Dlaczego parafianie w kościele siadają zawsze w tym samym miejscu?

Dlaczego parafianie w kościele siadają zawsze w tym samym miejscu? (fot. Piotr Idem)

reportaż

Trzecia ławka po prawej, na chórze przy ścianie lub za ostatnim filarem - moje miejsce w kościele

Rywalizacja jest zawsze, kto pierwszy usiądzie przy filarze. Wioletka mnie przekonuje, że ja powinienem być od zewnętrznej, bo z tacą w czasie mszy wychodzę. Ale jak? Ja muszę i filar, i żonę przytulić - mówi Leszek, miejsce po lewej stronie przy trzecim filarze.

Kościół pod wezwaniem Przemienienia Pańskiego, parafia Sobowidz. Siadam z brzegu ławki. Czekam, aż organista zacznie pieśń „Pod Twą obronę”, której słowa już zostały wyświetlone. Zbliża się starsza pani z metalową laską, o którą się nie opiera, ale niesie pięć centymetrów nad ziemią. Jest coraz bliżej, więc zwijam kolana do lewej, aby mogła przejść. Nie korzysta jednak z mojej nożnej zachęty.

- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. To moje miejsce.

- Na wieki wieków - odpowiadam i przesuwam się w lewo.

„Ty nam błogosław, ratuj w potrzebie...” - organista kończy zwrotkę, a ja myślę, kto jeszcze musi się przesunąć, by mógł usiąść kto inny. Z przyzwyczajenia czy przez zasiedzenie. Nie pamiętam pierwszego i drugiego czytania. Tym bardziej homilii. Ale wiem kto, gdzie i z kim siedzi.

Tydzień później „Pod Twą obronę” śpiewają z tych samych miejsc ci sami parafianie. Najczęściej ze współmałżonkiem albo całą rodziną. Pukam więc do drzwi tych z lewej i z prawej strony, oraz tych z chóru, żeby zrozumieć, dlaczego w kościele siadają zawsze w tym samym miejscu.

 

Jadwiga (przed ostatnim filarem po lewej, jedenasta ławka) i Alfons (po prawej stronie na chórze przy ścianie)

Jadwiga i Alfons (fot. Piotr Idem)Jadwiga i Alfons (fot. Piotr Idem)

Jadwiga: - W telewizji teraz nie ma dobrych filmów. Ale mam satelitę, więc niemiecką telewizję oglądam. Jestem jedną z ostatnich, którzy urodzili się tutaj przed wojną. Rocznik trzydziesty ósmy. Jeszcze dwadzieścia lat temu po niemiecku rozmawiałam, bo mój ojciec po polsku to słabo. Mówić po polsku uczyłam się po wojnie.

Wyzywali nas od Niemców. Czasami mówię: - Tylko że teraz ja siedzę tu, w Polsce, a ci, co wyzywali, siedzą tam w Niemczech i wpieprzają szwabski chleb. Byłam mszę zamówić, ksiądz na jedenastą mi proponował, ale mówię mu, że ja nie lubię chodzić na jedenastą, bo ta młodzież jest nic niewarta. Za moich czasów to chłopcy z lewej, dziewczęta z prawej. Dzisiaj? Do kościoła przychodzą migdalić się tylko, pod ławkę przykleić gumę, jak przeżują. Albo pod kościołem czy sklepem stoją i piwo piją. Rodziców to nie obchodzi. A małe dzieci? Jak nie biegają, to za tobą usiądą i walą nogami w ławkę. Zajoba można dostać.

Alfons: - Dlatego ja siedzę na chórze. Nie lubię, jak mi się na szyję dmucha. To znaczy, jak ktoś z tyłu za mną usiądzie i na mnie dmucha, albo jak śpiewać nie umie i beczy mi do ucha. A na chórze za mną to już tylko ściana.

Jadwiga: - Jak już człowiek siądzie w kościele, to myśli. A to, że pieśni stare są takie piękne. A to, że te nowe to dziwaczeją. Jak jest Wielka Sobota, to oni zupełnie jak Żydy śpiewają. W telewizji to samo, a co, my Żydy jesteśmy? Może my od Żydów pochodzim, ale co, my polskich pieśni nie mamy?

Siedzę tam, gdzie miałam kupione miejsce, tam gdzie moja mama i rodzina kiedyś. Jedenasta ławka po lewej, zawsze tak było. W Gniewie, to jest diecezja pelplińska, jeszcze mają ławki podpisane. Do niedawna ksiądz nawet kartki do spowiedzi wielkanocnej rozdawał i trzeba było potem wrzucić do puszki, że się było. Mówię: - Ludzie, w jakich czasach my żyjemy!? I tak chodzę do spowiedzi, to po co mi kartka. Ale kilka lat temu nowy biskup Kasyna to zmienił. U nas ławek nie ma podpisanych od lat 80. Jak jadę do rodziny do Gniewu, siadam w czwartej ławce po prawej, bo takie miejsce mają wykupione. Mnie pasuje bardziej tak na lewo. Jak jest zajęte i idę do przodu, albo do tyłu, jakoś dziwnie się czuję.

 

Krystyna i Alfred (z przodu z prawej, czwarta ławka)

Krystyna i Alfred (fot. Piotr Idem)Krystyna i Alfred (fot. Piotr Idem)

Alfred: - W niedzielę ładnie się człowiek musi ubrać. Kapelusz, płaszcz. Trzeba strojem pokazać, że ta msza jest ważna. Wcześniej czasami chodziłem do kościoła, ale nigdy nie stałem z tyłu. Zawsze uważałem, że ci, co stoją pod chórem, albo jak to się mówi - podpierają organy, to oni się boją pójść do Boga. A ja czułem zawsze taką potrzebę, żeby być blisko.

Krystyna: - Mam już 73 lata, ale miejsc miałam kilka. Najpierw siedziałam jako dziecko z przodu. Później, jak byłam panienką, to szłam na chór, bo tam organista był. Następnie przez długi czas siedziałam po lewej stronie za słupem. A potem, kiedy wyprowadziła się jedna rodzina i się miejsce po prawej stronie pod obrazem Matki Bożej zwolniło, to kazali mi tam pójść na ich miejsce. A odkąd jest rzutnik z pieśniami, to przesunęliśmy się z Alfredem do środka bardziej.

Alfred: - Po śmierci mojej pierwszej żony, siedem lat temu, obwiniałem Boga za to, że mi ją zabrał. Potem poszedłem po rozum do głowy i stwierdziłem, że Bóg wie, co robi, że przecież modlimy się: Bądź wola Twoja, jak w niebie, tak i na ziemi. I wtedy moja więź z Bogiem stała się bliższa. Widzę na co dzień, że Bóg błogosławi mi i mojej obecnej żonie. Nie mamy dużych dochodów, ale mamy co jeść, gdzie mieszkać. Jest nam dobrze. Trzeba żyć z ludźmi i cieszyć się każdym dniem. Jest taka modlitwa: Użycz mi pogody ducha, bym zgadzał się z tym, czego nie mogę zmienić

Krystyna: - Kiedy poznałam Alfreda, na ósmą do kościoła chodziłam, ale teraz razem chodzimy na jedenastą, bo mój mąż lubi pospać. Poznaliśmy się na pielgrzymce, w Bieszczadach. Mi umarł mąż, jemu żona. Patrzyłam tak na niego i pomyślałam: Fajny, modlący się chłop. Jak my tak pół roku już się znali, zaczął starać się, żebym za niego wyszła. Ale ja powiedziałam, że albo się żenim teraz, albo nigdy. Bo jak ja będę mieć siedemdziesiąt lat, to nie będę już wychodzić za mąż! Nie chciałam „na wiarę” żyć. Ksiądz krócej niż w trzy tygodnie załatwił, bo nam konkordatowy ślub nie był potrzebny. Każdy ma swoje nazwisko. Nikt nie wiedział, że my ślub bierzemy. Nie chcieliśmy rozgłosu. A jaki to był ślub... deszcz i burza była. Przez to światła nie było i ksiądz lampiony porozstawiał w całym kościele. Czarno i tylko te lampiony.

Alfred: - Kiedyś spojrzałbym na ten kwiatek [wskazuje na doniczkę stojącą po jego prawej stronie - przyp. red.] tak jak inni: jest ładny kwiat i tyle. A on w dzień się otwiera, a na noc się zamyka. I to w jednym momencie wszystkie kwiaty od razu. Ktoś musiał to stworzyć. Rozmawiam z nimi. Dla mnie to są istoty żywe. Już Pawłow to udowodnił. Albo kobieta. Wielu nie potrafi dostrzec w niej wdzięku, jak się porusza, aparycji. Tego wszystkiego, co jest niewysłowione, ukryte. Też taki byłem. Jest taki kawał. Wraca mąż z libacji i żona go pyta: - Więcej już chyba nie będziesz pić? Mąż odpowiada: - Tak, kochana żono. Żona ucieszyła się. Wtedy on mówi:- Ale mniej też nie. Ja przeżyłem metamorfozę, jak zacząłem czytać Pismo Święte. Doznałem olśnienia. Bóg mnie stworzył. A skoro jest moim właścicielem, to powinienem robić tak, jak właściciel sobie życzy. Ale mało jest ludzi, jak widzę, którzy myślą w ten sposób. Dla mnie bardzo pomocne było powtarzanie jak mantrę Psalmu 23.: „Pan jest moim pasterzem”. Teraz jestem na etapie, że tylko dwa, góra trzy razy dziennie go powtarzam. Uważam, że trzeba modlić się za takie codzienne sprawy. Z żoną prosimy o to na przykład, żeby udało się wyremontować nasz dach w kościele. I kiedy słyszę, że w tej sprawie coś się ruszyło, to widzę, że wiara czyni cuda.

 

Jadwiga i Kazimierz (szósta ławka po lewej)

Jadwiga i Kazimierz (fot. Piotr Idem)Jadwiga i Kazimierz (fot. Piotr Idem)

Kazimierz: - Od dzieciaka siedzę w tym samym miejscu w kościele. Ławki skracali, wyrzucali, przemalowywali, a ja cały czas w tym samym miejscu. Ale od kiedy jest rzutnik, to przesunęliśmy się do środka. Szczególnie chodzi o te godzinki, co się śpiewa o ósmej w niedziele. Niby pamiętam, ale jak organista czasami się spóźni i zacznie od środka, żeby przed mszą zdążyć, to lepiej widzieć, co ma się śpiewać.

Kiedyś to były takie barierki - balaski przed ołtarzem, bo prezbiterium było oddzielone od reszty kościoła. Komunię się na klęcząco przyjmowało, a ławki były podpisywane. Za miejsca trzeba było zapłacić, tabliczka na skraju ławki i zawsze miało się miejsce siedzące. Pod spodem haczyki na kapelusz, na laskę czy na parasol. Lepiej, jak są tabliczki, skoro już ludzie mają te upatrzone miejsca. A nie jak u rodziny nad morzem: siedzimy w ławce i przychodzi starsza kobieta. Stanęła przy ławce i czeka. Patrzy raz, drugi i musieliśmy się przesiąść.

My na ósmą idziemy, po pierwsze z przyzwyczajenia, bo fajnie dłuższą niedzielę mieć. A po drugie na jedenastą jest różaniec. Tak szybko odmawiają, że nie ma jak się skupić, albo się po cichu samemu pomodlić. Po co się denerwować?

Jadwiga: - Jestem z rodziny rolniczej. W tygodniu nie chodziliśmy do kościoła, bo praca była w gospodarstwie. Ale mój tata był jedynym mężczyzną z mojej wsi, który chodził do kościoła co niedziela, a nie od święta. Trzeba było iść do sąsiedniej wsi na piechotę trzy kilometry. Kiedy byłam dzieckiem - a jestem po sześćdziesiątce - to były całkowicie inne czasy. Jeździło się po sąsiednich parafiach na odpusty, i to na wozach, bo samochody to mało kto miał.

Lubię spędzać czas w kościele. Lubię, jak przede mną nie ma ludzi. Patrzę przed siebie i widzę, co ksiądz robi, co się dzieje na ołtarzu. Wtedy człowiek jest zaangażowany w mszę. Jest też obowiązek zadbać o kościół i otoczenie. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale w kościele ja bym mogła robić na okrągło. Sprzątać, cokolwiek. To jest taka przyjemność.

Kazimierz: - A zaczęło się od tego, jak aktualny ksiądz do parafii przyszedł siedem lat temu. Ogłosił, że prosi o pomoc w malowaniu płotu. Idę do sklepu i widzę, że jakiś facet w kapeluszu kowbojskim siedzi i czyści płot. Podchodzę bliżej, patrzę, a to nasz ksiądz. Wracam do domu i mówię Jadzi: - Siedzi tak sam, to pójdę mu pomóc. No i od tego momentu tak zostało, że mu pomagamy, co tylko można. Zajmujemy się ogrodem, jakieś drobne roboty naprawcze.

Jadwiga:- Niektórzy, nawet z rodziny, się z nas śmieją, albo pytają: - Ty za to sprzątanie w kościele i pracę w ogrodzie to ze dwa tysiące dostaniesz, nie? A ja im mówię: - Przynajmniej z piątkę. Za dwa tysiące to mi się nie opłaca babrać. Oni chyba uwierzyli. Ludziom się w głowie nie mieści, że coś można bezinteresownie zrobić.

Kazimierz: - Ja mam za co dziękować. Dostałem drugie życie od Boga.

Jadwiga: - Gdybym wtedy poszła do ogrodu, czy gdziekolwiek, toby chyba umarł. Dobrze, że ja w domu byłam. Wróciliśmy ze spaceru. Kawę wypiliśmy. Poszłam do kuchni, a Kazik mówi: - Jadzia, chyba mnie coś bierze. I taka duszność go zaczęła nachodzić. Ja z nim na balkon. Niby trochę lepiej, więc wróciliśmy do kuchni i wtedy zdążył już tylko powiedzieć: - Jadzia, ratuj! Boże, ratuj! I stracił przytomność. Telefon na pogotowie. Bardzo szybko przyjechali. Helikopter wezwali i Kazik przeżył. Gdyby to się tak nie ułożyło, że ja byłam wtedy w domu i szybko karetka przyjechała, to albo by nie przeżył, albo by tylko ślinka z niego ciekła.

 

Wioletta i Leszek (po lewej stronie przy trzecim filarze)

Wioletta i Leszek (fot. Piotr Idem)Wioletta i Leszek (fot. Piotr Idem)

Leszek: - Rywalizacja jest zawsze, kto pierwszy usiądzie przy filarze. Bo przy nim jest przyjemnie. Można się oprzeć. Przymknąć oczko, jak człowiek jest po imprezie, albo księdzu kazanie nie idzie, to porozmyślać, o obiedzie pomarzyć albo też przysnąć. Wioletka mnie przekonuje, że ja powinienem być od zewnętrznej, bo z tacą w czasie mszy wychodzę. Ale jak? Ja muszę i filar, i żonę przytulić.

Wioletta: - Sąsiadka Kasia siedzi na chórze i ona do mnie mówi: - Wy się chyba dzisiaj pokłóciliście, bo taki dystans między wami był na mszy. Bo zazwyczaj to my się za rękę trzymamy. Albo Leszek tak po nodze mnie gładzi, za nogę łapie. A ja się robię czerwona jak nastolatka. Oni na chórze to wszystko widzą.

Leszek: - Nie lubię, jak z przekazywania znaku pokoju robi się witanie ze wszystkimi. Jak ktoś chce, to nie musi robić tego tak, żeby wszyscy widzieli. Nie lubię tego przelewania wiary, uczuć. Każdy ma swoje wzloty i upadki. Ja o tym wiem. Nie jestem ideałem i dlatego się do pierwszej ławki nie nadaję. Nie lubię być na świeczniku. Wiara jest moja. Nie dla innych. I dlatego siedzimy tak w środku. Ale pomocy naszej parafii nigdy nie odmówimy. Jak jeszcze teść żył, to jako stolarze te ławki i chór remontowaliśmy.

Wioletta: - Nie lubię też stać z tyłu. Jak bym się bała mszy. Choć są tacy. Na przykład mój sąsiad z naprzeciwka jest bardzo wierzący. Kaszub z krwi i kości. A zawsze stoi z żoną przy chrzcielnicy z tyłu. Kiedyś nie mieliśmy swojego miejsca. Krążyliśmy tak. Ale tak sobie ten nasz filar upatrzyliśmy i jest dobrze. Przyzwyczajenie. Jest wolne - siadamy. Zajęte - siadam gdzie indziej. I czekamy, aż się różaniec skończy i ten pan, co prowadzi, skończy się modlić za telewizję Trwam i powie: - Bóg zapłać za wspólną modlitwę. Nie lubię tego. Ale jak bardzo chcą, to proszę.

 

Iwona i Dariusz (w pierwszej ławce na chórze po lewej stronie)

Iwona i Dariusz (fot. Piotr Idem)Iwona i Dariusz (fot. Piotr Idem)

Iwona: - Zawsze tak było, moi rodzice tam siedzieli, to my też i tak zostało. Nawet mój tata, który ma problemy z biodrem, pcha się na ten chór. A to trzeba cztery razy obrócić. Bo jeszcze do komunii. Ma siedemdziesiąt lat, a dopiero w zeszłym tygodniu pierwszy raz usiadł na dole w kościele.

Dariusz: - Chociaż ja wolę na dole. Tam są wyłożone ławki i wyświetlacz widać. Kiedy czytamy, to siedzimy po prawej. Tak żeby było jak najbliżej do ambony. A do tego czytania to zostałem trochę zmuszony. Nasza córka czytała od małego, teraz jest w gimnazjum. Lubiła przekazywać Słowo i ja jej pomagałem się przygotować, żeby nie czytała w kościele jak z gazety. Kiedyś ją sprawdzałem, czy się przygotowała, a teraz ona mnie się pyta, czy przećwiczyłem. A zmusił mnie ksiądz, jak pojechaliśmy zobaczyć, gdzie dzieci od nas z parafii mają obóz nad jeziorem i upiekliśmy im dwie czy trzy blachy pizzy. Miała być msza i ksiądz mi zaproponował. Spodobało się mu i teraz od czasu do czasu czytam.

Iwona: - My się lubimy angażować, to się bierze z wychowania. W ostatnich wyborach samorządowych do rady gminy Darkowi się nie udało, ale w radzie sołeckiej jest. Na zebraniu było wyjątkowo dużo osób, osiemdziesiąt cztery. Na półtora tysiąca mieszkańców to niby niedużo, ale w porównaniu z poprzednimi zebraniami sporo.

Dariusz: - Poprzedni proboszcz to był trochę jak zaklinacz węży. Wszystko tym samym głosem mówił. Po powrocie do domu to nie miałem pojęcia, o czym to kazanie było. Ciężko się skupić. Teraz słucham z przyjemnością. Niedziela nie jest dla mnie niedzielą, jak nie pójdę do kościoła.

 

Irena i Mirosław (szósta ławka po prawej)

Irena i Mirosław (fot. Piotr Idem)Irena i Mirosław (fot. Piotr Idem)

Mirosław: - Przyjechałem tutaj za pracą trzydzieści dwa lata temu. A mam pięćdziesiąt osiem. Stolarzem jestem. W wielu miejscach pracowałem. Nawet w domu partii w Katowicach byłem stolarzem. Jedynym. Życie miałem takie i już nigdy nie będę mieć takiego. W tym domu partii było tysiąc foteli samolotowych. Specjalnie z Hiszpanii sprowadzane. Jeden kosztował tyle co maluch: 650 dolarów - wielka sala konferencyjna i tysiąc tych partyjniaków siedziało na maluchach.

A stolarzem to jestem z przypadku. Tata pracował w pegeerach: albo zostajesz, albo się uczysz. Co mądrzejszy to uciekał. Popatrzyłem po tych twarzach, a pili strasznie. Ja chciałem być elektrykiem. Był warsztat, była robota, ale nie było miejsca w szkole, za to było na stolarza. To zostałem stolarzem.

Do kościoła chodziłem zawsze. Za młodego też. Jedyny chyba w rodzinie, a jest nas dziesiątka. Jeden zmarł. W kościele początkowo stałem przy drzwiach. Potem przy końcach ławek. Tam był taki podest. Jak go zabrali - źle się klęczało, i lata już nie te - to poszliśmy do ławki. Dodatkowo są też takie obicia na ławkach, więc w tyłek nie ziębi. Po co stać? Żona pierwsza do ławki poszła, ja za nią, żeby nie było tak, że jeden tu, a drugi w całkiem innym miejscu. A miejsc wolnych jest sporo, młodzi nie chodzą. Jak włączysz nawet tę mszę z Łagiewnik, to zobaczysz: same stare ludzie. Jak tu kiedyś policzyłem, to na dwieście ludzi dziesięć procent może to młodzi. Do bierzmowania chodzą, a potem nie.

Irena: - My też nie w każdą niedzielę pójdziemy, ale się staramy. Jak nasze córki były młodsze, to zawsze z nami szły. Może na jedenastą więcej przychodzi młodych. My na ósmą chodzimy. Albo mówią, że ksiądz ma za długie kazanie, że za długo w kościele.

Mirosław: - Ci młodzi są zmęczeni, psychicznie. Nie wytrzymują chyba tempa. Teraz nie możesz nic powiedzieć młodemu, bo on jest zaraz zdenerwowany, zestresowany, nie przyjmują krytyki. Oni teraz pracują i są wszystko very cacy. Ale jak stary zwróci uwagę, to już jest źle. Zawsze lubiłem chodzić do kościoła, bo warto posłuchać ludzi. Mądrych ludzi. Jak nie pójdę, to się źle czuję. Nie czuję tej niedzieli.

 

CZYTAJ TAKŻE: Człowiek z czarną reklamówką. ''Na śniadanie, do pracy, na znicze'' - siatka Boss to przedmiot kultowy

 

Piotr Idem. Fotograf. Z aparatem nie rozstaje się nigdy. Zdobywca Grand Prix PUOT Expo 2013. Dotąd publikował zdjęcia i teksty w „Gazecie Wyborczej”, „Dużym Formacie”, „Tygodniku Powszechnym”, „Newsweeku”, „Wprost” i „Doc! Photo Magazine”. Od siedmiu lat można śledzić jego prace na blogu piotridem.blogspot.com.

Komentarze (165)
Zaloguj się
  • maxthebrindle

    Oceniono 326 razy 290

    Trochę na siłę temat, ale tekst się broni - autor uchwycił jakiś kawałek dziwnej polskiej rzeczywistości, jakąś istotę prowincjonalnego katolicyzmu. Ale zdjęcia tylko ilustrujące, jakby na siłę do tekstu dodane, by uwiarygodnić istnienie bohaterów. Jednak w ostatecznym rozrachunku - dobrze, że czasem publikujecie coś dobrze napisanego.

  • zielonylin

    Oceniono 221 razy 183

    Przesiadywanie w kościele nie zrobi z was chrześcijan, tak jak przesiadywanie w garażu nie zrobi z was samochodów.

    Po czynach ich poznacie - i tego się trzymajmy.

  • bloxyx

    Oceniono 148 razy 132

    swoją drogą ciekawe zdjęcia, które pokazują podobne gusty w kwestii wystroju mieszkań.

  • popijajac_piwo

    Oceniono 238 razy 126

    "Zawsze lubiłem chodzić do kościoła, bo warto posłuchać ludzi. Mądrych ludzi. Jak nie pójdę, to się źle czuję. Nie czuję tej niedzieli."

    Dobre podsumowanie. Ci ludzie nawet nie specjalnie wierzą w Boga (jeden tam coś wspomniał o jakimś właścicielu). Dla nich kościół to przynależność do grupy, impreza towarzyska. Życie tak puste, że jak w niedziele nie pogada z ludźmi, to się źle czuje. No ale bez takich ludzi, xxalert i jego koledzy z epidiaskopu umierali by z głodu...

  • popijajac_piwo

    Oceniono 238 razy 100

    "Ja przeżyłem metamorfozę, jak zacząłem czytać Pismo Święte. Doznałem olśnienia. Bóg mnie stworzył. A skoro jest moim właścicielem, to powinienem robić tak, jak właściciel sobie życzy."

    Czyż to nie jest piękne: oprzeć cały swój światopogląd na jednej książce i nie zadawać więcej pytań? Szkoda tylko, że nie wybrał jakiejś sensowniejszej literatury, np. Kamasutry...

  • popijajac_piwo

    Oceniono 130 razy 84

    "Ale mam satelitę, więc niemiecką telewizję oglądam."

    No proszę, jest i jarkowa "ukryta opcja"...

  • klamtusek

    Oceniono 134 razy 82

    Prawdziwy polski katolicyzm, wiara jakaś tam pewnie jest. ale już książek nie uświadczysz. Widać w takich przypadkach. jakiekolwiek głębsze zainteresowania muszą strasznie boleć.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX