Drzwi Cafe Fińskiej na rogu ulic Lwowskiej i Józefińskiej

Drzwi Cafe Fińskiej na rogu ulic Lwowskiej i Józefińskiej (fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta)

reportaż

''Herbata - jeden uśmiech, kawa - dwa''. Jak radzi sobie krakowska kawiarnia, w której nie płaci się pieniędzmi?

Filiżanka kawy kupionej na mieście nie powinna być dziś dobrem "luksusowym". Nie powinna, ale jest. Gdybyśmy zabawili się w domorosłych ekonomistów i w miejsce wskaźnika Big Maca, określającego siłę nabywczą pieniądza, podstawili szklankę małej czarnej, wnioski nie byłyby optymistyczne. Godzina pracy w wypadku wielu Polaków nie pozwala na zakup choćby jednej filiżanki. Dla porównania, najniższa stawka godzinowa w Niemczech umożliwia zamówienie dwóch-trzech kaw. A co, gdyby cofnąć się do czasów cywilizacji "przedpieniężnych", w których wymiana handlowa opierała się na barterze? Co, jeżeli środkiem płatniczym w kawiarni stałby się uśmiech? Brzmi utopijnie, ale taka idea ziściła się w Krakowie. Teraz Cafe Fińska walczy o przetrwanie.

Mimo że Cafe Fińska znajduje się bardzo blisko centrum Krakowa, to nie najłatwiej tu trafić. Ulica Józefińska, której kawiarnia zawdzięcza swoją nazwę, urywa się w okolicach placu Bohaterów Getta, by wynurzyć się nagle 200 metrów dalej. Nietypowe miejsce zasługuje na nietypową lokalizację - myślę. Gdy napotykam już cudownie odnaleziony fragment Józefińskiej, mijam lokal obojętnie i tylko znajoma twarz, którą widziałem na jednym ze zdjęć opublikowanych na fanpage'u kawiarni, uświadamia mi, że to tu. W środku czeka mnie pierwsza niespodzianka - mimo że umawiałem się na spotkanie z jedną osobą, wita mnie sześciu wolontariuszy. Na spotkaniu pojawili się wszyscy ci, którzy mieli tego dnia czas i ochotę, aby ze mną porozmawiać, są w bardzo różnym wieku. Siadamy przy jednym stole (to oczywiście nie przypadek, że właśnie tak umeblowano to miejsce), który nakryty jest arkuszem białego papieru, a do ręki dostaję kredki i flamastry. Opowiemy ci wszystko od początku, ale musisz coś nam narysować - uprzedza Anna, jedna z wolontariuszek.

Zaczęło się w czerwcu 2013 roku. Michał Mioduszewski, artysta, znany m.in. z organizacji osiedlowych seansów filmowych na warszawskim Bródnie, postanowił stworzyć ogólnodostępne miejsce spotkań, bezpieniężną kawiarnię, do której będą mogli zaglądać zarówno twórcy, jak i mieszkańcy okolicznych ulic Starego Podgórza, jednej z dzielnic Krakowa. Inicjatywa była częścią ArtBoom Festivalu i jej żywot zaplanowano pierwotnie na dwa tygodnie. Dlaczego Fińska nie stała się więc jedynie artystyczną efemerydą i kilkanaście miesięcy później mogę napić się tu kawy wraz ze stałymi bywalcami? - Decyzja zapadła w gronie wolontariuszy pracujących przy festiwalu. Wytworzyła się rodzinna, klimatyczna, offowa atmosfera, nikt nie chciał odpuścić. Początkowo mieliśmy pieniądze tylko na jednomiesięczny czynsz, ale Bartek Wrona, jedna z osób zaangażowanych w działalność Fińskiej, zaproponował zbiórkę w portalu PolakPotrafi. Udało się zgromadzić fundusze na kolejne miesiące. I na kolejne. I kolejne - wyjaśniają jej twórcy.

Fińska to nie tylko dyskusje i hektolitry kawy, ale i eventy oraz spontaniczne jam session (fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta)Fińska to nie tylko dyskusje i hektolitry kawy, ale i eventy oraz spontaniczne jam session (fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta)

Po pierwsze: nie wykluczać

Działalność Fińskiej od początku opiera się na kilku podstawowych zasadach. Po pierwsze: nie można tu przeprowadzać transakcji pieniężnych. - Początkowo używaliśmy określenia „kawiarnia bezgotówkowa”, ale zbyt wiele osób pytało nas o to, czy w takim razie płacić można tylko kartą - wtrąca Ania. Jak głosi napis przed wejściem, herbata kosztuje jeden uśmiech, kawa - dwa. Mile widziane są zresztą własne napoje, z jednym zastrzeżeniem: nie wolno spożywać tutaj alkoholu. W zamian za kawę można się nie tylko uśmiechnąć, jako „zapłata” mogą służyć inne gesty lub działania. Odwiedzający Fińską mają okazję odwdzięczyć się rysunkiem, muzyką lub wierszem, w grę wchodzą wszelkie formy, pod warunkiem że nie naruszają one bezpieczeństwa osób znajdujących się w kawiarni.

Kawiarnia działa na zasadzie non-profit, więc opiera się na pracy wolontariuszy, którzy ustalają między sobą kolejność dyżurów. Zadaniem wolontariusza jest wdrożenie gości w idee, jakie przyświecają Fińskiej. Idee, a nie ideologie, gdyż jak podkreślają moi rozmówcy, zarówno zespół, jak i goście to zbiór indywidualności o - często skrajnie - różnych poglądach. Łączy ich chęć współtworzenia miejsca otwartego, „wolnościowego”. Nie wykluczamy nikogo - tu moi rozmówcy są absolutnie zgodni.

Dyskusja striptizera z wykładowcą

Kto w takim razie odwiedza Fińską? Wszyscy. Od naukowców czy pracowników korporacji, przez artystów i studentów, po mieszkających w sąsiedztwie emerytów. Myli się ten, kto zakłada, że „bezpieniężność” oznacza, że kawiarnia jest dla ludzi niezbyt zamożnych. Może raczej: są oni tutaj tak samo mile widziani jak ludzie o stabilnym statusie majątkowym. To po prostu nie odgrywa tu żadnej roli. Liczy się wymiana myśli i doświadczeń. Nikogo nie dziwią tutaj dyskusje striptizera z wykładowcą akademickim. Jak podkreśla Magda, najmłodsza z grupy: - Nie pytamy o to, ile zarabiasz, jakim samochodem jeździsz, z kim sypiasz. Po prostu nas to nie interesuje. Ciekawi nas natomiast to, co masz do powiedzenia na dany temat. Reszta natychmiast precyzuje: - Ale jeśli chcesz przyjść i pomilczeć w towarzystwie, to również nie ma problemu. Każdy może tu robić to, co uważa za stosowne - pod warunkiem że nie krzywdzi tym innych.

Dowiaduję się jednak, że jakiś czas temu Fińczycy (zdania w kwestii tej nazwy są podzielone, używa jej część wolontariuszy) podjęli próbę stworzenia listy tutejszych „przykazań”. Skończyło się to fiaskiem. Ania wskazuje palcem na znajdującą się w kącie odwróconą tablicę. Na jej odwrocie ktoś napisał kredą „Brak zasad”. Choć należy te słowa brać w duży cudzysłów, sporo mówi to o klimacie tego miejsca.

Złośliwi mogliby powiedzieć, że wystrój Fińskiej czerpie ze znanych krakowskich wzorców pod tytułem „zbieramy po śmietnikach różne meble, a turyści zachwycają się tym, jak tu klimatycznie”. Zadecydowała jednak nie chęć stworzenia natchnionej, artystycznej atmosfery, ale warunki lokalowe. Cała kawiarnia znajduje się w niedużym, narożnym pomieszczeniu, w którym poza umieszczonym w centrum stołem i kilkoma krzesłami oraz masą książek, płyt i obrazów, znajduje się również część „kuchenna” - zlew, czajnik elektryczny oraz naczynia. Toaleta znajduje się w sąsiedniej bramie. Część mebli pochodzi od sąsiadów, którzy chętnie zostawiają tu różne przydatne przedmioty. Jednak jak podkreślają wolontariusze, Fińska jest jak kameleon i jej wystrój zmienia się dość regularnie: - Estetyka jest w naszym wypadku uzależniona od wydarzeń, które mają tu miejsce - podkreśla Janes. - Inaczej będzie to wszystko wyglądać za kilka dni, podczas występu krisznowców, inaczej wtedy, gdy organizujemy koncert jazzowy. Co prawda swego czasu powstał projekt, który miałby ujednolicić wystrój, wszelkie działania spowalnia jednak prawdopodobieństwo, że Fińska może niebawem zmienić adres. Chwilowo udało się tego uniknąć - dzięki kolejnej, zorganizowanej dwa tygodnie temu, zbiórce pieniędzy oraz przychylności właścicielki lokalu, kawiarnia pozostanie na ulicy Józefińskiej przynajmniej do końca kwietnia. Co dalej?

Fińczycy w swoim żywiole, czyli: rozmawiają (fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta)Fińczycy w swoim żywiole, czyli: rozmawiają (fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta)

Błąd w Matriksie

Brak szefostwa oraz jakiejkolwiek hierarchii, równe zasady, dzielenie się obowiązkami - wszystko to brzmi bardzo wzniośle i pięknie, pytam jednak, jak wygląda zderzenie teorii z praktyką. Komunikując się z Fińską przez stronę facebookową i maile, zauważyłem, że za każdym razem odpowiada mi ktoś inny i nie mogę być pewien, że wszelkie informacje trafią do odpowiednich osób - fanpage ma około 30 adminów. Fińczycy przyznają, że bywa niełatwo. W sytuacji, w której każdy głos ma równą wagę, nietrudno o konflikty. - Każdy z około 20 wolontariuszy ma swoją osobowość, doświadczenie i wizję tego, jak to wszystko ma funkcjonować. Zresztą Fińska to nie tylko wolontariusze, to również ludzie, którzy bywają tu raz na tydzień, dwa tygodnie, a nawet ci, którzy odwiedzają nas sporadycznie - twierdzi Magda. Nie udało się uniknąć, zażegnanego już na szczęście, kryzysu całej społeczności: - Mimo że nie posiadamy sztywnej struktury, to przechodzimy fazy takie same, jak we wszystkich organizacjach: od zachwytu do wypalenia. Potrzebowaliśmy pomocy z zewnątrz, pomogła nam „wizja lokalna” wykonana przez socjologa i psychologa - mówi Ania.

W świecie przesyconym konsumpcjonizmem Fińska wydaje się szczęśliwą wysepką. Michał Mioduszewski, przemawiając podczas otwarcia w czerwcu 2013 roku, posłużył się parafrazą Kantora: Rewolucje zaczynają się w kawiarniach. Pytam więc Fińczyków, czy ich zdaniem lokal serwujący darmową kawę i herbatę jest anomalią czy może odbiciem tendencji, jakie rodzą się w do bólu kapitalistycznym świecie. Moi rozmówcy interpretują to na wiele sposobów. Jak mówi Janes: - Jesteśmy po prostu błędem w Matriksie dzisiejszej gospodarki.

Cafe Fińska (fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta)Wśród mebli pochodzących z rozmaitych źródeł można znaleźć prawdziwe dzieła sztuki (fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta)

Z drugiej strony jednak Fińska pojawiła się na mapie Krakowa w momencie, w którym wzrastać zaczęła świadomość dotycząca społeczeństwa obywatelskiego, odbudowy międzysąsiedzkich więzi i ruchów miejskich będących alternatywą dla, często dość nieudolnych, władz samorządowych. - To coś, na co czekałem od 1989 roku. Poprzedni ustrój był fatalny, ale mam wrażenie, że było nam wszystkim do siebie nieco bliżej, od tego czasu ten duch wspólnotowy niemal zupełnie zaniknął. Teraz w końcu coś się zaczyna dziać - mówi Andrzej.

Potwierdza to Weronika Śmigielska, kulturoznawczyni, współprzewodnicząca krakowskiej Partii Zielonych: - Myślę, że faktycznie możemy mówić o pewnym „pobudzeniu” samoorganizacji mieszkańców miast - coraz popularniejsze stają się kooperatywy spożywcze, „wymienniki”, czyli spotkania barterowej wymiany przedmiotów i ubrań. Tym, co wydaje mi się istotnym elementem łączącym oddolne inicjatywy, jest fakt, że pozytywnie wpływają na wzrost zaufania społecznego, zwłaszcza na poziomie lokalnym. Biorąc pod uwagę alarmująco niskie wskaźniki wzajemnego zaufania, jakie żywią do siebie Polki i Polacy, już sam fakt, że ludzie się spotykają i poświęcają sobie czas, stwarza sprzyjające warunki do budowania społecznej solidarności.

Potwierdza to Tomasz Leśniak, kandydat na prezydenta Krakowa z ramienia komitetu Kraków Przeciw Igrzyskom, z wykształcenia socjolog: - Tego typu inicjatywy, jak Cafe Fińska czy coraz liczniejsze spółdzielnie, są odpowiedzią na dominujący w ostatnim dwudziestoleciu indywidualizm. Problem polega na tym, że są to często inicjatywy efemeryczne i nietrwałe, ze względu na problemy z pozyskaniem środków finansowych na działalność.

Rzeźbiarze z „korpo”

Fińska z tego punktu widzenia nie powinna być więc traktowana jako punkt zapalny rewolucji. Jest raczej kontrą wobec galopującego konsumpcjonizmu, alternatywą wobec głównego nurtu współczesnej kultury, który stopniowo znieczula nas na wszystko, co nie ma związku z kredytem we frankach. Jak przyznają wolontariusze, to, że transakcje pieniężne w Fińskiej nie występują, sprawia, że łatwiej jest dostrzegać pewne rzeczy, o których zdążyliśmy zapomnieć. Jakie to rzeczy? - Ludzie mają różne ideały, jedni wierzą w prawdę, dobro i piękno, inni zwracają się w stronę religii katolickiej; to bez znaczenia, chodzi o to, żeby ze sobą o tym rozmawiać - dodaje Andrzej.

Rozmawiać, ale i ocalać. W Fińskiej mogą znaleźć schronienie rozmaite, niepotrzebne zdaniem właścicieli przedmioty. Wolontariusze prowadzą również regularną wymianę książek i płyt. Gdy zaczynamy o tym rozmawiać, Andrzej kładzie przede mną kilka książek, m.in. „Dzieje Rusi Kijowskiej”, a także zafoliowany opłatek. To rzeczy po zmarłej sąsiadce, znalezione pod śmietnikiem w podwórku. - Skoro ludzie wyrzucają tego typu rzeczy i uważają, że są one zupełnie zbędne, co im zostaje? Tylko i wyłącznie ciało - komentuje to Janes. Ocalanie, jak górnolotnie by to nie brzmiało, nie dotyczy jedynie przedmiotów. Wolontariusze opowiadają mi o zmęczonych pracą w „korpo” gościach Fińskiej, którzy zaczęli przychodzić tu między innymi po to, aby ćwiczyć rzeźbiarstwo. Tutaj też zawiązało się kilka znajomości, które doprowadziły do uruchomienia rozmaitych inicjatyw artystycznych i nie tylko. Za przykład może służyć choćby Sztuczny Sklep, czyli miejsce, w którym każdy zainteresowany może zaprezentować swoją twórczość lub poprowadzić warsztaty. Miejsce, podobnie jak Fińska, z założenia „otwarte”.

- Hasło „Rewolucje zaczynają się w kawiarniach”, które częściowo inspirowało współtworzących miejsce czy też uczestniczących w projekcie, sugerowało nie tylko istnienie jakiegoś rewolucyjnego potencjału w projekcie - mówi Majka, była wolontariuszka i bywalczyni Fińskiej. - Odwoływało się ono też do tradycji miejsca, w którym rodzić się mogły idee jawnie lub bardzo skrycie przy parujących kubkach z kawą lub herbatą.

Cafe Fińska (fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta)Poprzedni wystrój Fińskiej oraz jej bywalczynie (fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta)

Nawet jeżeli potraktujemy inicjatywę z ulicy Józefińskiej jako naturalną konsekwencję kapitalizmu w „zenicie”, to trudno nie dostrzec jej inspirującej roli. Jak z dumą przyznają Fińczycy, jest to pierwsze tego typu miejsce w Polsce. Później pojawiła się choćby lubelska Miłość czy warszawskie Trzy Pokoje z Kuchnią.

„My, przyzwoici ludzie”

Zastanawiam się jednak, komu Fińska może się nie podobać. W końcu lokal serwujący darmową kawę i herbatę może być traktowany jako wirus psujący rynek - rzecz dzieje się w nasyconym wszelkiej maści kawiarenkami Krakowie. Dodajmy: mieście dość, by ująć to staromodnie, filisterskim. - Pojawiła się swego czasu na naszym fanpage'u dość ostra krytyka - mówi Andrzej. - Ktoś wkleił zdjęcie pięknej kawiarni i napisał coś w rodzaju „my, ludzie na pewnym poziomie, lubimy przebywać w takich pomieszczeniach, pić kawę za pieniądze, które mamy ze swojej pracy, a nie przesiadywać w czymś, co jest skrzyżowaniem skłotu i złomowiska”. Jak się później okazało, człowiek ten był menedżerem znajdującego się na Starym Mieście McDonalda.

Osoby opiekujące się na co dzień Fińską myślą o sobie raczej jak o brakującym elemencie. Masz rynek i masz nas, jesteśmy zupełnie obok tego wszystkiego - mówią. Zdarzają się jednak wrogie reakcje ze strony wspomnianych „filistrów”: to zwykle osoby zakopane w jedynie słusznych ramach swojego życia. Nasza działalność, chcąc nie chcąc, konfrontuje ich ze swoimi ograniczeniami, co czasem budzi opór - mówi Ania. Niektórzy starają się szukać ukrytego gdzieś haczyka, wszak „nie ma nic za darmo”, a jeśli nawet, to to, co darmowe, musi być byle jakie lub niebezpieczne. - A nam po prostu chodzi o to, żebyś spędził tu fajnie czas - podsumowuje Magda.

Cafe Fińska (fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta)Lewy górny róg zdjęcia wskazuje na to, że Fińczycy należą do nielicznej grupy ludzi, którzy dobrze bawią się bez alkoholu (fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta)

Mimo że jedno z haseł przyświecających działalności Fińskiej brzmi: Politykę zostawiamy za drzwiami, wszyscy zdają sobie tutaj sprawę, że od niektórych rzeczy nie da się uciec. Sugeruję Fińczykom, że deklarowany egalitaryzm i antykonsumpcjonizm oraz organizacja pracy momentalnie przykleja im etykietkę „lewaków”. - Dla wielu na pewno ta etykieta działa. Jeśli ktoś jest uwarunkowany na schematy i szablony, to będzie tak myślał. Ale jeśli przyjdzie tu, to zrozumie, że to miejsce niejednorodne światopoglądowo - mówi Andrzej.

Dowiaduję się, że wśród stałych bywalców znajdziemy zarówno osoby o poglądach konserwatywnych, jak i zdeklarowanych lewicowców, gorliwych katolików, agnostyków i innych. Zostawianie polityki za drzwiami dotyczy raczej unikania „pyskówki”, jakiej pełna jest polska debata publiczna. Fińczycy nie chcą na siłę unikać kontaktu z władzami, wiedzą zresztą o zainteresowaniu miejscem ze strony urzędu miasta, które być może przerodzi się w realną pomoc. W okolicach wyborów samorządowych pojawił się również pomysł organizacji cyklicznych spotkań z kandydatami na urząd prezydenta Krakowa, jednak nie doczekał się on realizacji. Mimo to Fińską odwiedziło incognito kilka ze startujących w wyborach osób, jedna z nich raz na jakiś czas udziela kawiarni wsparcia finansowego. - Prezydenta Majchrowskiego jeszcze nie było. Ale zapraszamy! - deklarują wolontariusze.

Co to jest „fińskość”?

Wygląda na to, że najbliższe tygodnie położą, przynajmniej częściowo, kres niesformalizowanej strukturze Fińskiej. Wolontariusze czekają na legalizację stowarzyszenia, które będzie towarzyszyć kawiarni, wszelkie stosowne dokumenty zostały już złożone. Mimo że grono pracujących tu osób nie było do końca zgodne w tej kwestii, posiadanie osobowości prawnej ma znacznie ułatwić dalsze funkcjonowanie. Chodzi między innymi o możliwość ubiegania się o granty oraz, być może, zdobycie nowego lokalu - los Fińskiej z Józefińskiej jest bowiem stale zagrożony i jedynie regularne zbiórki pieniędzy przedłużają z miesiąca na miesiąc pobyt Fińczyków na Starym Podgórzu. Więcej środków finansowych to również więcej wydarzeń organizowanych w tej przestrzeni: - Koniecznie napisz o eventach - mówi Janes. - To nie jest tak, że cały czas tu siedzimy i gadamy. Można u nas cały czas trafić na rozmaite koncerty, warsztaty i wystawy, jest nawet jazzman, który tworzy zespół z kilkoma... myszami!

Cafe Fińska (fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta)Trochę użytkowej filozofii (fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta)

Gdy pytam o komentarz, który pojawił się pod opublikowanym w „Dużym Formacie” artykule na ich temat, w którym internauta sugeruje, że tworzenie ujętej w jakiekolwiek ramy działalności doprowadzi do zatracenia idei, Fińczycy stanowczo oponują. Jak mówi Ania: -Idea może się zatracić raczej wtedy, gdy potykamy się o prozaiczne sprawy w rodzaju rachunku za prąd i czynszu. Jeśli z tym sobie poradzimy, będzie tylko lepiej. Janes prosi mnie też, abym podkreślił, że Fińczycy cały czas szukają nowych wolontariuszy. Nie ma żadnych ograniczeń wiekowych czy światopoglądowych, wystarczy, że podobnie jak oni będą otwarci na „fińskość”. A co to jest „fińskość”? O tym Andrzej planuje napisać już niebawem w swoim manifeście. Będzie to jednak tylko i wyłącznie jego subiektywne zdanie: - Nie chcę nikomu niczego na siłę narzucać.

 

Mateusz Witkowski (ur. 1989). Redaktor naczelny i współzałożyciel portalu Popmoderna.pl. Absolwent krytyki literackiej na Wydziale Polonistyki UJ, obecnie doktorant na tym samym wydziale. Interesuje się bezpośrednimi związkami między muzyką popularną a literaturą oraz recyklingiem popkultury, jaki dokonuje się we współczesnej literaturze, sztuce i tzw. telewizji jakościowej. Zdecydowanie sprzeciwia się dzieleniu kultury na "wysoką” i "niską”. Do tej pory publikował m.in. w "Dwutygodniku", "Xięgarni", "Czasie Kultury", "Opcjach”.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (44)
Zaloguj się
  • mazuvian

    Oceniono 181 razy 143

    Wow! Przepiękny pomysł :) Życzę wszystkiego dobrego!

  • komentatorroku

    Oceniono 81 razy 37

    My degustatorzy alkoholi mamy takich miejsc mnóstwo, i jakoś nie robimy z tego wielkiego poruszenia......hahaha

  • blekitnapanienka

    Oceniono 49 razy 35

    Piękne słowa, idee, piękne wszystko, cóż za bogate słownictwo, elokwencja... Tylko... Właściwie, tak dla normalnego człowieka... O co w tym wszystkim chodzi? ;) Ludzie spotykają się w pewnym miejscu, to dobrze, czy uważacie, że takich jest mało? nie wszyscy mają potrzebę tworzenia kawiarni, a potem dziwnego tworu, który, jak sam autor przyznaje, będzie oczekiwał dofinansowań. Ale za co? Na co? Darmową kawę wolę dać ciężko pracującej sprzątaczce, której należy się odrobina przerwy i przyjemności. Chciałabym też wiedzieć, dlaczego dosyć już wykształcony człowiek używa słów typu "event" - nienawidzę tego nachalnego wpychania angielskiego do naszego języka. Gdzieś jest to cytatem, jednak to autor decyduje, co cytować. Nie wspominając o "fanpage'u", który rzuca się w oczy, szczególnie w połączeniu z dalszym wyrafinowanym słownictwem. Nawet o tym portalu społecznościowym można mówić w naszym języku. Naprawdę! Knajpa jak knajpa (przepraszam - kawiarnia), niech się spotykają, świetnie, że im się podoba, jednak w tym wszystkim jest zdecydowany przerost formy nad treścią, autor chciał się popisać, tylko trochę przesadził, tak jak i chyba sami "twórcy", "wolontariusze".... Sam p.Witkowski używa słowa "górnolotnie". O to właśnie chodzi ! A przy okazji troszkę bełkotliwie... Nieco więcej luzu życzę autorowi i trochę dystansu do rzeczywistości. Nie wszystko zamyka się w pięknym słowie "idea".... a tym bardziej grant, event, czy inne paskudztwa. Te nieszczęsne rachunki za prąd trzeba będzie zapłacić pracując, a nie bawiąc się w erudytów i artystów przy "darmowej" kawie.

  • mazuvian

    Oceniono 30 razy 22

    Przypomina mi ta kawiarnia ruch Sytuacjonistów (Situationist International).

  • monkabie1

    Oceniono 34 razy 20

    ...nie chodzi tu o nazwę, czy wnętrze ów "lokalu". Cała idea tego "czegoś" tkwi w nas samych, tworzących czasem dziwne, nie do końca wytłumaczalne rzeczy, jak w tym przypadku. Myślę że tęsknimy do "czegoś", i czasem udaje nam się to urzeczywistnić, jak w tym przypadku. Dopiero finał pokaże prawdziwą nazwę ów miejsca, i co tak na prawdę się z tego "zrodziło". Brakuje nam odwagi, do realizowania niewytłumaczalnych ideii, ale widzę że trzeba brać z WAS przykład... bo podobne rzeczy chodzą nam po głowie, tu w Krośnie, na podkarpaciu...

  • Magda Klimek

    Oceniono 24 razy 18

    To coś jest w moim sąsiedztwie, w artykule jest napisane, że to mieszanka skłotu i graciarni, to eufemizm, tam jest po prostu syfiasto, najnormalniej na świecie brudno i to jest odstręczające niezależnie od poziomu idei i wartości uprawianej tam sztuki.
    Nie, nie jestem maniakalną pedantką czy obsesyjnym higienistą.

  • mic234

    Oceniono 23 razy 17

    "Siadamy przy jednym stole (to oczywiście nie przypadek, że właśnie tak umeblowano to miejsce), który nakryty jest ryzą białego papieru"

    Niesamowity stół, do którego przykrycia potrzeba 500 stron?

  • mic234

    Oceniono 27 razy 13

    Wiem, że jestem prymitywem i nienowoczesny, ale wydaje mi się, że lepiej i jakoś normalniej jest jeśli za kawę płacą ci co tę kawę piją.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX