Jakub Żulczyk

Jakub Żulczyk (fot. Agata Grzybowska / Agencja Gazeta)

felieton gościnny

Jakub Żulczyk: Mam za sobą dopiero rok abstynencji. Można powiedzieć, że ukończyłem przedszkole nałogu [TYLKO U NAS]

Nie napisałbym tego tekstu, gdyby nie książka, którą przeczytałem w trzy godziny, ciągiem, z PDF-owej szczotki, nie odrywając wzroku od komputera - tak Jakub Żulczyk, pisarz, autor głośnego "Ślepnąć od świateł", wyjaśnia okoliczności powstania niniejszego felietonu. Książka, która pchnęła go do refleksji nad istotą alkoholowego nałogu, to debiut Małgorzaty Halber, "Najgorszy człowiek na świecie".

Mój terapeuta parę miesięcy temu opowiedział nam na terapii anegdotę. Do dzisiaj jest jedną z moich ulubionych. Opowiedział, jak dziesięć lat temu przyszedł po raz pierwszy na mityng AA. Usiadł, stremowany i skrępowany, nie wiedząc zupełnie, co powiedzieć. W końcu wydusił z siebie: „Dzień dobry, nazywam się _____, i mam problem z alkoholem”. Zapadła cisza, i wtedy jeden z obecnych tam starych wiarusów odwrócił się w jego kierunku i zapytał: „Jak to masz problem z alkoholem? Nie wiesz, gdzie jest sklep? Pieniędzy nie masz? Pożyczyć ci?”.

Ta anegdota miała nam pokazać, że jedną z najważniejszych, ale najtrudniejszych rzeczy w terapii uzależnień jest przyznać się przed sobą do swojej choroby. Powiedzieć o niej samemu sobie, prostym zdaniem, bez metaforyzacji, bez intelektualizowania.

Bo to potwornie trudne. To wielki wstyd powiedzieć o sobie - jestem alkoholikiem i narkomanem. Gdy przyznaje się do tego na głos, po raz pierwszy, samemu nie chce się w to uwierzyć. To brzmi obco, kłuje w gardło, jest trochę jak gwałt. Parę dni temu obchodziłem swoją pierwszą rocznicę niepicia i niebrania, i dalej nie umiem powiedzieć tego głośno, dobitnie, stanowczo, podnieść rąk całkiem do góry.

Gosia Halber, autorka „Najgorszego człowieka na świecie”, to zrobiła. Pociesza mnie to, że potrzebowała na to kilku lat i napisania całej książki. Wspaniałej i bardzo potrzebnej. Ja mam za sobą dopiero rok abstynencji. Można powiedzieć, że ukończyłem przedszkole nałogu. W ogóle nie pisałbym tego tekstu, gdyby nie ta książka, którą przeczytałem w trzy godziny, ciągiem, z PDF-owej szczotki, nie odrywając wzroku od komputera.

Alkoholizm to w Polsce dla większości ludzi abstrakcja. Powszechne kojarzenie choroby to w głowach ludzi jej ostatnia, kliniczna faza. Wielotygodniowe ciągi, deliria, totalny rozpad życia rodzinnego i zawodowego, sranie i szczanie pod siebie. Amok. Degrengolada. Syf, smród. Upadek.

Jakub Żulczyk (fot. Agata Grzybowska / Agencja Gazeta)Jakub Żulczyk (fot. Agata Grzybowska / Agencja Gazeta)

Ten pogląd ugruntowują kultowe dla Polaków filmy, chociażby ubiegłoroczny „Pod Mocnym Aniołem” Wojciecha Smarzowskiego, film doskonały pod względem formalnym, oddający to, co w nałogu najważniejsze - że jego kształtem zawsze jest koło. Ale również film niebezpieczny, wprowadzający w błąd, bo sam widziałem na Facebooku różne reakcje po jego obejrzeniu, typu - „aaaa, jest git, przede mną jeszcze trochę”. Nie, to, że nie budzisz się zasrany, pobity, to, że nie wyrzucono cię jeszcze z pracy, to, że wciąż masz rodzinę, to, że nie znajdują cię w krzakach z rozbitym łbem w dzień powszedni o godzinie osiemnastej - to wcale nie oznacza, że przed tobą może być „jeszcze trochę”.

Twój czas kończy się w momencie, gdy organizujesz całe swoje życie tak, aby pić. Ja prawie nigdy nie miałem urwanych filmów. Rzadko kiedy traciłem nad sobą kontrolę. Po alkoholu bywałem miłym, serdecznym dla swoich przyjaciół, głośno gadającym błaznem. Potrafiłem stać prosto i w miarę składnie mówić nawet po wypiciu litra wódki. Gdy w końcu poszedłem na terapię, moi znajomi byli raczej szczerze zdziwieni, że akurat ja. No akurat o mnie by nie pomyśleli, że mam problem. Problem ma kto inny, ten, kto od tygodnia leży we własnym mieszkaniu w stanie podobnym do febry.

Pójść na terapię uzależnień - to jest dopiero decyzja. Ja chodziłem najpierw przez pół roku na zwykłą psychoterapię. Miałem szczęście, że trafiłem na mądrego faceta. Pan psychoterapeuta pod koniec pierwszego spotkania powiedział, że najchętniej skierowałby mnie do ośrodka uzależnień. Śmiertelnie się na niego obraziłem - przecież ja nie jestem żadnym alkoholikiem. Mam ciężką nerwicę i głębokie egzystencjalne lęki.

A jednocześnie pracowałem i pisałem teksty. Napisałem na przykład taki tekst do Onetu, który nazywał się „Wszyscy jesteśmy alkoholikami”. Wstydzę się go i za niego przepraszam. A z drugiej strony śmieję się z własnej niewiedzy i głupoty.

Uświadomiła mi to terapia, ale zamiast opisać ten moment, lepiej oddam na chwilę głos Małgosi.

„To była pierwsza i jedna z najważniejszych rzeczy, jakich tam się nauczyłam. Fundamentalna wiedza, która wywróciła cały mój światopogląd i podważyła pięć lat studiów filozoficznych.

Za każdym razem, kiedy mówisz „bo ludzie zazwyczaj” albo „bo jest tak”, albo „wszyscy przecież”, albo „bo kobiety”, mówisz tak naprawdę o sobie.

Mówisz dokładnie to, co ty czujesz, oraz to, co tobie się wydaje.

Zawsze.

Ćwiczona dwa razy w tygodniu, przyłapywana na każdym „no ale kobiety zazwyczaj” oraz „robi się”, „myśli się”, „większość przecież”, nagle odkrywałam coś, do czego sama nie umiałam się przyznać.

(...)

Ponieważ ostatecznie masz dostęp jedynie do własnych emocji, a z rzeczywistości podświadomie wyłuskujesz to, co zgadza się z twoimi sądami. Kiedy rozmawiasz z koleżanką o związkach i mówisz „no zawsze coś”, to nie oznacza to, że każda relacja to wojna i za każdym razem można się do czegoś przyczepić. Nie. Ty mówisz tylko, że między tobą a tym kimś, kogo kochasz, dzieje się coś takiego, że nie jesteś zadowolona”.

No więc ja sobie piłem i wciągałem w najlepsze, i chodziłem na psychoterapię, na której okłamywałem mojego psychoterapeutę w żywe oczy, gdy za każdym razem pytał się mnie, ile w tym tygodniu wypiłem („parę piwek z kolegami”, mówiłem, a prawdy nie chcecie znać, i tak się zresztą domyślacie), i radośnie pisałem sobie teksty pod tytułem „Wszyscy jesteśmy alkoholikami”. Zajebiście, nie?

Wracając do moich ciężkich nerwic i egzystencjalnych lęków - po roku od niepicia zamieniły się w zwyczajne, ludzkie emocje, stres, niepokój, obawę, rozczarowanie. Dopiero do mnie dochodzi, że są zwykłe, że posiada je każdy. Ale musiałem iść na terapię i musiała mnie popchnąć do tego - moje kolejne szczęście - najbliższa rodzina.

Mógłbym pisać o tym jeszcze długo, ale nie napiszę o tym tak składnie, jak zrobiła to Małgorzata Halber. Jej głos jest piękny i ważny. Nawet nie macie pojęcia, jak. Jej książka, „Najgorszy człowiek na świecie” mówi wprost bardzo niewygodną prawdę. Prawdę, która jest jak słoń w pokoju, którego wszyscy boimy się dostrzec. Że bardzo wielu z nas może mieć problem. I nie chodzi tutaj o to, że nie mamy pieniędzy, czy nie wiemy, gdzie jest sklep.

(fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta) (fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)

„Wielu z nas” - tak, mam na myśli ludzi podobnych do mnie i do Gośki Halber. Wykształconych, mieszkających w dużych miastach, zadowolonych ze swojej pracy, korzystających z kultury, zainteresowanych światem, mieszkających w fajnych mieszkaniach, w dobrych dzielnicach. Pracujących w mediach, agencjach reklamowych, korporacjach, tworzących sztukę, organizujących życie kulturalne. Pijących dobre wina, whisky, popalających trawkę, bo trawka to przecież nic takiego, okazjonalnie, raz na jakiś czas wciągających kreseczkę. Taką małą, tyci, po prostu aby wytrwać na tej imprezie jeszcze parę godzin i móc wypić jeszcze parę drineczków. Budzących się na kacu, ale przecież na kacu zawsze można sobie pomóc, kąpielą, spacerkiem, rosołkiem. Przerażonych, przelęknionych, niespokojnych, chociaż na zewnątrz robiących dobrą minę do złej gry. Uwalających się do spodu w każdy weekend. Miotających się. Noszących maski. Nieszczęśliwych z bliżej nieznanych sobie powodów.

To wielka zaleta książki Gośki. Napisała świetną literaturę o tym, co trzeba powiedzieć na głos. Gosia jest wojowniczką, jest podwójną bohaterką. Nawet nie wiecie, jaką. Każda z nas, osób uzależnionych, jest wojownikiem. Walczymy codziennie. Ze sobą, z chęcią, aby się napić, zapalić, wciągnąć, aby wrócić do tak znanego komfortowego systemu regulacji i ukojeń. Walczymy ze znajomymi, którzy bojąc się swoich problemów, żartują, mówią „ze mną się nie napijesz?”. Walczymy z naszymi bliskimi, którzy nie chcą tego zaakceptować. Którzy się za nas wstydzą. A przede wszystkim walczymy ze światem, w którym żyjemy - światem zachodnim, konsumpcyjnym, w którym osobom, które muszą coś sobie udowadniać, coś odcinać, jest najtrudniej. Pół biedy, jeśli ta asceza jest niegroźna, akceptowalna, modna, ładnie opakowana. Humanitarna. Weganizm, dieta bezglutenowa. Buddyzm. Sport. Za tymi ascezami idzie jednak cały rynek produktów, który można ascecie sprzedać.

Nie ma żadnego dodatkowego rynku usług i produktów, marek, wartości dodanych dla niepijących alkoholików i niebiorących narkomanów. Nie idzie opchnąć nam zestawu biokosmetyków ani pysznego falafela, ani fajnej bluzy z nadrukiem.

Na dodatek żyjemy w kraju zachodnim, ale niby też trochę wschodnim. Kraju, którego duża część PKB pochodzi z alkoholizmu. Kraju, w którym alkohol jest nierozerwalnie wszczepiony w tkankę kulturowo-społeczną. W którym pije się przy każdej okazji, w którym całodobowe sklepy monopolowe są na każdym kroku, bodaj jedynym kraju na świecie, w którym kolorowe setki wódki o owocowych aromatach stoją w lodówkach w całodobowych sklepach, jak landrynki. Á propos, jedną z rzeczy, których nauczyłem się na terapii jest to, że alkoholik nigdy nie trzyma w domu zapasów, bo od razu wszystko wypija. Alkoholik kupuje tyle, ile mu potrzeba. Parę piw. Pół litra. Kilka kolorowych setek, powtykanych w różne kieszenie.

Małgosia Halber nie jest rozgrzeszonym żulem. Jest sympatyczną dziewczyną z telewizji, która prowadzi bloga, pisze recenzje i gdy była mała, opowiadała o zespole The Beatles w programie 5-10-15. Ja też nie jestem rozgrzeszonym żulem, jestem jeszcze trochę młodym, prywatnie sympatycznym chłopakiem, który napisał parę książek, które całkiem nieźle się sprzedają, był nominowany do nagród, dostawał stypendia i pisał już do większości ważniejszych gazet w Polsce. Są inni. Rychu Peja, który jakiś czas temu obwieścił na swoim fanpage'u piątą świeczkę, jest bodaj największą gwiazdą muzyki hiphopowej w Polsce, ma platynowe płyty na koncie i firmę odzieżową.

Jesteśmy wojownikami. Takich wojowników jest wielu. Mają firmy, wysokie stanowiska, ciekawe prace, mają rodziny, są dobrze ubrani, nieźle zarabiają. Nie szczają pod siebie, nie mają zwidów, nigdy w życiu nie byli na izbie wytrzeźwień. Ale walczą. Walczą o trzeźwość, która jest dla nas trochę czymś takim jak nirvana w buddyzmie. Stanem idealnym, do którego będziemy starali się dążyć przez całe życie.

Posłuchajcie historii takiej wojowniczki, przeczytajcie książkę „Najgorszy człowiek na świecie”. Ja nie byłbym w stanie jej napisać. Zazdroszczę Gosi i podziwiam ją. Chciałbym, aby w Polsce ludzie nie wstydzili się już więcej, mówiąc „jestem alkoholikiem”. Bo to żaden wstyd uświadomić to sobie i zacząć terapię. To żaden wstyd zostać wojownikiem. Dziękuję Gosi, dziękuję moim terapeutom, wszystkim, których poznałem w ośrodku terapii uzależnień.

Słoń w pokoju tupie, ale dobrze go widać.

"Radio Armageddon", "Ślepnąc od świateł" i inne książki Jakuba Żulczyka są dostępne na Publio.pl >>

Polecamy wywiad Jakuba Żulczyka w weekend.gazeta.pl: ''Warszawa to pole minowe. Jest miastem koterii, rautów, klik, synekur''

 

Jakub Żulczyk. Pisarz, scenarzysta, felietonista (chwilowo w stanie spoczynku). Debiutował osiem lat temu powieścią „Zrób mi jakąś krzywdę... czyli wszystkie gry video są o miłości”. Współprowadził programy telewizyjne, publikował m.in. w „Elle”, „Machinie”, „Przekroju”, Onecie. Od sześciu lat mieszka w Warszawie, i to właśnie stolicy poświęcił swoją najnowszą książkę - „Ślepnąc od świateł”.

Komentarze (153)
Zaloguj się
  • globalmarket

    Oceniono 308 razy 290

    Miałem 3 uzależnienia.Papierosy ,alkohol, obżarstwo. Nie brałem narkotyków. Paliłem 60-80 carmenów dziennie. Dawka kosmiczna. Palenie rzucałem ok. 10 lat. Oczywiście miałem więcej upadków niż wzlotów. Nie mogłem już wejść na 1 piętro budynku, w którym mieszkałem. wreszcie się udało. Nie palę 30 lat. Wódę rzucałem podobnie. Byłem właścicielem hurtowni alkoholi. Chyba wszystko bym przepił. W końcu jednego dnia powiedziałem: jestem na krawędzi, albo w lewo, albo w prawo. Od tamtego czasu z moich ponad 150 nadużywających alkohol kolegów ostało się jeszcze dwóch, może trzech. Ja wybrałem życie. nie piję w ogóle 22 lata. Obżarstwo-to dopiero wyzwanie. W szczytowym okresie ważyłem 140 kg. Teraz 86. Rzucenie papierosów i wódy to Pikuś w porównaniu z niekończącą się walką z nałogiem przejadania. Prowadzę cały czas ten pojedynek, który ciągle przegrywam. Uważam, iż jest to najtrudniejszy-nieustający bój o życie. Spróbujcie go wygrać. ponieważ nie miałem do czynienia z koksem nie odniosę się do tematu, ale wydaje mi się, że to to samo co pojedynek z obżarstwem Pozdrawiam i życzę powodzenia.

  • maxthebrindle

    Oceniono 207 razy 191

    Byłem młody a świat wokół opierał się na wódzie: to była inicjacja do dorosłości, to była droga do seksu, to był sposób na znalezienie pracy i akceptacji w niej, to byla możliwość bycia 'spoko' na studiach czy wcześniej w iceum.
    Miałem też takiego 'zajoba', że uprawiałem sporty. Dziwne: judo i karate. Tam też się piło. Któregoś dnia na fajnej imprezie 'trochę' się wstawiliśmy grupą dziewczyn i chłopaków. Jeden koleś nasikał na śpiacą koleżankę (ale byl ubaw!), dwie dziewczyny zaczęly sie publicznie pieścić, ale jedna się porzygała i zepsuła zabawę. Mnie udało się dobiec do kibla, ale zarzygałem podlogę. Kolega zwrocił mi uwagę, żebym posprzatał - w pijanym widzie uznałem to za zniewagę, zaczęliśmy się bić. Nie miał szans: złamałem mu obojczyk, dwa żebra i wyłamałem nadgarstek. Bo miałem tylko jakieś 40 sekund i byłem pijany. Gdyby mnie nie odciagneli, moze bym go zabił...
    Miałem szczęście - gdy wytrzeźwiałem i opowiedziano mi, co się stało postanowiłem po tym, z taką młodzienczą, naiwną żarliwością, że nie będę pił, bo umiem sie bić a nie umiem nad soba po pijaku panować. Glupia motywacja, ale okazała sie skuteczna.
    To bylo 30 lat temu. Przez te 30 lat nie miałem w ustach piwa, wina, wódy. Nie paliłem. Nie ćpałem. Zbudowałem szczęśliwą rodzinę, wlasny dom, w którym się nie pije. Straciłem wielu kumpli, widziałem upadek wielu mądrych, dobrych ludzi, których wóda zniszczyła. Przez niepicie przynajmniej raz straciłem dobrą pracę, często stałem poza 'nurtem' zycia towarzyskigo. Nauczyłem się, że w Polsce naprawde cięzko być abstynentem - ciężej, niż alkoholikiem, bo ich wszyscy rozgrzeszają i mają dla nich zrozumienie.
    Od ponad 10 lat mieszkam na emigracji. To nie jest kraj abstynentow, ale wiele tu róznych kultur i moje 'dziwactwo' nikogo nie dziwi. Jeśli na firmowej imprezie wszyscy mają kileiszki wina czy butelki piwa w dłoniach - a ja sok pomarańczowy - nie ma żartów o ciaży, nie ma przycinków i głupich usmieszków. Nie stoje sam, ludzie nie milkną, gdy podchodzę do grupy. Nikt mnie nie pyta, czemu nie piję, nie muszę odpowiadać na pytania, czy aby nie jestem chory. Bo niepicie tu to norma. Bo w pracy mamy też innych niepijących: z powodów religijnych, 'lifestylowych' czy jakichkolwiek - nikogo to nie obchodzi ani nawet nie dziwi.
    Piszę to, bo podziwiam ludzi leczących się z nałogu w Polsce. Bo to Polska, naród, Polacy - ma problem z alkoholem i takiego leczenia na pewno nie ułatwia. Ułatwia za to wpdnięcie w nałóg.

  • jarko20

    Oceniono 218 razy 168

    Szacun, trzymaj się. W tym kraju pijemy ciągle jak szaleni i pomimo tego, że statystyki ponoć lepsze, nikt mnie nie oszuka że jest inaczej. Zabijamy tym lęki, osłabiamy siebie, rodzinę, a w końcu kraj. Trzeba się obudzić i uświadamiać siebie nawzajem. Że te wszystkie wesołe piosenki o wódeczce są tak naprawdę g... warte..

  • marooo69

    Oceniono 255 razy 139

    wieszcze nadejście nowej mody wśród hipsterów - wychodzenia z uzależnień

  • atopolskawlasnie

    Oceniono 198 razy 124

    'Alkoholizm to w Polsce dla większości ludzi abstrakcja'
    ??????? - przeciez to jest narod DDA albo Alkoholikow ! pijacy ojciec, matka,ojciec i matka, matka i konkubent, wujek, itd. czy ktos zna rodzine w PL gdzie nie bylo alkoholizmu?? caly narod powinien isc na terapie

  • wybitny.analityk

    Oceniono 127 razy 101

    Chwała Żulczykowi, że umiał tu opowiedzieć o pewnym towarzyskim tabu. I nie chodzi tu o ważny, ale zgrany jak stara płyta polskich nagrań, temat alkoholizmu. Temat wobec, którego panuje swoista zmowa milczenia, to uzależnienie na wielką skalę tzw. środowisk opiniotwórczych - od alkoholu i narkotyków. Dobrze Żulczyk zauważył: jak zasypiasz już po alko to wciągasz kreskę i jesteś jak nowy. Tak funkcjonuje duża część środowiska dziennikarskiego. Redakcje gazet a szczególnie media elektroniczne i telewizje pełne są znakomicie funkcjonujących narkomanów. Korporacyjne kible spowite są na stałe mgiełką pyłu "z kreseczek". Ciekawie wyglądałyby testy powietrza w tych wszystkich szacownych instytucjach. Popyt na kokainę w Warszawie jest ogromny. Wielu z tych, których oglądacie rano na ekranach telewizorów zaczyna dzień od kreseczki. To wręcz konieczne, jeśli co wieczór obala się butelkę wina. Te szczupłe, młodzieżowe sylwetki warszawskich czterdziesto-, pięćdziesięcio- letnich szołmenów to amfetamina, kokaina i lewatywy. Choć oczywiście czasem lubią się spocić "na siłce", jak mają kilka dni trzeźwości. Podobnie jest w bankach, korporacjach. I proszę dobrze zrozumieć, to nic skandalicznego, jakby tego nie było. Jakubie gratulacje, że umiałeś to powiedzieć.

  • maarek.pl

    Oceniono 116 razy 86

    Jakub, robisz to samo... Robisz to samo co Gosia... Piszesz o tym, a robisz to samo... "Każda z nas, osób uzależnionych, jest wojownikiem. Walczymy codziennie. Ze sobą, z chęcią, aby się napić, zapalić, wciągnąć, aby wrócić do tak znanego komfortowego systemu regulacji i ukojeń. Walczymy ze znajomymi, którzy bojąc się swoich problemów, żartują, mówią „ze mną się nie napijesz?”. Walczymy z naszymi bliskimi, którzy nie chcą tego zaakceptować. Którzy się za nas wstydzą. A przede wszystkim walczymy ze światem, w którym żyjemy - światem zachodnim, konsumpcyjnym, w którym osobom, które muszą coś sobie udowadniać, coś odcinać, jest najtrudniej."
    I nie wiesz, ze piszesz tylko o własnych wyobrażeniach. Wiem, robiłem, myślałem tak samo. zakręciłem butelkę i męczyłem się, bo mi coś zabrano... Ja męczyłem się pół roku i wróciłem do picia. Tak się nie da... Życie to nie walka, życie to nie męczarnia.
    Kolejny raz męczyłem sie i cierpiałem 4 lata. Nie życzę nikomu. Na trzeźwo doprowadziłem swoje życie do takiej samej ruiny, jak pijąc. Tym razem nie zapiłem, tym razem usłyszałem o Programie 12 Kroków. Znalazłem sponsora w programie i moje zycie, mój odbiór świata zaczął się zmieniać. Czwarty wymiar, jak to nazywa Wielka Ksiega. Nowa para okularów, jak pisał Chuck C. Tego nie da się opisać. To program na szczęśliwe życie. Moje ostatnie dwa lata, to najspokojniejsze, najradośniejsze i najbardziej owocne lata mojego życia.
    Ja już nie walczę z nikim i z niczym, z alkoholem też nie. Alkohol nie jest już moim problemem. Jest gdzieś poza mną, obok mnie, nie jestem nim zainteresowany, nie potrzebuję go i nie muszę przed nim uciekać. To także dał mi program na Wielkiej Księdze. A alkohol... Alkohol nigdy nie był moim problemem, był tylko wierzchołkiem góry lodowej... Swoistym rozwiązaniem problemów...
    Wiem, wiem, mówili Ci, ze jesteś chory do końca życia... Wygodne... Wygodne tłumaczenie na wszystko... I wygodne dla tych, którzy mają pacjenta do końca życia... Echchch te terapie... Tak pomagają, ze niektórzy są w nich i 10 lat... Chory to ja byłem, kiedy musiałem chlać do oporu. Teraz jestem zdrowy... Nie piję 6 lat...

  • alexander888

    Oceniono 61 razy 45

    Panie Jakubie. Bardzo ważne i odważne słowa w tym felietonie. Zgadzam się z tym co Pan napisał. Zwłaszcza obowiązująca "wizja" alkoholizmu w jego ostatniej fazie przysłaniająca szerszy problem pod przykrywką markowych perfum i firmowych laczków na połysk. Podobnie było z narkomanią na początku lat 90. XX wieku. Pokutował mit brudnego i zarośniętego hipisa z dworca (ZOO). To usypiało czujność wielu rodziców, których pociechy odurzały się w sposób "de lux". Czas odczarować mit zaszczanego typa z delirium tremens bo chyba wielu ten mit na rękę...

    Pozwoliłem sobie przeczytać Pana, podlinkowany tu, artykuł z onetu. Pomijając wydźwięk to nie ukrywam, że zbeczałem się z śmiechu. Pióro to pan masz! :)

  • notyes

    Oceniono 60 razy 34

    Wodoslowie to jest chyba alkoholomania cd. Zalewanie innych słowami typu cudowne, zajebiste, egzystencjalne itp. Używanie liczby mnogiej zbyt mnogiej zbyt często mnogiej to wskazówka, ze ja pływa dalej w oparach i w wywarach zatrutego ciała i umysłu, czyż nie.?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX