Paulina Młynarska

Paulina Młynarska (fot. TVN Style)

wywiad gazeta.pl

Paulina Młynarska: Terapia ocaliła mi życie. Nauczyłam się, że mogę chwilowo cierpieć, a jednocześnie być szczęśliwym człowiekiem

Jedna z moich koleżanek powiedziała ostatnio: "Mój Boże, nie udało mi się małżeństwo". Odpowiedziałam jej na to: "No i co, mnie się nie udały cztery i żyję!" - mówi Paulina Młynarska. I zachęca, żeby na swoje porażki spojrzeć jak na przygodę. Właśnie wydała "Na błędach! Poradnik-odradnik", pełną dystansu opowieść "o tysiącach ślepych uliczek", w które sama zabrnęła. Autorka nie poklepuje po ramieniu i nie mówi "wiem lepiej", nie tworzy też fabularyzowanej sagi rodzinnej z lejtmotywem sławnego ojca. Pisze o swoim zetknięciu z życiem, jego grozą, zawiłościami, ale przede wszystkim - wielkim pięknem.

Których słów nie lubisz albo źle ci się kojarzą?

- Nie lubię słowa „babskie”. Jak „babskie gadanie”. Lubię: „dziewczyńskie”, „żeńskie”, „kobiece” i  „feministyczne”. „Babskie” ma deprecjonujący wydźwięk, a ja już mam dość wszystkich form deprecjonowania, ośmieszania i umniejszania tego, co wiąże się z moją płcią. Jestem tym zmęczona.

Czasem wyrażasz zmęczenie dosadniej?

- Mój siostrzeniec, kiedy był mały, miał świetne powiedzonko. Żeby dać wyraz swojej dezaprobacie, mówił: „Włada mi to rzygami!”. Mam 45 lat i „włada mi” gadanie o tzw. prawach kobiet, jakby to było coś, co musimy sobie jeszcze wywalczyć, wyrwać światu z gardła.

A konkretniej?

- Czy wiesz, że szesnastolatka, jeśli urodzi dziecko, nabędzie do niego praw tylko, jeśli wyjdzie za mąż za pełnoletniego ojca dziecka? Jako panna byłaby ich pozbawiona, aż do chwili osiągnięcia pełnoletności, ale jako poślubiona żona w magiczny sposób staje się wobec prawa osobą na tyle dorosłą, by sprawować władzę rodzicielską? Tego typu przykładów mogę ci zacytować setki. Co to, do kur*y nędzy ma być, ja się pytam?

Prawdziwy „Rubikon chuj*i ”!

- Napisałam tak na Facebooku po obejrzeniu pewnego filmu. To był impuls. Głupio mi. I wstyd. Przeprosiłam i posypałam głowę popiołem. Nie powinnam używać publicznie takich słów i obrażać twórców ani w ogóle nikogo. Prywatnie lubię sobie przekląć.

(fot. TVN Style)(fot. TVN Style)

Impuls - to chyba jedno z ważniejszych słów w twoim słowniku?

- To prawda. I pewnie dlatego mam nietypowy życiorys. Bardzo wcześnie weszłam w dorosłe życie, a potem bardzo dużo się w nim działo. Mam, prawdopodobnie w związku z ADHD, tendencję do podejmowania decyzji bez myślenia o konsekwencjach. Stąd moje różne rzuty w wielu kierunkach. Ludzie, którzy na przykład oglądają materiały z odległych stron świata, a potem słyszą o moich podróżach, mówią mi: Boże, jaka ty jesteś odważna. A to nie jest żadna odwaga, tylko impulsywność człowieka z ADHD, bardzo silny rys osobowości, który niektórzy nazywają dysfunkcją, ale ja tak nie myślę. Choć było to bardzo uciążliwe w dzieciństwie, a szczególnie w szkole, i niewątpliwie przyczyniło się do tego, że jej nie skończyłam. ADHD charakteryzuje się między innymi tym, że człowiek różnych rzeczy próbuje, bo szybko się nudzi, bo chce zmiany, a kiedy go coś ciekawi, po prostu tam idzie. Bez kombinowania, co będzie potem.

Wielu ludzi ma podobny, wilczy apetyt na życie.

- Ja tę swoją skłonność odkryłam, kiedy zaczęłam prowadzić „Miasto Kobiet” i zaczęłyśmy wymyślać tematy, którymi możemy się zająć. Mówiłam przy okazji wielu z nich, że ja tak mam, a koleżanki śmiały się, że jestem idealnym gościem do wielu programów. Na przykład do tematu: „Wychodź za mąż”, ale i „Nie wychodź za mąż”, gościem do tematu: „Kocham macierzyństwo”, ale i „Te koszmarne bachory zniszczyły mi życie”. Dlatego któregoś razu, jakieś dziesięć lat temu, powiedziałam: No dobra, ponieważ ja się tutaj nie mogę wykazać jako gość, napiszę książkę. Od razu wiedziałam, że musi to być poradnik i odradnik jednocześnie. I że będę tam udzielać porad w stylu: „rób to, ale nie rób tego, idź w to, ale nie idź w to”. Kisiłam ten pomysł długo, aż w końcu padł w nieformalnej rozmowie z wydawcą i nadszedł czas napisania książki o tysiącach ślepych uliczek.

Brzmi poważnie.

- Ale nie chodziło mi o to, żeby się wywalać i podnosić, pisać o jakichś niebotycznych trudach życia. Wręcz przeciwnie. Bo chociaż było mi czasami trudno, te obciachy, upadki i podnoszenie się z nich były w gruncie rzeczy też przygodą. Można na swoje porażki popatrzeć inaczej, a to dodaje otuchy. Jedna z moich koleżanek powiedziała ostatnio: Mój Boże, nie udało mi się małżeństwo. Odpowiedziałam jej na to: No i co, mnie się nie udały cztery i żyję!

Czasem lepiej się po prostu rozstać i to nie dlatego, że on pije czy bije. Co nie oznacza, że lata czy miesiące spędzone razem nadają się tylko na śmietnik, a całe małżeństwo było porażką tylko dlatego, że nie dotrwaliśmy ze sobą do końca życia.

- Właśnie dlatego zdecydowałam się opisać moją historię z Simonem, który mieszka w Australii. Ta historia była moją wielką tajemnicą przez kilka lat i nikt, oprócz może trzech najbliższych osób, o niej nie wiedział. Opisałam ją dlatego, że chociaż nie miała pointy w postaci „żyli długo i szczęśliwie”, też była bardzo dużo warta. Niektórzy takie rzeczy wiedzą w wieku dwudziestu lat, ja dowiedziałam się dopiero po czterdziestce, że bardzo chcę być z kimś, kto pomoże mi uporządkować podwórko, jak halny narobi szkód. Z kimś, kto będzie ze mną tu, a nie w Australii. Po raz pierwszy rozstałam się nie dlatego, że musiałam uciekać i pakować walizki. Zrobiłam to, bo po prostu nie da się żyć na taką odległość, ale mamy siebie w najlepszych wspomnieniach.

Chcesz powiedzieć, że zakochałaś się w góralu?

- To zakochanie w góralu musi być jakąś niesamowicie powszechną fantazją w Warszawie! Niemal wszystkie dziewczyny mnie tu o to pytają!

Masz rację, a to pewnie dlatego, że w wyobraźni widzimy góry pełne facetów podobnych do Sebastiana Karpiela-Bułecki...

- Niestety, nie zakochałam się. Żałuję, bo uwielbiam górali, no i nareszcie miałby mi kto odśnieżać i rąbać drewno, co bywa zimą prawdziwym utrapieniem, a nawet ustrupieniem, bo mam wiecznie pokaleczone i poparzone przez to ręce. Ale wracając do twojej niespecjalnie delikatnej aluzji... Nigdy nie odchodziłam do kogoś na tzw. małpę. Małpi gaj to nie jest w ogóle moja bajka. Zawsze odchodziłam do długiego okresu niczym niezmąconej samotności, bardzo długiego, bo na kilka lat. Nigdy nie było też tak, że ktoś mi się znudził albo wydał nieatrakcyjny. Związki kończyły się, bo miałam nieprzepracowane problemy. Moje życie totalnie się zmieniło po terapii. To jest bardzo duża zmiana w doborze ludzi wokół siebie, zmiana w patrzeniu na codzienność i na świat.

Postanowiłaś naprawić siebie, żeby znów się w coś nie wpakować?

- Miałam poważny problem, który na pewnym etapie przerodził się w regularne współuzależnienie, ponieważ dobierałam sobie ludzi uzależnionych. To za każdym razem była próba uratowania kogoś, kogo w przeszłości nie udało mi się uratować. Odtwarzanie pewnego scenariusza skazanego z góry na porażkę, bo człowiek się wychował w określonym klimacie, bo wyniósł z domu nawyk, który go ukształtował. Wtedy zamiast żyć swoim życiem, zaczyna się żyć życiem drugiego człowieka, zajmuje się głównie ratowaniem osoby bliskiej, gaszeniem pożarów wywoływanych przez tego kogoś i sprzątaniem po nim.

Paulina Młynarska w Australii, 2012 rok (fot. archiwum prywatne)Paulina Młynarska w Australii, 2012 rok (fot. archiwum prywatne)

Gdzie jest granica między troską a współuzależnieniem?

- Tam gdzie zaczynam patrzeć na ręce temu komuś, czy ten ktoś się napije, czy się nie napije, tam gdzie zaczynam kłamać po to, żeby tego kogoś chronić, tam gdzie moje myśli są pochłonięte tą drugą osobą do tego stopnia, że mi to nie pozwala żyć mojego życia. Troska jest wtedy, kiedy pogłaszczę cię po głowie i powiem: „Wiesz co, ja się martwię, że tyle palisz, bo cię kocham”. Natomiast współuzależnienie zaczyna się wtedy, kiedy zaczynam chować papierosy, jechać taką drogą, żeby nie przejechać koło kiosku, bo mi się wydaje w mojej głupiej współuzależnionej głowie, że to coś da, że ten ktoś nie skołuje sobie papierosów w inny sposób. Kiedy ja na przykład wyrywam ci papierosa z ręki albo na siłę cię ciągam do lekarza albo zaczynam się obrażać i urządzać awantury. Na terapii uczymy się, że każdy odpowiada za siebie. Jeżeli ta druga osoba nie zazna konsekwencji swojego postępowania, swojego nałogu, to nie wyjdzie z niego nigdy.

Mówisz teraz o alkoholu?

- To może być alkohol, narkotyki, ale też leki czy kłamstwa na przykład. Jeżeli ktoś zdecydowałby się na walkę ze swoim demonem, musi udowodnić, że robi to naprawdę. Bo jeżeli ja mówię: „Słuchaj, ja już nie chcę obsługiwać twojego życia, bo mam swoje życie, dziecko, plany i marzenia”, to osoba uzależniona odpowiada często: „Nie chcesz obsługiwać dłużej mojego życia, to ja popełnię samobójstwo!”. Wtedy tkwisz przy tej osobie, bo się o nią boisz. Na terapii uczysz się, jak zdjąć z siebie ogromny ciężar poczucia winy, ponieważ osoby uzależnione mają to do siebie, że przerzucają odpowiedzialność na drugą osobę. To jest wykańczające.

To nie musi być mąż czy żona, to może być na przykład przyjaciółka?

- Bardzo wiele osób, które spotkałam na terapii, to wcale nie były partnerki mężczyzn uzależnionych czy partnerzy kobiet, tylko przyjaciółki albo siostry na przykład.

Druga rzecz, której uczysz się na terapii, to życie w prawdzie, w rzeczywistości. Wielkim problemem osób współuzależnionych jest to, że opiekują się kimś, kto ma jeszcze gorzej niż one, w związku z tym czerpią z tego bardzo dużą satysfakcję, bo czują się nie tylko lepsze, ale też szalenie mocne. Chodzi o to, żeby podnieść na tyle poczucie swojej wartości, by nie musieć popisywać się swoją mocą i dobrocią. I wszystkim lecieć na pomoc, żeby czuć się dobrze. Żeby czuć  się też OK, kiedy mówisz: Przepraszam, ale nie mam siły teraz ci pomagać, jestem zajęta sobą. Uczysz się pewnej asertywności, stawiania granic, a przede wszystkim tego, że poczucie mocy z takiego związku jest fałszywą monetą. Bo to jest próba zatkania jakiejś dziury, która tak naprawdę jest nie do zatkania, a cały czas jesteś uwikłana w życie czyimś życiem. Jeśli jesteś ukąszona syndromem współuzależnienia, widzisz kogoś, kto spełnia wszystkie kryteria, żeby cię wpędzić w kłopoty, ale myślisz sobie: Ja go / ją zmienię. Masz potrzebę okazania się dobrą, współczującą, nie słuchasz tych dźwięków, które ci mówią: Po co ci to? Ten człowiek nie jest zdrowy! Zamiatasz pod dywan, wpuszczasz w rzeczywistość różowy barwnik, zaczynasz żyć w świecie iluzji i zaprzeczeń. O tym ci powie każdy terapeuta uzależnień.

Ale też każdy, kto chociaż raz się zakochał.

- Do pewnego stopnia może to być definicja zakochania. Ale zakochanie mija po jakimś czasie. Jak przejdzie nam ten hormonalny szał i zaczynamy widzieć człowieka w miarę realistycznie, zadajemy sobie pytanie, czy chcemy kontynuować związek w bardziej dojrzałej fazie. Ze współuzależnieniem jest inaczej - kontynuujesz życie w iluzji. Widzisz, że jest godzina szesnasta, już zdążyłaś wrócić z pracy, byłaś na zakupach, wyszłaś z psem, ugotowałaś, posprzątałaś, uprałaś i rozwiesiłaś. A on dopiero wstaje na kacu gigancie, urządza ci awantury, chamsko się odzywa do twojej koleżanki, która przyszła na kawę i cię kompromituje, a potem ci jeszcze każe kłamać, że miał wypadek samochodowy i dlatego nie przyszedł do pracy. Kiedy robisz to wszystko i tłumaczysz sobie, że to jest tylko ten raz, to znaczy, że masz problem.

Każdemu zdarzają się przecież wpadki.

- Ważne jest, jak ty na to reagujesz, a nie jej czy jego wpadka. W okresie zakochania ludzie uzależnieni szalenie uważają, bo im zależy na tym, żeby zbudować relację, są przecież często ludźmi wrażliwymi i dobrymi. Jak mówi prof. Osiatyński, weź uzależnionego, zabierz mu nałóg, zostanie superwrażliwy człowiek.

Nie bałaś się, że taka terapia poszatkuje twoją duszę na setki oznakowanych kawałeczków puzzli? Że stracisz swój indywidualny rys za cenę wydumanej normy?

- Podoba mi się ta metafora z puzzlami, chociaż ja bym ją odwróciła. To przed terapią jesteśmy w kawałkach. Mamy lęk tam, gdzie akurat powinno być bezpieczeństwo, samotność tam, gdzie jest miejsce na związek, genitalia zamiast serca i oczy w dupie. Tak się nie da żyć. Na terapię idziemy to poukładać, jak należy. Żeby - jak w piosence mojego taty pt. „Układanka” - klocki wreszcie zaczęły „pasować do obrazka”. Uświadamiamy sobie swoje emocje i przejmujemy nad nimi kontrolę. Przestajemy reagować, zaczynamy świadomie działać. Przestajemy manipulować, zaczynamy nazywać rzeczy po imieniu. Przestajemy kłamać, zaczynamy mówić, jak jest.

Naprawdę sądzisz, że przepracowanie swoich traum i przepędzenie demonów jest pozbawianiem siebie indywidualnego rysu? Jest dokładnie odwrotnie, niż mówisz. To nasze rozpaczliwe próby wpasowania się w tzw. normy wpędzają nas w kłopoty! Na terapii uczymy się, że mamy prawo do życia i szczęścia, nawet jeśli coś w nas jest nienormatywne. Uczymy się dostrzegać, szanować i cenić ten nasz indywidualny rys, zamiast z nim walczyć. Uczymy się też go bronić. Przed innymi i przed własnym ego, które bez przerwy się do nas o coś przypieprza i każe udawać kogoś, kim nie jesteśmy.

A potem robimy sobie z „bycia w terapii” sens swojego życia...

- Znam takich. Bardzo męczące typki. Uzależniają się od tego i zamęczają otoczenie swoim ględzeniem. Jak im się znudzi psychoanaliza i Gestalt, i behawioralno-poznawcza oraz proces, przerzucają się na medytację, szamanizm, namioty potów, głodówki i energię słoneczną. Końca nie widać! I oni mocno przyczyniają się do niezrozumienia pracy terapeutycznej wśród osób, które chcą się czegoś o tym dowiedzieć. Są też tacy, którzy parę razy poszli na sesję i już wiedzą, że to jedna wielka ściema i zawracanie głowy. No cóż, nie będę ich przekonywać, że jest inaczej, ponieważ właśnie tak się składa, że po terapii nie zajmuję się już naprawianiem innych. Nie zamierzam też przekonywać ciebie. Mogę tylko powiedzieć, że mnie terapia wyszła o tyle na dobre, że ocaliła mi życie.

(fot. TVN Style)(fot. TVN Style)

Piszesz w swojej książce, że szczęście to decyzja, a ja mam wrażenie, że przy zaczynaniu jakiejkolwiek relacji mamy za mało danych, by mieć stuprocentową pewność, że wybrało się dobrze. To zawsze jest, w pewnym sensie, skok na głęboką wodę.

- Mówiąc, że szczęście jest decyzją, mam na myśli, że to ja odpowiadam za to, jak się będę ustawiać do świata. Czy będę się starała widzieć raczej pozytywy czy wady danej sytuacji, miejsca albo człowieka. Mogę podejść do okoliczności zewnętrznych w miarę życzliwie albo się nabzdyczyć i w kółko powtarzać: Tak, ale... Albo: To nie takie proste. Obrażać się i narzekać. Mogę kurczowo się trzymać swojego nastawienia na nie albo machnąć ręką. Aby machnąć ręką, potrzeba decyzji. A kiedy to zrobisz, może się okazać, że poczujesz się znacznie szczęśliwsza, niż gdybyś się uporczywie trzymała swojej frustracji albo niezadowolenia, że coś jest takie, a nie inne, albo tak, a nie inaczej się poukładało. Generalizując, mam wrażenie, że im mniej poważnie podchodzę do życia, im mniejszą wagę przywiązuję do tego, żeby było po mojemu i żeby mieć rację, im mniej oglądam się na opinię innych, tym przyjemniej mi się żyje.

Tak mówią ludzie dojrzali, ale oni też czasem łapią doła.

- Ja po prostu wydałam sobie dekret o tym, że jestem szczęśliwa. Kiedy czasem o tym zapominam, idę w góry i po drodze wyliczam sobie w myślach wszystko, co mam. Wtedy się okazuje, że jestem totalną szczęściarą! Mieszkam w Europie, a nie np. w Iraku, moja córka jest zdrowa, ja jestem zdrowa, mam ciepły dom i ciepłą wodę w kranie, mam stałą pracę, przyjaciół, nie mam długów itd. Mam tyle, że mogłabym wyliczać do wieczora, a i tak bym wszystkiego nie wymieniła.

Nie ma już w twoim świecie miejsca na łzy?

- Jest. Bo to nie znaczy, że żyję w jakieś nieustającej euforii i suszę zęby od rana do wieczora. W książce szczerze napisałam o tym, że od lat borykam się z depresją. Jednak, paradoksalnie, to ona i próba ograniczenia jej wpływu na moje życie, a przede wszystkim zrozumienia jej przyczyn, spowodowała, że samą siebie jakby wychowałam i nauczyłam radzić sobie z frustracją i poczuciem przygnębienia.

To nie jest miłe, kiedy do nas dociera, że niestety, sorry, ale nikt ani nic nas permanentnie nie uszczęśliwi. Ani kasa, ani miłość, ani seks, ani praca, ani podróże, ani nawet rodzicielstwo. Ponieważ w każdym z tych obszarów, prędzej czy później, pojawi się frustracja, niezadowolenie, zmęczenie, złość albo jakiś inny czort. I co? Nagle to, co miało nam gwarantować szczęście, nie spełnia już naszych oczekiwań? Dramat! Katastrofa! Ja tak miałam. Aż się nauczyłam, że mogę chwilowo czuć się bardzo smutna, zraniona, obolała, obrażona, ale na głębszym poziomie jestem jednak szczęśliwym człowiekiem. Jedno nie wyklucza drugiego. Bo ja tak chcę. I jak mi przejdzie to złe uczucie, jak już się przejaśni, pierwsze, co zrobię, to się uśmiechnę. I jeszcze raz uświadomię sobie, że jestem w stanie zero. Że nie jest istotne to, co było, ani co będzie. Jestem tu, tu i teraz.

I żaden facet nie jest już do szczęścia potrzebny?

- Tego akurat nie powiedziałam. Myślę, że wchodzenie w wiek dojrzały to jest taki czas, kiedy dobrze być z kimś, kto nas wspiera, kocha, kogo sami możemy wesprzeć. Ale ja na razie nie widzę siebie zmierzającej w kierunku starości. W życiu nie miałam takiego powodzenia u mężczyzn, ale też nigdy tak się sobie nie podobałam. Poza tym im jestem starsza, tym mam pełniejsze, fajniejsze życie, więc po prostu cieszę się nim. Nie jestem teraz w związku, ale nie mogę też powiedzieć o sobie „singielka”.  Niczego nie analizuję, niczego nie próbuję kontrolować i na razie nie snuję żadnych planów. Jestem bardzo szczęśliwa. I nie boję się tego mówić głośno. Nie boję się, że zapeszę.


Książka Pauliny Młynarskiej od 8 kwietnia w księgarniach.

(fot. materiały promocyjne)(fot. materiały promocyjne)


 

Paulina Młynarska. Dziennikarka radiowa i telewizyjna, od 11 lat współtworzy „Miasto Kobiet” w TVN Style, współautorka kilku książek, ostatnio bestsellerowego „Kalendarzyka niemałżeńskiego”, autorka „Na błędach! Poradnik-odradnik”.

Violetta Ozminkowski. Autorka biografii „Michalina Wisłocka. Sztuka kochania gorszycielki”, wywiadu rzeki z Grzegorzem Miecugowem „Szkiełko i oko”, współautorka opowieści o Marku Edelmanie „Pan Doktor i Bóg”, przez dwanaście lat dziennikarka, redaktorka „Newsweeka”, szefowa działu „Społeczeństwo”.

Komentarze (166)
Zaloguj się
  • Jacek Kepka

    Oceniono 225 razy 115

    Niestety ale znając opowieści ludzi, którym zdarzyło się pracować z tą osóbką jest bardzo toksyczną osobowość. Być może rozpieszczona przez ojca, z jakimś ogromnie wybujałym ego, zarozumiała i często nie panująca nad emocjami, złośliwa i często wyrachowana. Drugą taką osobą w TVN jest Kinga Rusin - kiedy patrze sobie na obie Panie w telewizji to jedyne co mi przychodzi do głowy to modliszka. Szkoda, że są tak mocno lansowane przez TV. Z pewnością nie jest to nikt wartościowy, choć w dobie ekstremalnego kapitalizmu, lansowaniu egoistycznych zachowań oraz postaw "po trupach do celu" jest to dla wielu wzorzec do naśladowania.

  • marecky6666

    Oceniono 257 razy 109

    tiaaaa 4 nieudane malzenstwa, terapia i swiat uwaza ze to jest emocjonalnie absolutnie ok i babka ma wyznaczac standardy zycia mlodym kobietom na lamach dosyc poczytnego dziennika... Aha!

  • pazurykocie

    Oceniono 338 razy 102

    Ładna jest, zamożna, pod ochronnym parasolem bogatej rodziny, więc pozwala sobie na życie bez ponoszenia prawdziwej, osobistej odpowiedzialności, na życie na czyjś koszt, finansowy i emocjonalny. Drogie, młode kobiety, nie bierzcie z niej przykładu, bo słono zapłacicie za uwierzenie w te bzdury

  • 1janeczek2

    Oceniono 248 razy 88

    Wywiad z panią bez wykształcenia, która zrobiła "karierę" tylko dzięki znanemu ojcu, a na dodatek sama żyje z zadawania pytań. Kompletny bezsens

  • zintegrowany31

    Oceniono 207 razy 75

    Cztery małżeństwa znaczą, że jest egoistką i nie uznaje kompromisów.

  • jurczynskimichal

    Oceniono 112 razy 74

    "Nie bałaś się, że taka terapia poszatkuje twoją duszę na setki oznakowanych kawałeczków puzzli? Że stracisz swój indywidualny rys za cenę wydumanej normy?" - Pani Violetto, Gratuluję pytania. Gorszego pieprzenia dawno nie czytałem. I to tak w wydaniu zadającej pytania jak i udzielającej "wywiadu". Żałość ogarnia, ręce opadają. Jak można ludziom na Wielkanoc taki szajs zapodać...

  • grupalakatuz

    Oceniono 110 razy 74

    Kolejny "autorytet".

  • mcguirre

    Oceniono 141 razy 69

    Cztery rozwody i pewnie naście innych związków wiele mówi. Pouczać innych jak żyć mając taki bagaż i żadnych innych kwalifikacji to chyba nie jest najlepszy pomysł. Jest taka piosenka taty pani Młynarskiej, pod tytułem "Bynajmniej", która chyba najlepiej odpowiada na pytania o genezę jej problemów. Jej tekst zastępuje cała terapię. Bynajmniej :)

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX