przygody, które pozwalają mi doskonalić pióro. Wielu moich czytelników reagowało niechętnie, kiedy słyszeli moją odpowiedź na pytanie, czy to, co piszę, jest prawdą. Zawsze odpowiadałem, że wszystko w mojej powieściach jest zmyślone, i wtedy często słyszałem zawód w głosie czytelników, zwłaszcza mężczyzn. Według wielu badań czytelnictwa książki historyczne czytają przede wszystkim mężczyźni. Uznałem, że warto spróbować połączyć kryminał z prawdą.

Współpraca z Jerzym Kaweckim otworzyła mi oczy, że rzeczywistość jest ciekawa. Wcześniej uważałem, że jest nieciekawa. Ludzie wiele razy proponowali mi opisanie ich wspomnień. Kilka razy wysłuchałem ich historii, ale były strasznie nudne i przewidywalne. Tymczasem gdy Jerzy zaczął opowiadać mi o śląskim nekrofilu, powiedziałem mu: „Mów dalej!”. Wpadliśmy wtedy na pomysł wspólnego napisania książki.

Jak wygląda pańska przyjaźń z Jerzym Kaweckim, człowiekiem, który jak pan napisał, wie wszystko o dziwnych trupach?

- W moich powieściach jest wiele makabry, szczegółowych opisów zwłok i zbrodni. Kto może o nich wiedzieć więcej niż medyk sądowy? Jerzy, od kiedy się poznaliśmy, jest moim ekspertem, z którym konsultuję wszelkie fragmenty medyczno-sądowe. On je koryguje, używając swojego medycznego żargonu, który w literaturze pięknej jest nie do utrzymania. Nie da się napisać, że były osełkowane rany, które były podbiegnięte krwią, bo to język właściwy dla raportu, a nie dla literatury. Gdy pracowaliśmy nad książką, Jerzy przychodził do mnie co sobotę o 7.30 rano, rozmawialiśmy przez kilka godzin, ja wszystko nagrywałem, korzystałem z akt sądowych, protokołów. Z tych źródeł powstała nasza książka.

Jakim człowiekiem jest Jerzy Kawecki?

- Jest bezgranicznie oddany swojej pasji, którą jest jego zawód. To człowiek, który widzi głęboki sens w dochodzeniu do prawdy, w szukaniu śladów zbrodni. Na co dzień jest bardzo uprzejmy, kulturalny, łagodny, ale występując na sali sądowej, zamienia się w lwa. Niejednokrotnie zapędzał w kozi róg innych ekspertów, kiedy on coś robi, musi to być perfekcyjne. Jako kolega jest bardzo życzliwy. Gdy do niego dzwonię, zawsze udziela mi cierpliwie szczegółowych informacji. W sytuacjach towarzyskich bywa lekko roztargniony, nawet się spóźnia. Żyje sprawami swojego zawodu, co w wyraźny sposób odbija się także w jego hobby, czyli majsterkowaniu.

A jakim człowiekiem jest Marek Krajewski?

- Ja nigdy się nie spóźniam. Zawsze dotrzymuję słowa, jestem skrupulatny, pedantyczny i śmiertelnie nudny. Moi bliscy coś o tym wiedzą. Mam skłonność do prawienia morałów. Moje dzieci, gdy były małe, często słyszały po wywiadówkach długie kazania. Jestem człowiekiem, który dba o szczegóły, także w życiu codziennym. Gdy jadę w trasę literacką, nie używam GPS-a, bo wcześniej dokładnie projektuję trasę, łącznie ze zdjęciami, gdzie mam skręcić. Wszystko mam zaplanowane w smartfonie. Jestem straszliwym gadżeciarzem, uwielbiam nowe technologie. Trochę jestem człowiekiem z czasu zaprzeszłego, jako filolog klasyczny poświęciłem dużą część swojego życia zamierzchłej przeszłości, antycznej Grecji i Rzymowi. Potem zdecydowałem się zostać zawodowym pisarzem.

Na dzisiejsze spotkanie też się pan jakoś specjalnie przygotował?

- Znałem wcześniej miejsce, w którym się spotkaliśmy (Cafe Kulturalna w Warszawie - przyp. red.). Ale dla pewności przyjechałem tu pół godziny wcześniej, barman upewnił mnie, że jestem we właściwym miejscu.

Marek Krajewski i Jerzy Kawecki (fot. Wojciech Karliński)Marek Krajewski i Jerzy Kawecki (fot. Wojciech Karliński)

Najprostsze analizy psychologiczne osób skrupulatnych dowodzą, że ktoś, kto chce uporządkować swoje życie w najdrobniejszym szczególe, boi się panicznie, że coś wymknie mu się spod kontroli. Pan się czegoś boi?

- Jedyna rzecz, której się boję, to szerszenie. Nie lubię w ogóle owadów i insektów. Poza tym żadnych wielkich lęków nie mam, jestem raczej odporny psychicznie. Moje zorganizowanie jest bardzo ważną cechą, bez której nie umiałbym funkcjonować. Gdy pracowałem na uczelni, już wieczorem szykowałem ubranie na drugi dzień do pracy. Nie lubię niespodzianek. Odpowiada mi świat, w którym wszystko jest do bólu przewidywalne. Staram się przewidzieć wszystkie sytuacje, które mogą mnie spotkać. Jest mi bliska filozofia stoicka w wydaniu Marka Aureliusza i Seneki. Kieruję się zasadą uprzedzania nieszczęść, wyobrażam sobie wszystko, co może nastąpić. W ten sposób unikam rozczarowań.

Z tego by wynikało, że decyzja o porzuceniu uczelni i rozpoczęciu kariery pisarskiej musiała być drobiazgowo przemyślana. A to był jednak skok na głęboką wodą - pracownik uniwersytetu, który rzuca uniwersytet na rzecz pisania kryminałów.

- Przez pewien czas prowadziłem podwójny żywot autora kryminałów i pracownika naukowego. Mogłem tak żyć, bo zewsząd spotykała mnie życzliwość. Tylko raz pewna starsza pani profesor zarzuciła mi, że to haniebne, że ktoś, kto powinien nieść święty ogień starożytności, zniża się do tak haniebnego gatunku, jakim jest kryminał. Odpowiedziałem jej, żeby pozwoliła mi uprawiać moje hobby. Poza tym koledzy z wydziału odnosili się z życzliwością do moich prób literackich.

Nie żałuje pan odejścia z uczelni?

- Oczywiście, że żałuję. Ta praca dawała mi ogromną satysfakcję, uwielbiałem nauczać, byłem chyba nie najgorszym nauczycielem. Nigdy nie zapomnę błysku zrozumienia na twarzach studentów, gdy tłumaczyłem im zawiłości zmian fonetycznych w łacinie. Z nostalgią myślę o dawnych latach i z przyjemnością przyjmuję zaproszenia na spotkania ze studentami, nawet bez honorariów. Lubię świat akademicki, grzeczne formy zwracania się do siebie, nie lubię szybko przechodzić na „ty”.

Ale najwidoczniej uniwersytet nie dawał panu tego, co daje życie pisarza. Co daje panu pisanie?

- Czas. Prowadzenie obu działalności sprawiało, że nie miałem czasu na nic. To było bardzo trudne - prowadzić zajęcia przez cały rok akademicki, pisać artykuły, a po egzaminach zamykać się w mojej literackiej samotni poza Wrocławiem, gdzie przez dwa miesiące pisałem powieść. Nie miałem wtedy urlopu, a chciałem pracować i odpoczywać jednocześnie, bo to warunek dobrej i efektywnej pracy. Musiałem z czegoś zrezygnować - albo uczelnia, albo literatura. Kiedy zrozumiałem, że mogę żyć z pisania, zrezygnowałem z uczelni. Ale to była dramatyczna decyzja, podjąłem ją z bólem.

Lubi pan pisać?

- Bardzo. Moja praca sprawia mi ogromną przyjemność. Lubię to, że jestem sam sobie szefem. Nie mam nad sobą żadnego humorzastego przełożonego, który mi cokolwiek narzuca. Mam dominujący charakter, lubię sam podejmować decyzje i wyznaczać cele. Uprawiam wolny zawód. Oczywiście jestem uzależniony od wydawców i od czytelników, którzy kupują moje książki. Muszę spełniać ich oczekiwania. Poza tym muszę walczyć sam ze sobą, przełamywać wewnętrzny opór, że coś poszło nie tak lub że przez cały dzień nie napisałem jednego dobrego zdania. Z drugiej strony mam na koncie czternaście książek i pisanie idzie mi coraz łatwiej. Może nawet za łatwo, bo być może czasem sam siebie powtarzam lub kopiuję swoje pomysły. Ale lubię ten rytuał - wstaję o siódmej rano, pracuję cztery lub pięć godzin, potem czytam na głos. Słyszę, jak słowa grają ze sobą, wsłuchuję się w melodię zdań. Wtedy mam wrażenie, że coś dobrego robię dla swoich czytelników. Oni są dla mnie najważniejsi.

Marek Krajewski (fot. Wojciech Karliński)Marek Krajewski (fot. Wojciech Karliński)

Spełnił pan nieosiągalne marzenie wielu polskich pisarzy - utrzymuje się pan z pisania. To jest przywilej nielicznych autorów w Polsce. Jakie jest teraz pana marzenie?

- Mam 49 lat, przez kolejne jedenaście lat będę pisał kryminały. Do sześćdziesiątki. Później chcę pisać inne książki, niekoniecznie kryminały, może prozę realistyczną, z tradycyjną narracją, punktami kulminacyjnymi i suspensem. Chcę też napisać powieść, której akcja będzie rozgrywać się na uniwersytecie w latach 90., kiedy zaczynałem swoją pracę.

A nie kusi pana napisanie kryminału historycznego? Jako filolog klasyczny z pewnością znalazłby pan wiele punktów zaczepienia dla powieści, której akcja rozgrywałaby się w starożytności.

- Marzę o napisaniu powieści historycznej, której akcja rozgrywałaby się w czasach starożytnego Rzymu. To jest świat, w którym jestem głęboko zakorzeniony, który dobrze poznałem, czytając teksty źródłowe w oryginale. Historia Rzymu jest fascynująca, zwłaszcza burzliwy okres końca Republiki i początków Cesarstwa, gdy działali Cezar czy Cyceron. Bardzo interesują mnie też czasy dojrzałego Cesarstwa. Z tym wiąże się oczywiście pewne niebezpieczeństwo, bo wchodzę na teren zagospodarowany przez innych pisarzy, na przykład świetnego Stevena Saylora. Ale po jedenastu latach będę mógł na tyle swobodnie poczynać swoim czasem, że nie będę skrępowany obowiązkiem produkowania książki raz do roku, tak jak muszę robić to teraz.

Co to znaczy, że pan musi?

- Bo to moja praca, muszę mieć za co utrzymać moją rodzinę. Z roku na rok będzie więcej moich książek na rynku. Po sześćdziesiątce będę mógł pisać z mniejszą częstotliwością, raz na kilka lat. Wtedy będę miał czas, żeby zwiedzić Europę, spędzić rok we Włoszech i w Anglii. Wiele już widziałem, ale chciałbym wsiąknąć w język i kulturę tych krajów, a to wymaga czasu.

Dwa lata temu wydawca zaprosił mnie na targi do Nowego Jorku i tam zobaczyłem ogromny plakat Michaela Connelly'ego. To gwiazda literacka. Każda jego książka sprzedaje się w nakładach milionowych, ale i tak co roku wydaje książkę. Zapytałem mojego wydawcy, dlaczego to robi, przecież mógłby zrobić sobie przerwę. A on mówi mi, że w tej branży, jak nie napisze się książki co rok, to się wypada, bo inni wypełnią tę lukę. W Polsce zaczyna się dziać podobnie. Muszę pisać jedną książkę rocznie, inaczej czytelnicy o mnie zapomną. Gdy zrealizuję swój cel, przyjdzie czas na dłuższe podróże.

Często jeździ pan do Włoch?

- Chciałbym częściej. Pamiętam wyprawę do Mantui, gdzie byłem nominowany do nagrody literackiej. To było dokładnie 15 lutego, we Wrocławiu był potworny mróz, a tam szesnaście stopni, ludzie chodzili w marynarkach. Słońce świeciło, a ja siedziałem na rynku i zobaczyłem na budynku łaciński napis, fragment z bukolik Wergiliusza, o tym, że urodził się w Mantui. To jest mój świat, dobrze się w nim czuję.

No i włoska kuchnia. Do dziś pamiętam pizzę, którą zjadłem w miejscowości Goito niedaleko Mantui. W składnikach były półsurowe białe kiełbaski zanurzone w musie z dyni. Niebywała kombinacja. Albo pierożki z dynią. Jestem człowiekiem raczej mięsożernym, ale we Włoszech dania wegetariańskie bywają kulinarnym ekscesem, w dobrym znaczeniu tego słowa.

Jest pan przesądny?

- Nie, dlaczego?

No bo ta okrągła liczba - będzie pan pisał kryminały do sześćdziesiątki. To dość arbitralna decyzja, starożytni Rzymianie też byli przesądni...

- To wynika z prostego rachunku matematycznego. Dwadzieścia pięć książek na rynku pozwala żyć pisarzowi bez sztywnych zobowiązań. Daje wolność.

A nie chciałby pan poeksperymentować i napisać powieści z niewyjaśnioną sprawą morderstwa?

- Nie jestem typem ryzykanta, wiem, czego oczekują moi czytelnicy. Czytelnicy kryminałów oczekują rozwiązania sprawy. Nienapisanie, kto zabił, jest błędem. Mogą sobie na to pozwolić autorzy, którzy nie dbają o czytelników, lub ci, którzy chcą uczynić z kryminału gatunek wysoko artystyczny. Są tacy, którzy mają takie pretensje. Ja do nich nie należę. Nie jestem eksperymentatorem. O nie, na pewno.

fot. materiały prasowefot. materiały prasowe

 

Książki Marka Krajewskiego są dostępne jako e-booki w Publio.pl

 

Marek Krajewski (ur. 4 września 1966 we Wrocławiu). Pisarz, filolog klasyczny, specjalista w zakresie językoznawstwa łacińskiego. Pracował jako bibliotekarz, sprzedawca, magazynier. Wykładał w Instytucie Filologii Klasycznej i Kultury Antycznej Uniwersytetu Wrocławskiego. Od 2007 zawodowo trudni się pisarstwem. Jest autorem 14 książek, w tym popularnego cyklu o Eberhardzie Mocku, pracowniku wrocławskiego Prezydium Policji. Na serię wydawaną od 1999 składa się sześć tomów: „Śmierć w Breslau", „Koniec świata w Breslau", „Widma w mieście Breslau", „Festung Breslau", „Dżuma w Breslau" oraz „Głowa Minotaura". W 2008, wspólnie z Mariuszem Czubajem rozpoczął nowy cykl kryminału, którego akcja dzieje się w czasach współczesnych w Gdańsku, a bohaterem jest nadkomisarz Jarosław Pater. Do tej pory ukazały się dwa tomy: „Aleja samobójców" i „Róże cmentarne". Jego książki zostały przetłumaczone na 18 języków. Jest laureatem Paszportu „Polityki".

Łukasz Knap. Krytyk filmowy, kulturoznawca. Doktorant w Instytucie Kultury Polskiej UW. Publikuje m.in. w „Kinie”, „Wysokich Obcasach”, „Dwutygodniku”, „Tygodniku Powszechnym”. Wyróżniony w Konkursie dla Młodych Krytyków Filmowych im. Krzysztofa Mętraka.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (44)
Zaloguj się
  • rabingoldblatt

    Oceniono 157 razy 133

    Uff co za miła odmiana po "wywiadzie" z tą co nie jada makaronu i autopromocji kałcza....

    Prawdziwy talent, prawdziwa sztuka, prawdziwy człowiek

    To co pisze Krajewski jest niesamowite. Tworzy książki, które są drzwiami do innego świata. Świata, który pociąga i intryguje więc jeżeli nadal bedzie trzymał taki poziom i bedzie powaznie traktował czytelnika, to ja chętnie będę kupował jego książki żeby mógł pojechać spokojnie na rok do Włoch. Może tam też coś napisze:))

    Panie Marku, chylę czoła.

  • jusand

    Oceniono 81 razy 67

    Bardzo lubie czytac ksiazki autorstwa Pana Marka Krajewskiego.
    Dziekuje Autorowi.

  • noel1

    Oceniono 37 razy 31

    Co prawda lubię,czytam i oglądam kryminały skandynawskie, po których to ciężko jest zasnąć. Artykuł bardzo interesujący, zapewne będzie przyczynkiem zainteresowania się pisarstwem p. Krajewskiego.Pozdrawiam czytelników i autora.

  • mamadwojga

    Oceniono 34 razy 20

    UWIELBIAM mądrych ludzi, z pasją, z talentem, pracowitych i skromnych na dodatek. Czytałam chyba wszystkie książki Pana Marka i czekam niecierpliwie na następne. Cieszę się że łączy nas Wrocław :-).

  • jaklucz

    Oceniono 28 razy 18

    Ciekawy wywiad i znakomita promocja. Szkoda tylko, że troskę strzeliliście sobie w stopę, ponieważ książka, którą promujecie jest niedostępna w Publio. Cóż, kupiłem gdzie indziej, ale to już Wasz problem. Pozdrawiam i dziękuję za super pozycję do poczytania przed niedzielnym rosołkiem ;)

  • symplegada

    Oceniono 6 razy 6

    A ja miałam z Markiem Krajewskim zajęcia z praktycznej nauki języka łacińskiego (w Katedrze Filologii Klasycznej UWr) w latach 90-tych. To dopiero była groza - rzeczywiście był skrupulatny, rzetelny, nigdy się nie spóźniał i nie stosował wobec nas taryfy ulgowej. Ale i tak go uwielbiałam :) Kryminałów nie lubię, nie czytam, ale życzę Autorowi dalszych sukcesów.

  • lucyjkama

    Oceniono 12 razy 6

    "Władca liczb" był pierwszym kryminałem autora, który czytałam. Natychmiast sięgnęłam po następne. Po kolejnych 3 czy 4 miałam już dość. W kółko to samo, makabryczne zbrodnie i gwałty, ciągle gwałty. Ileż można??? Rozczarowałam się głęboko. Mam wrażenie, że Krajewski nie ma nowych pomysłów na swoje książki. Nuuuda.

  • porzundny

    Oceniono 1 raz 1

    Tez bardzo lubie ksiazki pana Krajewskiego. Poza tym to uprzejmy czlowiek, szanujacy czytelnika. Kiedys napisalem do niego mail z zapytanie. I odpowiedzial ! Nawet przepraszal, ze dlugo to trwalo. Nie moge sie doczekac, az bede mial okazje przeczytac ksiazki spoza serii wroclawskiej. Poza tym nawet GW nie udalo sie znieksztalcic ladnej polszczyzny pisarza.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX