Anna Janko

Anna Janko (fot. Wydawnictwo Literackie)

wywiad gazeta.pl

''Skończyło się życie, a wieś przestała istnieć''. Anna Janko o pacyfikacji Zamojszczyzny i traumie drugiego pokolenia

Poetka i pisarka w "Małej Zagładzie" pokazuje, jak odległy wojenny dramat, którego doświadczyła jej matka, trwa do dziś w kolejnych pokoleniach. Ból, poczucie straty, lęk znała z opowieści mamy od dziecka, ale dopiero jako dojrzała osoba postanowiła stawić mu czoła, sięgając po narzędzia, które są jej posłuszne: słowa. Nam Anna Janko opowiada o procesie powstawania "najważniejszej w życiu książki".

Kiedy zdała sobie pani sprawę, że wasza rodzina nie jest zwyczajna, że w pewnym sensie w waszym domu wojna cały czas trwa?

- Inność mojej rodziny była co najmniej podwójna. Po pierwsze oboje moi rodzice są literatami, a ja urodziłam się w małym śląskim miasteczku. Tak więc to, że rodzice zajmowali się głównie czytaniem książek i pisaniem, to już był jakiś wyróżnik w tym środowisku. Inne było nawet to, że moja mama nie miała trwałej ondulacji, jak większość kobiet w latach 60., lecz chodziła z długimi rozpuszczonymi włosami. Dzieci na podwórku mówiły, że mam mamę czarownicę! Opowieść mojej mamy o jej wojennym sieroctwie bardzo wcześnie do mnie dotarła i właściwie była dla mnie normalna. Nie byłam przecież jedynym dzieckiem, które nie miało dziadków w tamtych latach, ponieważ podczas wojny osieroconych zostało wiele dzieci. I te dzieci, ledwo dorosły, zakładały czym prędzej swoje rodziny.

Żeby zacząć nowe życie.

- Żeby znów mieć dom. Żeby poczuć odprężenie i się zakorzenić. To nie było więc dziwne. Było mi bardzo żal mojej mamy, że dźwiga na sobie taki ciężar, że jest sierotą, bo przecież każde dziecko bardzo dobrze czuje, co to znaczy nie mieć matki. Małe dziecko „traci” matkę, nawet kiedy ona wychodzi tylko na godzinę. To instynktowny pierwszy lęk. Potem uczymy się jeszcze innych lęków.

Wróćmy więc do tej chwili, kiedy wszystko się zaczęło w pani rodzinie. 1 czerwca 1943 r., wioska Sochy na Zamojszczyźnie - co się wydarzyło?

- Dla prawie wszystkich mieszkańców - skończyło się życie, a wieś przestała istnieć. Dla tych nielicznych, którzy przeżyli - skończył się jeden świat, bezpieczny, przytulny i pełen miłości, a zaczęło się trwanie na pustkowiu. 1 czerwca 1943 r. o świcie rozpoczęła się w Sochach tzw. karna ekspedycja, czyli pacyfikacja połączona z eksterminacją. To było kilka apokaliptycznych godzin. Najpierw Niemcy schodzili ze wzgórz (Sochy leżą w niewielkiej dolinie na Roztoczu), strzelali kulami zapalającymi w zabudowania, a z karabinów maszynowych do mieszkańców wsi, którzy wybiegali z domów. Następnie Niemcy zeszli na podwórka i dobijali tych, którzy jeszcze nie zginęli, podpalali te domy, które dotąd nie spłonęły. A potem nadleciały samoloty w liczbie dziewięciu, które tę wioskę po prostu wbiły w ziemię bombami. Huk był podobno tak wielki, że wyrywał głos z płuc, wszyscy mieli poczucie, że to naprawdę koniec świata. A kiedy odleciały samoloty, taka cisza zapadła, że wydawało się, że nikt w ogóle nie przeżył. Potem ci nieliczni, cudem ocaleni, podnosili się powoli, sprawdzali, czy świat w ogóle jeszcze istnieje.

Po lewej: Sochy po pacyfikacji (źródło: Wikipedia / Kolekcja zdjęć z II wojny światowej dr. Marka Tuszyńskiego); po prawej: zegarek z dewizką - jedyna materialna pamiątka rodzinna, która przetrwała pacyfikację (fot. archiwum autorki)Po lewej: Sochy po pacyfikacji (źródło: Wikipedia / Kolekcja zdjęć z II wojny światowej dr. Marka Tuszyńskiego); po prawej: zegarek z dewizką. Jedyna materialna pamiątka rodzinna, która przetrwała pacyfikację (fot. archiwum autorki)

Pani w tej opowieści właściwie wciela się w swoją mamę, wówczas dziewięcioletnią dziewczynkę. I oczami Tereni Ferenc oglądamy tę „małą Zagładę”. Widzimy, jak Niemcy zabijają jej tatę, potem mamę w ciąży, dalszą rodzinę, sąsiadów. Opisuje to pani, jakby tam była.

- To, że jestem także poetką, z pewnością pomogło mi podczas pisania tej mojej najważniejszej książki. Poeta jest kimś, kto patrząc na świat, rezygnuje z wielu filtrów, z gotowych interpretacji, z wszelkich „ochronników”. Poeta nie może być egotystą, musi czuć ludzi, mieć rozwiniętą empatię do granic bólu. Poza tym ja się z tą opowieścią mojej mamy utożsamiałam od dziecka i to też jest przyczyna takiego poziomu emocji w książce.

To jest przecież opowieść jednej dziewczynki - Tereni, przekazywana innej dziewczynce - Ani. O dniu, w którym jej rodzice i wszyscy wokół giną, a ona bierze za rękę dwuletniego braciszka i pięcioletnią siostrę, mija zwłoki rodziców i idzie w świat.

- Ten dzień się tak utrwalił, jak mogło się to odbyć w świadomości dziewięcioletniego dziecka. Tak więc kiedy mama ze mną rozmawiała, to często był to właśnie jakby dialog dwóch dziewczynek, które opowiadają sobie o najbardziej strasznych rzeczach na świecie. I ja to w taki sposób zapamiętałam.

„Mała Zagłada” jest także w znacznej części opowieścią o traumie drugiego pokolenia. Wspomina pani, jak w dzieciństwie stwierdzono u pani objawy choroby sierocej, a co jeszcze bardziej zdumiewające - także pani dzieci je miały. Mimo wychowywania się w pełnej rodzinie, w bezpiecznym otoczeniu, uczucie opuszczenia przetrwało zakodowane głęboko w kolejnych generacjach...

- Tak naprawdę zamierzałam napisać historię mojej matki, przydając temu walor bardziej uniwersalny. To, że stało się to także moją historią, właściwie wynikło tylko stąd, że chciałam wewnętrznie, na głębokim poziomie, spotkać się z moją mamą. Dlatego że ona jest już stara, ja też niemłoda, obie jesteśmy z charakterem i między nami bywało różnie. W pewnym momencie mama poważnie zachorowała i poczułam, że muszę zdążyć złapać ten moment, kiedy się z nią zetknę tak po ludzku. Nie tylko jako córka i matka, chociaż także i w tych rolach. Gdy byłam dzieckiem, dorastającą dziewczyną, buntowałam się, czułam się zniewolona. Widziałam, że moja mama niektórych rzeczy organicznie nie znosi, np. zawsze musiałam być w domu o konkretnej porze, mama najchętniej nie puszczałaby mnie nigdzie po zmroku. Miała bardzo wysoki poziom lęku, którym mnie zaraziła. W książce „Dziewczyna z zapałkami” piszę o tym, jak ona od drzwi do okna nerwowo chodzi, a ja, będąc gdzieś, gdzie mi się udało wyrwać, też chodzę od drzwi do okna. Jak w lustrzanym odbiciu. Bo ona czeka na mnie, a ja nie mogę wytrzymać tego jej czekania, owego lęku, który bez względu na odległość mnie dopada. Dopiero później zaczęłam składać to w całość. Rozumieć depresje mojej mamy, kiedy na przykład mój ojciec wypływał w rejs. Tata kocha morze, dużo pływał statkami i zbierał w ten sposób doświadczenia jako poeta. Kiedy znikał na dłuższy okres, mama kompletnie się rozpadała. Nie wiedziałam dlaczego. Dziś wiem. Dlatego, że to ojciec był jej domem, ona na nim zbudowała swój powojenny świat. Nawet bardziej na nim niż na dzieciach, bo potrzebowała opieki, a ojciec jest bardzo silnym psychicznie człowiekiem. Pisząc, dochodziłam do tego wniosku, że tak, że to jest prawda; odkryłam w swoim jednostkowym losie absolutną prawdziwość dziedziczenia traumy. Tak, jakbym tą książką sama sobie postawiła diagnozę.

Nie czytała pani opowieści o traumie drugiego pokolenia napisanych przez potomków europejskich Żydów, którzy przeżyli Holocaust? Nie próbowała pani przejrzeć się w tych relacjach?

- Książka Mikołaja Grynberga, która jest zbiorem wywiadów z dziećmi ofiar Holocaustu, wyszła dopiero niedawno, jeszcze nie miałam okazji jej przeczytać. Zrobię to z wielką ciekawością, zwłaszcza że mamy razem uczestniczyć w tej samej audycji radiowej. Widziałam natomiast wcześniej dokumenty tego rodzaju zrealizowane na Zachodzie, np. film „Dziedzictwo”. Są tam pokazane zarówno dzieci ofiar, jak i dzieci zbrodniarzy wojennych. Każde z własną traumą. Patrzyłam, jak ci ludzie się zmagają, podróżują śladami historii rodziców. Jednak o tym, że jesteśmy podłączeni niewidzialnymi kabelkami do poprzednich pokoleń, przecież wiadomo. Inaczej nie byłaby potrzebna psychoterapia, nie działałyby ustawienia hellingerowskie itd.

Niektórzy nazywają metodę ustawień Hellingera szarlatanerią.

- Gdyby to była stuprocentowa szarlataneria, toby się to nie udawało w ogóle, a jednak w znacznym procencie to działa. Jesteśmy strasznie materialistyczną cywilizacją, tu, na Zachodzie. Nie doceniamy siły ducha tylko dlatego, że go nie widać. Ale to, że czegoś nie widzimy, nie świadczy o tym, że tego nie ma.

Po lewej: Kropka, Jaś i Terenia. Zdjęcie zrobione około rok przed pacyfikacją Soch; po prawej: Terenia Ferenc i jej brat Jaś. Zdjęcie zrobione dwa miesiące po pacyfikacji Soch (fot. archiwum autorki)Po lewej: Kropka, Jaś i Terenia. Zdjęcie zrobione około rok przed pacyfikacją Soch; po prawej: Terenia Ferenc i jej brat Jaś. Zdjęcie zrobione dwa miesiące po pacyfikacji Soch (fot. archiwum autorki)

Bez chowania się za fikcyjne postaci opisuje pani bardzo osobiste przeżycia. Nie bała się pani nadmiernego odsłonięcia przed światem?

- Akurat w tym wypadku nie było potrzeby, żeby zmieniać imiona bohaterów. Wręcz przeciwnie, wszyscy bohaterowie bardzo chcieli, żeby ich zapamiętać. Dlatego że to jest głęboka potrzeba każdego człowieka, szczególnie w wieku podeszłym - „niech mnie ktoś zapamięta”. Inaczej nie mielibyśmy napisów na nagrobkach. Potomkowie powinni stanąć na wysokości zadania i tworzyć albumy. I moja książka jest takim specyficznym albumem rodzinnym.

Tytuł książki „Mała Zagłada” nawiązuje do tego, że pacyfikację Soch przeżyły głównie dzieci.

- Tak, kilku starców, garstka kobiet i małe dzieci, które w większości zostały całkowicie osierocone. Niemcom głównie zależało na wybiciu mężczyzn. Jednak ginęli wszyscy, w tym czterdzieścioro pięcioro dzieci, także niemowlęta na rękach matek. Ci, co pochowali się w zbożu, mieli jakąś szansę, ich najtrudniej było strzelcom wypatrzyć.

Ta niemiecka akcja była sprowokowana kontaktami wsi z partyzantką. Sochy jednak nie były jedyną taką wsią na Zamojszczyźnie.

- Nie są jedyne, ale są jakoś symboliczne, ponieważ ta wieś została totalnie zniszczona. W dyskursie międzynarodowym, który był intensywniejszy po wojnie, nazwa Sochy była jednym tchem wymieniana z czeskimi Lidicami, francuskim Oradour, włoskim Mazinotte - tymi symbolicznymi miejscowościami w Europie, które zostały zmiecione z powierzchni ziemi. Sochy też tak funkcjonowały, po czym sami z pamięci o nich zrezygnowaliśmy, zapomnieliśmy pamiętać...

Przychodzi taki moment, kiedy tracimy perspektywę jednostkową tej apokalipsy i zaczynamy operować wielkimi liczbami, które w istocie nic nie znaczą. Nie czujemy ich. Może o to chodzi?

- Im większa jest ta liczba, tym bardziej jest abstrakcyjna. Dlatego jedno jedyne zniszczone Oradour-sur-Glane w wojennej Francji zostało zapamiętane, a nawet zmitologizowane: powstał o tych wydarzeniach wspaniały film z Romy Schneider w latach 70. Także Lidice doczekały się fabuły, muzeów i pamięci, a w Polsce... Piszę w książce, że jesteśmy hurtownikami wojennej krzywdy, największej w Europie. I cóż z tym zrobić? Wszyscy są już nami znudzeni. Już w latach 90. w podręczniku historii o dzieciach Zamojszczyzny jest bardzo niewiele. A w podręcznikach niemieckich nie ma nic i tamtejsi nauczyciele historii nie mają w ogóle pojęcia, jaką potężną akcją były niemieckie wysiedlenia na Zamojszczyźnie.

Pani zbierała relacje ostatnich żyjących świadków pacyfikacji z Soch. Jak wyglądał ten proces przygotowania do książki?

- Tych osób było już niewiele. Rozmawiałam oczywiście z mamą, z jej rodzeństwem - to były długie godziny nagrań. A co do ludzi z Soch, to oni mi dosłownie umierali w trakcie, ledwie zdążyłam do Bronki Szawary, która teraz jest po wylewie. Mnie się jeszcze udało z nią porozmawiać, zainicjować profesjonalną dokumentację filmową. Bronisława Szawara była najważniejszym świadkiem, bo w dniu pacyfikacji miała już 16 lat, pamiętała najwięcej.

Po lewej: Terenia Ferenc w dniu Matki Boskiej Zielnej. Fotografia wykonana tuż przed wojną; po prawej: Dorosła matka Anny Janko, Teresa Ferenc  (fot. archiwum autorki)Po lewej: Terenia Ferenc w dniu Matki Boskiej Zielnej. Fotografia wykonana tuż przed wojną; po prawej: dorosła matka Anny Janko, Teresa Ferenc (fot. archiwum autorki)

Ale był w latach 70. tekst Hanny Krall poświęcony Sochom.

- Hanna Krall zrobiła obszerny wywiad z całą naszą czteroosobową rodziną, bodajże w 1978 r. Moja mama opowiedziała jej wtedy o Sochach. Ale nic więcej z tego nie wynikło. Tekst wydrukowany został w lokalnym trójmiejskim tygodniku „Czas”, nigdy nie trafił do żadnej książki pisarki. Lokalność wojennej historii Zamojszczyzny - oto, co mnie zaskoczyło podczas zbierania materiałów dotyczących pacyfikacji na Lubelszczyźnie. Jest rzeczywiście sporo relacji świadków z minionych dekad, z lat 60., 70., ale w większości są to publikacje wydawane lokalnie, w małych oficynach, a nawet własnym sumptem. Docierałam do tekstów niskonakładowych, sprzedawanych w małych księgarenkach, np. w Zwierzyńcu, i do takich, co leżały u ludzi w szufladach, powielane. Miałam wrażenie, że tragedia Zamojszczyzny pozostała tylko w jej granicach. Nie weszła na stałe w zbiorową polską pamięć. W ostatnich latach to się zaczęło zmieniać, zaczęły powstawać ważne książki, doskonałe opracowania, dzięki lubelskiemu oddziałowi IPN. I tylko potrzeba nam woli medialnego rozpowszechniania tej wiedzy. Skoro przychodzą do mnie dwudziestoparoletni dziennikarze, którzy nie mają pojęcia, co to był Ostplan, to znaczy że na lekcjach historii było o tym za mało albo wcale. Hasło „dzieci Zamojszczyzny” kojarzy się młodym ludziom tylko z owymi pociągami wiozącymi dzieci do Niemiec i z akcją germanizacyjną. Nie znają żadnych szczegółów, a przecież tysiące dzieci zginęło. W Auschwitz, na Majdanku, w obozach przesiedleńczych, jak ten w Zamościu. Dziecko umiera bardzo łatwo, byle gorączka, głód, brud je zabija, a w Zamościu były straszne warunki... Ile dzieci zniknęło za granicą niemiecką, z nową tożsamością, nie wiadomo do dziś.

Nie poprzestaje pani na szczegółowym zbadaniu rodzinnej historii, ale uniwersalizuje to wydarzenie, pokazuje, że ono się multiplikuje w nieskończoność. W tle pojawia się Holocaust, ale też wojna w Jugosławii, Kambodża czy ludobójstwo w Rwandzie. Zagłady całkiem współczesne i wszędzie giną dzieci...

- Zazwyczaj myślimy o dzieciach w sposób „gatunkowy”, nie jak o indywiduach. Bo w istocie są one najpierw tak jakby tajemniczymi gośćmi na ziemi, przybywają do nas z zaświata i są symbolem niewinności, słabości, więc potrzebują ochrony i opieki. Trudno mówić, że jest lepsze i gorsze dziecko. Polskie, żydowskie, afrykańskie. Właśnie dlatego w taki sposób piszę o dzieciach w swojej książce, łączę je, niezależnie od tego, skąd pochodzą. Japońskie dzieci, które ginęły w Hiroszimie, były z wrogiego kraju i potencjalnie mogły być dziećmi zbrodniarzy wojennych; Japończycy mają swoją czarną kartę straszliwych wojennych zbrodni. Ale przecież każde dziecko do pewnego momentu idzie przez życie z „legitymacją niewinności” i gdy ginie, gdy cierpi, kompletnie nie rozumiejąc tego, co się wokół niego dzieje - to jest to podwójnie zbrodnicze, bo także w jakimś metafizycznym wymiarze.

Pani to pokazuje. Jest dziecko, które jednego dnia ma mamę, tatę, lalkę, swoje łóżeczko, podwórko. Następnego dnia na jego oczach to wszystko zostaje mu odebrane.

- W ten sposób ono traci grunt pod nogami i niebo nad głową, pozostaje w kosmicznej pustce. To, co dziecko już zdążyło sobie ułożyć z „rzeczy pierwszych”, podstawowe relacje ze światem, zwykle oparte na miłości, zostaje zniszczone. I teraz jest pytanie: czy dziecko będzie w stanie to odbudować? Były takie dzieci, które nigdy już nie potrafiły tego dokonać. Przecież choroby psychiczne związane z traumą wojenną są bardzo częste. Wydaje się, że także w drugim pokoleniu. O tym nie pisałam w swojej książce, bo odkrywanie prywatności ma swoje granice. Musiałabym czekać na śmierć wielu osób, żeby do końca opisać, jakie okaleczenia to wydarzenie zostawiło w psychice świadków i w życiu ich dzieci. Według współczesnych badań zła pamięć nigdy nie umiera. Ona jest zapisana w mózgu na stałe, a umysł odczytuje ją wciąż od nowa. Moja mama na każdą informację z mediów o jakimś konflikcie zbrojnym i ginących w nim ludziach reagowała załamaniem.

Z jednej strony bada pani sytuację dzieci, którym rozpadł się świat, z drugiej - zajmuje się ich oprawcami. Pojawia się motyw tzw. czarnej pedagogiki. Przywołuje pani koncepcję, zgodnie z którą nazizm wywodzi się po części ze sposobu, w jaki wychowywano dzieci w Niemczech i Austrii, a który był zimny, pełen przemocy. Pisała o tym dużo amerykańska psychoterapeutka Alice Miller, ten temat poruszył też w filmie „Biała wstążka” Michael Haneke.

- Ale Haneke w gruncie rzeczy ominął wszystkie drastyczne szczegóły! Oddał tylko atmosferę potwornego napięcia, w jakim żyły dzieci. Coś gdzieś się dzieje, w piwnicach podświadomości... Te historie, które wyciągają w tej chwili psychohistorycy, to są konkretne przykłady pastwienia się, a działo się to na przełomie wieków na masową skalę, w zgodzie z ówczesną „filozofią” wychowania, spisaną w sprzedawanych wtedy podręcznikach.

Dlaczego zdecydowała się pani tę swoją rodzinną historię przenieść w ten „plan uniwersalny”?

- To było naturalne. Przecież nasze historie prywatne nie mają większego znaczenia, zyskują je dopiero w zestawieniu z innymi podobnymi opowieściami, w zderzeniu, w konflikcie, w relacji, czyli w kontekście. To, co złe dla nas, może być dobre dla innych, na przykład dla naszego wroga. To, co dobre dla mojego sąsiada, bywa moją krzywdą. Prywatne faktografie szybko umierają, jednak jeśli dołączy się je do historii powszechnej, zostaną na zawsze w systemie luster odzwierciedlających prawdę o człowieku w ogóle. Taki jest cel wszelkiej narracji artystycznej.

Po lewej: babcia Anny Janko, Józia. Jedyne zachowane zdjęcie, zrobione kilkanaście miesięcy przed śmiercią; po prawej: dziadek Anny Janko, Władek Ferenc (fot. archiwum autorki)  (fot. archiwum autorki).Po lewej: babcia Anny Janko, Józia. Jedyne zachowane zdjęcie, zrobione kilkanaście miesięcy przed śmiercią; po prawej: dziadek Anny Janko, Władek Ferenc (fot. archiwum autorki)

A jak pani dzieci postrzegają tę rodzinną opowieść? Rozmawia pani o tym z nimi?

- Widzi pani, jak to jest w tych polskich rodzinach. Ja jestem Polką z jakimiś odległymi korzeniami węgierskimi. Moja córka jest Polką z odległymi korzeniami węgierskimi po mnie i żydowskimi po ojcu. Studiowała kulturoznawstwo, zajmowała się językiem Holocaustu, napisała hermeneutyczną pracę na ten temat i jest w tej kulturze głęboko zanurzona. Pamięć Holocaustu była w niej silniejsza. Dopiero niedawno, kiedy posłałam jej tekst mojej książki w maszynopisie, zrobiła w swej świadomości miejsce dla Soch. Teraz musi przetrzeć szybę swojego widzenia i zobaczyć historię własnej rodziny jako wielowątkową całość. Sądzę, że zaczyna się czas, gdy to drugie (i trzecie) pokolenie, Polaków-Polaków i Polaków-Żydów, tak właśnie powinno spoglądać na historię. Nie „my” i „oni”, oddzieleni absurdalną „pośmiertną” granicą. Spróbujmy poczuć wspólnotę żałoby. Chodzi o to, żebyśmy my, jako ofiary II wojny światowej, nie dali sobą manipulować.

Czy napisanie tej książki coś w pani zmieniło? Relacja z mamą jest teraz inna?

- W relacji z mamą osiągnęłam to, co chciałam osiągnąć, pisząc tę książkę. Myślę, że jestem lepszą córką, po prostu tak to czuję. Mam do mamy łatwiejszy dostęp emocjonalny, który dotąd się blokował od mojej strony. Natomiast inne rzeczy, które mi się przy okazji tej książki udały, są dla mnie zaskoczeniem.

Jakie rzeczy?

- Całe życie borykam się z problemem niezakorzenienia. Nie wiem, z jakiego miejsca jestem. A już mam tyle lat, że chciałabym mieć swoje miejsce na ziemi, choćby symboliczne. Tymczasem ciągle się przeprowadzam, zmieniam miasta, w niektórych mieszkałam nawet dwukrotnie w różnych odstępach czasu, co jest z lekka absurdalne. Za każdym razem wydawało mi się, że przeprowadzam się „na zawsze”...

Ta książka przyniosła jakiś rodzaj zakorzenienia?

- Właśnie. Zakorzeniłam się w tej historii. Moi dziadkowie, kiedy zginęli, byli w wieku moich dzieci dzisiaj. To mną wstrząsnęło. Ojciec mojej mamy miał w 1943 r. trzydzieści trzy lata i tyle ma teraz mój syn. Córka jest niemal w wieku mojej babci, gdy została zastrzelona. To odkrycie jest w tym wewnętrznym wymiarze bardzo symboliczne i mocniej mnie związało z dziadkami. Stali się jakby realni, a moje uczucie odnalazło ich na tej mapie emocjonalnej, którą każdy z nas na w środku. „Zszywałam” się z tą krainą roztoczańską powoli i teraz nagle się okazało, że to miejsce jest dla mnie bardzo ważne. Moja rodzina, która tam mieszka, potomkowie Staszki, ciotecznej siostry mojej mamy (która też miała dziewięć lat w czasie pacyfikacji, ale której matka przeżyła), to są bardzo bliscy mi ludzie, jak się okazało. Gdzieś ponad czasem, ponad tymi dekadami, które minęły bez kontaktu. Mam nadzieję, że będę tam wracać, jak do rodzinnej wsi mojej mamy, zamiast niej. Ona tam nie jeździła i nie pojedzie już nigdy, ale ja będę to robiła, ponieważ w jakimś sensie, w jakiejś części duszy jestem swoją matką.

No i ustąpiła tajemnicza alergia, którą miała pani przez wiele lat, przyjeżdżając w tamte strony...

- Ustąpiła. Za każdym razem, gdy tam jeździłam, puchło mi gardło, nie mogłam mówić, dusiłam się, skóra pokrywała się bąblami (moja mama po pacyfikacji nie mogła mówić przez tydzień, miała gardło jak z kamienia...). Nie mogłam zostawać dłużej, bo nie pomagały żadne leki. A teraz to ustąpiło. Można to uznać za symboliczne, ale lekarze by powiedzieli, że układ odpornościowy po prostu dojrzał (śmiech). Brzmi to rzeczywiście dobrze jako metafora dziedziczenia losu.

Książka "Mała Zagłada" do nabycia w promocyjnej cenie na Publio.pl

 

Anna Janko (ur. 1957). Poetka, pisarka i felietonistka „Zwierciadła”. Córka poetów: Teresy Ferenc i Zbigniewa Jankowskiego. Debiutowała jako poetka w 1977 r. Pierwszą - znakomicie przyjętą przez krytykę - powieść „Dziewczyna z zapałkami” wydała w 2007 r.; książka otrzymała nominację m.in. do Literackiej Nagrody Europy Środkowej „Angelus" i Nagrody Mediów „Cogito". Dwukrotnie nominowano Annę Janko do Nagrody Literackiej „Nike" - za tom „Świetlisty cudzoziemiec” (2001) i powieść „Pasja według św. Hanki” (2013).

Anna Sańczuk. Z wykształcenia historyczka sztuki, z zawodu dziennikarka, czasem zajmuje się również PR-em kultury. Współautorka książki „Warszawa. W poszukiwaniu centrum". Razem z Maciejem Ulewiczem prowadzi program „KULTURA DO KWADRATU" na antenie Polsat News 2. Projektuje i szyje biżuterię pod marką SANKA. Mieszka w Warszawie na Starej Ochocie.

Komentarze (84)
Zaloguj się
  • ciotka_ltd

    Oceniono 69 razy -9

    Zdenerwowal mnie twoj post, @parsom
    Taaa... Przegraliscie wylacznie na wlasna polska prosbe. Bo swiat jest ciekawy, co sie u was dzialo, praca Daviesa o powstaniu warszawskim sprzedawala sie w swiecie anglosaskim jak cieple buleczki...
    Czy to swiata wina, ze - majac duzo wiecej polskiej emigracji w swiecie, nizli maja jej Zydzi, nie potrafiliscie z niej zrobic uzytku i informowac o polskich wojennych losach calego swiata?
    O co pretensje do Zydow? O to, ze nauki jezykow obcych sie nie bali?

  • kontest_two

    Oceniono 7 razy -3

    To oczywiste, że Hanna Krall nie napisała o tym w żadnej książce: to nie byli Żydzi tylko jacyś Polacy.

  • wlomat1

    Oceniono 6 razy -2

    Ssory - ale ja nie rozumiem co ten artykuł robi w GW? To skandal!!! Każdy przecież wie że ofiarą II WŚ może być tylko Żyd.
    Polak to jest przecież ten który Niemcy niezbyt umiejętnie i gorliwie przeszkadzali w mordowaniu Żydów - no nie ?>?>?>?>?>?

  • WeronikaS

    0

    Wspaniały wywiad...! Tyle się dowiedziałam, wiele odniesień do innych dzieł, książek, sytuacji z historii. I oczywiście "Małą zagładę" przeczytam.

  • kimdongun

    Oceniono 8 razy 0

    Ani nie zabijali Rosjanie, ani nie ginęli Żydzi. Wydarzenie słabo medialne.

  • michi3

    Oceniono 10 razy 2

    I jak zwykle większość komentarzy to rozważania nie na temat lecz o Żydach.
    Tak Żydzi winni są tylu rzeczom nawet założeniu chrześcijaństwa. Żydzi skłonili nawet Boga by Żydówka została matką Mesjasza.

  • wysad

    Oceniono 19 razy 3

    To pewnie Rosjanie zrobili, jak propaguje masa debili.

  • a.k.traper

    Oceniono 10 razy 6

    Polska, a szczególnie województwa wschodnie miała duży odsetek mieszkańców pochodzenia żydowskiego, na opisywanej Zamojszczyźnie i w ogóle na Lubelszczyźnie niektóre miasteczka liczyły 50% i więcej Żydów ,stąd wiele obozów i podobozów na tym terenie, z wiosek Niemcy wygarniali Żydów w kilka godzin i słuch po nich ginął na Majdanku, łatwiej było im się ukrywać w większych miastach, w wioskach to było duże ryzyko i to nie z powodu niektórych ludzi a Niemców często organizujących różne akcje.
    Na Zamojszczyźnie Niemcy chcieli przeprowadzić kolonizację ze względu na żyzne ziemie, prawdopodobnie mieli też takie plany na Wołyniu ale Ukraińcy z nimi współpracowali więc trafiło na Zamojszczyznę.
    Jeżeli się doda problem Ukraiński na tych terenach, działalność 27 DP AK oraz oddziałów radzieckiej partyzantki a także AL i GL to otrzymamy dość ciekawy obraz Polski w czasach okupacji oraz tuż po przejściu frontu, kiedy to pociągi "przyjaźni" wywiozły wielu ludzi a niektórzy ukrywali się kilkanaście lat.
    Żydów Niemcy tępili jak robactwo, to fakt, do Polaków - partyzantów strzelali i Niemcy i Rosjanie, za pomoc Żydom rozstrzeliwano na miejscu i trzeba akcentować. że to Niemcy byli autorami tego ludobójstwa, nie naziści, faszyści a Niemcy.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX