Ania Alboth z córkami Milą i Hanią (fot. Thomas Alboth)

Ania Alboth z córkami Milą i Hanią (fot. Thomas Alboth) (Ania Alboth z córkami Milą i Hanią (fot. Thomas Alboth))

reportaż

Rodziny bez granic. Czy warto podróżować z małym dzieckiem na kraniec świata?

- Od 9 do 17 oboje w pracy. Jedno dziecko z opiekunką, drugie w przedszkolu. Wspólnie czas spędzaliśmy w weekendy. Stwierdziliśmy, że nie chcemy tak żyć - wspomina Magda Banasik. Ona zostawiła za sobą etat organizatora turystyki. On pożegnał się z pracą programisty. Rodzina, przyjaciele - wszyscy zgodnie stwierdzili, że Magda z Sebastianem upadli na głowę. Łódka, którą postanowili płynąć, miała niecałe 8,5 metra długości. Ida, ich córeczka, właśnie skończyła 1,5 roku. Igor już w trakcie rejsu obchodził 4. urodziny. Czy faktycznie zwariowali? Poznajcie ludzi, którzy zdecydowali się wychowywać dzieci w podróży.

Miałam dwadzieścia jeden lat, kiedy jako singielka, blondynka (kolor włosów miał w tym wypadku kulturowe znaczenie) zamieszkałam na Synaju Południowym. Podróże (nad- i podwodne) po Egipcie zajęły mi w sumie ponad rok. Później wielokrotnie w pojedynkę wyjeżdżałam do Indii. Na pustyni wśród Beduinów czy w dżungli w towarzystwie upojonych alkoholem Hindusów czułam się bezpieczniej niż w weekend po północy w niektórych dzielnicach Warszawy. Na pytanie: Czy jedziemy? najczęściej odpowiadałam: Tak! Na pytanie: Gdzie? krzyczałam: Im dalej od cywilizacji, tym lepiej...

Za kilka tygodni na świecie pojawi się Janek, mój pierworodny synek. Jeszcze na początku ciąży wydawało mi się, że jego narodziny nie zmienią w moim życiu zbyt wiele. Dziś wiem, że zmienią mnóstwo. Czy ewoluuje również moje beztroskie podejście do podróżowania?

Co zrobić z życiem, kiedy dziecko kończy pół roku?

Kiedy półtora roku temu spotkałam się pierwszy raz z bohaterami tego tekstu - rodzinami podróżującymi z małymi dziećmi, zafascynowały mnie ich odwaga, wiara i beztroskie podejście do życia. "Szaleńcy..." - myślałam jednak gdzieś głęboko. Dziś z Maćkiem, moim mężem, sami planujemy pierwszy wyjazd z dwumiesięcznym Jankiem. Jeśli wszystko pójdzie gładko, wiosną poprowadzimy detoks i warsztaty w Dahab. - Chyba upadłaś na głowę?! - usłyszałam podczas rozmowy z moim tatą. Po chwili zawahania przypomniałam sobie twarze beztroskich Rosjanek przechadzających się brzegiem Morza Czerwonego z umieszczonymi w chustach dziećmi...

Słuchaj! Jestem w tej chwili z Frankiem w Indiach i rzadko mam tutaj dostęp do internetu. Wracamy w przyszły poniedziałek. Czy możemy się wtedy zdzwonić? Z tym że mój telefon jakiś tydzień temu zmienił właściciela. Pewnie jeszcze przez jakieś 2 tygodnie nie będę osiągalna pod numerem. Chyba że dodzwonisz się do jakiegoś Hindusa, to powiedz mu, że telefon może zatrzymać. Niech odda mi zdjęcia, które w nim są - Alicja odpowiedziała na moją wiadomość w styczniu.

Alicja i Franek (fot. A. Szalas)Alicja i Franek (fot. A. Szalas)

Kiedy w grudniu wyruszała w trzytygodniową podróż do Indii, miała 26 lat. Jej synek - niespełna 4 miesiące. Dokładnie rok temu przygotowywałam się do rozpoczęcia wyprawy w poszukiwaniu szczęścia. Trwała całe 6 dni... Ma na imię Franek i teraz podróżujemy razem - napisała w portalu społecznościowym.

Bo co zrobić z życiem, kiedy dziecko kończy pół roku? Wraz z naszymi małymi córeczkami zdecydowaliśmy się żyć życiem, o którym zawsze marzyliśmy. I tak oto mama, polska dziennikarka, z tatą - niemieckim fotografem, nosidłami na plecach i dziewczynkami odwiedza raz Czeczenów, raz Majów i na tym właśnie blogu o tym pisze - zaczyna Ania Alboth blog Family without borders (wyróżnionego w 2011 r. tytułem blog roku przez magazyn "National Geographic"). Toma, swojego męża, Niemca, poznała w 2008 roku w Belgii. Już miesiąc później podróżowali razem. Po niespełna dwóch latach zaszła w pierwszą, planowaną ciążę. Jej końcówkę przeleżała z nogami do góry w szpitalu. Gdy Hania skończyła 7 miesięcy, zapakowali auto pieluchami i słoiczkami. Przez Ukrainę, Rumunię, Mołdawię, Rosję, Bułgarię, Serbię i Azerbejdżan dotarli aż do Turcji. Ich głównym przewodnikiem była intuicja.

Ania Alboth z córkami Milą i Hanią (fot. Thomas Alboth)Ania Alboth z córkami Milą i Hanią (fot. Thomas Alboth)

Planujemy pływać przez 2 lata i w zasadzie mamy jedynie zarys trasy. Bałtykiem i Morzem Północnym na zachód  ("ile się da") przez 2-3 tygodnie. Ten odcinek chcemy pokonać we dwoje bez dzieci. Potem rzekami i kanałami na Morze Śródziemne i dalej w lewo albo w prawo :) już w rodzinnym składzie - Magda Banasik wrzuciła pierwszy wpis na bimsi.home.pl 14 czerwca 2008 roku.

Ona zostawiała za sobą etat (z 10-letnim stażem) organizatora turystyki. On żegnał się ze stałą pracą programisty. Rodzina, przyjaciele - wszyscy zgodnie stwierdzili, że Magda i Sebastian upadli na głowę. Łódka ("Bimsi"), którą płynęli, miała niecałe 8,5 metra długości. Ida, córeczka, właśnie skończyła 1,5 roku. Igor już w trakcie rejsu 4 lata. Oszczędności miało wystarczyć na pierwsze miesiące...

Rodzina Banasików (fot. archiwum prywatne)Rodzina Banasików (fot. archiwum prywatne)

"Szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko"

Do plaż dochodzimy z portów. Są one położone niedaleko, ale w większości kamieniste, woda czysta zachęca do kąpieli. Igor z Idusią korzystają skwapliwie z tej zmiany krajobrazu, zbierają i rzucają kamienie do wody, biegają po plażach. Na szczęście pogoda się nam poprawiła i urządzamy dzieciom nawet basen z wanienki na pokładzie podczas płynięcia i na postojach - pisała Magda, kiedy "Bimsi" przepływała śródlądowe kanały w Niemczech. Następnie przez Strasburg i Lion kierowali się w stronę Barcelony. Stamtąd jeszcze dalej, na Sycylię.

Każdego dnia oddalali się od przyzwyczajeń i utartych schematów. Wypływali poza strefę własnego komfortu. - Od 9 do 17 oboje w pracy. Jedno dziecko z opiekunką, drugie w przedszkolu. Wspólnie czas spędzaliśmy w weekendy. Stwierdziliśmy, że nie chcemy tak żyć. Powoli wszystkie obawy topniały. Kiedy skończyła nam się kasa, Sebastian pracował dorywczo na dużych jachtach motorowych. Dzieciaki miały nas, miejsce do spania, zabawki (najczęściej kamyczki i patyki znalezione na plaży) i posiłki o stałej porze. Czytaj: wszystko, co im do szczęścia potrzebne. Ładne widoczki były tylko miłym dodatkiem - Magda zobaczyła, że znaki zapytania dotyczące zdrowia Igora i Idusi, które pojawiły się przed rozpoczęciem rejsu, były projekcją jej własnych lęków. Dwa przeziębienia, lekkie zatrucie pokarmowe i kaszel - tak wyglądał bilans chorobowy najmłodszej części załogi.

Igor i Ida (fot. archiwum prywatne)Igor i Ida (fot. archiwum prywatne)

Ania podkreśla, że podstawą podróży z małymi dziećmi są lokalni znajomi. To oni pomagają w sytuacjach awaryjnych - gdy potrzebny jest lekarz lub kontakt z policją. Im zaprzyjaźnieni Gruzini uświadomili obecność czwartego współpasażera. Nudności i senność towarzyszyły Ani od Rumunii. Dopiero w Gruzji zorientowała się, że jest w drugiej ciąży.

Pierwsze "zdjęcie" (USG) Mili, nienarodzonej córeczki, opisane jest po gruzińsku. Kolejne po ormiańsku i turecku. - Nawet przez moment nie przyszło nam do głowy, aby zawrócić. Każdy kolejny dzień był przygodą. Rozwijało się we mnie nowe życie. Jednocześnie obserwowałam, jak zmienia się Hania. Pierwsze, samodzielne kroki postawiła w Serbii. Byliśmy na targu. My reperowaliśmy auto i pakowaliśmy milion naszych rzeczy, a ona odepchnęła się od pudła i poszła! Dźwięk słowa "mama" usłyszałam nad wodospadem w Rumunii. Nie zagłuszył go nawet szum wody - Ania mówi, że każdy dzień wyprawy różnił się od poprzedniego. Dzięki temu zapamiętała obrazy, dźwięki i smaki. Wszystkie w najdrobniejszych szczegółach. Po powrocie do Berlina urodziła się Mila. Została z dziewczynkami sama w domu. Utraciła większość tej uważności. Czujność wróciła, gdy zdecydowali się ponownie wyruszyć...

Hania w Turcji (fot. Thomas Alboth)Hania w Turcji (fot. Thomas Alboth)

Hania, Ania i Mila na Fidżi (fot. Thomas Alboth)Hania, Ania i Mila na Fidżi (fot. Thomas Alboth)

Alicja wspomina pewien grudniowy poranek w garderobie. Wspinała się po pudła ze swetrami. Razem z zakurzonym pakunkiem spadł jej na głowę plecak podróżny. - Byłam zmęczona pracą, nieprzespanymi nocami w szpitalu - Franek cierpiał na ostrą żółtaczkę poporodową - zimą i bałaganem w mieszkaniu. Nie potrafiłam dojść do siebie po porodzie. Zatęskniłam za przygodą. Moja mama jest przewodniczką. Pracuje w Indiach. Zadzwoniłam i chwilę później miałyśmy już gotowy plan. Styczeń, 3 tygodnie, lądujemy w Bombaju, a stamtąd pociągiem przemieszczamy się do Kerali i na Goa - mówi.

A potem dodaje, że ojciec z siostrą, gdy dowiedzieli się o pomyśle, nie dowierzali. Stereotypowy brud i zagrożenie chorobami tropikalnymi - wszystko wydawało się przemawiać na niekorzyść podróży. Był jednak jeden mocny argument "za": szczęście. - Moja przyjaciółka, która ma dwóch synów, zawsze powtarzała: "Szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko!". Franek w duszy jest podróżnikiem. Kilka dni przed tym, jak dowiedziałam się o ciąży, rozstałam się z jego tatą. Sama wyruszyłam do Ameryki Południowej. Na początku do Panamy, aby wypłakać się na jej piaszczystych plażach. Potem z czystą głową i dużym brzuchem miałam przemieścić się do Argentyny. Tam planowałam urodzić. Nie bałam się, bo odkąd pojawił się Franek, zniknął strach. Nudności i złe samopoczucie pokrzyżowały jednak te plany. Wróciłam do Polski. Alicja wspomina, że kiedy kilka lat wcześniej samotnie przemierzała Afrykę i Azję, marzyła o towarzyszu podróży. Nie przypuszczała, że będzie to jej synek...

Franek (fot. A. Szalas)Franek (fot. A. Szalas)

Bez telewizora

Alicja na początku swojej podróży przeżyła szok kulturowy. - W Polsce czapeczka dziecięca jest zachętą do nieproszonej rozmowy. Zimą pani Teresa z klatki obok poucza, że jest za lekka. Latem krzyczy, że dziecko nie może chodzić z gołą głową. Hindusi mają z kolei fioła na punkcie białych dzieci. Jeden z przesądów mówi, że dotknięcie niemowlaka o jasnej skórze przynosi szczęście. Franek był więc przy każdej możliwej okazji tarmoszony, noszony i fotografowany - Alicję przerażała ta nadmierna atencja wobec jej synka. Jednocześnie uczyła się go. Odkrywała, jaką rolę pełni w jego życiu. Na zamkniętej przestrzeni przedziału z kuszetkami najmniejszy grymas potrafił wiele powiedzieć. Zaczęła odróżniać płacz głodu od tego wyrażającego potrzebę przytulenia.

Zaobserwowała, że Franio świetnie radzi sobie z upałem. Uwielbia wodę i ryby. Boi się tłumów. Nie lubi, gdy ktoś zbyt mocno wkracza w jego przestrzeń. - Pewnym zdziwieniem był fakt, że przewijaki, zabawki, grzechotki, tony buteleczek, ubranek, łóżeczka turystyczne, nawet wózek okazały się zupełnie zbędne. Ja, chusta do noszenia (w pociągu i na plaży przerabiana na hamak), kilka ubranek, krem przeciwsłoneczny i pieluszki wielokrotnego użytku były naszym całym wyposażeniem. Udało mi się nawet spakować w ów 35-litrowy plecak, który w garderobie spadł mi na głowę. Zatrzymywaliśmy się w hotelach drugiej kategorii - Alicja dodaje, że kiedy chłopiec zaczął ząbkować, chłodzący żel kupiła na miejscu. Podobnie jak czapkę w rekiny, ubranka i chustę, która zakrywała jej piersi w trakcie karmienia...

Franek (fot. A. Szalas)Franek (fot. A. Szalas)

Rytm rejsu Banasików wyznaczała pogoda. Reszta toczyła się bez związku z tym, czy byli na lądzie, czy na wodzie. Kiedy Ida chciała iść spać, nie czekała, aż zacumują. Igor jadł kanapkę, nawet gdy mocniej wiało i kołysało łodzią. Dzieci przed wyprawą narysowały swoje mapy, żebyśmy się nie pogubili :-). Kotwiczący obok nas czarterowi żeglarze z Niemiec przyglądają nam się z niedowierzaniem (chyba chodziło o dzieci, że ich tak ciągamy po tych skałach), a potem obserwują przez lornetkę, czy nie spadamy - opowiadała Magda na blogu.

Po chwili podkreśla, jak szybko rodzeństwo adaptowało się do nowych warunków. Początkowo nieśmiałe, po dwóch latach lgnęło do obcojęzycznych rówieśników. Zagadywało je w piaskownicy. Igor i Idusia nauczyli się żyć bez telewizora i tony zabawek. Choć 3/4 łódki zajmowały te ostatnie, dzieci bez nich wychodziły na plażę. Potrafiły godzinami bawić się jednym kamieniem. Nie miało dla nich większego znaczenia, gdzie są. Ważne, że były razem z nami - podkreśla Magda.

Ida (fot. archiwum prywatne)Ida (fot. archiwum prywatne)

Ania i Tom z dwójką córeczek (7-miesięczną Milą i 1,5-roczną Hanią) wyruszyli w drugą podróż. W ciągu 6 miesięcy, przez Meksyk, Honduras, Gwatemalę i Belize, planowali dotrzeć do Panamy. Niewielka przestrzeń zakupionego w Cancun pick-upa stała się sypialnią, jadalnią, suszarnią i bawialnią dla dziewczynek.

Podobnie jak w trakcie poprzedniej wyprawy wynajęli swoje mieszkanie w Berlinie. Pieniądze z wynajmu z nadwyżką pokryły koszty utrzymania w dużo tańszej od Europy Ameryce Środkowej. Zdjęcia i materiały prasowe, które przywieźli z wyprawy, były bonusem. - Ciężej było pisać i fotografować, bo mieliśmy dwójkę dzieci. Dwójka to dokładnie dwa razy więcej niż jedno! (śmiech) Całkowicie podporządkowaliśmy się rytmowi ich dnia. Kiedy Mila szła spać, Hania chciała biegać i odwrotnie - Ania mówi, że dlatego jechali dwie, góra trzy godziny dziennie. Resztę czasu poświęcali na rozmowy z tubylcami, zwiedzanie i zabawę. Kiedy szli przez wioskę Majów czy obszary zamieszkałe przez mennonitów (ultrachrześcijańską mniejszość w Ameryce Środkowej - przyp. aut.), Hania rozbawiona wbiegała im do domów. Anka śmieje się, że musiała biec za nią. Gdyby nie córka, nie dowiedziałaby się na przykład, że Majowie mają bzika na punkcie dzieci. Nie nawiązałaby wielu kontaktów.

Tom i Mila (fot. Anna Alboth)Tom i Mila (fot. Anna Alboth)

Dziewczynki umożliwiły im również wjazd na terytorium zapatystów (Armia Wyzwolenia Narodowego w południowym Meksyku - przyp. aut.). Kiedy zasypiały na kocu, pod osłoną nieba, godzinami rozmawiali o życiu i polityce. Z kolei otwarta Hania i mniejsza, bardziej zaborcza Mila w trakcie podróży po Ameryce Środkowej rozdały miejscowym dzieciakom wszystkie swoje zabawki. Dziewczynek nie dziwił ciemny kolor skóry. Otworzyły się na inność i na nowe smaki.

(fot. Thomas Alboth)(fot. Thomas Alboth)

Mila i Hania (fot. Thomas Alboth)Mila i Hania (fot. Thomas Alboth)

Plusy, minusy, kompromisy...

Ania czuje, że wszechświat zaopiekował się nimi, bo byli pełni ufności. - Nie mieliśmy w aucie gazu łzawiącego ani broni. Pewnej nocy w Gwatemali, w hotelu, w którym nocowaliśmy, pojawili się uzbrojeni po zęby mężczyźni. "Czy jesteście niebezpieczni?", trzymając Hanię na rękach, zapytałam jednego z nich. "Tak, ale nie dla was i nie tutaj", odpowiedział - Anka uważa, że w sytuacjach zagrożenia najlepiej spojrzeć potencjalnemu wrogowi w oczy. Kiedy pojawia się więź, dużo trudniej jest kogoś skrzywdzić.

Poza wspomnianym incydentem w Gwatemali ani razu nie stracili poczucia bezpieczeństwa. - Pod koniec czwartego miesiąca podróży bardzo niespodziewanie zmarł mój tata. Zdecydowaliśmy się natychmiast przerwać wyprawę, nie dojeżdżając nawet do połowy drogi do Panamy. Jak najszybciej potrzebowaliśmy dostać się do Meksyku, a stamtąd do Polski. Aby dotrzeć do celu, konieczny był przejazd przez Gwatemalę. Nie mieliśmy jednak wizy. Mój smutek i pełne nadziei buzie dziewczynek sprawiły, że celnik przymknął na to oczy - wspomina Ania.

Nowa Zelandia (fot. Thomas Alboth)Nowa Zelandia (fot. Thomas Alboth)

Zauważa, że córki utrudniły im tylko dwie sprawy. Pierwsza: nie mogli wieczorami oddalać się od samochodu. Odpadły więc uroki życia nocnego. Druga: nie pojechali do Czeczeni, Dagestanu i krajów z występującą malarią, ze względu na zagrożenia. Reszta to same plusy. - Kiedy moje koleżanki, świeżo upieczone mamy tłumaczą mi, że nie przyjadą na imprezę do Berlina ze względu na dzieci, śmieję się w duchu - mówi. - Odkąd pamiętam, chciałam założyć rodzinę, ale nie wyobrażałam sobie jednak, że coś się wtedy skończy...

 (fot. Thomas Alboth) (fot. Thomas Alboth)

Wulkan Yasur (fot. Thomas Alboth)Wulkan Yasur (fot. Thomas Alboth)

"Bimsi" na przełomie sierpnia i września 2009 roku krążyła wokół wybrzeży Sardynii i Sycylii. Ze względu na Igora i Idę Banasikowie miesiące zimowe spędzali w porcie. Na południu Francji i w Hiszpanii. Choć na Ibizie pewnego słonecznego, wielkanocnego poranka fale wyrzuciły ich na brzeg i zniszczeniu uległy ster oraz elektronika, a resztę strat ciężko było oszacować; choć Magda na Costa Blanca złamała nogę, przeskakując z jachtu na brzeg, i była przez 3 miesiące unieruchomiona; choć zapasy gotówki szybko topniały - z każdą przepłyniętą milą byli coraz szczęśliwsi. Ta pogoda ducha udzielała się dzieciom.

- Gdy wróciliśmy do Polski, okazało się, że w życiu naszych znajomych nic się nie zmieniło. Pracują, biegną, nie mają czasu. Tak jakby mimo tych 24 miesięcy czas stanął w miejscu. Szybko znaleźliśmy pracę, ale tęskniliśmy za morzem, wiatrem i wolnością. Igor z Idusią zupełnie bezboleśnie wskoczyli do nowej rzeczywistości. Z tą różnicą, że kierownicę w aucie jeszcze długo nazywali sterem, kołdrę śpiworem i z niedowierzaniem patrzyli na zmywarkę czy mikrofalę - śmieje się Magda.

Banasikowie (fot. archiwum prywatne)Banasikowie (fot. archiwum prywatne)

O tym, że podróż z dzieckiem oznacza kompromisy, przekonała się również Alicja. W niej dużo większą uwagę zwracasz nie tylko na bezpieczeństwo malucha, ale również swoje. Alicja zawstydzona wyznaje, że nawet na desce po Polach Mokotowskich zaczęła jeździć w kasku. - Ze względu na Frania zamieniłyśmy bilet pociągowy z Kerali do Bombaju na samolotowy. W Bombaju okazało się, że skończyły mi się pieluchy jednorazowe. Potrzebowałam ich na kilkunastogodzinny lot do Polski. Ostatnie cztery godziny w mieście spędziliśmy w taksówce w poszukiwaniu czynnej apteki. Na lotnisku pieluch nie sprzedają! - zaczęła zauważać, jak bardzo nieprzyjazne podróżującym mamom z dziećmi są porty lotnicze. O dziwo dużo lepiej przygotowane były te w Indiach, nie w Polsce. W Bombaju jest kilka pokoi dla karmiących kobiet (można się nawet położyć na rozkładanym łóżku). Z synkiem na rękach nie czekała w kolejkach. Ani do taksówek, ani po chai, ani do odprawy celnej. - Te 3 tygodnie ujednoliciły nasze rytmy. Były takie sytuacje, kiedy to ja musiałam dostosować się do Franka. Przemieszczaliśmy się tylko za dnia, aby po 19 mógł w spokoju odpocząć. Mój synek odpłacał mi się w innych momentach. Nie grymasił z powodu upału, much, świetnie znosił podróż w pociągach. Ta synchronizacja wróciła razem z nimi do Polski.

Koniec czy początek?

Pamiętam dokładnie moją czerwcową rozmowę z Alicją i Frankiem na warszawskim Mokotowie. Mały przespał większość spotkania. Kiedy się obudził, roześmiany bawił się serwetką. Funkcjonowali w przedziwnej symbiozie. To wspomnienie rozwiewa moje kolejne obawy dotyczące dziecka i wolności. Choć nie wyobrażam sobie sześciomiesięcznej eskapady do Ameryki Południowej z dwójką maleńkich dzieci, a na liście moich marzeń do zrealizowania nie znajduje się również roczny rejs wokół Europy. Prędzej zdecydowałabym się na krótszy, kilkutygodniowy wyjazd z maluchem do Indii. Ala, Ania i Magda uświadamiają mi, że dziecko wcale nie musi być przeszkodą. Może być początkiem podróży - tej dosłownej i tej do środka. Szansą na dowiedzenie się czegoś nowego o sobie i o świecie.

 

Karolina Szaciłło. Dziennikarka, przewodnik podwodny i nauczycielka technik oddechowych oraz medytacji. Z połączenia oddechu i pasji kulinarnej narodził się projekt, który realizuje wspólnie z mężem Maćkiem Szaciłło - MEDYtuJEMY, czyli blog kulinarno-lajfstylowy oraz warsztaty łączące kuchnię z relaksacją, wykładami o emocjach i ich przełożeniu na nasze życie i zdrowie (medytujemy.pl). Współautorka dwóch książek: bestselleru "Karolina na detoksie" i "Swojsko", która 23 października ukazała się na rynku.

Komentarze (207)
Zaloguj się
  • Cracus Corsico

    Oceniono 3 razy -1

    Z dwójką córeczek? Na pewno tak się powinno to pisać?
    Z dwiema córeczkami raczej. Oj Alboth polska dziennikarko...

  • Cracus Corsico

    Oceniono 3 razy -1

    Czemu jakiejś pani Alboth wydaje się że jak gdzieś wyjedzie to już jest podróżniczką! Nie jest nią i nigdy nie będzie, uległa modzie jak wielu w tych czasach. Nie spełnione ambicje i kompleksy, tak bym to nazwała

  • benkenobik

    Oceniono 3 razy -1

    >> cytat: dziewczyny, które tak sobie gdzieś przyjechały bo u nich w Niemczech ludzie masowo robią sobie rok przerwy więc i one chciały

    Dokładnie tak! Nie robią nic nadzwyczajnego! Tylko lans do wyrzygania... Nie są nikim nadzwyczajnym!

  • Henry Morgan

    Oceniono 17 razy 9

    Każdy może żyć jak chce. Tylko za swoje wybory musi ponosić odpowiedzialność. Chcesz się bujać po świecie z niemowlakiem OK - tylko nie wymagaj od reszty aby Ci tyłek ratowali jak Ci się coś stanie na końcu świata. A po drugie mam nadzieje, ze nie spotkam w samolocie tych wyluzowanych rodziców 3 latków wraz ze swoimi pociechami. Dumnych i bladych jacy to są nowoczesni i fajni że lecą 12 h i dzieciakiem w tropiki. Dziecię roznosi wszystko do okoła a oni pozostają niewzruszeni bo im sie należy podziw i zrozumienie. I tyle w temacie.

  • Michał Janik

    Oceniono 7 razy 1

    Jeśli chodzi o podróże z małymi dziećmi, niesamowite rzeczy robi pewna rodzina z Kanady. Mają dwójkę, odbyli z nimi kilka długich - bodajże do trzech miesięcy rejsów canoe - przy czym w warunkach kanadyjskich oznacza to często wielodniowe zdanie się na własne siły, bez żadnej obecności osad ludzkich, byli też rowerami w Andach. Polecam ich filmy które są dostępne na vimeo:
    vimeo.com/17910703
    vimeo.com/59121018
    (mają ich wiecej, wystarczy poszukać). Oglądałem wielokrotnie, niezwykle inspirujące, piękne - i mówiące o ważnych rzeczach. Rozumiem doskonale wszystkich którzy mają do spłacenia ratę kredytu, pracę której nie można rzucić - ale z drugiej strony wspaniałą, otwierającą dzieci podróż można przeżyć o wiele bliżej niż na drugim końcu świata i nie musi trwać wielu tygodni - ważniejsze jest chyba wiedzieć samemu co jest ważne, co się chce, mieć otwartą głowę i oczy, otwartość ale i rozwagę...

  • atopolskawlasnie

    Oceniono 14 razy 4

    Czy warto podróżować z małym dzieckiem na kraniec świata? nie warto. warto podrozowac, nie musi byc na koniec swiata. ostatnio przeciagnalismy dzieci w podrozy i ciesze sie ogromnie.. ze na moim dziecku sekwoja nie robi wrazenia - dla niego duze i piekne jest kazde drzewo, plaza w Maiami jest tak samo fajna do zabawy jak i nad Baltykiem itd. a poza tym promocja bloga, za chwile agora wyda ksiazke, marketing i reklama musi byc. wyluzujmy troche.. pozdrawiam tych co jezdza po Polsce, po swiecie, co nie jezdza. jest dobrze :-)

  • commbi

    Oceniono 10 razy 2

    Znam rodziców, którzy nie wsiadaja do samochodu na wycieczkę dłuższą niż pół godziny, bo boją się mordęgi z dziećmi, znam też takich, którzy jeżdżą i ciesza się podóżą. Ja wolę podróże:) Gdyby jakaś rodzina dotarła do Meksyku, to zapraszam do mnie.... www.jaktowmeksyku.blox.pl

  • margot452

    Oceniono 13 razy 11

    "Z dwójką córeczek" - a po polsku to już nie było można?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX