Kazimierz Nowak, Kongo

Kazimierz Nowak, Kongo (fot. Archiwum Wydawnictwa "Sorus")

reportaż

Podróżnik, reporter, prehipster. Poznajcie człowieka, którego historią zachwycił się Ryszard Kapuściński

Nonkonformista, oryginał, szaleniec! Miał wizję, cel i misję. I rower. Na tym rowerze, czółnem, konno, na wielbłądzie - a gdy już wszystko mu się zepsuło i padło, to na piechotę - przemierzył całą Afrykę. 40 tys. km. Bez grosza przy duszy, przymierając głodem, walcząc z chorobami i dziką zwierzyną, samotnie. Podróżnik, reporter. A może... polski prehipster?! Kazimierz Nowak.

Ta podróż zaczyna się w listopadzie 1931 roku, kończy w 1936. Rok później Nowak, wycieńczony malarią, umiera w Poznaniu. Zostaje po nim zbiór artykułów, które drukowały pisma podróżnicze. I COŚ jeszcze.

Artykuły zostaną wydane dopiero w roku 2000. Zachwyci się nimi sam Ryszard Kapuściński - książkę „Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd” uzna za klasykę polskiego reportażu.

14 lat później wydawnictwo Sorus sięgnie głębiej do archiwum Nowaka. I wyciągnie zeń to COŚ: listy z podróży. Pisane dla jednego tylko czytelnika - ukochanej żony. Autentyczne, szczere zapiski człowieka walczącego z rozłąką, chorobą, bólem, strachem i głodem. I odważnego patrioty, bohatera, który ma głębokie poczucie sensu tego, co robi - dla Ojczyzny, rodziny, siebie. Ale też lekkiego dziwaka idącego pod prąd masowych trendów, indywidualistę owładniętego poczuciem misji, oryginalnie ubranego i myślącego... czy aby nie tak definiujemy dziś hipstera? Do tego ta bródka i rower... Zatem - polski prehipster?

Kazimierz Nowak z żoną i dziećmi (fot. Archiwum Wydawnictwa Kazimierz Nowak z żoną i dziećmi (fot. Archiwum Wydawnictwa "Sorus")

Oto jego listy do żony wybrane przez kwartalnik „Kontynenty”. Nowak non-fiction.

(fot. Archiwum Wydawnictwa (fot. Archiwum Wydawnictwa "Sorus")

W pustyni, 19 grudnia 1931

Kochany mój Maryś!

Przede wszystkiem „Dzień dobry” i czułe ucałowania mojej Trójce. Słonko właśnie wyłoniło się zza wzgórz, które, jak i wszystko co mię otacza, świeci pustką przeraźliwą. Ani ptaszka tu nie spotkasz, ani nawet zwierzyny żadnej, ot - pustynia w całem tego słowa znaczeniu. Ognisko tylko, które mile wonieje, i namiot rozwesela trochę. Ale ciekawi Cię może, skąd to ognisko, kiedy jestem na pustyni. Otóż wczoraj tak długo jechałem, aż na srebrnym pustynnym wzgórzu zobaczyłem cienie krzewów - była już 12 godz.

Niedużo tych krzewów było, ale zawsze można było ugotować herbatę, no i ogrzać się trochę, bo wszystko pokryte było szronem, a ręce skostniałe całkiem. Księżyc świecił tak jasno, cicho było, żadnego szmeru ni szelestu, tylko trzaskał ogień z ciernianych krzewów, którymi pokaleczyłem ręce całe. Myślą biegłem hen, tam daleko, do moich kochanych pieszczot, zmęczony ale byłem, położyłem się spać. Resztę ogniska włożyłem do menażki, przykryłem piaskiem i pokrywką, wsadziłem do futerału, ot do ogrzania nóg dobre, cudowny pomysł, a to, co jeszcze z ogniska pozostało, zakopałem w piasek, który za łóżko mi służył, usnąłem zaraz prawie.

Ale już przed czwartą obudziło mię zimno, wstałem, ciemno było zupełnie, jednak jakoś wyciągnąłem krzak i roznieciłem ogień, i gdy dogasł - znów tak samo - spałem dalej, budząc się znowu z zimna o brzasku. Ściąłem ostatnie 2 krzaki cierni, rozpaliłem ogień, ugotowałem herbatę, kawał chleba, 1/4 litra śmietanki (konserwa) osłodziłem dobrze, kawałek sera do tego, jabłka, no i dobre papierosy. Jak widzisz Maryś, choć na pustyni, a jednak nie umieram z głodu, owszem - prędzej w Europie bym umarł (Rzym, Neapol!).

Pustynia (fot. Archiwum Wydawnictwa Pustynia (fot. Archiwum Wydawnictwa "Sorus")

Nie myśl ale Maryś, że ja wydaję pieniądze na to dobre życie - nie! Ot, gdy mię ktoś spotka, czy to na drodze, czy pod moim namiotem, czy w fortach wojskowych, do których mam dostęp przez posiadanie cudownego listu, wszędzie dają konserwy, cukier, mąkę, herbatę, sery, papierosy nawet, ot Bozia dobra. A czy wiesz, że sobie sam piekę chleb? Czy wiesz jak? Ot! - po arabsku, ale całkiem dobrze smakuje. Robi się tak: kawałek papieru posmaruje się oliwą, nasypie mąkę, trochę soli, woda, ugniata się ręką (brudną!) dokąd nie odstaje ciasto, potem niedopalone gałązki przenosi się na bok, rozgrzebuje popiół i węgiel, i ugnieciony placek kładzie się na palenisko, przykrywa gorącym popiołem i węglem, a po mniej więcej 1/2 godz. już dobry placek gotowy do jedzenia, a przy tem i ogrzeje się człowiek, i część długiej nocy zbiegnie!

O Maryś! Trudno opisać to życie, jakie teraz wiodę - piękne, romantyczne, ale ciężkie zarazem. Zwłaszcza klimat okropny, choć wytrzymuję go znośnie. Pomyśl! - w południe słonce pali jak ogniem 35°C, a nocą szron grubą warstwą pokrywa wszystko, czyli najmniej 2°C poniżej zera, muszę mieć naprawdę zdrowe płuca, jeżeli wytrzymuję te zmiany temperatury i mimo nocy wprost na ziemi spędzonej ani nawet nie kaszlę. Ot - ale i czas w drogę, zatem Pa! Może i tak znudzę tą gawędą, ale o czym pisać innym?!

Pa! Całuję mocno całą moją Maryśkę, a dziecinom ślę serdeczne ucałowania buziaków. Pa!

Wasz Kazimierz

 

Gat [Libia], 7 lutego 1932

(...)

Sahara! Kaczki dzikie i inne brodzące ptactwo nocami już przelatuje na północ, do Was hen i do innych europejskich krajów. Lecą i radośnie trzepocą skrzydłami, bo lecą tam przecież daleko, gdzie słońce życie rozsiewa hojnie, gdzie zdobi łany płaszczami zbóż i sypie barwnem kwieciem, które oko raduje i upojną wonią wiosny przenika aż do głębi dusz ludzkich.

Tu - na Saharze w lutym zaczynają się już piekielne upały, upały, od których zamiera życie, od których duch omdlewa. A dusza pragnie nocą wzbić się pod gwieździsty strop i razem z wędrownym podążyć ptactwem, tam - do królestwa wiośnianej krajiny.

O! - i ja lotnym jestem ptakiem, Bóg mi tylko skrzydeł nie dał takich, które by mogły stosownie do pragnień serca kierować lotem. I teraz, kiedy tu żar słońca zabijać zaczyna życie, brnąć muszę przez pustynie rozległe, sycić się pragnieniem, kąpać w pocie własnym i omdlałą od trudów myślą najwyżej, w półśnie chłodnych nocy, do Was ulatać. Do Was!... Tam, gdzie po lasach spod puszystych śniegów niedługo już ukażą się zwiastuny wiosny, piękne białe kwiatki, i gdzie powoli nadlatywać zaczną rzesze bożych śpiewaków, do Was, gdzie upojne pachną lasy, gdzie niedługo śniegi ustąpią miejsca szmaragdowym łanom, po których upojny deszcz rozedrganych dzwonów kościelnych radośnie idzie...

I smutno mi Maryś, smutno, aż żałośnie! I mimo woli jak gałązki płaczącej brzozy opadają ręce, chęć czynu ulata spalona pierwszym żarem afrykańskiego słońca, a to początek dopiero. Droga przede mną długa i daleka...


Zella [Libia], 4 kwietnia 1932

Maryśko Ukochana!

Piszę! O Maryś! Abyś Ty wiedziała, co za okropne przeżyłem dnie! 5 długich dni spędziłem wśród pustyni, choć to nie nowość dla mnie, ale pustynia pustyni nierówna! Z tych pięciu dni dwa pierwsze ciężkie były nad siły ludzkie, trzy dalsze konałem, taka przeokropna śmierć, której na imię „Pragnienie” zwaliła z nóg, mocz własny piłem, wkopywałem się w piasek za życia, aby nie zostać spalonym przez piekielne słońce...

O! Nigdy Maryś opisać nie zdoła pióro przeżyć tych okropnych dni 5ciu, a że żyję, to Bogu jedynie dzięki, modlitwie Waszej i naturze, która w chwilach ciężkich, kiedy już śmierć tuż-tuż, tyle jeszcze mocy wykrzesać umie, że ujdzie.

(fot. Archiwum Wydawnictwa (fot. Archiwum Wydawnictwa "Sorus")

Pomyślisz Maryś źle może o mnie, Bóg ale jeden wie, że innej drogi wyjścia nie było! Trzeba było przebić przez ten szmat drogi, pieniędzy nie było na najęcie wielbłąda, trudno! Przebyłem i piszę, choć taki szum jeszcze w głowie, takie śmiertelne wyczerpanie moralne, że podobnie nie czułem się jeszcze, odpocząć muszę za wszelką cenę!...

Odpocząć! Ale czy dla nędzarza jest odpoczynek? Nie! Bo przecież jeść trzeba, a na to zarobić tak trudno! I zamiast o odpoczynku, drogę wyjścia przemyśleć trzeba, trzeba myśleć, a to wysiłek równy prawie temu z minionych dni pięciu!

(fot. Archiwum Wydawnictwa (fot. Archiwum Wydawnictwa "Sorus")

Niech Cię ale nie przejmuje i nie smuci to, co piszę - żyję, a tem samem wszystko w porządku, wróci i równowaga ducha, chwil dopiero parę jak uratowałem życie, jak spalony gorączką pragnienia, osłabiony głodem resztki sił zużyłem, aby dotrzeć do zieleni oazy, gdzie ratunek znalazłem i serdeczne przyjęcie. W ustach ale ciągle jeszcze czuję smak moczy własnej, czuję piekło pragnienia...

I widzę trupy czarnych nędzarzy, których poszarpały już hieny, tam na mojej drodze, którą Bóg dozwolił mi przebyć... O Maryś! Jednak pustynia to okropność, to coś gorszego od najgorszej nędzy, to śmierć powolna, straszna.

 

Kairo, Egipt, 13 lipca 1932

Maryś!

Ja szczery jestem, nie w formie jakiejś wymówki Ci piszę, ale ja prędzej w świecie dam sobie radę, jak Ty biedactwo w tym Boruszynie! Wśród Chrześcijan...

Ot! Patrz Maryś! Nocuję dziś w towarzystwie sportowem „Makkabi” (żydowskie). I niegłodny jestem, i jeszcze parę zł. gotówki zyskałem, obcy pomoże, i żyd, i Arab, ręczę, że i murzyn zginąć by nie dał. Choć czasem zresztą i tu znajdzie się „Jeżycki”, czy podobny, pluję na niego, niech sobie.

Patrz! Katolik, Polak niby, ot i taki Kłos. Dlaczego jemu ma się nie podobać, że ja jako żonaty podróżuję? To przecież tylko najwyżej Ciebie obchodzić może! Zresztą, czy podróżować mogą tylko Kłosy, Posadzy etc.? Czy to ich monopol? Ja przecież z kraju pieniędzy nie wywożę, nie po rozpustę w świat ruszyłem i na pewno milion razy przykładniej żyję od księży, a skromniej od nędzarza, boso, głodno, i teraz, gdy „Wyprawę na Bożą rolę” zrobię, to nie I. kl. w tow. miłem, z kobietami, po hotelach pierwszorzędnych, ale jak nędzarz, spać będę po pustyniach, jeść strawę beduińską, a więc czego ma mi zazdrościć?

(fot. Archiwum Wydawnictwa (fot. Archiwum Wydawnictwa "Sorus")

Kairo, Egipt, 19 lipca 1932

Ukochana Maryś!

Noc! Nocą tu dopiero oddechać można, bo dzień temperatura pieca piekarskiego po prostu całą wolę i chęć każdą miażdży. Przedstaw sobie upał - kiedy termometr w cieniu przekracza 50° Cels., ot! Lato Egiptu jest naprawdę ostre!

A nocą i odpocząć trzeba, bo w dzień, mimo upału konieczność człowiekiem po mieście rzuca, czas odjazdu się zbliża, trzeba choć kawałek chleba na drogę postarać, a przy tem i zwiedzić miasto, okolicę, no i tysiąc innych czynności wykonać. (...)

Rano w niedzielę wybrałem się do Heluanu, byłem zaproszony do tych państwa, gdzie już raz byłem, upał był szalony i na drodze omal że ofiarą nie padłem. Jakaś „madame” prowadząca auto jechała nieprzepisowo i zderzyliśmy się, choć cudem bez szwanku dla mnie, a auto uszkodzone! Ciekawe! Co? Rower mój jednak od auta silniejszy!

(fot. Archiwum Wydawnictwa (fot. Archiwum Wydawnictwa "Sorus")

Wypadek ten ale poszarpał nerwy i pozostałe km. jechałem bez chęci żadnej, wprost z lękiem przed szaleńczemi autami, które jak pijane obijały się o brzeg szosy asfaltowanej. 30 km drogi z Kairo, a mnie się zdało, że to 100 przynajmniej.

Przyjęto mię w H. tak jakoś dziwnie, że do reszty chumor straciłem. Jakaś Polka, gość tej pani, do której byłem zaproszony, żona Greka, urzędnika banku, typ takiej głupiej, dumnej, zagranicznej Polki, zaczęła ze mną rozmawiać jak z łaski, i mówić po francusku bez „r”. Naturalnie odpowiadałem po polsku, bo przecież ja mówię po franc. z takim „r” jak mówię, więc nie chciałem narażać się na krytykę.

W końcu rozmowa zeszła na tory samobójstwa, i tu starliśmy się na dobre! Ta jejmość bowiem twierdziła, że samobójstwo jest bohaterstwem (niech go więc popełni!), ja znowu nazywałem je po imieniu, to jest: tchórzostwem. Przecież tak jest, i każdy człowiek przyzna mi rację, o ile ma myśl trzeźwą i trzeźwo na świat patrzy. Jednak ta pani (podobno nawet książki pisze) - chciała mię przekonać przemocą, i Bóg wie, jak długo byłaby trwała ta dysputa, ale do stołu nakryto.

Obiadu prawie nie tknąłem, aby im dać poznać, że obiadu ich nie łaknę, a byłem zaproszony do zdjęcia, które nie mieli chęci robić Ci państwo Grek i pani Polka, co książki pisze. Po obiedzie „Państwo” spać poszli, ja umyślnie pozostałem przeczytać gazety, a potem wieczorem, przed kolacją, odjechałem na noc, i tuż w Heluanie rozbiłem namiot, dając w ten sposób do poznania, że wcale ani na jadło, ani ich salony nie lecę, ot tylko jak robotnik pracy szukam u swoich!...

 

Juba [Sudan], Sudan, 22 grudnia 32

Drogi mój Marysiek!

Noc, osiągłem z powrotem Juba i w milutkim pokoiku siedzę i piszę. Niedługo kolacja, ale chwilkę choćby pogawędzę, bo i długo nic nie pisałem do Ciebie. Gdybym Ci dosłownie opisał przeżycia minionych dni - na pewno nie uwierzyłabyś i włosy stawałyby Ci na głowie; ja ale, mimo chwil grozy, które przeżyłem zwłaszcza ostatniej nocy, czuję się znośnie, trochę ręce pokaleczone, zmęczony trochę i jedna (lanca) oszczep złamany, a oba zbroczone krwią króla Puszczy, który nocy minionej miał apetyt na moje kości. Nie straciłem ale przytomności umysłu i na czas przybrałem pozycję obronną, lew rzucił się na mnie i nadział na oszczep, łamiąc ciężarem drzewce, a drugi cios równocześnie dostał w krtań... Noc była czarna, widziałem tylko cień potwornej głowy i ślepie czerwono błyszczące.

Kilka defektów roweru nie pozwoliło mi na czas dotrzeć do osiedla, szedłem w końcu pieszo wąską ścieżyną leśną. Po obu stronach cierniowe krzewy i złote trawy spalone słońcem, co chwila płoszyłem to stada antylop, to pasące się słonie, czy żyrafy, czasem hjena tuż obok niemile zawyła. Z drzew zrywały się gromady „kur faraona” i swojem „au - au” płoszyły inne ptactwo, a krzak każdy szeleściał poruszony ruchem przebogatej fauny podrównikowego lasu.

(fot. Archiwum Wydawnictwa (fot. Archiwum Wydawnictwa "Sorus")

Ręczę Ci Maryś, że człowiek o słabych nerwach oszalałby w tem groźnym pustkowiu, bo i mnie od czasu do czasu „ciarki” chodziły po ciele. Nic widać nie było i przeczuć nie można było chwili, kiedy zwierzę jakieś spod nóg prawie się wyrwie.

Szedłem dalej, bo o roznieceniu ognia w tym zwartym gąszczu mowy nie było - można by życiem przepłacić - bo wszystko spalone słońcem i w morze płomieni zamienić się mogło.

Była gdzieś może 9ta godz. wieczór, gdy jakiś jakby cień z tyłu ujrzałem i puszyste stapanie... Rower w poprzek śnieżyny leśnej oparłem o siebie, jeden oszczep wsparty o rower, drugi w ręku do ataku - mgnienie oka - ani zorientować się nie było czasu, ryk przeraźliwy, skok - i po wszystkim było! Lew charczał, a krew ciepła oblała mię, niby fontanna...

Nad ranem dopiero dotarłem do Rejaf wyczerpany fizycznie i duchowo. Każdy krzak się ruszał, szły po lesie głosy różne, straszne, szeleściały trawy, w których boa tutejszy żerował lub duże jaszczury, a ja z oszczepem już tylko jednym szedłem noc całą... Doszedłem, lecz o włos znowu byłem oddalony od kresu Bozia dobra dopomógł!

Księża przerazili się mego wyglądu - cały skrwawiony. Tu ludzie boją się wieczorem wyjść z kapany (domki), a ja 40 km drogi nocy tej przebyłem! - i to przez dzikie lasy pełne zwierza!

Podano mi szklankę wina, zjadłem kilka bananów i w łóżko. Ubranie i pokrwawione buty zabrał brat do prania i umycia, dopiero pod wieczór ruszyłem do Juba - godzina drogi! Ale kolacja, wołają mię do stołu. Pa zatem, bo i jeść się chce, a i dobranoc zarazem - po kolacji zaraz się położę spać, zmęczenie jeszcze czuję... Całuję mocno, Twój żyjący

Kazimierz

 

[Kongo Belg.], noc, 1933

(...) burza szaleje za oknami (...) Nowe troski głowę obsiadły - nadeszły telegramy o mobilizacji we Francji o Belgii, a tem samem nastąpi pewnie mobilizacja w Polsce i całkiem poważnie zanosi się na wojnę (...)

W razie rewolucji komunistycznej bezwarunkowo wrócę do Polski, bo gdy taka rewolucja wybuchnie, świat cały zapłonie. Lepiej być wtedy wspólnie. Nieobce mi te zamęty - zresztą już przeżyłem rewolucję komunistyczną na Węgrzech - biednym noc ona złego nie zrobi!

(...) w razie wybuchu wojny uchodź do Krakowa - i nie zapomnij powiadomić mię przez „czerwony krzyż” czy państwa neutralne, gdzie jesteś. Myśl tylko o uratowaniu życia, reszta niech przepada - zresztą ten barłóg i rupiecie boruszyńskie nic niewarte! Bądź mężną wtedy, ratuj życie Wasze i zdrowie szanuj. Bóg dobry Was nie opuści, a nic się wbrew Jego Woli nie dzieje na świecie! I pamiętaj, że choć daleko jestem, wszystkich sposobów użyję, aby pośpieszyć z pomocą, lub może nawet wyrwę Was wtedy z Europy!

Maria z dziećmi (fot. archiwum K. Nowaka)Maria z dziećmi (fot. Archiwum Wydawnictwa "Sorus")

Kigali, Ruanda - Afryka Połudn., wtorek, 30 maja 1933

Ukochana Maryśko!

Noc! Spakowałem bagaż - jeszcze tylko zaszyć worki - a rano rower trochę nasmarować (...) Mam broń, to jest karabin 7,9 mm niemiecki wojskowy - przerobiony nieco - a do tego ogółem 125 naboii i pozwolenie, taka żółta kartka za 50 franków. Naturalnie, aby polować, trzeba mieć drugą „kartkę” za 250 fr - może w Uvira zapłacę. Zabiję sobie kilka ładnych bawołów i coś jeszcze może! Ale i chwilowo mogę całkiem śmiało strzelać, gdy się co trafi, a już ani lwa ani leoparda się nie boję!

Gdy będziesz w Poznaniu, zapytaj w składzie amunicji, wiele kosztuje setka naboi do karabinu wielkości 7,9 mm. A gdybyś miała odwagę przejść się do dowództwa wojskowego, zapytaj, czy nie chcieliby mi ze sto naboi posłać.

 

Albertville [Kongo Belgijskie), 14 lipca 33.

Moja Kochana Maryś!

Wieczór. Przed chwilą „wypowiedziano” mi pomieszkanie - przyjeżdża aż naraz 2 biskupów, potrzebują miejsca, trudno! Dali mi jeszcze gorszą norę, ale co zrobić - dobrze, że choć pod dachem.

(...)

Katastrofalny stan rzeczy, jaki na wstępie do prowincji Katanga spotykam i słyszane opowiadanie o tem, co tam na południu się dzieje wyklucza zupełnie zahaczenie jakiekolwiek. Kopalnie stanęły, oprócz kopalni złota, platyny i radu życie zamarło, biali już uciekli lub uciekają, walą się kopalnie, bankrutują firmy po firmach, a hotele, restauracje, wszystko zresztą pustką świeci. Zostali jeszcze urzędnicy, ale Ci nie pomogą niczem. Liczyć na nich nie mogę.

(fot. Archiwum Wydawnictwa (fot. Archiwum Wydawnictwa "Sorus")

Pozostaje mi zatem uciec z Konga, ale jak, którędy? Do Polski podróż stąd tysiące złotych kosztuje, rowerem sił nie mam do Was powrócić, a zresztą po co? Czy po to, by znowu po wsiach włóczyć się za pracą, której nie tak lekko znaleźć? O Maryś - uwierz! bardzo już tęskno i strasznie tak samotnie się tułać. Dziś pierwszy krok stawiam w sprawie opuszczenia Konga, niech się dzieje Wola Boga. Los każe być podróżnikiem - niech się dzieje! Byle chleb Wam zapewnić i dać możność dostania się na zimę do miasta.

Od Elizabethwil zacznę rodzaj odwrotu chwilowo, a potem los okaże - skieruję się z południowej Katangi do Oceanu. Nie wiem jeszcze: do Indyjskiego czy Atlantyckiego? Los rozstrzygnie.

Dziś w tej sprawie piszę do Mroza (Kraków), a nie wątpię, że plan mój zainteresuje, mam bowiem ciekawy pomysł - stosunkowo możliwy - którym zdobędę już całkowicie tytuł podróżnika. Trochę sławy, a i może Wam życie zapewnię. Treść oto taka: „Łodzią - pod flagą polską - ze serca Afryki do oceanu Indyjskiego - przez przeciekawe kraje Afryki Południowej, to jest przez Angolę Rodezję - Mozambik” (wykorzystam słabość Polski do morza!). „Po raz pierwszy na potężnej rzece ZAMBEZE zatrzepoce flaga polskiego podróżnika”. Wiem, że to będzie wielki krzyk w prasie i dużo, dużo wierszy i foto, a w rezultacie nic nie tracę. Zbliżając się do oceanu zbliżam się do Was...

Kongo (fot. Archiwum Wydawnictwa Kongo (fot. Archiwum Wydawnictwa "Sorus")

Kongo (fot. Archiwum Wydawnictwa Kongo (fot. Archiwum Wydawnictwa "Sorus")

Naturalnie, podróż taka nie byłaby męczącą. Płynąłbym z biegiem rzeki, - a czółno w salonik bym zamienił, ochronił przed moskitami, kuchnię we własnym zarządzie - ryby - dzikie gęsi - czasem gazelę u wodopoju bym rozstrzelił. Ot, żyłbym tanio. Bagaż ochroniony przez wilgocią, na łodzi mały stolik i szeląg, i lampa, pisałbym dużo - pod wrażeniem chwili. Program jedyny, jaki widzę jako drogę wyjścia. A najważniejsze, że nie byłoby to rozbicie. I bądź co bądź byłbym pierwszym włóczęga polskim tego rodzaju. I po raz pierwszy w zdziwionej tafli dalekiej rzeki kąpałyby się odbiciem barwy polskie!

 

Pretoria, 19 luty 1934

Mój Jedyny Maryś!

Wczoraj, gdy położyłem się do łóżka, zapadłem znowu w ten dziwny stan, który tak okropnie męczy. Jakiś zegar wybijał godzinę po godzinie, noc zbiegła, a ja ani rusz usnąć. Zaś po mózgu włóczyły się tysiące myśli.

Gdybym był w możności uchwycić ten chaos myśli na papier, nie byłbym przeciwny temu męczącemu stanowi. Ba! Kiedy myśl tylko pracuję, a ciało zupełnie niezdolne do żadnego ruchu, zaś rankiem pierzcha wszystko, trudno przypomnieć sobie, o czym się myślało!

Naturalnie po takiej nocy strasznie boli głowa, całe ciało zresztą, jakby przez noc całą wykonywało się najcięższą pracę. Będzie to chyba następstwo braku możności podzielenia się tem, co się myśli, co się czuje i przeżywa. Niektóre tylko moje myśli rzucam na papier, czy to do Ciebie, czy do redakcji, przeżywam ale o niebo więcej, lecz nie o wszystkim mogę dziś pisać. Stałem się zdecydowanym przeciwnikiem naszej barbarzyńskiej cywilizacji i większość mych myśli biegnie po tej linii, a potem wiara w Boga i jej wykorzystywanie do celów egoistycznych przez Kościoły i ich służbę. Są to tematy rewolucyjne, tematy, które dziś trudno by było sprzedać, jednak nie są ani przeciw Bogu, ani Państwu.

(fot. Archiwum Wydawnictwa (fot. Archiwum Wydawnictwa "Sorus")

Bunt rodzi się duży na widok bogactw naszego globu i na nędzę ludu, który jedno tylko uczucie żywi w swej piersi: to, które mu wszczepiają właściwi władcy doby obecnej.

Świat, na który patrzę to automat, manekin, a szczytem dążeń - być bogatym i pracować jak najmniej przy dochodach iście królewskich, bez względu na to, czy przez ten wielki dochód jednostki umierają, dziesiątki, czy nawet tysiące ludzi z głodu. Każdy chce mieć swoje auto, swoją willę, tańczyć, pić, żyć do nieprzytomności. Katechizmem życia stał się katechizm wszechpotężnej mody, która z kobiet robi żmije, z mężczyzn lalki napchane starą przegnitą słomą. Wpływ szkoły i ulicy wyrywa serce z piersi dziecka, które choćby po trupie rodziców - chce posiadać, bawić się, bawić jak manekin puszczony w ruch sprężyną naśladować ruchy ludzi XX wieku, o ile ludźmi nazwać można dzisiejszą ludzkość.

Tom I „Listy z Afryki”, Kazimierz NowakTom I „Listy z Afryki”, Kazimierz Nowak

Tom I „Listów z Afryki” Kazimierza Nowaka ukazał się nakładem wydawnictwa Sorus w grudniu 2014. Tom II ukaże się jesienią tego roku


"Afryka Nowaka" - reportażowy obraz Afryki, który jest owocem wyprawy po Czarnym Lądzie śladami Kazimierza Nowaka do nabycia w formie e-booka na Publio.pl

 

W kwartalniku „Kontynenty” także:

* RYSZARD KAPUŚCIŃSKI, Zapomniany fotoreportaż z Konina roku 1959 oraz Konin roku 2014 piórem i obiektywem FILIPA SPRINGERA

* HOOMAN MAJ, Akt urodzenia Irańczyka. Przedpremierowy fragment najnowszej książki

* ARTUR GUTOWSKI, Biali czarni. Przeklęte życie albinosa. Reportaż z Tanzanii

* ANNA RÓŻAŃSKA, Hidźra, boski hermafrodyta. Opowieść o trzeciej płci w Indiach

* DMYTRO ANTONIUK, Śródziemnomorskie Zakarpacie. Spacer ukraiński

* WOJCIECH JAGIELSKI, Historia człowieka, który w Sudanie sfotografował śmierć

PONADTO w podróż do: Serbii, Holandii, Norwegii, Nepalu, Bahrajnu, Peru, Etiopii, Maroka, Namibii, Chin ZAPRASZAJĄ: Stasiuk, Rejmer, Arno, Goerke, Alboth, Gudzowaty, Pernal, Nowicki, Cegielski i wielu innych.

„Kontynenty" można kupić w Empikach, salonikach prasowych i kioskach.

"Kontynenty" (fot. materiały promocyjne)

Komentarze (45)
Zaloguj się
  • milfur

    Oceniono 150 razy 126

    prehispter???
    toć hipster jest skrajnym konformistą, nie ma w nim oryginalności a tylko szablon mody w siebie wciska, jego świat ogranicza się do smartfona i roweru miejskiego, no i zazwyczaj jest osoba tępą intelektualnie

    więc na miłośc boską, jak można tak zacząc tekst o Nowaku????

  • fakit.pl

    Oceniono 113 razy 103

    Artykuł napisany przez pre-dziennikarza.

  • lelontm2

    Oceniono 104 razy 98

    Prehipster? Nowak był idealnym zaprzeczeniem hipstera.

  • pozytywny-obserwator

    Oceniono 79 razy 77

    Książka ta zainspirowała mnie do przejechania Afryki rowerem (jego śladami). Obecnie nie jest już to tak trudne ani szalone, ale jadąc samemu przez dżunglę w Malawi człowiek myśli sobie '80 lat temu to było prawdziwe szaleństwo, szacunek dla Pana Kazimierza'.
    Pozrowienia z RPA.

  • white_lake

    Oceniono 65 razy 63

    wow,
    muszę mieć te książki!!!
    choć z tym hipsterem przegięliście,
    ja wiem, że ludziom skupionym na sobie i będącym dla siebie pępkiem świata można coś zareklamować przez takie odwołania, ale to jednak uwłacza bohaterowi
    PS też jeżdżę na rowerze, a hipsterstwa nie znoszę

  • ubrana_prawda

    Oceniono 52 razy 44

    Idealny materiał na historyczno-podróżniczy film fabularny. No ale to nie byłoby o disco polo ani o jednej z martyrologicznych klęsk narodowych.

  • lukrad

    Oceniono 35 razy 31

    Tak, jak ktoś ma brodę to jest hipster (chyba że Żyd/Muzułmanin). Brawo chłopaki z gimnazjum

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX