Henryk Grocholski

Henryk Grocholski (fot. archiwum prywatne)

wywiad gazeta.pl

Prezes Związku Szlachty Polskiej: Negatywny stereotyp - że szlachta nakradła i uciekła - budowano celowo w latach komunistycznych

Do Związku Szlachty Polskiej nie może wstąpić każdy szlachcic. Procedura jest skomplikowana. Zdarzają się i tacy, którzy fałszują papiery, żeby potwierdzić szlacheckie pochodzenie, mimo że dziś nie daje to żadnych przywilejów. Jaka jest szlachta współcześnie? - To ludzie, którzy potrafią stawiać sobie wymagania - odpowiada Henryk Grocholski, prezes Związku Szlachty Polskiej. Wspólnie z Michałem Niemirowiczem-Szczyttem wyjaśniają, dlaczego trzeba mieć odwagę, żeby należeć do związku, który ma w nazwie negatywnie zaczarowane w komunizmie słowo "szlachta".

Szlachta nie ma chyba najlepszej opinii w Polsce...

Michał Niemirowicz-Szczytt: - Gdybym czerpał wiedzę o szlachcie jedynie z lekcji historii i mediów, to miałbym pewnie taki mocno wypaczony obraz: jacyś pieniacze, pijacy i sprzedawczyki...

Henryk Grocholski: - ...wysługujący się innymi, żyjący w pałacach, niepracujący, a w czasie wojny wszyscy uciekli na Zachód. I między innymi dlatego narodziła się idea powołania Związku Szlachty Polskiej. Nie może być przecież tak, żeby grupa społeczna nagminnie przedstawiana jako ten najczarniejszy stan w polskiej historii nie miała swojej reprezentacji.

Ale stowarzyszenie powstało dopiero po upadku komunizmu.

H.G.: - W komunizmie tego typu organizacje nie miały racji bytu, jakakolwiek działalność społeczna była mocno ograniczona. Starano się zrobić wszystko, aby wymazać ze świadomości społecznej pozytywne aspekty dotyczące szlachty. W latach 90., a Związek Szlachty Polskiej zarejestrowano w 1995 r., było już łatwiej i środowisko szlacheckie mogło zaznaczyć swoją obecność. Zawsze się mówiło, że winni wszystkiemu są Żydzi i cykliści, potem doszli do tego homoseksualiści. Do „czarnej listy” można dodać jeszcze szlachtę.

Michał Niemirowicz-Szczytt (fot. Anna Romiszewska)Michał Niemirowicz-Szczytt (fot. Anna Romiszewska)

Zaszczepiona niechęć do szlachty pozostała.

M.N.-Sz.: - Stan szlachecki był na terenach Rzeczypospolitej bardzo liczny i ogromna liczba osób z upływem lat, kolejnymi konfiskatami majątków i konfliktami traciła świadomość pochodzenia z rodziny szlacheckiej, szczególnie w latach komunistycznych. W komunizmie utrwalił się taki stereotyp, że jak słyszymy słowo „szlachcic”, to od razu myślimy: książę, hrabia, pałac, dwór, kareta...

A tu jako siedziba Związku Szlachty Polskiej - jeden pokój.

M.N-Sz.: - (śmiech) A tu jeden pokój. Prawda jest taka, że duża część szlachty nie posiadała ziemi już w II Rzeczpospolitej, a nawet wcześniej.

H.G.: - W wyniku represji po powstaniu listopadowym czy styczniowym konfiskowano majątki i szlachta zasilała szeregi innych stanów. O ile dawna arystokracja czy możniejsze rodziny szlacheckie zachowały świadomość historycznego pochodzenia, o tyle duża część potomków pozostałych rodów szlacheckich ją straciła.

Związek powstał, żeby wspierać tę biedną szlachtę?

H.G.: - Nie.

To jaka była idea?

H.G.: - Związek powstał, żeby reprezentować i integrować całe środowisko. Oczywiście jest to dosyć trudne z racji wewnętrznego zróżnicowania tej grupy społecznej, ale wierzymy, że są jakieś uniwersalne wartości, jakiś jeden etos wspólny dla całej tej grupy.

Póki co ten wspólny etos wyznaje kilkaset osób z 300 rodów.

H.G.: - W związku jest około 500 członków, te osoby należą do stowarzyszenia, ale warto podkreślić, że procedura przyjęcia do związku jest skomplikowana.

Czytałam warunki i rzeczywiście, nie brzmi to zachęcająco... Sporo papierów.

H.G.: - (śmiech) No niestety, papierologia i badania dokumentów są konieczne.

Nie każdy szlachcic może się dostać do Związku, tak?

M.N.-Sz.: - My byśmy bardzo chcieli oczywiście, żeby członkami zostało jak najwięcej osób, ale rzeczywiście, w przypadku niektórych rodzin szlacheckich brakuje dokumentacji, często była wielokrotnie niszczona. O dziwo, zdarzają się też fałszerstwa, spotkali się z nimi nasi konsultanci genealogiczni.

Fałszerstwa?

H.G.: - Tak, to zdumiewające, bo przecież przynależność do szlachty dzisiaj nic nie daje, poza jakąś świadomością historyczną, znajomością historii rodziny. Mimo to zdarzają się osoby, które same fałszują lub opłacają kogoś, kto im tę dokumentację sfałszuje.

Często to się zdarza?

H.G.: - Raczej rzadko, ale już nawet jeden taki przypadek bardzo mnie dziwi.

Henryk Grocholski (fot. archiwum prywatne)Henryk Grocholski (fot. archiwum prywatne)

Może jednak te „papiery szlacheckie” coś dają, skoro ludzie zadają sobie tyle trudu, żeby podrobić dokumentację?

M.N.-Sz.: - Papiery nic nie dają, ale może to efekt czegoś na kształt mody - powróciła moda na pochodzenie, na badanie swoich korzeni, to taka wisienka na torcie. Ktoś odnosi sukces i jeszcze może się pochwalić pochodzeniem szlacheckim.

H.G.: - Potwierdzonym ważnym dokumentem

M.N.-Sz.: - To miłe prawda? (śmiech). Oczywiście, czasami jest po prostu naiwnością korzystanie z pomocy ludzi, którzy są nierzetelni i mimo że prowadzą swoją działalność pod szyldem badania genealogii i herbów, to tworzą nieprawdziwe rodowody.

I potem okazuje się, że ktoś stworzył jakiś herb na poczekaniu?

M.N.-Sz.: - Sprawa herbów jest jeszcze bardziej skomplikowana. Znacznie łatwiej niż potwierdzić herb jest dowieść, że ktoś był szlachcicem, bo to wynika z dokumentów, ksiąg kościelnych, różnych rejestrów. Czasami jesteśmy w stanie stwierdzić szlachectwo jakiejś rodziny, ale trudność sprawia ustalenie przysługującego jej historycznie herbu.

W jaki sposób osoba, która się zgłasza do Związku, ma potwierdzane szlacheckie pochodzenie?

H.G.: - Wypełniona ankieta, która jest dostępna na naszej stronie, trafia do naszych specjalistów genealogicznych. W ankiecie podaje się między innymi listę przodków.

Aż do prapraprapradziadka...

M.N.-Sz.: - Aż do osoby, która figuruje w dokumentach uznawanych za właściwe, czyli honorowanych przez naszych konsultantów jako te, które dokumentują pochodzenie szlacheckie po mieczu [w linii męskiej - przyp. red.]. Ale my nie potwierdzamy pochodzenia szlacheckiego, takie stwierdzenie zamazuje istotę naszej działalności.

Nie wydajecie certyfikatu?

M.N.-Sz.: - Jest wiele ugrupowań, które sprzedają takie certyfikaty, ale my do nich nie należymy.

H.G.: - My prowadzimy naukową kwerendę, która kończy się wnioskiem, że dana osoba ma pochodzenie szlacheckie, określane w szczegółach zgodnie z naszym statutem.

Nie dostaje się nawet jakiegoś stempla?

H.G.: - Dajemy legitymację, jako symbol przynależności do stowarzyszenia.

M.N.-Sz.: - Nie jesteśmy organizacją, która nadaje szlachectwo.

Właśnie chciałam o to zapytać, ktoś takie tytuły może jeszcze w Polsce nadać?

M.N.-Sz.: - Nie, nie ma takiej instytucji.

H.G.: - Mniej więcej od końca pierwszej wojny światowej jest to na ziemiach polskich historycznie etap zamknięty i nie da się dziś „kupić” przynależności do stanu szlacheckiego.

Przedstawiciele Związku Szlachty Polskiej z laureatkami X Międzynarodowego Konkursu Moniuszkowskiego odbywającego się m.in. pod honorowym patronatem Prezesa ZSzP, listopad 2009 r.(fot. archiwum Związku Szlachty Polskiej)Przedstawiciele Związku Szlachty Polskiej z laureatkami X Międzynarodowego Konkursu Moniuszkowskiego odbywającego się m.in. pod honorowym patronatem Prezesa ZSzP, listopad 2009 r. (fot. archiwum Związku Szlachty Polskiej)

A panowie jak znaleźli się w Związku?

M.N.-Sz.: - Po studiach za granicą poczułem potrzebę powrotu do tego, co jest typowo polskie, wynikające z naszego dorobku, historii. Rodzinnie nie mieliśmy wątpliwości co do pochodzenia szlacheckiego. Jeszcze mój dziadek Kazimierz Niemirowicz-Szczytt był właścicielem majątku Kożangródek, który obecnie znajduje się na terenie Białorusi. Tu wraca kwestia udokumentowania - nie ma tu sprawiedliwości, bo jedni sięgną do pierwszej lepszej książki i mają wszystko, a inni muszą szukać miesiącami, a czasami nawet latami. Mnie udało się skompletować dokumenty w jakieś półtorej godziny.

H.G.: - Ja też mam to szczęście, że dokumentacja dotycząca naszej rodziny i pamięć rodzinna jest zachowana, mamy dużo materiału zdjęciowego. Zawsze interesowałem się historią, jeździłem na przykład na Ukrainę badać archiwa i szukałem osób, które będą mogły mi pomóc ułożyć te wszystkie historyczno-rodzinne wydarzenia. Kiedy natrafiłem na Związek Szlachty Polskiej, na początku byłem bardzo wstrzemięźliwy. Mimo historii rodzinnej słowo „szlachta” słyszałem w domu może dziesięć razy w życiu, nie rozmawialiśmy wiele o przynależności do jakiegoś „stanu”, o herbie. Wszystkie informacje dotyczące rodziny przekazywane mi były poprzez opisywanie historii konkretnych osób. Moja babcia i mama są wręcz niechętne takiej tematyce, nawet jeżeli ktoś się tym interesuje, bo uważają to za jakiś rodzaj snobizmu...

Niektórzy tak to odbierają.

H.G.: - Moim zdaniem niesłusznie. Dla mnie snobizm to aspirowanie do czegoś, czym się nie jest, lub zachowywanie się w jakiś sztuczny sposób. A to jest odkrywanie czegoś, co było, co jest zapisane w dokumentach, więc trudno mówić tu o snobizmie. Jak pani widzi, nie mam sygnetu, bo nigdy akurat takiej tradycji w naszej gałęzi rodziny nie było. Poza obrączką małżeńską nie mam nic więcej (śmiech). Kiedy w odpowiedzi na moje pytania o archiwa odezwał się pan ze Związku Szlachty Polskiej, to od razu - jak się okazało błędnie - pomyślałem, że to są ci ludzie, którzy nadają sobie nawzajem szlachectwo, mają 150 lat, noszą te kolorowe ordery, chcą przywrócenia monarchii i Bóg wie czego jeszcze.

Jak Leszek Wielki Książę Wierzchowski, który tytułuje się regentem Polski i zastępuje króla do powrotu monarchii w Polsce.

H.G.: - Ostatnio publikowali państwo artykuł w tej sprawie, więc już do niego odsyłam zainteresowanych, każdy może wyrobić sobie sam opinię...

Nie chcą panowie tego komentować?

H.G.: - Trzeba odróżnić „prawdziwych” monarchistów od osób, które tę ideę chcą wykorzystać jedynie w celu zaspokojenia własnych ambicji, czy czysto zarobkowym. Uważam, że dokonywanie tak zwanej uzurpacji, nadawanie tytułów i przypinanie sobie różnego rodzaju odznaczeń jest niewłaściwe.

M.N.-Sz.: - Jesteśmy przeciwni takim praktykom.

H.G.: - Są stowarzyszenia, w których nadaje się tego typu tytuły i trzeba jeszcze za to zapłacić sporo pieniędzy, ale nie ma to nic wspólnego z dawnym stanem szlacheckim, bo przyjmowanie do niego dawno się zakończyło. To nie jest nasza fanaberia, bo my byśmy chętnie więcej osób przyjmowali. Czasem słyszymy: Jesteście okropni, bo macie zawężony krąg osób, które możecie przyjąć. No, ale to nie my stworzyliśmy przecież definicję stanu szlacheckiego. Nie możemy zmieniać historii.

M.N.-Sz.: - No, chyba że trafi się na twórcze biuro genealogiczne. (śmiech)

Członkowie Związku Szlachty Polskiej (fot. szlachta.org.pl)Członkowie Związku Szlachty Polskiej (fot. szlachta.org.pl)

Polacy mieszkający poza Polską należą do Związku?

H.G.: - Tak, mamy członków z Niemiec, z Kanady, z Egiptu, z Australii, z Rosji, z Ukrainy - stanowią jakieś kilka procent wszystkich. Trzeba mieć dużo samozaparcia, żeby wypełnić tę ankietę i wysłać, w szczególności mieszkając poza Polską. Dla przykładu: z mojej najbliższej rodziny tylko ja formalnie jestem członkiem stowarzyszenia.

Dlaczego?

H.G.: - Sądzę, że Polacy nie lubią się zrzeszać, poza tym wielu wystarczy sama świadomość historyczna, nie mają potrzeby wstępowania do Związku. Często też w rodzinie wystarczy, że jedna osoba ma potwierdzenie korzeni szlacheckich. Są i tacy, którzy uważają, że zrzeszanie się w takich organizacjach jest po prostu idiotyczne: Po co mam się zapisywać do czegoś, co się tak dziwnie nazywa i prawdopodobnie zrzesza samych snobów

M.N.-Sz.: - Trzeba mieć pewną odwagę cywilną, żeby być w organizacji, która nazywa się Związek Szlachty Polskiej, bo to słowo zostało naprawdę negatywnie zaczarowane w okresie komunizmu.

H.G.: - Trzeba mieć odwagę nie tylko, żeby należeć do tej organizacji, ale też zrobić w niej coś dobrego. Łatwiej się w Związek nie angażować, bo człowiek wtedy ma więcej czasu i nie dostaje niewygodnych pytań.

Czyli jakich?

H.G.: - „Jaka szlachta? Przecież szlachta nakradła i uciekła”, albo „Gdy wszyscy walczyli, to arystokracja uciekła do Rumunii”.

M.N.-Sz.: - „To szlachta jeszcze żyje?”.

H.G.: - Takie rzeczy mówią często ludzie, którzy o swojej historii nie chcą mówić, albo jej nie znają. Dlatego podkreślam, że historię warto badać, bo w każdej rodzinie znajdzie się również jakaś „czarna” karta, która niesie ze sobą naukę. Różnica jest taka, że my przynajmniej tę historię znamy i mamy jej świadomość.

Zarzutów pod adresem szlachty jest dużo, chociażby - to wina szlachty, że Polskę rozebrano.

H.G.: - To dobry przykład, bo trzeba spojrzeć szerzej: to nie wina szlachty, tylko tych, którzy nas rozebrali. Oczywiście, wytworzyła się w kraju sytuacja, która to umożliwiła, ale nie można winą obarczać całego stanu szlacheckiego. Trzeba zachować pewien obiektywizm, bo to wcale nie jest tak, że my jesteśmy zachwyceni wszystkim, co się w tej warstwie działo. Patrząc przez ten pryzmat, jesteśmy świadomi, że wiele historii mogło się potoczyć inaczej. Tym bardziej patrząc na Polskę dziś i pewne punkty wspólne z tamtymi czasami, nie powinniśmy tych błędów powielać.

Których błędów pan nie chce powielać?

H.G.: - Tu oczywiście przedstawiam moją prywatną opinię, ale na przykład patrząc na różnego rodzaju rewolty, ujmując w skrócie, „antyszlacheckie” czy „antyziemiańskie”, trzeba się zastanowić, czy był to skutek jakichś wewnętrznych przepychanek i niewłaściwych zachowań szlachty, czy były to wpływy zewnętrzne na osoby, które tych przewrotów dokonywały. To ma przełożenie na czasy współczesne. Dlaczego nie powinniśmy być cały czas zadowoleni? Bo te wydarzenia historyczne mogą się powtórzyć, jeżeli społeczeństwo będzie przez jakąkolwiek władzę lekceważone i niewłaściwie traktowane. Mój dziadek, urodzony w 1888 roku na Podolu, przekazał część swoich ziem pracownikom - część darował, a część sprzedał po preferencyjnych cenach. Dziadek zwykł powtarzać, że żałuje, że więcej ludzi z naszej warstwy, którzy mieli ziemię, nie zrobiło tak jak on, bo „jaka żona, która ma męża z domem i ogrodem, puściłaby go do rewolucji”. (śmiech)

Patrząc na losy szlachty, mam jeden główny wniosek: najważniejsze jest to, żeby człowiek miał do drugiego szacunek, bo w momencie, w którym jedna grupa społeczna czuje się wyobcowana - czy to z powodów klasowych, czy ekonomicznych, co jest dziś bardziej prawdopodobne - zawsze będzie to prowadzić do negatywnych skutków. Poza tym, kiedy badam historię rodziny, dowiaduję się, kto miał jaki charakter, jakie podjął decyzje, jakie błędy popełnił - można to odnosić do siebie i zastanawiać się, jak postępować. Im więcej takich przykładów rodzinnych znamy, tym lepiej. Szlachtę nadal się atakuje - chociaż zdecydowanie mniej niż w latach 90. - mówi się, jaka to była zła i czego to ona nie robiła. Musimy wiedzieć, jak te historie wyglądały w miarę obiektywnie. Być dumni z osiągnięć i wyciągać wnioski z zachowań, za które ci, którzy je popełnili, powinni się wstydzić.

Pan się wstydzi, czy jest pan dumny?

H.G.: - Proszę pozwolić, że odpowiem przykładem: mój dziadek miał czterech braci i dwie siostry. Najstarszy zginął w 1920 roku torturowany przez bolszewików, kolejny został w 1923 roku zastrzelony przez kłusowników, kiedy zwrócił im uwagę, że nie powinni kłusować. Trzeciego - Henryka Grocholskiego - rozstrzelali Niemcy w 1939 roku, czwarty został skazany w procesie pokazowym w 1947 roku; wykonano wyrok śmierci. Dziadek brał udział we wszystkich możliwych wojnach, był wielokrotnie ranny, także bardzo ciężko podczas powstania warszawskiego, ale jako jedyny spośród braci umarł śmiercią naturalną. No i gdzie tu jest ucieczka do Rumunii? To chyba nie jest los, którego się zazdrości?

Może siostry uciekły do Rumunii?

H.G.: - (śmiech) Nie, siostry też były na miejscu, jedna mieszkała z matką w Brwinowie pod Warszawą i też była sądzona w procesie pokazowym w 1947 roku, a druga mieszkała w Krakowie w malutkim pokoiku w klasztorze, który przed pierwszą wojną światową ufundował jej ojciec. Pracowała tam jako zegarmistrz. Fachu nauczyła się w Davos, gdzie wyjeżdżała leczyć płuca.

Ślub Henryka Grocholskiego syna Piotra i Marii-Natalii Będkowskiej (fot. archiwum prywatne)Ślub Henryka Grocholskiego z Marią Będkowską (fot. Przemysław Pokrycki)

M.N.-Sz.: - W mojej rodzinie bardzo dużo dokumentów, zdjęć, pamiątek nie zachowało się w oryginale, znaczna część przepadła po zburzeniu Warszawy po powstaniu, w której przed wojną mój dziadek Kazimierz jako praktykujący zawodowo lekarz mieszkał wraz z rodziną. Większość informacji musieliśmy odtwarzać - bazując na opowieściach rodzinnych - ze źródeł zewnętrznych. Dotarliśmy do życiorysu dziadka, który napisał, kiedy składał podanie o przyjęcie na Wydział Prawa na Uniwersytecie Warszawskim w 1921 roku - pierwotnie marzyła mu się bowiem kariera prawnicza, dopiero później ostatecznie zdecydował się na studia medyczne na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie. Brał udział jako ochotnik w wojnie z bolszewikami w 1920 roku. No i tutaj jest taki paradoks historii, bo 20 lat później jako oficer zginął w Katyniu, dlatego nie miałem okazji dziadka poznać. Jego brat, Krzysztof Niemirowicz-Szczytt, był w okresie międzywojennym działaczem politycznym, był posłem na ostatni przedwojenny Sejm, gdzie pełnił funkcję sekretarza Komisji Spraw Zagranicznych. W Sejmie jego nazwisko jest na tablicy pamiątkowej poświęconej posłom i senatorom, którzy zginęli w czasie wojny. Mój tata, który urodził się w 1936 roku, mimo że wówczas był małym dzieckiem, ma taką „pocztówkę” w głowie: we wrześniu 1939 roku był z mamą i siostrą w majątku Dworzec na Białorusi należącym do jego stryja Krzysztofa, nagle przyjechali panowie, najprawdopodobniej z NKWD, elegancko się zachowywali i nikt nie spodziewał się niczego tragicznego. Poprosili, żeby stryj przygotował wszystkie dokumenty dotyczące majątku i z tymi dokumentami pojechał z nimi. Już nigdy nie wrócił. Oczywiście rzeczywisty sens tych zdarzeń tata pojął sporo lat później, gdy już był wystarczająco dojrzały. Właściwie dopiero współcześnie udało nam się ustalić okoliczności śmierci Krzysztofa. Straciłem więc dziadka, stryjecznego dziadka, a nasz majątek został na Białorusi. Wiadomo, jaka jest sytuacja polityczna na Białorusi, dopiero w zeszłym roku udało mi się tam pojechać - zorganizowaliśmy wycieczkę pod auspicjami Związku. To było ogromne przeżycie sentymentalne.

Coś z majątku rodzinnego pozostało?

M.N.-Sz.: - Polskie majątki, które zostały na tych terenach, już nie istnieją, a w większości przypadków zabudowania znajdujące się niegdyś w tych majątkach są w stanie zupełnej ruiny.

H.G.: - To los wielu rodzin, dlatego uważam, że ten negatywny stereotyp budowany celowo w latach komunistycznych - że szlachta nakradła i uciekła - powstawał tak jak antysemityzm, który przecież nie jest wymysłem polskim, a przyszedł do Polski z Rosji; chodziło o względy ekonomiczne. Po prostu tak się złożyło, że te osoby, które miały największe majątki do XIX wieku, należały do szlachty, tak to się utarło w pamięci, a wiadomo, że z zasady za tymi, którzy coś mają, to się nie przepada. Mam jednak tę radość, że gdy wyjeżdżam np. na Ukrainę, spotykam tam osoby mające pozytywne nastawienie do historycznej działalności mojej rodziny.

Do którego pokolenia udało się panom dotrzeć podczas badania historii rodzin?

H.G.: - Ja i Michał mamy trochę ułatwioną sytuację, bo było kilka opracowań historycznych dotyczących naszych rodzin. Dzięki temu w linii męskiej dotarłem do 1350 roku. Jeżeli chodzi o sprawy „materialne”, to udało mi się uzyskać kopię pieczęci rodzinnej z 1374 roku. Jej oryginał przechowywany jest w jednym z klasztorów.

M.N.-Sz.: - W moim przypadku pierwszym ustalonym i pewnym przodkiem jest Jan Niemira z Wsielubia. Jako bojar litewski, koniuszy wielkiego księcia litewskiego Witolda, został on w roku 1413 na mocy postanowień unii horodelskiej adoptowany do polskiego herbu Jastrzębiec. Herb ten był zresztą używany przez moich przodków przez kolejne stulecia. Wraz z Janem Niemirą do polskich herbów adoptowanych zostało także 46 innych rodów bojarów litewskich. Ciekawostką jest, że - z tego co wiem - według obecnego stanu wiedzy do dnia dzisiejszego przetrwały jedynie dwa rody wywodzące się w linii męskiej od bojarów litewskich uczestniczących w tej unii - są to właśnie Niemirowiczowie-Szczyttowie oraz Radziwiłłowie.

Michał Niemirowicz-Szczytt (fot. Przemyslaw Pokrycki)Michał Niemirowicz-Szczytt (fot. Przemyslaw Pokrycki)

Kto najczęściej zgłasza się do Stowarzyszenia? To są znane nazwiska?

H.G.: - Są osoby, które zajmują eksponowane stanowiska, jest też dużo kadry naukowej, szczególnie w ostatnim czasie. Mamy inżynierów, matematyków, lekarzy. Są prawnicy, jest trochę osób duchownych.

M.N.-Sz.: - Są też ludzie ze świata biznesu, menedżerowie i osoby starsze, które przypuszczalnie mają na emeryturze nieco więcej czasu i mogą poświęcić się zainteresowaniom związanym z odkrywaniem historii rodziny.

A młodzi?

H.G.: - Coraz więcej, to rosnący trend. Potwierdza to też wiek członków Zarządu; na pięciu czterech jeszcze nie ma czterdziestki. Michał wymyślił takie hasło reklamowe, żeby nie zniechęcać tą zaczarowaną „szlachtą”: „Stowarzyszenie ludzi z pasją”. Oddaje formę naszego zaangażowania: my działamy przecież non profit, chcemy coś zrobić dla społeczności i kraju. Niedawno słyszałem, że człowiek szlachetny to ten, który stawia sobie wymagania większe niż musi, niż inni.

Taka jest szlachta współcześnie?

H.G.: - To ludzie, którzy potrafią stawiać sobie wymagania. Nie działamy tylko dla siebie, swojej genealogii i chwały, ale dla ogółu.

(fot. Związek Szlachty Polskiej)(fot. Związek Szlachty Polskiej)

Współczesna szlachta kojarzy się też z balami... Panowie chodzą na Bal Debiutantów?

H.G.: - Owszem, byłem na nim kilkukrotnie. Bal Debiutantów to bardzo szczytna idea - przypominam, że o charakterze również charytatywnym. Lubię chodzić do klubów, ale miło jest uczestniczyć także w tego typu wydarzeniu. Jednak to nie my jesteśmy ich organizatorem. Skoro jest ktoś, kto organizuje bale i robi to dobrze, to my powinniśmy się zająć tematami mniej zagospodarowanymi. Organizujemy konferencje, wydajemy czasopismo, wymieniamy się doświadczeniami z koleżankami i kolegami z zagranicy zrzeszonymi w CILANE [Commission d'information et de liaison des associations nobles d'Europe - Europejskie stowarzyszenie zrzeszające organizacje szlacheckie - red.], wprowadzamy szerzej polski wątek do międzynarodowego środowiska szlacheckiego, pomagamy różnym osobom (nie tylko ze środowiska szlacheckiego) w badaniach naukowych i prywatnych poszukiwaniach. Nie zostaje nam wiele czasu. Poza prowadzoną całkowicie pro publico bono działalnością w stowarzyszeniu intensywnie pracujemy też zawodowo.

M.N.-Sz.: - Oczywiście nie siedzimy jedynie na odczytach i nie badamy tylko i wyłącznie dokumentów. W ramach oddziałów funkcjonujących w ramach naszego Związku serdecznie się przyjaźnimy, organizujemy nieformalne spotkania, wyjazdy, mamy wspólne pasje. I przy lepszym poznaniu okazuje się, że losy naszych rodzin splatały się także w przeszłości, na przykład znali się już nasi dziadkowie.

H.G.: - Odkrywanie historii rodziny niesie naprawdę fascynujące niespodzianki, dlatego szczerze do tego zachęcamy.

 

 

Henryk Grocholski (ur. w 1982). Pochodzi z rodu szlacheckiego pieczętującego się herbem Syrokomla. Prezes Związku Szlachty Polskiej i redaktor naczelny czasopisma „Verbum Nobile”. Ukończył prawo na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego. Doktorant na Wydziale Prawa i Administracji UW. Jest partnerem założycielem kancelarii adwokackiej Nobilis Partners Graboś Gładysz Grocholski Lenartowicz.

Michał Niemirowicz-Szczytt (ur. w 1979). Pochodzi z rodu szlacheckiego pieczętującego się herbem Jastrzębiec. Członek Zarządu Głównego i Rzecznik Prasowy Związku Szlachty Polskiej. Ukończył prawo na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego i Uniwersytecie im. Georga Augusta w Getyndze. Nagrodzony prestiżowym stypendium naukowym przyznanym przez Deutscher Akademischer Austausch Dienst. Doktorant w Instytucie Nauk Prawnych Polskiej Akademii Nauk. Wykonuje zawód radcy prawnego.

Marta Pawłowska. Dziennikarka i redaktorka weekendowego magazynu Gazeta.pl. Wcześniej m.in. wydawczyni i reporterka serwisu naTemat.pl. Publikowała m.in. w „Dzienniku”, „Gazecie Wyborczej” i „Metropolu”. Realizowała projekty dziennikarskie dla ONZ-u i PARP-u. Niecierpliwa fascynatka podróży i kryminałów.

Komentarze (766)
Zaloguj się
  • michu.u

    Oceniono 1351 razy 1063

    Był taki genealog Darwin. Znalazł tym Panom jeszcze odleglejszych przodków.

  • sceptyk-88

    Oceniono 1356 razy 1006

    szlachta polska? Dopilnowała, aby chłopi najdłużej w Europie (do 1939r.) pracowali niewolniczo utrzymując ich majątki i dwory i żyjąc gorzej niż pańskie bydło. Do dziś ponosimy tego konsekwencje w postaci wiejskiej ciemnoty, mimo ogromnego wysiłku PRL-u by chłopstwo podciągnąć kulturalnie i cywilizacyjnie!

  • jake210

    Oceniono 967 razy 839

    Negatywny stereotyp? A jaka mozna miec opinie o ludziach, ktorzy nobilituja sie pochodzeniem przodkow? W tych czasach to tak pretensjonalne jak slynny bon mot "moj maz jest z zawodu dyrektorem" :)

  • richia

    Oceniono 813 razy 673

    troche to dziwne, ze pan sie tytuluje Hrabia skoro w Polsce prawo zakazuje tytulow szlacheckich i as dziwi, ze panowie to absolwenci prawa.

  • rozumigodnosc

    Oceniono 795 razy 629

    gdy słyszę o szlachcie w XXI wieku, otwiera mi się gilotyna w kieszeni

  • mazuvian

    Oceniono 654 razy 574

    Byc moze to uproszczenie, ze szlachta nakradla, ale jest ono uzasadnione. Szlachta zyla z przymusowej, niewolniczej pracy ludzi na ziemiach Polski-Litwy, przez co do dzisiaj nienawidzi sie Polski na Ukrainie i na Bialorusi. Na szczescie szlachty juz nie ma, jest demokracja. Tylko udzie bez smaku mowia o swoich szlacheckich korzeniach. To szlachectwo pochodzilo z zupelnie przypadkowych sytuacji, a czesto w wyniku krwawych porachunków, machinacji i przekupstwa. Suwerenem na szczescie jest teraz naród. Teraz ludzie decyduja o spoleczenstwie, w którym zyja, a nie jakas klika. Z tego wzgledu uwazam, ze jesli ktos ma klase, powinien szlachectwo ukrywac, jesli to mozliwe, a nie sie nim szczycic. Nie mowiac juz o tych szlachcicach, ktorzy swoim pochodzeniem staraja sie przykryc zwyczajnosc wlasnej egzytencji.

  • bilu46

    Oceniono 524 razy 486

    KONSTYTUCJA RZECZPOSPOLITEJ POLSKIEJ
    Z DNIA 17 MARCA 1921 ROKU

    W imię Boga Wszechmogącego!

    My, Naród Polski, dziękując Opatrzności za wyzwolenie nas z półtorawiekowej niewoli, wspominając z wdzięcznością męstwo i wytrwałość ofiarnej walki pokoleń, które najlepsze wysiłki swoje sprawie niepodległości bez przerwy poświęcały, nawiązując do świetnej tradycji wiekopomnej Konstytucji 3-go Maja, dobro całej, zjednoczonej i niepodległej Matki-Ojczyzny mając na oku, a pragnąc jej byt niepodległy, potęgę i bezpieczeństwo oraz ład społeczny utwierdzić na wiekuistych zasadach prawa i wolności, pragnąc zarazem zapewnić rozwój wszystkich jej sił moralnych i materialnych dla dobra całej odradzającej się ludzkości, wszystkim obywatelom Rzeczypospolitej równość, a pracy poszanowanie, należne prawa i szczególną opiekę Państwa zabezpieczyć - tę oto Ustawę Konstytucyjną na Sejmie Ustawodawczym Rzeczypospolitej Polskiej uchwalamy i stanowimy.
    (…)
    Art.96
    Wszyscy obywatele są równi wobec prawa. Urzędy publiczne są w równej mierze dla wszystkich dostępne na warunkach, prawem przepisanych.
    Rzeczpospolita Polska nie uznaje przywilejów rodowych ani stanowych, jak również żadnych herbów, tytułów rodowych i innych z wyjątkiem naukowych, urzędowych i zawodowych. Obywatelowi Rzeczypospolitej nie wolno przyjmować bez zezwolenia Prezydenta Rzeczypospolitej tytułów ani orderów cudzoziemskich.
    Jak widać, nie komuniści, tylko suwerenny NARÓD pozbawił tych samozwańców przywłaszczonych ongiś siła "przywilejów" . Począwszy od szwedzkiego potopu i rejterady pod Ujściem, szlachta straciła jakiekolwiek "prawo" do nadawania sobie przywilejów. A tytuły nadawali obcy monarchowie za zdradę Polski. W żadnym innym kraju tzw. "szlachta" nie odegrała tak paskudnej roli jak w czasie Targowicy.

  • Przemek Brożek

    Oceniono 542 razy 478

    Dzięki cudownej polskiej szlachcie, która blokowała wszystkie sensowne reformy dworu królewskiego doszło do rozbiorów i wymazania kraju z mapy świata. Co ciekawe szlachta nie identyfikowała się z innymi obywatelami ani z narodem jako takim. Uważała się przecież za naród odrębny, za "nadludzi" o Sarmackim pochodzeniu. Szczególnie było to widać w stosunku do chłopstwa - de facto stanu niewolniczego na usługach szlachty. Oczywiście były też wyjątki. Niemniej generalnie szlachta nie ma się czym szczycić. Więcej dla tego narodu zrobiło mieszczaństwo i chłopstwo właśnie. Dzięki tym warstwom społecznym nasza kultura i tradycja przetrwały. Dzięki tym stanom rozwinął się też przemysł, a naród miał co jeść. Także szlachcie już dziękujemy. Miała swoje 5 minut i wystarczy.

  • czujny_jak_pies_podwojny

    Oceniono 502 razy 426

    ludzie mają różne hobby i fajnie, że są to różnorodne i nierzadko dziwaczne rzeczy, ale nie mogę się oprzec wrażeniu, że gdyby ktoś z moich znajomych zaczął eksplorować swe szlacheckie korzenie zostałby zabity śmiechem. (ale może to jakieś plebejskie kompleksy ;)))

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX