Iwona Malicka w siedzibie Stowarzyszenia Emmaus przy ulicy Kawęczyńskiej 30

Iwona Malicka w siedzibie Stowarzyszenia Emmaus przy ulicy Kawęczyńskiej 30 (fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta)

premiera

Iwona Malicka, założycielka sklepu charytatywnego: Niczego nie rozdajemy

?Piano rysuje sufit? to zbiór rozmów Agnieszki Drotkiewicz, o przygodzie, przyjemności i pomaganiu, z ludźmi z fascynującą codziennością. Książka niedawno pojawiła się w księgarniach. Publikujemy jej fragment - wywiad z Iwoną Malicką, działaczką społeczną, założycielką pierwszego w Warszawie sklepu charytatywnego, działającego pod auspicjami stowarzyszenia Emmaus.

Agnieszka Drotkiewicz: Jakiś czas temu słuchałam rozmowy Tomasza Kwaśniewskiego z panią w radiu Tok FM. Opowiadała pani o tym, jak zostawiła swoją poprzednią pracę - uczenie chemii w szkole - i otworzyła pierwszy w Warszawie sklep charytatywny pod auspicjami stowarzyszenia Emmaus. Pomyślałam sobie, że jest to przygoda w najlepszym tego słowa znaczeniu: do zmiany w życiu potrzeba odwagi i fantazji, a do prowadzenia sklepu charytatywnego potrzeba otwarcia na innych ludzi. Zacznijmy więc może od tej zmiany. Praca w szkole nie dawała pani satysfakcji?

Iwona Malicka: - Zostałam nauczycielką trochę przez przypadek, ten zawód nie był moim powołaniem, choć odnajdywałam w pracy sporo radości. Nie bez znaczenia było to, że pracowałam z uczniami gimnazjum, a ostatnią rzeczą, jaką młodzi ludzie w tym wieku chcą robić, jest nauka chemii (śmiech). Miałam więc poczucie, że ich do tego zmuszam. Poza tym polska szkoła nie daje odpowiednich narzędzi do nauki chemii, czyli możliwości samodzielnego wykonywania doświadczeń. Opowiadanie o przemianach, których uczniowie nie mogą zobaczyć, nie miało dla mnie sensu. Pracowałam w trzech szkołach, w żadnej z nich nie było odpowiedniej pracowni chemicznej. Początkowo sama robiłam doświadczenia podczas lekcji, bo bardzo chciałam pokazać je uczniom, ale w pewnym momencie zrozumiałam, że w źle wyposażonej pracowni, bez wyciągu nie można przeprowadzać eksperymentów, bo to niebezpieczne dla zdrowia. Pokazywałam więc uczniom doświadczenia sfilmowane; jest taki program EduRom - doświadczenia chemiczne wykonywał Filip Bobek, aktor znany między innymi z serialu „Brzydula”. To przykuło uwagę młodzieży, jednak tylko na jakiś czas, potem oglądali to jedynie dla tego show, bo Filip Bobek prowadził to rzeczywiście dosyć zabawnie. Szukałam dalej, przynosiłam poważniejsze filmy laboratoryjne, ale to wciąż nie była dobra metoda nauki...

Widziała w tym pani coraz mniej sensu?

- Tak, a w dodatku okazało się, że choruję na stwardnienie rozsiane - w jego postaci, która bardzo wolno postępuje, bo choruję już od dawna, ale diagnoza została postawiona dopiero trzy lata temu. Pierwsze objawy miałam już ponad dwadzieścia lat temu. Gdybym się w siebie uważniej wsłuchiwała, pewnie bym wcześniej pomyślała, że to mogą być symptomy jakiejś choroby. Ale bardzo dobrze, że tak się nie stało - żyłabym przez te lata w ciągłym stresie, w obawie, że coś złego mi się stanie. Brak wiedzy o chorobie pozwolił mi przeżyć miniony czas spokojnie, wychowałam dwie córki, a teraz jestem w takim wieku, że podchodzę do tego trochę inaczej, bardziej na luzie. Człowiek kiedyś na coś zaczyna chorować i tyle. U mnie to na szczęście dzieje się wyjątkowo wolno. Leczę się, biorę udział w badaniach klinicznych, co cztery tygodnie muszę jechać do Łodzi, bo to tam, w łódzkim szpitalu akademickim, robione są badania.

Kiedy dowiedziałam się o swojej chorobie, zaczęłam różne rzeczy w życiu przewartościowywać. Wiadomo, że praca nauczyciela kosztuje dużo nerwów. Zaczęłam więc się zastanawiać, czy jej kontynuowanie jest dla mnie najlepsze w tym momencie.

Iwona Malicka i jej sklep charytatywny Emmaus (fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta)Iwona Malicka i jej sklep charytatywny (fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta)

Jak zmienić swoje życie?

- Tak, to jest pytanie, zwłaszcza że nie miałam poczucia, że robię coś bardzo ważnego i że robię to dobrze. Zaczęłam szukać - co dawałoby mi więcej satysfakcji? Czym mogłabym się zająć w życiu? Zaczęłam czytać o charity shops, sklepach dobroczynnych w Anglii, i doszłam do wniosku, że jest to niesłychanie fajna idea - nie tylko pomaga się środowisku przez ponowne używanie rzeczy, ale można też pomóc ludziom.

Zaczęłam szukać sklepów charytatywnych w Polsce i znalazłam stowarzyszenie Emmaus, które prowadzi taki sklep we Wrocławiu, w dzielnicy Leśnica. Odezwałam się do nich, oni mnie zaprosili i zachęcili, żeby podobny sklep otworzyć w Warszawie. W Leśnicy Emmaus prowadzi szerszą działalność, tam mają możliwość zaoferowania noclegu bezdomnym, można u nich coś sobie ugotować, uprać. Wiedziałam, że tego niestety nie będę mogła zorganizować u siebie, ale sama idea takiego miejsca bardzo mi się spodobała. Najważniejsza w tym wszystkim jest pomoc drugiemu człowiekowi, taka mądra pomoc. Dobrze jest dać komuś wsparcie, a jeszcze lepiej i jeszcze większym wyzwaniem jest to, żeby ten ktoś sam dalej sobie radził, prawda?

Na stronie wrocławskiej siedziby stowarzyszenia Emmaus przeczytałam: „Jeśli nie stać Cię na zapłacenie nawet symbolicznej kwoty, możesz podjąć pracę społeczną w Emmaus. Unikając rozdawnictwa, pomożemy Ci zachować godność nabywania, a wszystko to na miarę Twoich możliwości”.

- Tak, my niczego nie rozdajemy. Jeżeli wiemy, że ktoś jest w bardzo trudnej sytuacji, to wtedy sprzedajemy za symboliczną złotówkę - wówczas ludzie mają poczucie, że to kupili, a nie dostali. To jest bardzo ważne, bo często jest tak, że rzeczy, które się dostaje, nie mają takiej wartości jak te kupione. Poza tym to ma znaczenie psychologiczne - kiedy coś kupujemy, to nie jest jałmużna czy „resztki z pańskiego stołu”.

Zachęcona przez st owarzyszenie Emmaus, otworzyła pani w 2012 roku sklep przy ulicy Grajewskiej, na warszawskiej Pradze.

- Założyliśmy sklep charytatywny razem z mężem, który bardzo mi pomagał. Otworzyliśmy go w zasadzie bez żadnych przesłanek, żeby to mogło się udać! Kiedy teraz na to patrzę, uważam, że to było wariactwo, dziś pewnie długo bym się zastanawiała, czy sobie poradzę. Początek był trudny, ja nie byłam w rewelacyjnym stanie zdrowia, a trzeba było wszystko zorganizować, wynająć lokal itd. Wrocław na początku pomógł nam finansowo.

Lokal na sklep wynajęła pani komercyjnie?

- Szukałam lokali, które można by wynająć od miasta poza konkursem, po preferencyjnych cenach, ale to były głównie piwnice, sutereny, a przecież sprzedajemy meble, których nie można składować w takich warunkach. Więc poddałam się i wynajęliśmy komercyjnie lokal na Grajewskiej, w którym zakochałam się od pierwszego wejrzenia! Otworzyliśmy sklep 7 stycznia 2012 roku.

Z czym był największy kłopot?

- Z transportem. Idea sklepu jest taka, że ludzie oddają nam rzeczy za darmo. To, co da się przywieźć samochodem osobowym, ludzie przywożą sami. Ale meble, pralki, lodówki trzeba już odebrać od ofiarodawców i wtedy transport jest po naszej stronie. Na początku wynajmowaliśmy odpowiedni samochód, to był duży koszt. Problemem było też znalezienie osób, które pomogą nam te rzeczy nosić od darczyńcy do samochodu i potem do sklepu. Bardzo nam w tym pomógł Markot, który znajduje się przy stacji Warszawa Wschodnia, niedaleko Grajewskiej. Znalazło się dwóch wspaniałych ludzi, pan Andrzej i pan Henryk, którzy okazali się prawdziwymi herosami i niesłychanie nam pomogli! A trzeba powiedzieć, że dźwiganie tych rzeczy to chyba najcięższa praca w całej naszej działalności, praca, w której nic nie wyręczy człowieka. Można mieć wózek, kawałek przewieźć meble, ale podnieść je, znieść z czwartego piętra bez windy - tego się nie da zmechanizować w żaden sposób. Nie byliśmy w stanie im płacić za pracę, ale ponieważ mieszkali w Markocie, staraliśmy się stworzyć im namiastkę domowej atmosfery - po zwózkach robiliśmy obiad, jedliśmy razem, rozmawialiśmy, a oni wcale nie myśleli o pieniądzach, które przecież mogliby zarobić na tak ciężkiej pracy.

Z czasem zaczęło się zgłaszać więcej osób...

- Tak, w okolicy jest sporo osób w trudnej sytuacji finansowej. Wywieszaliśmy plakaty, że poszukujemy wolontariuszy, ogłaszaliśmy to na naszej stronie, na Facebooku. Sporo osób przychodzi do sklepu i pomaga nam charytatywnie, bez zapłaty wykonując różne prace, ale do noszenia mebli trudno jest kogoś znaleźć.

Sama nie wiem, jak mi się to udało! Sklepy dobroczynne w Anglii płacą ludziom, którzy w nich pracują, jakieś wynagrodzenie, a część zysków przekazywana jest na cele charytatywne. Ja nie mogę pracownikom zaoferować niczego poza kawą, herbatą, ciastkami, rozmową.

W Sklepowisku zatrudnione są dwie osoby. Ja mam umowę o pracę. Jest też Maja, która pracuje na umowę-zlecenie, i Ania - nasza wielka podpora. Cała reszta to wolontariusze. Dlatego tak bardzo się cieszę z nowej siedziby, bo to miejsce daje możliwość odwdzięczenia się za pracę - organizowania warsztatów, zaproponowania ludziom zdobycia nowych umiejętności.

Właśnie, w grudniu 2013 roku przeniosła pani sklep z ulicy Grajewskiej na Kawęczyńską, do wolno stojącego parterowego budynku.

- 8 grudnia 2013 roku było otwarcie nowej siedziby. To jest bardzo fajne miejsce, teraz o wiele więcej osób do nas dociera. Mamy jednak wielki problem - ten budynek jest niedogrzany, zimą były tu zaledwie cztery stopnie i w tej temperaturze spędzałyśmy po osiem godzin. Mamy wprawdzie piec węglowy, ale strasznie dymił, więc trzeba było dawkować ogrzewanie. Ostatnia zima okazała się dla nas bardzo łaskawa, bo było mało mrozów, ale czy następna taka będzie? Jeśli byłoby minus dwadzieścia stopni, to byśmy tutaj zamarzły, razem z rurami, które rozprowadzają wodę... Przede mną stoi teraz wyzwanie - znaleźć kogoś, kto podjąłby się ocieplenia budynku, a jednocześnie od wynajmującego nam ten obiekt uzyskać zwolnienie z czynszu, żeby było nas stać, by zapłacić za to ocieplenie, bo to jest duży koszt.

Od kogo wynajmuje pani budynek?

- Od Polskich Pracowni Konserwacji Zabytków. Mam nadzieję, że uda nam się ich przekonać, że warto zainwestować w ten obiekt, w to, żebyśmy mogli dalej tu być. Proszę spojrzeć na okna - to tutaj to jedno z lepszych w tym budynku, a uszczelnienie polega na oklejeniu go pianką montażową, więc nie da się go w ogóle otworzyć!

Bardzo chciałabym tu zostać, bo nie wyobrażam sobie kolejnej przeprowadzki. Ta była naprawdę ciężka, cieszę się, że ją przetrwaliśmy.

To miejsce na Kawęczyńskiej rzeczywiście ma duży potencjał - kilka pomieszczeń, ogródek...

- Kiedy pierwszy raz tu weszłam, byłam nieprzytomna ze szczęścia - od razu wiedziałam, że wszystko się tutaj zmieści: tu się ustawi meble, tu regały na książki, tam będzie część dziecięca, tam kuchnia... Zapał miałam tak ogromny, że zapomniałam zająć się tym, czym powinnam, np. sprawdzeniem, czy działa piec. To, że ten budynek znajdował się w potwornym stanie, wydawało mi się kompletnie nieważne. Na ścianach plama na plamie, wiedziałam, że będą prześwitywać przez nową warstwę farby, więc pomalowaliśmy je różnymi kolorami, zrobiliśmy malunki. Pomagali nam wolontariusze, zapłaciliśmy tylko za farbę i pigmenty.

Powiedziała pani o warsztatach, które można tu organizować.

- Nasz poprzedni lokal na Grajewskiej był maleńki, meble stały na meblach, trudno było się przecisnąć, tęższe panie mówiły, że się nie zmieszczą... Trochę tęsknię za Grajewską, a jej mieszkańcy tęsknią za nami. Ponieważ lokal był bardzo mały, przed otwarciem sklepu, co rano, musieliśmy część rzeczy wystawiać na zewnątrz - zaanektowaliśmy więc także kawałek ulicy, gdzie wystawialiśmy meble, siedzieliśmy i rozmawialiśmy. Po sąsiedzku mieszkało tam takie miłe małżeństwo z trójką dzieci; Magda jest osobą niedowidzącą i trudno jej samej wybrać się gdzieś dalej, więc codziennie wpadała do nas. To była taka jej chwila dla siebie, oderwanie się od obowiązków.

Tak więc trochę tęsknię za tamtym sąsiedztwem, ale tu, na Kawęczyńskiej, mamy dużo miejsca, można organizować warsztaty stolarskie, krawieckie i inne. Niedawno zgłosił się do nas City Bank z propozycją, że zorganizują i wyposażą nam pracownię. Byłoby wspaniale, ale wcześniej muszę mieć pewność, że zdołamy przetrwać tu kolejną zimę. Bardzo bym chciała, żeby się udało! Obecnie jesteśmy w stanie opłacić osoby, które by prowadziły warsztaty. Jest bardzo dużo chętnych do udziału w warsztatach krawieckich, warsztaty stolarskie też by były dobre, bo pozwoliłyby nam naprawiać meble, które dostajemy.

Warsztaty pełnią też funkcję społeczną.

- Tak, chodzi o to, żeby ściągnąć tutaj okoliczną ludność, zaktywizować ją.

Pracuje ze mną Paweł, animator kultury na Pradze, który zajmuje się młodzieżą - oni mają u nas swoją świetlicę, mogą się tu spotykać, obejrzeć film, ugotować coś w kuchni. Dziś na przykład robili kiełbaski na grillu i potem nas częstowali. To jest młodzież, o której kiedyś mówiono „dzieci ulicy”, dziś już się tak nie mówi, ale ci młodzi ludzie faktycznie dużo czasu spędzają na ulicy. Myślę, że im to nawet odpowiada, dopóki jest ciepło i miło, ale zimą niekoniecznie. Co prawda u nas zimą też nie było specjalnie ciepło, ale zawsze trochę lepiej niż na ulicy. To są bardzo fajne dzieciaki, jestem bardzo zadowolona, że zgodziłam się, aby miały tu swoją świetlicę.

W takim przedsięwzięciu jak sklep charytatywny przygodą są ludzie, z którymi ma się kontakt, to sprzężenie zwrotne, prawda? Na pewno jest to miejsce całkiem inne od zwyczajnego lumpeksu, sklepu z odzieżą na wagę.

- Zdecydowanie to jest coś więcej niż sklep, to miejsce, gdzie można się spotkać, porozmawiać, wypić kawę czy herbatę. Mamy stałych klientów, którzy przychodzą w każdy weekend, a jak coś im stanie na przeszkodzie, to są nieszczęśliwi... Zdarza się też, że ludzie, którzy do nas zaglądają, przynoszą nam różne rzeczy do jedzenia - ciastka, naleśniki Wiedzą, że siedzimy tu cały dzień, że trzeba nas trochę dokarmić. Czerpię bardzo dużo radości z kontaktu z ludźmi, to jest dla mnie najważniejsze. Jasne, że ekologia też jest istotna, to, że się nie wyrzuca, nie produkuje niepotrzebnie nowych rzeczy, ale dla mnie najważniejsze są te relacje międzyludzkie.

(fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta)   Iwona Stępień (fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta)

Część osób, które pracują w Sklepowisku, to osoby z doświadczeniem choroby psychicznej.

- Tak, to był pomysł mojej przyjaciółki, która jest psychiatrą. Zresztą tamta rozmowa z panem Tomaszem Kwaśniewskim w radiu Tok FM, o której pani wspomniała, dotyczyła psychiatrii środowiskowej. Bardzo ważne jest, żeby nie wyrywać osoby chorej ze środowiska, nie umieszczać jej w szpitalu, tylko nauczyć funkcjonować w społeczeństwie. Naturalnie jest to trudne, bo ludzie z doświadczeniem choroby psychicznej mają problemy ze znalezieniem pracy.

Od samego początku współpracujemy z dwoma stowarzyszeniami: Pomost zajmuje się osobami chorymi psychicznie, a Spoza - osobami, które mają problemy emocjonalne, trudności w adaptacji w pracy. Jestem niesłychanie zadowolona, że podopieczni tych stowarzyszeń u nas pracują, czerpią radość z pracy, a jednocześnie są w stanie się sprawdzić w sytuacji, kiedy trzeba wykonać jakieś zadanie. Wykonują je bardzo dobrze, co jest zauważane i doceniane, a to bardzo ważne.

Odbywają tu staże?

- Przychodzą na tak zwane „próbki pracy” z trenerami. Obserwowanie tych osób, ich pracy, tego, jak się pod jej wpływem zmieniają - to sama radość! Już po tygodniu widać, jak to działa.

Stowarzyszenie Emmaus we Wrocławiu próbowało współdziałać też z osobami uzależnionymi od alkoholu. Okazało się to bardzo trudne, bo alkoholizm jest chorobą niezwykle ciężką do pokonania i wyjątkowo łatwo do niego wrócić. Przyjmowano tam na przykład kogoś, kto godził się na leczenie, a potem przychodził do nich raz, dwa razy po spożyciu - w takiej sytuacji musiano podziękować za współpracę. Tu, na Pradze, też jest sporo osób uzależnionych.

Z moich doświadczeń wynika, że znacznie lepiej współpracuje się z osobami mającymi problemy psychiczne niż z tymi, które mają problem alkoholowy. Pewnie dlatego, że ludzie, którzy do nas przychodzą ze stowarzyszenia Pomost albo Spoza, chcą normalnie funkcjonować w społeczeństwie. Natomiast mam poczucie, że wsparcie udzielone przez nas nadużywającym alkoholu pomaga im w piciu. A to nie jest dla mnie dobra świadomość.

Kto jeszcze u Państwa pracuje? Pewnie sąsiedzi z Pragi?

- Oczywiście, przychodzą do nas także ludzie, którzy nie mają żadnych problemów. Wiele osób, które już są na emeryturze, trochę traci cel w życiu, a u nas bardzo się aktywizuje. Przychodzi do nas pani Basia, przeurocza osoba, jesteśmy bardzo zaprzyjaźnione. Ma chyba osiemdziesiąt lat, malutka, drobniutka. Jest takim naszym dobrym duchem, zajmuje się książkami. Mówi, że jesteśmy dla niej bardzo ważni, że dzięki pracy tutaj widzi sens wstawania codziennie rano. Rzadko zdarzają się dni, żeby nie przyszła.

Są osoby, które pracują u nas od początku, inni poszli swoją drogą. Pan Andrzej, o którym mówiłam, który pomagał nam na początku działalności, stanął na własne nogi, mieszka w okolicach Łodzi, czasem do nas przyjeżdża, ostatnio kupił sobie odkurzacz. Natomiast pan Henryk niestety wrócił do nałogu, z którego w Markocie próbował się wyrwać. On też mnie odwiedza, ale to są niezręczne sytuacje, bo czuję od niego alkohol. Mówię mu wtedy, że zawsze chętnie go widzę i że może odwiedzać nas jak najczęściej, tylko niech nie przychodzi na rauszu. Jednak wiadomo, że taka rozmowa z kimś, kto nie jest trzeźwy, jest trochę bez sensu...

Sklepowisko jest miejscem, gdzie spotykają się lokalni mieszkańcy, podop ieczni stowarzyszeń, o których pani mówiła - Pomost i Spoza - a także animatorzy kultury, trenerzy pracy.

- Tak, Paweł, który z nami pracuje, jest trenerem pracy. Jedną z jego podopiecznych była Marysia, cudowna, niesłychanie pogodna osoba chora na zespół Downa, wnosiła tu zawsze mnóstwo życia i uśmiechu. Jej rodzina to artyści malarze, ona też robi kolaże, podarowała nam jedną ze swoich prac. Znajomość z nią była wspaniałą przygodą, podważającą stereotypy.

Te spotkania z ludźmi są przygodami.

- Jeszcze na Grajewskiej przychodził do nas Edek ze Spoza - trudno powiedzieć, w jakim był wieku, bardzo sympatyczny. Wiąże się z nim pewna anegdota. Jeśli chodzi o odzież, dostajemy od darczyńców ubrania w różnym stanie, więc zatroszczyłam się o to, żeby na Grajewskiej stanął za płotem pojemnik na używane ubrania. Rzeczy, które nie nadawały się do naszego sklepu, wynosiliśmy do tego pojemnika. Ponieważ niezręcznie było przy ludziach w sklepie mówić, że wynosimy to gdzieś do kosza, Edek wpadł na pomysł, żeby nie mówić „do kosza”, tylko „do Koszalina”, i tak się przyjęło (śmiech).

Większość osób, które przychodzą, znam z imienia, one mnie też. Często podrzucają mi różne pomysły związane z pracą, które potem wykorzystuję. Mamy bardzo fajną więź ze sporą grupą ludzi, a sprzedaż jest trochę obok - robimy to, bo trzeba sklep utrzymać.

Jak sklep radzi sobie finansowo?

- Płacimy wysoki czynsz oraz rachunki za prąd i ogrzewanie. W tej chwili już nie korzystamy z pomocy finansowej Wrocławia, musimy zarobić na wszystkie opłaty sami. Na początku co miesiąc byłam przerażona, czy uzbieramy na czynsz, teraz trochę się uspokoiłam, jakoś sobie radzimy. Czasem ludzie, którzy u nas kupują, zaczynają się targować. Nad biurkiem mam wywieszoną informację, na co przeznaczony jest zysk z działalności sklepu. Kiedy ktoś bardzo się targuje, pokazuję tę informację i mówię: „Może pan przeczyta, a potem będziemy dalej rozmawiać na temat ceny tego kubka za dwa złote”.

Nie mamy żadnej pomocy od miasta. Zanim się przeprowadziliśmy, próbowałam wynająć lokal na preferencyjnych warunkach. Spotkałam się z burmistrzem Pragi Północ, pisałam wiele pism, ale nie brano ich pod uwagę. Rozumiem, miasto musi zarabiać na swoich lokalach, minął też chyba czas zainteresowania działalnością prospołeczną.

A przygody z rzeczami, które ludzie tu przynoszą? Kiedy dzwoniłam do pani, żeby się umówić na spotkanie, powiedziała Pani, że Antoni Libera zgłosił się do państwa i chce oddać swoje meble. Może zgodzi się, żeby o tym wspomnieć w naszej rozmowie?

- Mam nadzieję, że się zgodzi! Właśnie dziś do pana Libery pojechała Ania, która z nami pracuje. Skończyła filologię angielską, jest bardzo oczytana, zna jego „Madame”, więc będzie mogła z nim parę słów na ten temat zamienić.

Wiele było u nas rzeczy zachwycająco pięknych. Jeśli bym nie trzymała się w ryzach, to cały dom zapełniłabym zakupami ze Sklepowiska (śmiech), bo dostajemy naprawdę bardzo fajne rzeczy. Jedne są atrakcyjne ze względu na funkcjonalność, inne są po prostu piękne. Na przykład ta szafa przedwojenna, no cudo! Albo ten kredens w stylu art déco - dziś można go kupić za sto pięćdziesiąt złotych. W soboty robimy obniżki na meble o pięćdziesiąt procent od wyznaczonej ceny, bo musimy dbać o to, żeby był obrót, żeby zwalniało się miejsce na nowe rzeczy.

Niemal codziennie zdarzają się przygody związane z przedmiotami, które tu mamy. Ktoś przychodzi i mówi: „Moja babcia miała takie same talerzyki, muszę je koniecznie kupić!”. U nas można znaleźć rzeczy, które już od dawna nie są produkowane.

To także stawianie oporu ciągłej produkcji i wyrzucaniu - bo trzeba też myśleć o tym, co się dzieje z rzeczami, kiedy je wyrzucamy.

- Gdyby nie Sklepowisko, to wszystko wylądowałoby najprawdopodobniej na składowisku odpadów. Wprowadzając te przedmioty ponownie do obiegu, uniknęliśmy wybudowania kolejnej hałdy na Radiowie. A ile radości miały osoby, które sobie coś tanio kupiły...

Nawiązaliśmy współpracę z Ekostacją Stena, tu niedaleko, na Chełmżyńskiej. Możemy tam zawsze zawieźć rzeczy, które bardzo długo nie znalazły nowych właścicieli, i jesteśmy pewni, że zostaną zutylizowane w ekologiczny sposób.

Gdyby ktoś chciał pomóc Sklepowisku i pytał, co może zrobić, to najlepiej, żeby przyszedł tu i coś kupił, prawda?

- Niech coś kupi albo niech odda coś, z czego już nie korzysta. Jadąc na zwózkę w okolicę klienta, możemy podwieźć mu jakąś większą rzecz, którą kupi. Albo możemy też przetransportować coś odpłatnie, bo mam świadomość, że przewiezienie kredensu tramwajem może się nie udać. Bardzo często kupują u nas okoliczni mieszkańcy, oni wtedy pożyczają od nas wózek i sami zawożą rzeczy do domu. Dlatego ta lokalizacja jest genialna!

Od razu pani wiedziała, że sklep będzie na Pradze?

- Tak, tak sobie wymyśliłam. Pan Tomek Kwaśniewski dobrze to ujął, kiedy mówił, że najlepiej, żeby taki sklep był na pograniczu dwóch światów: z jednej strony tych, którzy są w stanie podarować wspaniałe rzeczy, a z drugiej tych, którzy są w trudnej sytuacji i potrzebują tanio kupić coś używanego. My trochę bardziej jesteśmy zanurzeni w tej drugiej grupie.

„Piano rysuje sufit”, Agnieszka Drotkiewicz (fot. materiały promocyjne)„Piano rysuje sufit”, Agnieszka Drotkiewicz (fot. materiały promocyjne)

Książka Agnieszki Drotkiewicz "Piano rysuje sufit" do nabycia w formie e-booka na Publio.pl

 

Iwona Malicka. Działaczka społeczna. Od 2012 roku prowadzi warszawski oddział stowarzyszenia Emmaus, międzynarodowej organizacji charytatywnej założonej w 1949 roku we Francji przez Henriego Grouesa. Organizacja działa w kilkudziesięciu krajach na świecie (www.emmaus.org.pl). Przy Kawęczyńskiej 30 w Warszawie mieści się założony przez Iwonę Malicką i prowadzony przez Emmaus sklep charytatywny Sklepowisko. Jego misją jest przede wszystkim niesienie pomocy potrzebującym, bezdomnym, uzależnionym i samotnym. Jest to drugi taki sklep w Polsce; pierwszy działa od 2007 roku we Wrocławiu przy ulicy Rubczaka 17/17a.

Agnieszka Drotkiewicz. Ukończyła stosunki międzykulturowe oraz kulturoznawstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Autorka powieści: „Paris London Dachau”, „Dla mnie to samo”, „Teraz” i „Nieszpory”, a także zbioru „Daleko od Wichrowych Wzgórz”. Opublikowała trzy tomy rozmów - dwa wspólnie z Anną Dziewit („Głośniej! Rozmowy z pisarkami” oraz „Teoria trutnia i inne”) i jeden sama („Jeszcze dzisiaj nie usiadłam”). Przeprowadziła wywiad rzekę z Dorotą Masłowską „Dusza światowa”. Publikowała m.in. w „Lampie”, „Wysokich Obcasach” i w „Dwutygodniku”.

Komentarze (52)
Zaloguj się
  • 1bungee

    Oceniono 130 razy 114

    Większość ludzi ma za dużo "rzeczy" z którymi nie wie co zrobić, dlatego idea oddawania dla innych ma sens. Powstaje przepływ dzięki czemu ci, co otrzymują będą mogli się podzielić czymś z jeszcze inną osobą. Najważniejsze jest, że czasem nawet dobre słowo może zmienić człowiekowi całe życie. Piękna praca pani Iwono, jestem wdzięczny ludziom takim jak pani. Życzę ogromego sukcesu.

  • shawmut

    Oceniono 73 razy 65

    świetna idea dawania rzeczom drugiego życia. Na zachodzie to normalka, my wolimy wyrzucać...

  • skedok

    Oceniono 56 razy 42

    Robi Pani dobrze - oby tego samego zdania był urząd skarbowy i reszta tych pasożytów,którzy się niedługo pojawią. Powodzenia.

  • volongoto41

    Oceniono 33 razy 25

    Nie wiem, czy tak wolno. Nie wiem, czy tak można. Za chwilę sklepowi zacznie przyglądać się minister Szczurkiem zwany. Urzędy skarbowe w zależności od swego położenia wydadzą różną interpretację. Każda interpretacja zakończona będzie pouczeniem o grzywnie, przestępstwie i pozbawieniu wolności. Przyglądał się będzie temu komornik z Łodzi. Być może nawet odwiedzi ten sklep, aby sprawdzić zasobność otoczenia. Chcę dodać, że jestem jasnowidzem i dla mnie to wspaniała incjatywa, ale jak powiedziała Kora o Polsce: "Tu jest chlew, bagno, ściek"....

  • melemoth

    Oceniono 28 razy 20

    Gratuluje,kolejna pozytywnie zakręcona osoba.Oby wiecej .:).

  • arahat1

    Oceniono 22 razy 10

    czy od zlotowki odprawadzany jest vat? i czy sklep wyposazony jest w kase fiskalna? artykul ktory moze spowodowac znikniecie sklepuy i cd dalszych klopotow

  • awitold

    Oceniono 8 razy 8

    Nie bój, nie bój, skarbówka i tak cię namierzy, ale będą mieli premie za mandaty...

  • moniiiiiiika

    Oceniono 8 razy 4

    I o tym chcę czytać! Nie o czyichś cyckach, które się znalazły, gdzie nie powinny, czy że dwie laski się pojawiły na imprezie w takiej samej sukience.

  • bru-xa

    Oceniono 19 razy -1

    Sprzedaje za 1 zł, a mogłaby za 10. Zaraz poleci za narażanie przedsiębiorstwa na straty.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX