Osiedle TOR na warszawskim Kole

Osiedle TOR na warszawskim Kole (fot. Filip Springer)

historia jednego miejsca

Osiedle TOR na warszawskim Kole - eksperymentem taniego, dostępnego budownictwa

Dziś osiedle TOR na Kole przytłacza, a co wrażliwszych nieco przeraża. Nie miało łatwej historii. To tutaj w 1939 roku wybuchły pierwsze bomby, które zrzucono na Warszawę. Po wojnie budynki przeszły na własność stołecznego magistratu. Obecnie bloki są zaniedbane i wymagają pilnych remontów. Kiedy je budowano, były jednak szansą dla tych, którzy żyli w warunkach urągających ludzkiej godności. Małe, suche, jasne, ale co najważniejsze - tanie mieszkania ściągającym tu robotnikom przypominały sanatorium.

Z dołu szedł do mieszkania dym i zaduch, i żar. W lecie nie można było ustać na podłodze bosemi stopami, gdy się wstawało rano, czuło się zmęczenie. W zimie cała ściana pokryła się wilgocią i zaszła czarną pleśnią. Z piekarni wchodziły do mieszkania myszy, karaluchy i wszelkie robactwo, robiliśmy dezynsekcję i nic nie można było poradzić. Gdy wieczorem gasiło się światło, to po paru chwilach ściany były czarne od karaluchów. (...) W 1930 roku runęło sklepienie nad piekarnią, nad którą mieszkaliśmy, i nasza podłoga została w powietrzu, uginała się, gdy po niej chodziliśmy. Przenieśliśmy meble na strych, a sami męczyliśmy się bez kuchni, dzieci i ja spaliśmy na podłodze, a mąż, który pracował na noc, sypiał w dzień na trawie - tak swoje mieszkaniowe warunki wspomina „Gorycz życia”, anonimowa autorka, która w 1937 roku przysłała swój pamiętnik na konkurs ogłoszony przez Towarzystwo Osiedli Robotniczych. Właśnie dostała nowe mieszkanie w jednym z dziesięciu budynków wybudowanych przez TOR na warszawskim Kole. Warunki, w jakich się znalazła, w niczym nie dają się porównać do tych, w których dotychczas żyła.

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

Ale po kolei. W 1934 roku polskie władze powołują Towarzystwo Osiedli Robotniczych, spółkę, która ma budować i finansować mieszkania „społecznie najpotrzebniejsze”. To takie, na które pozwolić mogliby sobie nawet najbiedniejsi robotnicy. Ci w międzywojennej Polsce żyją w warunkach bardziej niż skandalicznych. Ponad połowa warszawskich mieszkań jest przeludniona, większość z nich to lokale jednoizbowe, w których gnieździ się po cztery, pięć, a często i więcej osób.

W takich warunkach trudno mówić o normalnym życiu i odpoczynku, tym bardziej że robotnicze mieszkania pozbawione są często wody, prądu i dziennego światła. Polskie władze niezbyt kwapią się do rozwiązania tego problemu. Brakuje im determinacji, pomysłu, ale też pieniędzy.

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

Gdy w Polskę uderza Wielki Kryzys, sytuacja robi się wręcz dramatyczna - lawinowo przybywa bezdomnych. Robotnicy tracą pracę, a wraz z nią możliwość opłacenia komornego w najnędzniejszych nawet mieszkaniach. Towarzystwo Osiedli Robotniczych ma temu zaradzić. A w każdym razie ma to wyglądać tak, jakby mogło zaradzić, bo budżet, jaki na starcie otrzymuje TOR, jest symboliczny wobec ogromu potrzeb.

Prezes Towarzystwa Jan Strzelecki postanawia jednak działać nawet w tak niesprzyjających warunkach. Udziela kredytów spółdzielniom mieszkaniowym w całej Polsce, ale też sam rozpoczyna kilka inwestycji. Jedną z nich jest właśnie osiedle TOR przy ulicy Obozowej na warszawskim Kole.

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

Zasady, którymi kieruje się spółka, są nadzwyczaj proste. Mieszkania mają być małe, suche, jasne, ale co najważniejsze - tanie. Kwota miesięcznego komornego nie może przekroczyć 20 zł miesięcznie, czyli mniej więcej jednej dziesiątej dochodu robotnika. Liczy się też odpowiednia lokalizacja osiedla. Domy nie mogą stać dalej niż dwa kilometry od fabryk czy innych zakładów pracy. Nie powinny jednak być również zbyt blisko, by ich mieszkańcy nie odczuwali szkodliwego wpływu fabrycznych wyziewów i hałasów. Grunty, na których stają osiedla TOR, nie powinny podmakać, muszą być jednak odpowiednio tanie. Utrzymanie niskiej stawki komornego jest tu bowiem zasadą świętą.

W 1935 roku prace nad budową osiedla ruszają pełną parą. Zaprojektował je architekt Roman Piotrowski, związany wcześniej z grupą Praesens skupiającą architektów modernistycznych. Działały w niej takie architektoniczne znakomitości jak Helena i Szymon Syrkusowie, Bohdan Lachert, Józef Szanajca, Barbara i Stanisław Brukalscy. Piotrowski budynki na swoim osiedlu ustawi szczytowymi ścianami do ulicy, jeden obok drugiego, w zabudowie grzebieniowej. Nie ma tu czasu i pieniędzy na finezję czy ekstrawagancję. Rządzi nimi modernistyczna prostota i funkcjonalność.

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

By nieco rozbić monotonię, szare tynki zostają tu jedynie skontrastowane z odsłoniętą czerwoną cegłą. Kręgosłupem osiedla będzie niewielka alejka przeciskająca się prześwitami pod każdym z domów. Budynki są na nią jakby nanizane, nie ma wątpliwości, że stanowią wspólną całość, zwarty zespół. Także dzięki temu zabiegowi okna większości mieszkań wychodzą na zieleńce pomiędzy blokami, a nie na ruchliwą i głośną Obozową. Od jakiegoś czasu kursują już przecież tędy tramwaje.

Dziś takie rozwiązanie nie dziwi, ale w połowie lat 30. można je było uznać za nowatorskie i odważne. Pomiędzy blokami znajdzie się miejsce na niewielkie placyki zabaw dla dzieci. Dojazd samochodem na teren osiedla będzie możliwy tylko z tyłu, od ulicy Bolecha. Trudno jednak zakładać, by ubodzy mieszkańcy mieli samochody.

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

Mieszkania są tu bardziej niż skromne, w dwóch tylko wersjach. Mniejsze mają jeden pokój i aneks kuchenny, większe zaopatrzono w jeszcze jedną, niewielką izbę. Niewątpliwym atutem lokali są duże okna zajmujące niemal całą jedną ścianę. Robotnicy, którzy wcześniej mieszkali w suterenach, drewnianych szopach czy schroniskach dla bezdomnych, z pewnością to docenią. Każde mieszkanie ma ustęp, lecz łazienka jest jedna, wspólna dla każdego piętra. Do dyspozycji lokatorzy mają też suszarnie na strychach i pralnie w piwnicach.

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

Oprócz bloków mieszkalnych na osiedlu powstaje też dom społeczny z niewielką salą widowiskową, biblioteką i warsztatami. W budynku tym zamieszka też lekarz pediatra, który zatroszczy się o zdrowie mieszkających w okolicy maluchów.

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

Gdy po Woli rozchodzi się wieść o nowym osiedlu, siedziba TOR przeżywa prawdziwsze oblężenie. Na każde wybudowane tu mieszkanie przypada sześciu zdesperowanych chętnych. Spółka zleca wręcz specjalne badania i wynajmuje w tym celu grupę ankieterów, by ci sprawdzili, którzy z kandydatów żyją w najgorszych warunkach. Jeden z nich po kilku miesiącach mieszkania tutaj napisze: Od 1922 roku, to jest od chwili przyjazdu do Warszawy, oczy nasze nie widziały promienia słońca w mieszkaniu. A tu? To nie mieszkanie - to sanatorium.

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

Dziś osiedle TOR na Kole przytłacza, a co wrażliwszych nieco przeraża. Nie miało łatwej historii. To tutaj w 1939 roku wybuchły pierwsze bomby, które zrzucono na Warszawę. Po wojnie budynki przeszły na własność stołecznego magistratu.

Spora część mieszkań w nich to nadal lokale komunalne. Bloki są zaniedbane i wymagają pilnych remontów. Uchroniły się jednak przed termomodernizacyjnym kolorowym szałem, który dotknął, niestety, obiekty po drugiej stronie Obozowej. Jest więc szansa przywrócić im dawny sznyt.

Nieco lepiej ma się dom społeczny. Zwłaszcza wtedy, gdy zazieleni się na nim bluszcz porastający sporą część jego elewacji. Wygląda wtedy bardzo dostojnie. Przystań znalazło tu przedszkole i prężnie działający osiedlowy dom kultury. Zachował on imię Stefana Żeromskiego, nadane mu jeszcze przed wojną.

(fot. Filip Springer)(fot. Filip Springer)

Architektura tej części Koła z pewnością nie obezwładnia, a niekiedy nawet, poprzez swe zaniedbanie, odstręcza. Warto się jednak przez to pierwsze wrażenie przebić. Osiedle TOR na Kole było eksperymentem taniego, dostępnego budownictwa dla tych, którzy najbardziej potrzebowali mieszkań. Ile takich eksperymentów prowadzi się dzisiaj?

 

Filip Springer. Reporter, fotograf, współpracuje z "Dużym Formatem", "Polityką", "Tygodnikiem Powszechnym". Autor książek reporterskich poświęconych przestrzeni, między innymi „Zaczynu. O Zofii i Oskarze Hansenach” (Karakter) oraz „Wanny z kolumnadą. Reportaży o polskiej przestrzeni” (Czarne). Stypendysta Fundacji Herodot im. Ryszarda Kapuścińskiego.

Komentarze (50)
Zaloguj się
  • zuuuraw

    Oceniono 326 razy 316

    Kilkanaście lat temu przyjechało do mnie z Berlina małżeństwo niemieckich architektów. Pokazałam im oczywiście Starówkę, Nowe Miasto, Trakt Królewski, Łazienki, Wilanów, ale to ich nie interesowało, koniecznie chcieli obejrzeć osiedle TOR na Kole, powojenne osiedle WSM Syrkusów przy Parku Moczydło, oraz spółdzielcze osiedla na Żoliborzu. Po prostu na studiach na UTK w Berlinie pokazuje się studentom te osiedla jako wzorcowe przykłady modernistycznej urbanistyki. TOR jest rzeczywiście zaniedbany, ale gdyby te domy były odnowione biłyby na głowę taki np. supernowoczesny szklany "apartamentowiec" zbudowany kilkaset metrów dalej, za wiaduktem na Obozowej, z oknami na ruchliwą szosę i tramwaje.
    Doskonale zachowana skala człowieka w tym osiedlu, świetna komunikacja, idealna skala otwartych podwórek. Co do samych mieszkań to architekci nie mają się czego wstydzić, dziś deweloperzy wciskają ludziom ciemne aneksy kuchenne, wejścia do mieszkania wprost na blat kuchenny i tym podobne "nowinki".
    Mnie te osiedla, w przeciwieństwie do autora artykułu, powaliły na kolana. Jestem wdzięczna przyjaciołom z Berlina że pokazali mi kawałek piękna w moim rodzinnym mieście. Jak się zazieleni dookoła koniecznie wybierzcie się tam na spacer !

  • pl50

    Oceniono 144 razy 140

    Autor nie napisał jak dobrze i sensownie rozwiazana była strona socjalna i aprowizacyjna ! Oprócz wzmiankowanego domu kultury z salą widowiskową / kinową był ośrodek zdrowia, gabinet dentystyczny, księgarnia,sklep papierniczy - to w ostatnim zachodnim budynku południowej strony.( widoczny z lewej strony wejścia do Domu Kultury ) Po północnej stronie osiedle ogrodzone było wzdłuż ulicy Bolecha, przy której wybudowane zostały bliźniacze "wille" dwukondygnacyjne. Po południowej stronie ogrodzone podobnie,siatką w ramach, na podmurówce, z bramami i furtkami bloki ograniczała dokładnie równoległa do ul. Obozowej, ulica Ożarowska, przy której zbudowany został duży wyposażony w pracownie , dużą salę gimnastyczną , stołówkę - trzykondygnacyjny budynek szkolny. W pierwszym bloku strony północnej były: sklep spożywczy, urząd pocztowy, pracownie krawiecka, szewska.. W ostatnim zachodnim bloku strony północnej były sklepy: mięsny, warzywny, gospodarczo-pasmanteryjny. Należałoby dodać , że mieszkania w blokach były znacznie bardziej zróżnicowane niżby wynikało z tekstu: są mieszkania dwupokojowe z balkonem, kuchnia , łazienką.. Ponadto przy osobnym budynku Domu Kultury były podziemne garaże i pomieszczenia warsztatowo-gospodarcze osiedla, Mieszkałem w latach 50, 60 w osiedlu zbudowanym "po sąsiedzku" w latach 40/50, ukończyłem szkołę podstawowa ( nr 162 0 przy ul. Ożarowskiej... Z pierwszej połowie lat 50 rzeczywiście pamiętam wizyty zagranicznych gości i wydarzenie jakim była wizyta Pablo Picasso w nowym bloku właśnie obok szkoły ...

  • witfor

    Oceniono 116 razy 112

    Mieszkałem na tym Osiedlu od 1950 do 1965 roku w bloku nr 19 (Obozowa 83). Warunki były siermiężne. Bloków było 20, po obu stronach ulicy. Ubikacja w domu miała około 1 m2 a mieszkanie całe 32 m2. Ogrzewanie było piecowe (Ojciec na całą zimę dostawał deputat węglowy w wysokości 2 tony). Kuchnia była malutka (2,5 m x ok. 2 m), widna. W piwnicy była wanna z opalanym piecem na ciepłą wodę. Po drugiej stronie w piwnicy była była pralnia w której moja Mama, w balii i kociołku (około 40 litrów pojemności) robiła prania. Budynek liczył 3 kondygnacje a pod dachem był strych do suszenia prań. Przed oknem był śmietnik (ogromnie śmierdzący), za nim trzepak, a za następnym blokiem (między 18 a 17) była piaskownica. Innymi uciążliwościami był hałas od jadących tramwajów (około 30 m od łóżka w którym spałem w nocy) oraz wszechobecny RYK silników odrzutowych uruchamianych w hamowni która była (obok pętli tramwajowej) w odległości mniejszej niż 2 km. Po drugiej stronie domu była ulica Ożarowska, a za nią Szkoła Podstawowa Nr 162. Do tej szkoły chodził Ś.P. Jacek Janczarski. Do szkoły miałem do przejścia z domu mniej niż 100 m. W kierunku północnym (w kierunku Lasku na Kole) był "Dom Kultury Dziecka" z licznymi kołami zainteresowań. Było koło: taneczne, tkackie, malarskie, a także mechaniczne. Jakie to miało znaczenie dla młodzieży nie muszę chyba komentować.

  • matadeusz

    Oceniono 68 razy 64

    ciekawy tekst, dzieki

  • kapitan.kirk

    Oceniono 60 razy 56

    <<<Kwota miesięcznego komornego nie może przekroczyć 20 zł miesięcznie, czyli mniej więcej jednej dziesiątej dochodu robotnika.>>>

    Jeśli chodzi o pierwszą połowę lat 30., to Autor nieco przesadził - ok. 250 zł (bo w powyższym czynszy nie była ujeta osobna kilkuzłotowa opłata za wodę) to mogła zarabiać "arystokracja robotnicza" (maszyniści kolejowi, zawodowi kierowcy, technicy z wykształceniem zawodowych etc.). Przeciętny robotnik w Warszawie zarabiał raczej w granicach 100-150 zł.

    <<<Dojazd samochodem na teren osiedla będzie możliwy tylko z tyłu, od ulicy Bolecha. Trudno jednak zakładać, by ubodzy mieszkańcy mieli samochody.>>>

    Nie chodziło tu przecież o ewentualne samochody mieszkańców - do domów musiały wszak mieć dojazd śmieciarki, straż pożarna, pogotowie ratunkowe, ekipy remontowe, wozy z węglem (ogrzewanie przez długie lata było piecowe; c.o. założono dopiero w latach 60.), meblami czy zaopatrzeniem dla sklepów etc.

    @sir_fred
    <<<Jedna łazienka na piętro? No nie wiem, nie wiem...>>>

    Spójrz na to z drugiej strony: w tanim budownictwie czynszowym z początków ubiegłego wieku łazienek w domach na ogół nie było w ogóle (na "większe mycie" chodziło się do miejskich łaźni, a bogatsi miewali przenośne blaszane wanny), a co do ustępów, to bynajmniej nie był normą nawet jeden wspólny kibelek na pietrze dla kilku mieszkań - często gęsto do latryn chodzono na podwórze, a w zimie dla wygody nawet naszano tam tylko nocniki napełniane w mieszkaniach...

    Pozdrawiam

  • witfor

    Oceniono 40 razy 40

    Po zastanowieniu, dziękuję autorowi artykułu za garść historycznych wiadomości o miejscu gdzie spędziłem swoją młodość. Zdjęcia pokazują stan obecny. Ja pamiętam obraz sprzed 50 do 65 lat. Dodane komentarze uzupełniają informacje o osiedlu podane w artykule. Dodać należy, że budynków było 20, 10 po północnej stronie ulicy Obozowej oraz 10 po jej stronie południowej. Oba kompleksy bloków były ogrodzone siatką z podmurówką. Wjazd na podwórka był wyłącznie od strony ulicy Obozowej i ulicy Ożarowskiej. Obok bram wjazdowych były furtki. Obecnie, jak pamiętam ogrodzenie nie istnieje. Opis w artykule dotyczy budynków po stronie północnej (bloki o numerach od 1 do 10, nr 1 był przy ulicy Magistrackiej, a nr 10 przy ulicy Deotymy). Budynki po drugiej stronie ulicy, południowej, były inne. Wszystkie miały po 4 klatki schodowe, a w każdej po cztery mieszkania na każdej z trzech kondygnacji. Mieszkania na danej kondygnacji (licząc od lewej) pierwsze i ostanie miało 1 pokój, kuchnię, małą ubikację i przedpokój. Łącznie 32 m2. Pozostałe dwa mieszkania na piętrze miały łącznie dwa pokoje (mniejszy i większy) i od mniejszego wejście do aneksu kuchennego. Te mieszkania miały balkony.
    Życie. Często się bywało, że sąsiadka przychodziła ze szklanką po cukier lub mąkę.Wszyscy się znali i wszyscy sobie pomagali w potrzebie. Bardzo dużą rolę w życiu osiedla spełniał Kościół p.w. Świętego Józefa. Od osiedla oddalony był około 200 do 300 m.
    Na tym kończę i pozdrawiam wszystkich byłych i obecnych mieszkańców.

  • micra

    Oceniono 81 razy 23

    Mam nieodparte wrażenie, że warszawiacy odkrywają rzeczy znane wszystkim dookoła poza Warszawą. Otóż w innych miastach też, w wersji nowoczesnej buduje się osiedla przyjazne ludziom - nawet gdy budują to różne firmy to:
    a.) nie są zamknięte trwale;
    b.) szkoła jest o maks. 10 minut piechotą
    c.) komplet sklepów również jest pod nosem.

    To Warszawa tylko cierpi na:
    - zamknięte osiedla;
    - kraty w oknach;
    - szkoły podstawowe, do których wszyscy dowożą dzieci.

  • lavinka

    Oceniono 26 razy 22

    Boję się zapytać, co zachwyca autora artykułu. Serio. To jedno z najpiękniejszych i sensowniejszych miejsc w Warszawie. A że zniszczone. Wszystko się zużywa, z czasem wymaga remontu. Gorzej, gdy ktoś ulepszy i pomaluje na różowo. Teraz buduje się kolejne sutenery ze słońcem w oknach przez kilka godzin dziennie (kawalerki nie muszą mieć nawet tyle), za to za grube pieniądze. Jakoś nie czuję, by były funkcjonalnie lepsze od tego. Są dużo gorsze.

  • tymon99

    Oceniono 25 razy 19

    wygląda nowocześniej, niż podobne osiedla budowane w tym czasie w III rzeszy.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX