Malgorzata Halber

Malgorzata Halber (fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)

wywiad gazeta.pl

Małgorzata Halber: Kiedy przestajesz pić, wszystkiego uczysz się od nowa. Tańczyć, kochać się, rozmawiać z ludźmi na trzeźwo

Odkryłam, że nie ma książki, która dawałaby szczery opis przeżyć trzeźwiejącej kobiety, której nagle usuwa się grunt pod nogami. I pomyślałam, że skoro mam w sobie materiał na taką książkę, to może warto się tym podzielić - mówi dziennikarka Małgorzata Halber. Właśnie ukazał się jej debiut - ?Najgorszy człowiek na świecie?. Bezkompromisowy. Odważny jak sama autorka.

Skąd się bierze nałóg?

- Z pustki. Z braku. Z tego, że nie możesz znieść tego, że jesteś sama ze sobą. Tego momentu, w którym nagle nie ma jakiegoś rozproszenia, nie wiesz, co jest w tobie w środku, boisz się tego i chcesz się czuć dobrze. Brak jest tak straszny, że musisz poczuć natychmiastową ulgę.

A który to już twój rok bez alkoholu? Czy miesiąc?

- Nieważne. I to nie powinno nikogo obchodzić, bo to moja prywatna sprawa.

Czy jesteśmy „narodem pijaków”? Panuje takie przekonanie, że „wszyscy piją”. Jak nie pijesz, to się musisz tłumaczyć - dobra wymówka to samochód, ciąża lub leki. Bo to dziwne, że nie chcesz się napić.

- Krystyna, bohaterka mojej książki, zauważa, że to wcale tak nie jest, że wszyscy piją i wszyscy namawiają. Że tak wydaje się tym, którzy są przyzwyczajeni do picia. Częścią jej problemu jest to, że ona żyje w specyficznym środowisku ludzi z telewizji, dla których często każdy dzień kończy się najebką, bez względu na okoliczności. Są w Zakopanem, dookoła jest pięknie, a ekipa siedzi przez dwa tygodnie co wieczór w piwnicy i pije.

Na szczęście to tylko maleńki kawałek rzeczywistości. Wcale nie jest tak, że „cały naród pije” i nie ma alternatywy.

Małgorzata Halber (fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)(fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)

Mówisz o telewizji, o jej środowisku, twoim środowisku - na ile ty jesteś Krystyną, a na ile ona jest tobą? Czy to jest Małgorzata Halber sprzed paru lat, która dziś już nie istnieje i jest zamknięta w tej książce?

- Dużo ludzi zadaje mi to pytanie. Zastanawiam się - po co? Pytałabyś Marcela Prousta, ile go jest w „W poszukiwaniu straconego czasu”?

Chyba w każdej postaci literackiej jest trochę z autora.

- No i sama sobie świetnie odpowiedziałaś na to pytanie. Ja jeszcze odpowiadam tak: czy czytając, miałeś bądź miałaś wrażenie, że obcujesz ze szczerym przekazem? Jeśli tak, to najważniejsze. Oczywiście, ja robię totalny coming out. Nie myślałam, że w kontekście tej książki ktoś będzie mnie nazywał celebrytką, która chce zarobić pieniądze na sprzedawaniu prywatności.

Przecież celebryta to ktoś „znany z tego, że jest znany”, a ty od lat pracujesz jako dziennikarka.

- No tak, choć nie ma co się obrażać, w końcu czytelnicy w większości nie wiedzą, że istnieje coś takiego jak kwartalnik muzyczny „M/i” i że ja w nim piszę na przykład o słuchaniu akuzmatycznym. Być może nie mają też pojęcia o istnieniu Codziennika Feministycznego, nie przeczytali żadnego mojego tekstu w T-Mobile Music. Nie oglądali „Na Ripicie”. Widzieli mnie raz w telewizji, w związku z tym dla nich jestem celebrytką. A wracając do pytania o bohaterkę, mogę powiedzieć, że to jest bezkompromisowy opis doświadczenia, jakim jest nałóg i wychodzenie z niego, ale mogę też dodać: tak, jestem osobą uzależnioną i będę nią do końca życia, gdyż tak to niestety działa. I wcale to nie jest nic fajnego ani nie jest to żaden powód do dumy. W mojej głowie też są te stereotypy. Poczucie, że „alkoholiczka” to jest obelga.

„Alkoholik” to słowo tak straszne jak „feministka”. Alkoholicy i feministki nie należą do społeczeństwa - nie mogą być nami. Alkoholicy mieszkają w piwnicach klubu abstynenta, mają szare spodnie w kant i turecki sweter (feministki strzygą się krótko, ubierają na czarno, noszą okulary i się nie malują). Alkoholików nikt nigdzie nie zaprasza, bo przecież się upiją od razu, a jeśli się nie upiją, to będą mówić tylko o AA i że próbują odzyskać pracę. Mają ogorzałe twarze, poliki, na które ktoś nakleił im po różowym schabie, brud za paznokciami i tatuaże z więzienia albo broszurki z kościoła.

I tak chyba wielu ludzi myśli. W „Najgorszym człowieku na świecie” ojciec Krystyny mówi, że nie może wydać tej książki, bo zniszczy sobie życie. Ja myślę, że jest na odwrót, ta książka może komuś życie uratować. Czy myślisz czasem tak o niej? Chcesz pomóc innym, którzy są w takiej samej sytuacji?

- Uratować życie to brzmi jakoś za bardzo. Ta książka to jest mój prezent dla wszystkich, którzy są w takiej sytuacji, którzy wiedzą, że mają problem, którzy nie są w stanie o sobie na głos powiedzieć „alkoholik”, bo to kojarzy im się z bezdomnymi, z zapuchniętą twarzą i odebranymi prawami rodzicielskimi, nie mogą się z tym utożsamić, a jednocześnie przeżywają dramat. Ale to jest też książka dla wszystkich osób, które są zmęczone udawaniem kogoś innego, dla tych, którzy czują, że ich drugie imię brzmi „niewystarczający”. Dla tych, którzy chcą się zachwycać ogórczakiem japońskim i żeglarzem portugalskim, zamiast męczyć się small talkiem z osobami niemówiącymi nic ważnego.

A tata miał o tyle rację, że jeżeli jest się osobą wrażliwą, jak ja, ma się lęki i złe myśli na swój temat, jeżeli jest się osobą, która w dodatku jest prześladowana przez efekt uboczny swojej wieloletniej pracy, jakim jest publiczna rozpoznawalność, wiążąca się z tym, że każdy chętnie wyda osąd na mój temat, to jest to spory ciężar.

Czy decydując się na terapię, bałaś się tego, że tam będą ludzie, którzy cię rozpoznają?

- Z tego powodu zwlekałam z decyzją o podjęciu terapii co najmniej rok. Po prostu się bałam. Zawsze przeszkadzał mi ten kawałek mojej pracy, który wiązał się z rozpoznawalnością, a teraz trzeba było dołożyć do niego to, że mam tam usiąść i zacząć opowiadać o tym, że ja chyba za dużo piję i chyba muszę przestać, bo kolejne sytuacje na to wskazują, i że nie wiem, co mam robić. Ale tak, jestem wdzięczna losowi i własnemu rozsądkowi, że wybrałam liceum w Falenicy, gdzie chodziły normalne dzieciaki, a nie „resortowe dzieci”. Tak samo cieszę się, że poszłam jednak na terapię do najzwyklejszego ośrodka NFZ. Tam wszyscy traktowani są równo i to ma działanie terapeutyczne - uświadomić sobie, że ty, pan Sławek i pani Ania jesteście tacy sami, bo macie ten sam problem i musicie się leczyć. To bardzo uczy pokory i ustawia zdrową perspektywę.

Nie bardzo rozumiem, dlaczego napisanie, że to się da zrobić, że da się pójść na terapię i żyć na trzeźwo, że jestem żywym człowiekiem, który to przeżył, miałoby zniszczyć mi życie bardziej niż te poranki ze straszliwym dołem, palącym słońcem wkradającym się pod powieki i zgubionym szkłem kontaktowym. Ze wstydem. Jak miałoby mi to zniszczyć życie bardziej niż bycie w ciągu. W ciągu, którego nawet nie widać, bo przecież to normalne, że po imprezie w Tysiąc Pięćset pijesz rano browar, żeby nie rozwaliło ci głowy od środka, a wieczorem znowu idziesz na tańce i przecież nie na trzeźwo, a jeśli wyjeżdżasz na wakacje all inclusive i do śniadania pijesz drinki, a wieczorem jeszcze z siedem, to przecież to są wakacje, a nie ciąg alkoholowy.

Terapia to tylko jeden z elementów zaczynania nowego życia. Krystyna zadaje pytanie, które jest chyba kluczowe dla wszystkich wychodzących z nałogu - jak siebie lubić, nic nie robiąc? Nagle pojawiają się te wszystkie wieczory, kiedy nie możesz iść na imprezę, nie możesz napić się winka w domu - i co tu robić? Jakbyś znowu była w liceum.

- Jest o tym cały rozdział zatytułowany właśnie „Co robić”. Można rysować potwory, pisać kredą na asfalcie, robić totemy ze zdekapitowanych plastikowych zwierząt, piec ciasta i oglądać ze znajomymi złe polskie filmy. Podałam ci teraz przykłady z własnego życia. Naprawdę jest co robić, tylko do tego trzeba poznać samego siebie i dowiedzieć się, co się lubi poza piciem czy ćpaniem. A do tego z kolei trzeba mieć czas i przestrzeń, których nie ma w klubach i na domówkach. Lubię chodzić na wykłady, w ubiegłym roku chodziłam jako wolny słuchacz na antropologię. W Warszawie organizowane jest mnóstwo wycieczek krajoznawczych, są dni otwarte w różnych ciekawych miejscach - ja na przykład byłam na takim zwiedzaniu Gazowni Warszawskiej, nieodżałowana Fundacja „Ja Wisła” organizowała wycieczki po Porcie Czerniakowskim i spotkania ornitologiczne. Jest co robić, serio. Jestem pewna, że w innych miastach jest podobnie i na pewno jest to o wiele fajniejsze niż zalewanie pały wśród ludzi, których w gruncie rzeczy nie znasz i pewnie średnio lubisz. Zaskakująco dla samej siebie zaczęłam też uprawiać sport. Trenuję boks w grupie, w której są same dziewczyny. Krystyna, bohaterka „Najgorszego człowieka na świecie”, była przekonana, że ludzie, którzy nie piją, chodzą ubrani na biało, są nudni, jedzą jarmuż i grają w tenisa. Tak nie jest, tyle że Krystyna na etapie opisywania tamtego doświadczenia nie miała czegoś, co ja już mam - siły i tej wiedzy. Jak chodzisz na boks, to nagle się okazuje, że masz w sobie siłę, tylko trzeba mieć dobrego trenera, który to z ciebie wydobędzie.

Poza tym o wiele więcej rysuję, o wiele więcej czytam, o wiele więcej chodzę na koncerty i chodzę tam naprawdę dla przyjemności obcowania z muzyką, a nie - żeby się napić i posłuchać przy okazji, jak ktoś gra. No i słucham ciekawszych płyt niż kiedyś. Jest taka obiegowa opinia, że alkohol wyzwala i dopiero po nim przeżywasz katharsis, słuchając muzyki. Moim zdaniem to bzdura. Na trzeźwo po prostu zaostrzają ci się kryteria. Po pijaku jesteś w stanie przekonać samą siebie, że coś, co normalnie by ci się nie podobało, jest wspaniałe.

Dla mnie najważniejsze było i jest nauczyć się bawić. Nam alkohol jest potrzebny do zabawy, zupełnie nie umiemy się bawić bez niego. A przecież można. I to nieironicznie.

Wpadłam na to, że kiedy czekam na tramwaj, chciałabym przeczytać coś innego niż „angielski tanio” i „parkiety glazura”. Że dlaczego by nie sporządzić jakiejś notatki, dzięki której ktoś jadący do biura zostanie wybity z tego rytmu, że śniadanie, maile, praca, spotkanie, faktura. Bo nie ma już schizofreników rozlepiających na słupach ogłoszeniowych poodbijane na ksero afisze mówiące rozedrganym pismem o zagładzie świata. Wymyśliłam wtedy, że kiedyś ponaklejam na przystankach sny. Swoje i znajomych. Nie zrobiłam tego w końcu, ale może kiedyś zrobię i jeśli będziesz w moim mieście i natkniesz się na kartkę napisaną na maszynie, gdzie będzie sen o larwach jeleni, takich, z których jelenie się wykluwają, różowych z przezroczystym porożem, to znaczy, że tam byłam.

(fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)(fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)

Czy zamierzasz się pokazywać w telewizji, czy może boisz się, że spotkałby cię los Ilony Felicjańskiej i łatka „dyżurnej alkoholiczki”?

- To dość proste - napisałam książkę. W związku z tym nie mam żadnego problemu z tym, żeby pokazać się we wszelkiego rodzaju programach typu kulturalnego. Wszelkim programom zajmującym się czymkolwiek innym mówię „nie”.

Czy ta książka była dla ciebie terapią? Czy może był to jakiś barter - że i tak chcesz to z siebie wyrzucić, temat jest nośny, więc napiszesz, a dzięki temu łatwiej będzie potem wydać coś, na czym naprawdę ci zależy?

- Ani jedno, ani drugie. Żeby napisać książkę, trzeba mieć dobry temat, który cię uniesie. Chciałam napisać o czymś ważnym, a nie tak, żeby po prostu sobie coś tam wydać. Myślałam bardzo długo o tym, co mogłabym napisać, i te przemyślenia doprowadziły mnie do odkrycia, że nie ma książki, która dawałaby szczery opis przeżyć trzeźwiejącej kobiety, której nagle usuwa się grunt pod nogami. I pomyślałam, że skoro mam w sobie materiał na taką książkę, to może warto się tym podzielić. Ale myślę, że ważne jest to, żeby zaznaczyć, że „Najgorszy człowiek na świecie” jest o uzależnieniu tylko na naskórkowym poziomie. Tak naprawdę to jest historia kogoś, kto ma w sobie bardzo wiele emocji, od których ucieka, bo siebie nie zna. I staje przed zadaniem zrozumienia, kim jest.

„Najgorszy człowiek...” nie jest wbrew temu, co by się mogło wydawać, książką o piciu. Jest tam wiele spostrzeżeń o relacjach - i w związku, i w społeczeństwie. Jest też o tym, jak ludzie wszystko traktują „ironicznie”, bo boją się przyznać, że coś lubią. Wreszcie, jest wiele o wstydzie i strachu przed śmiesznością. To najbardziej zwróciło moją uwagę - ciekawa jestem, co znajdują w niej inni. Dostajesz takie wiadomości?

- Dostaję. Najbardziej zadziwiające były dla mnie te od matek, które twierdziły, że to książka rodzicielska (żeby uniknąć brzydkiego słowa „parentingowa”). Najczęściej pojawia się fraza „to nie jest książka o uzależnieniu, tylko o uciekaniu”. Albo „bałam się, że to będzie coś w rodzaju >Pamiętnika narkomanki< (który notabene czytałam z wypiekami jako nastolatka i zakreślałam całe passusy, będąc jeszcze daleko na swojej osi uzależnienia), a to jest o tych wszystkich rzeczach, o których staram się nie myśleć, o tym nieustającym przymusie robienia czegoś, poczuciu, że jestem gorsza”.

Twoja książka może też być swego rodzaju poradnikiem dla tych, którzy mają kogoś uzależnionego w swoim otoczeniu. Piszesz między innymi, dość brutalnie, że nałogowcowi nie warto pomagać, że najlepiej, żeby „obudził się obsrany w cudzym łóżku”, bo tylko porządny szok może zmotywować do leczenia. To brzmi okrutnie, bo naturalnym odruchem jest jednak chęć niesienia pomocy.

- Tak, masz rację, to brzmi strasznie. Rodzice widzą swojego syna, który jest przecież ich dzieckiem, tym inteligentnym, fajnym chłopakiem, który przestaje nad sobą panować i już widać, że przekroczył granicę. Dziewczyna jest z chłopakiem, który codziennie pali dżointy, i on mówi, że nie ma z tym absolutnie żadnego problemu, a ona czuje, że nie ma z nim kontaktu i nie ma do niego dostępu, bo on - jak by nie patrzeć - jest cały czas nietrzeźwy. Oni chcą ratować kogoś bliskiego, kto cierpi. Współuzależnienie polega właśnie na tym, że czujesz się odpowiedzialna za to, że nie potrafisz uratować bliskiej osoby. Więc rozmawiają, proszą, grożą, polecają psychologa, podtykają broszurki i nie wiedzą sami, że on lub ona nic nie zrobi, dopóki sam lub sama nie poczuje, że musi. Pamiętam doskonale, jak jeden z moich kolegów muzyków powiedział: „Małgosia, ty masz chyba problem”. Co zrobiłam? Zaczęłam go unikać. I to zazwyczaj jest ulubione rozwiązanie uzależnionych. Ale mówić trzeba - zawsze, do znudzenia.

Co jeszcze?

- Że można to leczyć. Powiedzieć: „Jeżeli będziesz chciał i potrzebował pomocy, zgłoś się do mnie”. I to jest wszystko, co można zrobić, bo używki są dla kogoś, kto jest uzależniony, najpiękniejszym rajskim ogrodem, w którym ten ktoś chowa się przed rzeczywistością. Są sposobem na to, by świat był piękny i wspaniały, i są najważniejszą rzeczą w życiu. Poza tym, należy wiedzieć, że ta choroba ma różne oblicza. Nie musisz leżeć na ulicy - jest mnóstwo doskonale funkcjonujących alkoholików, którzy po prostu codziennie po powrocie z pracy wypijają sobie butelkę wina w domu. Albo cztery piwa na murku z kolegami. Albo kilka kieliszków, jak dzieci pójdą spać. Ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że ciąg nie oznacza tylko tego, że pijesz non stop. Ciąg jest także wtedy, kiedy pijesz codziennie. Chodzi o to, jaki mechanizm tym rządzi - to jest uzależnienie. Niestety, jakkolwiek więzi rodzinne są mocne i ważne, to uzależniony zawsze decyzję o leczeniu musi podjąć sam, inaczej to się nigdy nie uda. Ja chodziłam na grupę otwartą i wszystkie osoby, podkreślam - wszystkie, które tam chodziły, bo na przykład kazał im kurator, wróciły do nałogu. To działa tylko wtedy, jak masz jedną motywację: jesteś zmęczony sobą i tym, co robisz. Dlatego lepiej zostawić takiego kogoś samego - pewnie szybciej to zmęczenie nastąpi. Co wcale nie znaczy, że alkoholik musi sięgnąć dna. Może - jak ja - obudzić się któryś raz z rzędu, nie pamiętając, co się działo poprzedniego wieczora, zawstydzić się sobą i mieć tego wstydu dosyć.

Ale to też jest wstyd i cierpienie rodziny.

- Oczywiście. O tym nie mówi się wystarczająco dużo moim zdaniem, a każdy, kto żyje kilka lub kilkanaście lat z kimś uzależnionym, staje się też chory. To jest współuzależnienie. Lata zastanawiania się, czy on wróci do domu trzeźwy czy nietrzeźwy? Już na samym poziomie chemii w mózgu życie w takim stresie może doprowadzić do ciężkiej depresji. W Polsce zapisy na terapię DDA trwają dwa lata, co chyba pokazuje skalę problemu. Jednym z typowych zachowań osób uzależnionych jest niebranie odpowiedzialności za swoje życie i za swoje czyny. A to on musi się martwić, czy i jak dotrze do domu, a nie na przykład jego żona.

(fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)(fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)

Czy jest jakiś wspólny mianownik wszystkich nałogowców, poza tym oczywistym - że są uzależnieni?

- Wszyscy nałogowcy wykonują jakąś czynność, która daje im ulgę. Tak bardzo chcą ulgi i przyjemności, że muszą ją powtarzać coraz częściej. To jakbyś miała taki przycisk, który wyłącza wszystko - naciskasz raz, drugi, dziesiąty, setny, ale musisz robić to coraz częściej i coraz więcej, bo w pewnym momencie ta ulga bardzo szybko mija i musisz jak najszybciej to powtórzyć. To jest ten wspólny mianownik. Bardzo, bardzo dawno temu pomyślałam też sobie, że wszyscy alkoholicy i wszyscy uzależnieni muszą być wrażliwi i delikatni, skoro muszą się upijać czy inaczej - odurzać. Że są to wyjściowo osoby wspaniałe. Nikt chyba nie myśli o tym w ten sposób.

Nałóg bierze się z braku.
Z tego, że jesteś pusty w środku.
Pusty i zaniepokojony.
Nałóg bierze się stąd, że mimo tego, co jest na zewnątrz i w dowodzie osobistym, i w CV, w środku jesteś smutną grubaską.
I cokolwiek by się działo - jesteś smutną grubaską.
Jesteś rudym konusem, którego przezywali w podstawówce.
Jesteś brzydki.
Jesteś gorszy.
Nikt nie chce z tobą spędzać czasu.
Sonic Youth śpiewają o tobie: You aren't never going anywhere

Czy samodzielne diagnozowanie i autoterapia, powiedzenie „dam sobie radę sam, wystarczy nie pić” ma sens?

- Moim zdaniem to jest nieskuteczne. Uzależnienie jest chorobą, czy z innych chorób leczymy się sami? Dobrze jest dać sobie pomóc, pozwolić komuś, żeby dał instrukcję obsługi i wyjaśnił, jak to działa. Terapia, będę to powtarzać do znudzenia, to uniwersytet nałogu. Najprawdopodobniej pierwsze miejsce, w którym mówisz o tym wszystkim, co wcześniej trzeba było zamieść pod dywan, żeby móc dalej być nietrzeźwym. Tam właśnie każą o tym mówić, żeby - słowo terapeutyczne - przepracować problem. Uczysz się tego, że nie ma czegoś takiego jak sądy ogólne, nie ma „bo wszyscy uważają”, „bo mówi się, że”. Bo w sumie to każdy mówi o sobie, tylko dla bezpieczeństwa ubiera to w jakieś „kobiety”, „ludzie”, „Polacy”. Uczysz się też tego, żeby nie oceniać innych, bo tylko wtedy można naprawdę rozmawiać. I tego, żeby nie udzielać innym rad. To są rzeczy, które przydają się nie tylko uzależnionym.

Ale piszesz też o tym, że na terapii nie dostaje się wszystkich odpowiedzi. O czym się nie mówi alkoholikom?

- Pierwszy rok jest straszny, masz doła i chcesz umrzeć. Masz depresję, nie wiesz, co zrobić ze sobą, chcesz zabijać tych wszystkich ludzi, którzy ci mówią: „Hej, życie bez alkoholu jest świetne!”. Ono jest świetne, ale tak mniej więcej pięć lat później. Najpierw wszystkiego się musisz nauczyć na nowo. Musisz się nauczyć tańczyć na trzeźwo, musisz się nauczyć na nowo z kimś kochać na trzeźwo, musisz się nauczyć rozmawiać z ludźmi na trzeźwo, musisz zdobyć nowych znajomych, bo zadawałeś się tylko z takimi, którzy piją. Musisz się dowiedzieć, jak spędzać wakacje bez piwka. Musisz się dowiedzieć, jak się możesz nagrodzić, gdy odniesiesz sukces. To, co wszystkim się wydaje najtrudniejsze, czyli momenty, kiedy masz doła i potrzebujesz się pocieszyć, jest akurat proste. Najgorzej jest na trzeźwo świętować sukcesy. Albo jak oglądam film, ktoś pije wino i ono tak super wygląda, i myślę sobie: „Ale bym się napiła wina, Chryste, nie wytrzymam zaraz”. To jest, zostanie i zawsze będzie. Ale dla mnie, trzeźwego alkoholika, wypicie jednej lampki jest niemożliwe. Po prostu nie jest to mi już dane. I tyle.

To jest bardzo duże zdumienie, jak na trzeźwo to wszystko właściwie wygląda. Że jestem przeciwieństwem tej siebie, którą sprzedawałam światu w weekendowe noce. Jaki to jest szok, jak bardzo niezborni i nieatrakcyjni są ludzie, którzy właśnie czują się najpiękniejsi na świecie. Jak bardzo wcale nie mówią o tym, co naprawdę ważne, choć tak im się wydaje, jak bardzo są jakimś brudem, kalkomanią, czymś, na co czekasz, żeby wróciło do pierwotnego stanu i przestało udawać superbohatera.
Oszałamiające, nieprawdopodobne jest odkrywanie, że ludzie nie lubią tłoku i hałasu i jeśli są trzeźwi w klubie, to zazwyczaj te dwa czynniki działają na nich najgorzej. Program sponsorowany przez „jeśli tak się czujesz, to znaczy, że tak jest”. I to jest mocna jakość i wielka nagroda. Że nagle, po tylu latach, dowiadujesz się, jak jest naprawdę.

Czy widzisz teraz w każdym pijącym alkoholika?

- Jednym z podstawowych zaleceń terapii jest to, że nie możesz diagnozować innych. Powiem tak: widzę ostrzej. Widzę, że niektóre zachowania, o których ludzie mówią: „nie wiem, skąd to się bierze”, biorą się z nadużywania pewnych substancji. Czasem wydaje się, że nie radzisz sobie z życiem - na przykład kłócisz się z partnerem - a podłożem jest to, że on lub ona lubi się napić. Każdy czasem lubi się napić, ale problemem są proporcje. Zmiana stanu świadomości we wszystkich kulturach była stanem boskim. Każdy obrzęd, każdy festiwal, Dionizje - to były momenty, w których ludzie masowo się odurzali, żeby móc dosięgnąć tego boskiego stanu, który jest wspaniały. Tyle że my zamiast robić z tego wyjątkowe wydarzenie doświadczania czegoś wspaniałego i mistycznego, mamy obecnie Dionizje siedem dni w tygodniu albo trzy razy - w piątek, sobotę i niedzielę. To nie jest nic mistycznego - dopuszczenie do możliwości patrzenia na świat inaczej, czym było, to lekarstwo na szarą rzeczywistość.

Przeczytałam pod jakimś wywiadem z tobą taki komentarz: brawo, że wytrzeźwiałaś, ale po co o tym książkę pisać i wywiadów udzielać?

- Właśnie wywiadów to ja bym wolała nie udzielać, pan z wydawnictwa mnie zmusza (śmiech). A książka... Niech każdy, kto myśli, że takie książki są niepotrzebne, wypisze sobie na kartce pięć słów, które kojarzą mu się ze słowem „alkoholik”. A potem niech popatrzy na mnie, niech przeczyta moje artykuły, niech obejrzy mój program i porówna jedno z drugim. Po to jest ta książka. Ja jestem alkoholiczką. Każdy może być alkoholikiem.

„Najgorszy człowiek świata” Małgorzata Halber (fot. materiały promocyjne)„Najgorszy człowiek na świecie” Małgorzata Halber (fot. materiały promocyjne)

 

Małgorzata Halber (ur. 1979). Przez wydawnictwo nazwana "polską Charlotte Roche", choć gdyby miała być "polskim kimś", to bliżej jej do Mirandy July. Wielbicielka tego wszystkiego, co brudne, odrapane, smutne, nietypowe i "wpadające w kategorię >>inne<<". Prezenterka, dziennikarka i rysowniczka, autorka internetowego komiksu „Bohater”. Ukończyła filozofię na Uniwersytecie Warszawskim. Sama o sobie mówi, że najchętniej byłaby patrzeniem i słuchaniem.

Natalia Sosin. Redaktorka Foch.pl. Wcześniej - przez sześć lat - dziennikarka redakcji zagranicznej Polsat News. Twórczyni polskiej wersji językowej i redakcji cafebabel.com - jedynego europejskiego magazynu internetowego publikowanego w siedmiu językach. Absolwentka politologii i socjologii. Współpracowała z tygodnikiem "Polityka", francuskim "ELLE" i francusko-niemiecką telewizją Arte. Jej artykuły przedrukowano m.in. w "Courrier International", "La Stampa", "Die Zeit".

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (432)
Zaloguj się
  • boguslawbch6808

    Oceniono 789 razy 705

    Po 19-stu latach zerwałem z alkoholem.
    Po 25-ciu latach rzuciłem palenie.
    Wiecie co jest dla mnie największą nagrodą?
    Moja partnerka życiowa jest ze mnie dumna...
    Nie wypiję kropli alkoholu do końca życia.

  • ickis

    Oceniono 319 razy 309

    Piłem wiele lat. Bo imprezy, do obiadu, bo weekend, bo kocham wino, aromat whisky, bo ze mną nie wypijesz, bo potrzebowałem odwagi, bo reset. Doprowadzilem się do stanu, kiedy na trzeźwo nie potrafiłem iprawiac sexu, rozmawiać. Samochód zamienilem na taksówkę, komunikację. Miłość w nienawiść, czułość w agresje.
    W końcu zachorowałem na raka. I nie wiem co by było gdyby nie to.
    Dzisiaj jestem spokojnym, potulnym wręcz prawie mężem. Nie mam przyjaciół, kilkoro znajomych. Nauczyłem się życia na nowo. Zamiast alko wybieram kwiaty do ogrodu, albo książki. Zamiast imprezy kino i kolacje. Choroba i kochajaca osoba mnie naprawily...sam też byłem zmęczony sobą.

  • shatmach

    Oceniono 330 razy 296

    Podziwiam ją, że walczy, że stara się wyjść na prostą co jak mogę się domyślać proste nie jest no i za to, że przyznała się do problemu. Przecież pewnie poza najbliższymi nikt o jej problemie nie słyszał. Nie zabiła przecież nikogo jeżdżąc po pijaku i nie spowodowała żadnego wypadku o którym trąbiły media. Życzę wytrwałości. :)

  • elizzawu

    Oceniono 267 razy 233

    Super, Gosia! Oby tak dalej w trzeźwości...jak najdłużej. Trzymaj się ciepło! Dla mnie zawsze najbardziej sensowna prezenterka Vivy..

  • portowiec83

    Oceniono 346 razy 116

    "A który to już twój rok bez alkoholu? Czy miesiąc?

    - Nieważne. I to nie powinno nikogo obchodzić, bo to moja prywatna sprawa."
    - Powiedziała osoba, która swoje prywatne sprawy opisuje w książce i internecie. To ma sens ;-)

  • 3mamkota

    Oceniono 149 razy 111

    Wszstko super i zyczę powodzenia, ale... mówimy o osobie, która ma fajną pracę, mieszka w dużym mieście i jak sama pisze, ma co ze sobą zrobić zamiast picia. Mieszkam chwilowo w małym miasteczku gdzie nie ma ŻADNYCH atrakcji poza alkoholem właśnie. I tak się zastanawiam, patrząc na tych ludzi naprutych cały tydzień, jaki oni mają wybór i jak daleko od wytrzeźwienia są. Niestety.

  • hanka633

    Oceniono 105 razy 95

    saszamateo , Technika picia...żałosne. Andrzej Poniedzielski miał taką anegdotę-
    To był okres abstynencji, wpadłem na urodzinową imprezę w Krakowie. Osaczyli mnie natychmiast znajomi namawiając do picia :
    -jeden kieliszeczek jeszcze nikomu nie zaszkodził.
    -Andrzejku wypij że ten jeden, jedyny, malutki
    Odparłem
    -Moi drodzy, chętnie bym wypił ten jeden jedyny kieliszeczek, ale nie mam aż tyle czasu- za tydzień muszę być w Warszawie.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX