Michelle Vandy

Michelle Vandy (fot. archiwum prywatne)

ludzie

Chora na RSI Michelle Vandy znalazła sposób na chorobę - projektuje nosem

LOOK NO HANDS to projekt zainspirowany przez Michelle Vandy, projektantkę i artystkę. W wieku 20 lat zachorowała na RSI. W tej chorobie jakikolwiek powtarzany często wysiłek powoduje uszkodzenia w mięśniach i ścięgnach - czasem długotrwałe. To coraz częstsza dolegliwość m.in. pracowników IT, graczy komputerowych, pracowników linii montażowych. Michelle znalazła sposób na zahamowanie skutków choroby: zamiast rąk do pracy używa ust i nosa. Stworzyła patent, który pomógł też innym cierpiącym na RSI.

Kiedy dowiedziałaś się, że masz RSI [Repetitive Strain Injury - ang.; w wolnym tłumaczeniu: zespół nawracających urazów przeciążanych mięśni]?

- Po 12 godzinach wytężonej pracy na moim pierwszym stażu w studio architektonicznym. Ręce zaczęły mnie troszkę boleć, ale zupełnie to olałam i pracowałam dalej. Chyba miałam komuś coś do udowodnienia (śmiech). Sytuacja powtórzyła się dwa razy. Pojawił się stan zapalny, który praktycznie sparaliżował moje ręce i ramiona. Zdiagnozowano RSI.

Szczególnie na początku było mi bardzo ciężko. Z RSI trzeba nauczyć się naprawdę oszczędzać ręce. Moja siostra pomagała mi w najbardziej podstawowych czynnościach. W pierwszym okresie miałam poważny stan zapalny i praktycznie nie mogłam niczego sama przenosić, tak jakbym nie miała działających mięśni. Nie byłam w stanie się uczesać albo zapiąć koszuli. Doprowadziłam się do bardzo zaawansowanego stanu, zanim zdałam sobie sprawę z tego, że nie mam do czynienia ze zwykłym przemęczeniem.

Jak dokładnie objawia się ta choroba?

- Kiedy pierwszy raz zdałam sobie sprawę, że coś jest nie tak, po prostu zdrętwiały mi ręce i ramiona. Mimo wykonywania ćwiczeń relaksujących mrowienie nie przechodziło. To ograniczyło moją motorykę. Potem pojawił się też palący ból wynikający ze stanu zapalnego mikrouszkodzeń w mięśniach. Teraz, kiedy odczuwam chociaż niewielkie mrowienie, po prostu daję sobie odpocząć. Stan moich ramion poprawia się, kiedy ich mało używam. Mijają stany zapalne i wraca praktycznie pełna sprawność. To sprawia z kolei, że przestaję na siebie uważać i przez tę niedbałość co kilka miesięcy powracają dotkliwe objawy. To choroba na całe życie. Nie ma raczej spontanicznych remisji, a leczenie polega właśnie na oszczędzaniu się. Lekarze nie pozostawili złudzeń, że nie mogę już używać rąk do pracy.

Rozpacz?

- Odkąd byłam dzieckiem, wiedziałam, że chcę się zajmować tworzeniem. To była moja ulubiona rzecz na świecie. W tym sensie miałam duży fart, bo jest tyle osób, które nie mają tak mocno sprecyzowanego celu jak ja. Kiedy pojawiła się choroba, na początku oczywiście byłam zrozpaczona. Myślałam, że muszę zmienić całkowicie kierunek mojego życia, że muszę przestać być sobą. Czy to nie straszne?! Nie potrafiłam sobie wyobrazić siebie na żadnym innym polu.

Michelle Vandy (fot. archiwum prywatne)Michelle Vandy (fot. archiwum prywatne)

Kim możesz być, jeżeli nie możesz być sobą?

- Dokładnie! W pewnym sensie czułam się przez to ograniczona. Jednak jeżeli dokładnie wiesz, co w życiu sprawia ci największą przyjemność, po prostu nie możesz tego oddać. Choćbyś miał stracić obie ręce (śmiech). To była moja największa motywacja. A wierz mi, potrzebujesz jej sporo, kiedy chcesz nauczyć się projektować od nowa. Całym sercem wierzyłam, że pozostanę sobą, że naprawdę zostanę projektantką. Musiałam tylko wymyślić na to jakiś sposób.

Ten sposób zwykle pojawia się, kiedy już naprawdę wiesz, czego chcesz. Według mnie „jak” jest zupełnie proste, kiedy wiesz „co”.

- Całkowicie się zgadzam. Zauważyłam to już tyle razy w swoim życiu. To tak, jakby podświadomość miała wszystkie rozwiązania, wszystkie te najlepsze pomysły. One nie pojawiają  się, kiedy siedzisz i głowisz się nad problemem. Musisz dobrze zadać pytanie i to nad tym spędzić trochę czasu. Potem rozwiązania przychodzą same.

Pojawiają się pod prysznicem, na spacerze z psem, kiedy się wygłupiamy, dobrze bawimy albo na joggingu.

- Na joggingu! To wręcz mistyczne! Czasami naprawdę przydałby się jakiś notes na joggingu albo chociaż dyktafon. Chyba wszystkie moje pomysły pojawiają się, kiedy biegam, a robię to praktycznie codziennie i jest to dla mnie najlepszy czas. Rozwiązania najtrudniejszych problemów rodzą się w zabawie, nie w cierpieniu. I mój przypadek tego dowodzi.

No właśnie - jak wpadłaś na to, żeby projektować nosem?

- Po tym jak zdiagnozowano u mnie RSI, pojechałam do domu w Nowej Zelandii. Tam, dzięki pomocy bliskich, udało mi się w miarę zregenerować ręce. Wiedziałam jednak, że nie mogę używać ich już tak jak dawniej. Zresztą wciąż nie odzyskałam pełnej sprawności. Po powrocie do Finlandii (gdzie mieszkam na pół etatu od szóstego roku życia) podjęłam pierwsze próby powrotu do życia. Kilka tygodni wcześniej kupiłam sobie trackpad, z którym kompletnie nie wiedziałam, co w takiej sytuacji zrobić. Przekładałam go z mojej jednej, wciąż obolałej ręki do drugiej. Próbowałam trzymać go trochę w powietrzu, podpierać czymś, żeby ułożenie rąk było inne niż przy normalnej pracy. Chciałam używać tylko kciuków, potem stóp. I jakoś zupełnie od niechcenia i w zasadzie dla zabawy podniosłam pada na wysokość nosa i zaczęłam nim operować. Szybko zauważyłam, że to daje naprawdę niezłą precyzję w stosunku do tego, czego próbowałam wcześniej. Znalazłam w miarę wysokie pudełko i zbudowałam sobie prototyp podparcia dla pada. Na początku podtrzymywałam go jeszcze rękami, potem zrobiłam piramidę ze skarpetek (śmiech). Nawet nie zauważyłam, kiedy minęło parę godzin, a ja wciąż dobrze się bawiłam, przeglądając internet. Jak gdyby nigdy nic.

Michelle podczas pracy (fot. archiwum prywatne)Michelle podczas pracy (fot. archiwum prywatne)

Ile czasu zajęło ci opanowanie tej techniki projektowania?

- Dość szybko podjęłam pierwsze próby, ale musiałam naprawdę sporo trenować, żeby odzyskać pełną sprawność projektową. Wzięłam urlop na uczelni, a kiedy wróciłam po kilku miesiącach, nikt się niczego nie domyślił - moje prace nie odbiegały jakością od tych poprzednich. Zmieniłam tylko podejście na nieco prostsze. Musiałam skończyć z moim wcześniejszym kombinowaniem (śmiech). Tak naprawdę duża część projektowania opiera się po prostu na kreatywności i pracy z programem. Dopóki nie robisz rysunków i ilustracji, motoryka nie ma aż tak wielkiego znaczenia. Na początku proste projekty zajmowały mi wiele godzin. Musiałam pracować z pięć razy dłużej, żeby osiągnąć ten sam efekt. Największą trudność stanowiło obsługiwanie programów 3D. Tam jest bardzo dużo skrótów, które trzeba wykonywać rękami. Przy moim RSI trzeba jednak uważać nawet na to. Byłoby super, gdyby mój przypadek zainspirował twórców programów do wymyślenia alternatywnych sposobów ich obsługiwania. Ciągle nie radzę sobie do końca z pisaniem.

Czy dlatego zdecydowałaś się podzielić swoją historią ze światem?

- To nie była do końca moja inicjatywa. Minęło już kilka lat od zdiagnozowania u mnie choroby, a ludzie, z którymi dziś współpracuję, zdążyli się przyzwyczaić do mojego niecodziennego sposobu projektowania. Jednak jeszcze kilka miesięcy temu pracowałam z nimi wyłącznie zdalnie. Kiedy więc pojawiłam się pierwszy raz w siedzibie firmy Omada Health w San Francisco, wzbudziłam sensację. Byłam naprawdę zdziwiona tym wszystkim. Jeden z chłopaków z firmy prowadził popularnego bloga i namówił mnie na wspólny materiał. To z nim stworzyłam film i stronę LOOK NO HANDS. Był przekonany, że to może zainspirować wiele osób. Na tym etapie byłam już w tak dobrej relacji ze sobą i swoją chorobą, że zgodziłam się z dumą.

To, że pokazałaś światu, jak projektujesz, zmieniło coś w twoim życiu?

- Dostaję mnóstwo maili od ludzi, którzy w jakiś sposób zetknęli się z RSI. Bywa, że chorowali ich bliscy albo choroba dotknęła ich samych. Dotarłam też do projektantów w dokładnie takiej samej sytuacji jak ja. Oczywiście dzwoniło też kilku dziennikarzy i - co było dla mnie największym zaskoczeniem - jedna uczelnia artystyczna w USA. Zaprosili mnie, żebym opowiedziała o swojej chorobie i rozwiązaniu, które znalazłam. Nie udało nam się jeszcze zgrać terminów, ale nic straconego. Dla mnie to ciągle strasznie zaskakujące, bo czuję się zupełnie zwykłą projektantką. Jedyne, co zrobiłam, to nie pozwoliłam sobie zostać na pozycji bezsilnej ofiary.

Punkt widzenia jest czasami w stanie wszystko zmienić.

- Wiesz, że na początku się tego wstydziłam? Projektowanie nosem jest naprawdę offowe (śmiech). Kiedy już się tego nauczyłam i zaczęłam brać zlecenia, wolałam pracować z domu. Tak sobie mówiłam, bo oczywiście lepiej jest mi działać w grupie. Po prostu nie chciałam być jakoś specjalnie traktowana ze względu na chorobę. Nawet wielu moich bliskich przyjaciół o tym nie wiedziało. Byłam trochę zażenowana. Powiedz mi, że to nie wygląda naprawdę dziwnie! Laska siedzi przed komputerem i jeździ nosem po trackpadzie.

Trackpad Michelle (fot. archiwum prywatne)Trackpad Michelle (fot. archiwum prywatne)

Rozumiem, że raczej nie nosisz makijażu do pracy.

- Przestałam się malować po dość dramatycznym doświadczeniu ze szminką (śmiech). W ogóle to dzięki niej dopiero zauważyłam, ile gestów wykonuję ustami. Na przykład: kiedy pocałujesz trackpad, to tak, jakbyś kliknęła dwoma palcami. Zupełnie o tym nie myślałam. Ale bardzo łatwo jest na przykład coś przybliżyć lub pomniejszyć po prostu otwierając i zamykając usta. To znajomi przekonali mnie, że mój sposób może pomóc komuś, kto ma identyczny problem. Z mojej strony ta publikacja to był rodzaj eksperymentu. Największym szokiem było to, że do tej pory naprawdę nikt z RSI nie wpadł na to, żeby projektować nosem. Nie sądziłam, że będę taką innowatorką (śmiech).

Ile masz lat?

- 25, a więc dodajmy do tego - tak młodą innowatorką.

Miejsce pracy Michelle (fot. archiwum prywatne)Miejsce pracy Michelle (fot. archiwum prywatne)

Nadal studiujesz?

- Teoretycznie tak, ale praktycznie trochę wypadłam z uczelni. Zrobiłam licencjat z architektury na Aalto University School of Arts, Design and Architecture w Finlandii. Potem jeszcze chwilę postudiowałam, ale praca w San Francisco zajmuje jednak większość mojego czasu. Póki co nie zamierzam wracać do szkoły. Kocham architekturę, ale czuję, że nie zostanę architektką.

Czyli teraz pracujesz jako...?

- W większości zajmuję się UI i UX designem (UI - interfejs użytkownika, UX - doświadczenie użytkownika) oraz brand designem (projektowaniem marek i identyfikacji). Robię wszystkiego po trochu - sporo rysuję, tworzę ilustracje, zajmuję się edycją fotografii. Zdarzają się tygodnie, w których pracuję przy animacji jakiegoś filmiku albo gry. Praca daje mi sporą różnorodność. I zero architektury (śmiech). I zero przeciążania się. Mam coś w rodzaju uczulenia na pracę - reaguję natychmiast, kiedy chociaż trochę się przeforsuję.

Twoje ciało w niedelikatny sposób dało ci znać, że powinnaś skończyć z nadgodzinami.

- Zgadza się. Zaczęłam szczerze wierzyć w to, że nasze ciała mają naprawdę dobry system komunikacji z nami. Psychicznie mogłabym czasami pracować godzinami, ale moje ciało mnie powstrzymuje i ostrzega. Jest mądrzejsze niż ja sama. Moja choroba wzięła się właśnie z ignorowania takich znaków. Bardzo możliwe, że bym się jej w ogóle nie dorobiła, gdybym nie projektowała przez wiele godzin, bez przerw.

Ilustracja graficzna zaprojektowana przez Michelle (fot. archiwum prywatne)Ilustracja graficzna zaprojektowana przez Michelle (fot. archiwum prywatne)

To naprawdę ważne w kulturze, która kładzie taki nacisk na efektywną pracę, często niestety ignorując zdrowie.

- Spędzanie 12 godzin bez przerwy przed komputerem nie powinno być uznawane za normę. Nie powinno być też mile widziane. Teraz to rozumiem, ale wciąż trudno mi wyplenić z siebie ten nieco niezdrowy pracoholizm. Zrozumiałam, że nie da się działać stabilnie, jeżeli jest się ciągle na pełnych obrotach. Dowiedziałam się tego w naprawdę dosadny sposób. Paradoksalnie jestem za to wdzięczna, bo choroba sprawiła, że czuję się w swoim ciele znacznie lepiej niż przedtem. Zaczęłam je naprawdę czuć. Uważam, że nawet styl mojej pracy się poprawił. Nie wiem, czy to z powodu choroby, czy mam po prostu więcej doświadczenia, ale czuję się pewniej jako projektantka.

Co dokładnie się poprawiło?

- Choroba sprawiła, że niektóre rzeczy musiałam uprościć. Zdarzało mi się czasem przesadzać, wrzucać zbyt wiele elementów do jednego projektu, przesadzać z jego polerowaniem. W każdej mojej ilustracji było jednocześnie kilka pomysłów. Teraz potrafię skupić się na jednej idei i ją egzekwować. Nauczyłam się tego dlatego, że na początku musiałam używać prostych technik. Teraz potrafię zrobić wszystko tak jak przed chorobą, ale świadomie wybieram prostsze rozwiązania. Umiem też wstać od komputera o 18.00 - mimo że czegoś nie skończyłam. To jest chyba jeszcze cenniejsze.

Musisz mi jeszcze coś wyjaśnić - pracujesz w San Francisco, mieszkasz w Nowej Zelandii i studiowałaś w Finlandii, zgadza się?

- Nieźle pomieszane, co? Żeby było jeszcze ciekawiej - należę do szwedzkojęzycznej mniejszości w Finlandii. Ale większość czasu spędzam jednak w Stanach Zjednoczonych ze względu na pracę, którą naprawdę kocham.

Ilustracje Michelle (fot. archiwum prywatne)Ilustracje Michelle (fot. archiwum prywatne)

Właśnie, opowiedz mi coś o tym! Co sprawiło, że zdecydowałaś się na pracę aż w San Francisco?

- Po prostu porwał mnie tam klimat. Do tej pory nie udało mi się trafić do tak fantastycznie dobranego zespołu. Moja codzienna praca jest różnorodna i bardzo stymulująca. Omada Health to firma, która - o ironio - zajmuje się promowaniem zdrowia i tworzy rozwiązania pomagające wprowadzić pozytywne zmiany w codziennym życiu. Moi współpracownicy są fantastycznym źródłem inspiracji. Podziwiam ich bezpośredniość, talent i energię. Szczególnie zachwycają mnie prace Kerema Suera i Daniela Waldrena. W świecie designu w San Francisco oni są praktycznie celebrytami, wszyscy uwielbiają ich projekty. Kerem Suer ma chyba 30 tysięcy followersów na swoim koncie Dribbble [Dribbble to platforma dla projektantów, na której dzielą się swoimi pracami ze światem - przyp. red.]. Daniel Waldren jest trochę mniej aktywny, ale i tak śledzą go tysiące osób. W firmie to on odpowiada za design produktów. Chłopaki mają wiele lat cennych doświadczeń, ale do pracy w Omada Health zostaliśmy przyjęci mniej więcej w tym samym czasie i naturalnie się zaprzyjaźniliśmy. Zetknięcie z nimi to był chyba pierwszy moment w moim życiu, kiedy zostałam wystawiona na bezpośrednią krytykę. I przysięgam - nigdy wcześniej nie byłam tak zmotywowana.

Podobno najbardziej demotywujący zwrot na świecie to: „Dobra robota!”.

- Dokładnie! Dzięki nim zrozumiałam, że mogę projektować znacznie lepiej, i znów zaczęłam przekraczać swoje granice. Wcześniej to polegało na spędzaniu dłuższego czasu przed komputerem. Teraz nauczyłam się patrzeć na problemy z różnych perspektyw i bardziej doceniać moc dobrej idei. Więcej czasu poświęcam szukaniu lepszych pomysłów, a nie polerując te nie do końca trafione. Oczywiście na początku nienawidziłam ich za tę krytykę, ale z czasem zobaczyłam, jak pozytywnie na mnie działa, i w pewnym sensie się od niej uzależniłam! Szczególnie że naprawdę podoba mi się to, co robią.

(fot. archiwum prywatne)(fot. archiwum prywatne)

Michelle, która jest u ciebie godzina?

- Już 22. Chciałam dziś jeszcze pobiegać. Wiesz co? Strasznie się cieszę, że w końcu ktoś ze mną porozmawiał o rozwiązaniach. Wszyscy skupiają się na problemie, a przecież LOOK NO HANDS jest całe o rozwiązaniach. Ja w ogóle nie czuję się, jakbym była w jakikolwiek sposób niepełnosprawna. To, że pojawiła się w moim życiu taka przeszkoda, przyjmuję teraz z ogromną wdzięcznością. Nie chciałabym wrócić do życia sprzed choroby, naprawdę. Gdyby nie choroba, nie byłabym tu, gdzie jestem.

 

 

Michelle Vandy (ur. 1989). Pochodzi z Nowej Zelandii, ale wychowała się w Finlandii i tutaj obroniła licencjat z architektury. Pracuje jako visual designer w Omada Health w San Francisco. Z wykształcenia jest architektką. W wieku 20 lat zachorowała na RSI - chorobę, która wywróciła jej życie do góry nogami. W pozytywny sposób. Dziś projektuje nosem i ustami na zaprojektowanym przez siebie statywie z trackpadem. Wraz z przyjacielem założyła stronę LOOK NO HANDS, na której dzieli się swoim niecodziennym rozwiązaniem. Niespodziewanie dotarła do wielu osób z identycznym problemem, a jej patent okazał się dla nich przełomem.

Maja Święcicka. Zaczęła pisać zaraz po maturze i z rozpędu została dziennikarką. W swojej pracy stara się przede wszystkim inspirować. Poszukuje niecodziennych tematów albo od niecodziennej strony stara się do nich podejść. Specjalizuje się w sztuce, designie i architekturze, ale lubi pisać o środowisku, współczesnych zjawiskach socjologicznych, duchowości, jedzeniu, seksie i interesujących ludziach. Jej jamnik ma własne konto na Instagramie. W wolnym czasie przerabia pekińską na kimchi, medytuje i włazi na ścianki wspinaczkowe. Regularnie publikuje w „Monitor Magazine” oraz w miesięczniku „Dom & Wnętrze”.

Komentarze (8)
Zaloguj się
  • ouidad

    Oceniono 51 razy 41

    Bardzo energetyczny artykuł - Ta pani ma świetny dystans do tego co może nas spotkać w życie i jest bardzo ładna ;)

  • zomzom

    Oceniono 21 razy 9

    Przerażające, że pierwsze o czym pomyślałam to "łatwość" diagnozy. Nie ma tekstów o borykaniu się z kolejkami, z dostaniem skierowania na badania itp.

  • carolina_reaper

    Oceniono 23 razy 5

    "Bardzo ladna ta pani...blablabla..." i to sa merytoryczne komentarze do tego co ta pani robi. Poziom czytelnikow gazety, rece opadaja

  • ttako

    0

    Piękny człowiek.

  • madzia78-ltd

    Oceniono 21 razy -1

    bardzo piekna kobieta a autorka artykulu ma jedno z moich ulubionych imion

  • damajah

    Oceniono 3 razy -3

    Jadę za granicę. Jeśli te prace dają dziewczynie zarobek i pozwalają nazywać się projektantką to będę tam geniuszem :D

  • y3k

    Oceniono 9 razy -3

    "Po 12 godzinach wytężonej pracy na moim pierwszym stażu w studio architektonicznym. Ręce zaczęły mnie troszkę boleć, ale zupełnie to olałam i pracowałam dalej." :(

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX