Kadr z filmu 'Pod ochroną', reż. Diego Lerman

Kadr z filmu 'Pod ochroną', reż. Diego Lerman (fot. materiały promocyjne)

wywiad gazeta.pl

Ucieczka od męża psychopaty. Małgorzata i Wojciech Staroniowie o filmie, który wywołał publiczną debatę w Argentynie

Paradoksalnie dziś kobiety w Argentynie są bardziej niezależne niż u nas - mówią Małgorzata i Wojciech Staroniowie. On jest operatorem i dokumentalistą, ona zajmuje się produkcją filmową. Oboje współtworzyli obraz Diego Lermana ?Pod ochroną?. To mieszanka kina społecznego, filmu drogi i thrillera. Opowiada historię kobiety, która ucieka z dzieckiem od męża psychopaty. Film właśnie trafił do polskich kin, a 12 marca będzie pokazywany na posiedzeniu ONZ w Nowym Jorku.

W Polsce nie wiemy zbyt wiele o Argentynie, docierają do nas szczątkowe informacje o kryzysie społeczno-ekonomicznym z ostatnich lat, no i jest wiedza na poziomie: Argentyńczycy wynaleźli tango i dali światu Cortazara. Wy macie szansę zajrzeć głębiej pod podszewkę tamtejszego życia społecznego. Co tam dostrzegacie?

Wojciech Staroń: - Po pierwsze nasze podróże po świecie zawsze wyglądają tak, że zamiast jechać głównymi szlakami, oglądamy kraj z perspektywy jego codzienności i z miejsc najmniej atrakcyjnych pod względem turystycznym. I to nas właśnie najbardziej ciekawi - dotknięcie rzeczywistości w miejscu najbardziej zwyczajnym. Stąd np. pomysł, z którego powstał nasz dokument „Argentyńska lekcja”, żeby Małgosia pojechała pracować jako nauczycielka gdzieś na krańcach Argentyny. A druga istotna sprawa - żeby to, w jaki sposób opowiadamy o tym świecie, było też ważne dla ludzi stamtąd. Bo łatwo jest samemu stracić z oczu to, co naprawdę ciekawe, i widzieć tylko egzotyczne obrazki z dalekiego kraju.

Kręcąc „Argentyńską lekcję” mówiłeś, że jako dokumentalista chcesz pokazać nie folklor, ale stan ducha.

W.S.: - Dokładnie. I to samo, jak myślę, jest w filmach fabularnych, przy których tam pracuję jako operator. Do mojej pierwszej nakręconej w Argentynie fabuły - filmu „Nagroda”, trafiłem, ponieważ reżyserka Paula Markovitch szukała operatora z Europy Wschodniej, który by miał... Jak ona to powiedziała?

Małgorzata Staroń: - „Melancholia chronica”. Chroniczną melancholię słowiańską.

Kadr z filmu „Pod ochroną”, reż. Diego Lerman (fot. materiały promocyjne)Kadr z filmu „Pod ochroną”, reż. Diego Lerman (fot. materiały promocyjne)

To brzmi trochę jak jednostka chorobowa!

W.S.: - Tak właśnie kojarzy jej się ten rodzaj poetyki wizualnej z naszej części Europy i mam wrażenie, że coś w tym jest. To, co wynosimy z naszej kultury tutaj, bardzo dobrze pasuje tam - chodzi o pewną emocjonalność, wyczucie atmosfery międzyludzkiej, pejzażu i oddanie tego w obrazie. Tego, jak mi się wydaje, brakuje trochę w Europie Zachodniej, gdzie w filmach bardziej zdaje się relację z wydarzeń, bez tej empatii, sprawiającej, że kamera też zyskuje pewną osobowość.

Przy okazji „Argentyńskiej lekcji” poznaliście producenta Nicolása Avruja, który skontaktował was z Diego Lermanem, reżyserem „Pod ochroną”. W centrum tej opowieści jest kwestia przemocy domowej - maltretowana kobieta zabiera 9-letniego syna i ucieka od męża oprawcy. Czy temat tego filmu był dla was ważny?

M.S.: - Od tego wszystko wyszło. Wyjeżdżając po zdjęciach z „Argentyńskiej lekcji”, spotkaliśmy się z Nicolásem Avrujem i Diego Lermanem i oni głównie opowiadali nam właśnie o temacie, dlaczego chcą nakręcić ten film i że jest dobry moment na to w Argentynie, bo ten głos ma szansę być wysłuchany. I rzeczywiście, film miał niezłą oglądalność i był szeroko komentowany w tamtejszych mediach. Wykroczył daleko poza środowisko filmowe, zaangażował w dyskusję fundacje i organizacje pomagające rodzinie i broniące praw kobiet. Ciąg dalszy tej historii jest taki, że „Pod ochroną” będzie miało swój specjalny pokaz, z udziałem Diego Lermana, na posiedzeniu ONZ w Nowym Jorku, już 12 marca. Zdecydował o tym właśnie społeczny kontekst filmu.

Wyobrażam sobie, że temat przemocy domowej może być bardzo istotny dla społeczeństwa mającego za sobą koszmar brutalnej wojskowej dyktatury sankcjonującej przemoc wobec słabszych, a także tradycję „machismo”, która jasno ustawia relacje w związku i w rodzinie. Tak jest rzeczywiście?

W.S.: - To jest do pewnego stopnia prawda, ale we współczesnej Argentynie kobiety „muszą” już znacznie mniej, wiele sobie wywalczyły. Za to kiedy wróciliśmy do Polski, okazało się, że tutaj zetknęliśmy się z dokładnie takimi samymi historiami. Stwierdziliśmy wówczas, że to uniwersalny problem i nie zależy od poziomu bogactwa czy od przeszłości kraju. Niestety, to się dzieje wszędzie, choć w różnych miejscach rola kobiety jest odmiennie postrzegana. Paradoksalnie wydaje mi się, że dziś kobiety w Argentynie są bardziej wyzwolone i niezależne niż u nas . Tutaj ludzie są gotowi wziąć na siebie bardzo duże cierpienie w imię tego, żeby np. trwać w związku. Można powiedzieć, że jest to jakoś kulturowo uzasadnione - było dużo wojen, okupacje i rozbiory, więc działało hasło, że przynajmniej „starajmy się ocalić rodzinę”. Skutek jest taki, że Matka Polka bierze na siebie ciężar, o którym wie, że ją przerasta, ale bierze go i tak. A tam jest jednak inaczej. Bywają oczywiście sytuacje dramatyczne, ale często to kobieta mówi: „Mnie się to nie podoba, ja chcę czegoś innego” - i odchodzi. Jeśli oczywiście nie jest materialnie uzależniona od mężczyzny.

M.S.: - Przyjechała do nas właśnie Marcia Majcher, córka polskich emigrantów, która jako dziewczynka była bohaterką „Argentyńskiej lekcji” - teraz ma 18 lat. I ona czasem zachowuje się tak, że nie jesteśmy w stanie uwierzyć, że dziewczyna z małej wioski w argentyńskim interiorze może być tak pewna swoich racji (Małgosia mówi po polsku z hiszpańskim akcentem): „Nie zrobię tego, bo nie mogę zmusić się, żeby to zrobić. Bo tak mnie Pan Bóg stworzył, że tego nie lubię”.

Kadr z filmu „Pod ochroną”, reż. Diego Lerman (fot. materiały promocyjne)Kadr z filmu „Pod ochroną”, reż. Diego Lerman (fot. materiały promocyjne)

Dlaczego Diego Lerman zainteresował się tematem przemocy w rodzinie?

W.S.: - Był świadkiem podobnej sytuacji, która wydarzyła się w pobliżu studia, w którym pracował. Znalazł pobitą kobietę z małym dzieckiem. Potem Diego zrobił film dokumentalny w refugio, czyli schronisku dla maltretowanych kobiet, i stamtąd zaczerpnął historie, na których oparł scenariusz.

M.S.: - W „Pod ochroną” aktorom towarzyszą osoby, które rzeczywiście do refugio trafiły i mają takie doświadczenia za sobą. Zdjęcia kręciliśmy jednak w starej szkole z internatem, bo w prawdziwym ośrodku byłoby to niemożliwe - one są ściśle tajne, nikt nie wie, gdzie się znajdują. To jest system wymyślony dla bezpieczeństwa ofiar - ani mąż oprawca, ani uciekająca żona nie wiedzą, dokąd ją wiozą. Kobiety, decydując się na taki krok, muszą podpisać oficjalną skargę na partnera - w filmie nasza bohaterka nie chce tego zrobić. One często są uzależnione psychicznie od swoich dręczycieli i mimo cierpienia, którego od nich doznały, nie są w stanie do końca z nimi zerwać, nie chcą „przekreślać rodziny”. Muszę powiedzieć, że cały system opieki nad kobietami, które doświadczyły przemocy, jest tam jednak bardzo sensownie zorganizowany. Jest ciąg procedur i kiedy kobieta trafia do programu pomocy, to już nie musi myśleć, co robić. Pomagają jej prawnicy, terapeuci etc. W filmowej scenie, kiedy Laura relacjonuje, co jej się przydarzyło, uczestniczą prawdziwi pracownicy refugio. Aktorka, Julieta Diaz, w tej scenie improwizowała, odpowiadając na standardowe w takich przypadkach pytania.

W.S.: - Pracowała nad swoją rolą z niesamowitym zaangażowaniem. Nosiła ze sobą gruby skrypt, w którym miała spisane historie kobiet i nasycała się tymi opowieściami, przepuszczała je przez siebie. Rozmawiała też z paniami z refugio, które wystąpiły jako statystki w filmie.

M.S.: - Mimo że Julieta ma w Argentynie pozycję gwiazdy, bardzo łatwo wchodziła w relacje z kobietami z ośrodka. To bardzo argentyńskie, że stosunki między wszystkimi osobami na planie, niezależnie od miejsca w zawodowej hierarchii, są bardzo bezpośrednie - każdy z każdym jest na równi. I co jeszcze ciekawe w tym filmie - chyba z siedem osób w ekipie miało polskie pochodzenie i polski paszport! Tak niewiele wiemy o przedwojennej polsko-żydowskiej emigracji, a w tamtejszym środowisku filmowym tych ludzi jest zaskakująco wielu, żeby wspomnieć choćby autora słynnych „Dzikich historii”. Należy do nich także Paula Markovitch, co do której mamy nadzieję, że też odzyska niedługo polskie obywatelstwo.

W „Pod ochroną” od razu wchodzimy bardzo mocno w sam środek dramatu. 9-letni Matias wraca do domu i znajduje matkę w kałuży krwi. Jego cały świat się wali. Film jest opowiadany bardzo blisko emocji bohaterów - na zmianę patrzymy oczami matki i chłopca. Po poprzednich filmach masz już duże doświadczenie w pracy z dziećmi, w podglądaniu kamerą ich naturalności. W przypadku małych aktorów nie zawsze da się po prostu „zagrać”, prawda?

W.S.: - Mnie to akurat odpowiada, bo dla mnie wielką inspiracją do ujęcia czy sceny jest zawsze pewna spontaniczność. Coś, co się wydarza jeden raz przed kamerą. I z dziećmi tak jest. One są „niepowtarzalne” i trudno z nimi scenę budować poprzez duble, szukanie perfekcji. To właśnie ta nieperfekcja, te błędy, które popełniają, są najczęściej ciekawe. Cieszę się, że mogę w fabule wykorzystać ten mój bagaż dokumentalny. Nie w sensie formy wizualnej, ale wrażliwości, spontaniczności działania. Jestem uczulony na filmy, w których słyszę ten papier z tyłu. Lubię zawsze, kiedy kamera się dziwi. Nie ustawiam jej tak, że od razu wiadomo, co chcemy pokazać, ale trochę z boku, z tyłu. Tak jest ciekawiej. To wynika chyba z mojej filozofii patrzenia na filmowaną rzeczywistość: to nie jest tak, że ja mam coś do zilustrowania, ja raczej czekam, lekko przyczajony, że coś się wydarzy i złapię to, choćby nawet z daleka, niedokładnie. Szukam prawdy sytuacji, która dopiero ma się zdarzyć.

Kadr z filmu „Pod ochroną”, reż. Diego Lerman (fot. materiały promocyjne)Kadr z filmu „Pod ochroną”, reż. Diego Lerman (fot. materiały promocyjne)

Tutaj, tak jak sugeruje oryginalny tytuł „Refugiado” (uciekinier/ka), mamy do czynienia z historią dziejącą się w ruchu, swoistym filmem drogi. Bohaterowie uciekają, czując, że niebezpieczeństwo jest o krok za nimi, a kamera ich goni - obrazy są urywkowe, jakby zdyszane. Ale są też momenty zatrzymania, jak np. w ośrodku dla kobiet, w którym Matias spotyka dziewczynkę. I widzimy jak, niezależnie od opresyjnej sytuacji, te dzieci nadal są dziećmi, bawią się, przepracowują swoje lęki w zabawie. To ogląda się zupełnie jak dokument!

W.S.: - To była scena w dużym stopniu improwizowana. Została na planie minimalna ekipa - Małgosia z tyczką do dźwięku, ja z kamerą, i ganialiśmy za tymi dziećmi z godzinę po starej łaźni w internacie. Tego nie dałoby się powtórzyć.

W pewnym momencie wraz z bohaterami uciekamy z betonowej dżungli do dżungli prawdziwej, wręcz rajskiej. Tam, w domku na palach, mieszka matka głównej bohaterki. Zmienia się światło, zmienia się sposób filmowania, wszystko się uspokaja.

Co to za miejsce?

W.S.: - To przedmieścia Buenos Aires, miasteczko Tigre, położone na rozlewiskach w delcie rzeki Parana, gdzie ludzie uciekają na emeryturę albo na weekend. Można się tam dostać tylko łódką. Totalnie dzikie miejsce, trochę bajkowe.

M.S.: - Tam przyroda jest bardzo mocna, ekspansywna. Podczas zdjęć byliśmy świadkami, jak wąż - miejscowi nazywali go „mały boa” - połknął innego małego węża. A obok biegały dzieci i nikt się nie przejmował, nie dziwił, nie uciekał, nie wzywano komisji BHP.

Film „Pod ochroną” jest kolejnym etapem waszej polsko-argentyńskiej przygody, czy wręcz polsko-południowoamerykańskiej, bo wszystko zaczęło się bodajże od nakręconego w Boliwii dokumentu „El Misionero”. W którym momencie zorientowaliście się, że żyjecie zanurzeni po uszy w dwóch kulturach jednocześnie?

W.S.: - To się stało jakby automatycznie, ale wzięło się z naszej potrzeby szukania inspiracji. Tutaj na miejscu zawsze byliśmy przygnieceni bieżącymi sprawami i nie mogliśmy obserwować świata z pewnym dystansem, który by się potem przekładał na naszą wypowiedź filmową. Stąd wziął się wyjazd na Syberię w naszym pierwszym dokumencie „Syberyjska lekcja”. I może zmarzliśmy tam za bardzo, dlatego chcieliśmy ruszyć w bardziej wygrzane miejsca. Pamiętam, jak mówiłaś, Małgosiu: „Chcę do ciepłych krajów!”. Jednak to właśnie tam spotkaliśmy misjonarza, który nas zafascynował, i postanowiliśmy o kimś takim zrobić nasz kolejny film. Szukaliśmy człowieka, który pracuje w oddaleniu, w trudnych warunkach, i tak trafiliśmy do ojca Kazimierza w boliwijskich Andach. Argentyna wyszła przypadkiem, bo jednocześnie za sprawą Małgosi, która mówiła trochę po hiszpańsku, aplikowaliśmy o stypendia do Ameryki Południowej i ja dostałem stypendium do Argentyny właśnie.

No dobrze, jeden dokument czy stypendium - to rozumiem. Ale wy przy Argentynie zostaliście do dziś i co najmniej połowa waszego życia zawodowego tam się toczy. Co was tam trzyma?

M.S.: - Dla mnie to przede wszystkim niesamowite więzi społeczne. Tam panują bardzo ciepłe, bliskie relacje między ludźmi, a to nas zawsze przyciągało. Pojechaliśmy na kręcenie „El Misionero” do Boliwii, gdzie warunki były bardzo trudne, a po dwóch miesiącach okazało się, że jestem w ciąży, więc chciałam wracać. Ale ponieważ znajdowaliśmy się na pograniczu boliwijsko-argentyńskim i korzystaliśmy ze stypendium w Argentynie, to ostatecznie tam czekałam, aż Wojtek skończy zdjęcia i... okazało się, że jest doskonale. Mimo że byłam sama, bez rodziny, to sposób, w jaki się tam czułam, to, jak traktowali mnie sąsiedzi, to było coś niepojętego. I chyba już zawsze do tego tęskniłam i do tego chciałam powracać. Zupełnie obcy ludzie mnie „adoptowali”, stworzyli mi rodzinę. Ktoś zrobił mi łóżeczko dla dziecka przypominające kosz Mojżesza, ktoś inny je udekorował. To były całkowicie bezinteresowne gesty.

W.S.: - To, że Janek urodził się właśnie tam, było w jakimś stopniu przypadkowe, ale okazało się prawdziwym darem z nieba i bardzo nas z Argentyną związało. Wyjechaliśmy we dwójkę, jako studenci, a wróciliśmy do Polski we trójkę, jako rodzina. I chociaż zaczęło się źle, bo w Boliwii na wysokości 4 tysięcy metrów Małgosia od razu zachorowała, dookoła bezdroża i góry, a my - załamani, to potem okazało się, że im trudniejsze rzeczy na ciebie spadają, tym więcej spotykasz na swojej drodze ludzi, którzy ci pomogą. To było bardzo pozytywne doświadczenie.

M.S.: - Skończyło się na tym, że ja siedziałam w Argentynie, a Wojtek dowoził mi z boliwijskich gór dzikie zające, które sobie przyrządzałam. I teraz twierdzimy, że Janek jest taki skoczny po tych zającach, które jadłam w ciąży (śmiech). Wróciliśmy do Polski, a po ośmiu latach postanowiliśmy pojechać tam znowu, żeby pokazać Jankowi, gdzie się urodził. W 2008 roku przyjechaliśmy realizować dokument „Argentyńska lekcja” i zostaliśmy na dwa lata. A potem były kolejne pobyty przy okazji zdjęć Wojtka do „Nagrody” i „Pod ochroną”. Dziś mamy chyba w Argentynie nawet więcej przyjaciół niż w Polsce i w tym roku znów wyjedziemy kręcić tam film, kolejny projekt z Paulą Markovitch. Ponownie będzie to autobiograficzna historia, tym razem dotycząca jej ojca, zapomnianego malarza, który ostatnie lata spędził, pracując na stacji benzynowej... Tyle że nasze dzieci już nie chcą jeździć z nami. Przy „Refugiado” pojechała tylko ośmioletnia Nela. Janek ma 15 lat i swoje własne życie, którego nie chce zostawiać.

Kadr z filmu „Pod ochroną”, reż. Diego Lerman (fot. materiały promocyjne)Kadr z filmu „Pod ochroną”, reż. Diego Lerman (fot. materiały promocyjne)

Mówią po hiszpańsku?

M.S.: - Tak. Jeśli chodzi o Nelę, to hiszpański „załącza się” jej automatycznie. Ona zresztą najpierw zaczęła mówić po hiszpańsku, dopiero potem po polsku. Myślę, że oni w przyszłości docenią tę możliwość czerpania z różnych kultur, której w Polsce za bardzo nie mamy. Zauważcie, że my żyjemy coraz bardziej również w takim kulturowym „monolicie” europejskim. Patrzę na kolegów Jasia, oni mówią wieloma językami, doskonale odnajdują się w całej Europie, ale przecież na tym świat się nie kończy i dobrze to poczuć.

W.S.: - W Europie coraz bardziej się kulturowo ujednolicamy. Jak te jabłuszka w supermarkecie, wszystkie takie same, ale Ameryka Południowa to jest jednak zupełnie inny świat - bardziej namacalny, dotykalny. Inne światło, przestrzeń, przyroda, mentalność.

W Argentynie inaczej się pracuje na planie?

W.S.: - Tam panuje niesłychanie kreatywna atmosfera. Z punktu widzenia dokumentalisty to fascynujące miejsce - ten kraj żyje tak „fizycznie”, widać to życie na ulicy, czujesz jego smak, kolor. Wszystko to bardzo zmysłowe, wszystko na zewnątrz, nie pochowane w domach. Ich emocje, życiowe sytuacje są dostępne dla oczu i przez to też dla kamery. Poza tym ludzie, z którymi tam pracowaliśmy - Paula Markovitch i Diego Lerman - byli bardzo twórczymi współpracownikami. Dzięki temu powstały dzieła bardzo „nasze”, nad którymi się wspólnie pracowało, a wizja plastyczna, filmowa okazywała się równie ważna, co treść.

M.S.: - Paula jest przeświadczona, że do końca życia będzie filmy z Wojtkiem robić, bo to jest spotkanie artystyczne, które jest inspirujące dla obu stron.

W.S.: - Ona mi nawet wysyła swoje scenariusze, o których mówi, że ja powinienem je sam wyreżyserować. Mnie, jako członkowi ekipy, podoba się jeszcze w krajach latynoskich system produkcji, który jest ustawiany nie tyle pod sztywny plan pracy, tylko pod to, czego potrzebuje reżyser, operator, ekipa. Jest dużo większa wolność i elastyczność w dostosowywaniu się do sytuacji typu np. niezaplanowane, dodatkowe zdjęcia. Dlatego tam czuję się swobodniej.

Po prostu jesteś już Latynosem - powiedzmy to sobie szczerze!

W.S.: - Na pewno dostaję w tej chwili więcej propozycji pracy stamtąd niż z Polski. Z Argentyny, Meksyku, Kolumbii... Mógłbym robić tam film za filmem, ale trzyma nas jakoś ta Polska i chcielibyśmy dobre filmy robić także tu. Marzymy o tym, żeby zbudować u nas inne podejście do pracy. Nie odwiedzałem nigdy na planie Gośki Szumowskiej, ale mam wrażenie, że ona właśnie wytworzyła sobie bardziej elastyczny sposób pracy, zbudowała swoją ekipę, rodzaj filmowej rodziny. I to jest trop, którym chcemy podążać.


 

Wojciech Staroń (fot. archiwum prywatne)Wojciech Staroń (fot. archiwum prywatne)

Małgorzata Staroń (fot. archiwum prywatne)Małgorzata Staroń (fot. archiwum prywatne)

 

Wojciech Staroń (ur. 1973). Operator, reżyser filmów dokumentalnych i fotograf. W 1996 roku ukończył Wydział Operatorski Szkoły Filmowej w Łodzi i w 1998 roku nakręcił swój pierwszy, nagradzany dokument „Syberyjska lekcja”. Bohaterka tego filmu - Małgorzata, młoda nauczycielka ucząca repatriantów polskiego, została jego żoną i współpracowniczką, z którą w 2005 roku założył firmę produkcyjną Staron Film, działającą m.in. na rynku polskim i argentyńskim. Staroń zadebiutował w fabule w 2004 roku jako drugi operator „Mojego Nikifora” Krzysztofa Krauzego, z którym to reżyserem nakręcił również „Plac Zbawiciela” oraz „Papuszę”. Laureat wielu nagród, w tym Srebrnego Niedźwiedzia na Berlinale 2011 za zdjęcia do filmu Pauli Markovitch „Nagroda” („El Premio”).

Małgorzata Staroń (ur. 1973). Dźwiękowiec, producentka filmowa i współtwórczyni filmów Wojciecha Staronia. Z wykształcenia lingwistka, w 2006 roku obroniła doktorat z psycholingwistyki na Sorbonie. Wystąpiła w pierwszym dokumencie Wojciecha Staronia „Syberyjska lekcja” (1998) i ponownie w filmie „Argentyńska lekcja” (2010), którego bohaterem jest też ich syn, urodzony w Argentynie - Janek. Wraz z mężem prowadzi firmę produkcyjną Staron Film, jest producentką filmów „Pod Ochroną”, „Argentyńska lekcja”, „Nagroda” („El Premio”), „Sześć tygodni”, „Bracia”.

Anna Sańczuk. Z wykształcenia historyczka sztuki, z zawodu dziennikarka, czasem zajmuje się również PR-em kultury. Współautorka książki „Warszawa. W poszukiwaniu centrum”. Razem z Maciejem Ulewiczem prowadzi program „KULTURA DO KWADRATU” na antenie Polsat News 2. Projektuje i szyje biżuterię pod marką SANKA. Mieszka w Warszawie na Starej Ochocie.

Komentarze (13)
Zaloguj się
  • chris-joe

    Oceniono 38 razy 30

    Fajni ludzie, ciekawe zycie, interesujace obserwacje. A Argentyna i mi jest bliska, wiec tym ciekawiej sie czyta. Pozdrawiam cieplo i zycze duzo powodzenia.

  • rave8

    Oceniono 19 razy 3

    Argentyna jako jeden z niewielu krajów na świecie przyjęła ochoczo morderców, zbrodniarzy z Niemiec tuż po II wojnie światowej ocalając ich tym samym, dając im schronienie.
    Taka mała dygresja, na wypadek gdyby masy zapomniały.

  • henryk domagala

    Oceniono 1 raz 1

    Wszystko można sprowadzić do..... ABSURDU..... w zależności od oczekiwań polityki....

  • ktosmadrzejszy

    Oceniono 30 razy -4

    Kiedy cos o ucieczce od żony psychopatki, gwałtu rozwodowego, uprzedzonej do mężczyzn policji, stronniczych seksistowskich sądów?

  • zal.p.l2

    Oceniono 25 razy -7

    Przypominam że az 50% mężczyzn żyjących w związkach doznaje przemocy domowej. Kultura, a raczej pseudo-kultura, wytworzona i usilnie podtrzymywana przez feminazistki zakłada poniżenie ofiar i wpajanie że męzczyzna nie ma prawa się skarżyć. Składając wszystkie przypadki w całość wniosek jest prosty, ilośc upodlonych mężczyzn zdecydowanie przewyższa ilość kobiet-ofiar. Jednak po staremu nie nadaje się mężczyznom statusu ofiary. Może warto o tym zrobić film albo przedstawic te historie bo od tych zaklamanych babskich historyjek tylko mdli.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX