Ten Typ Mes, Witold Michalak, Łukasz Stasiak

Ten Typ Mes, Witold Michalak, Łukasz Stasiak (fot. Tomasz Karwiński)

wywiad gazeta.pl

Alkopoligamia.com - niezależna wytwórnia muzyczna. Ten Typ Mes: Szukamy artystów, którzy są odporni na kryzys

Pierwszy z nich jest jednym z najbardziej docenionych polskich artystów. Drugi to połączenie managera, organizatora, aktywisty i rapera. Trzeci to reżyser z pasji, przedsiębiorca z wykształcenia i producent z zawodu. Ten Typ Mes, Łukasz Stasiak i Witold Michalak przeszło dziewięć lat temu założyli sklep odzieżowy Alkopoligamia.com, który z czasem stał się również jedną z najważniejszych niezależnych wytwórni muzycznych w kraju. Nam opowiadają o budowaniu wytwórni, akcji "Wyloguj się do życia" i planowanej płycie "Albo inaczej", na której hip-hopowe utwory będzie można usłyszeć w wykonaniu takich artystów, jak Krystyna Prońko czy Andrzej Dąbrowski.

Na myśl przewodnią naszej rozmowy wybrałem fragment felietonu Mesa o wytwórniach: „Wymyślono więc niezależne wytwórnie. Po to, by artysta nie musiał robić tego wszystkiego sam. Małe wydawnictwa proponują usprawnienie zajawkowego indywidualizmu muzyka dysponującego swoją gorącą empetrójką. Bez intencji stopowania jego entuzjazmu na działkowanie się hitem z całą ludzkością”.

Ten Typ Mes: - Okrągłe, długie zdanie. Pamiętam, że pisałem to pod wpływem dużych emocji. Wytwórnie nie mają dobrego PR-u w ostatnich latach. Łatwo jest dziennikarzom robić z wytwórni wyzyskiwaczy talentów artysty. Pasuje to do tezy, że teraz sztuka należy do wszystkich. Skoro należy do twórcy i jego odbiorcy, to po co nam pośrednik? Ludzie nie rozumieją, że świat nie jest czarno-biały. Wytwórnia to nie tylko „majorsy”, koncerny, korporacje. To także małe oficyny wydawnicze zakładane przez artystów. Bez względu na to, czy chodzi o pisarza, malarza czy muzyka - wszyscy ci ludzie potrzebują asysty.

Łukasz Stasiak: - Wszyscy myślą, że to jest takie proste: wrzucę kawałek na YouTube, fanpage i nic, tylko patrzeć, jak wyświetlenia pną się w górę. Jednak apetyt rośnie w miarę jedzenia. Nie sprzedasz płyty w całym kraju z bagażnika swojego samochodu. Potrzebujesz dystrybucji, sklepu internetowego, logistyki wysyłkowej, odpowiedniej organizacji całego przedsięwzięcia. Wiadomo, że na początku pomoże ci kolega czy dwóch, ale z czasem musisz mieć ludzi pracujących z tobą na uczciwych i przejrzystych zasadach. Oficyna, wytwórnia, nazwij to jak chcesz, ale bez usystematyzowanego podziału obowiązków nic nie zdziałasz.

Witold Michalak: - Ten zły PR, o którym wspomniał Piotrek, to także wina artystów, których oczekiwań wytwórnie nie spełniły. Jednostki, które myślą, że same wszystko zrobią lepiej, mają tendencję winić innych.

Ł.: - Pojawia się również pytanie: po co ci jest wytwórnia? Przychodzą artyści, którzy mają na siebie konkretny pomysł, po czym wymieniają, w jakich obszarach potrzebują pomocy. Są też tacy, którzy są tworami wytwórni od A do Z. Niektórym się wydaje, że jest to proceder dotyczący tylko popu i takich figur, jak Justin Bieber czy Dawid Kwiatkowski, ale w wytwórniach hip-hopowych też stosuje się takie zabiegi.

W.: - My na początku naszej działalności też byliśmy takimi gośćmi, którzy pomogli koledze, czyli Piotrkowi, wydać płytę. Mes miał nagrany materiał i pomyśleliśmy, że wydanie tego albumu wspólnymi siłami będzie najlepszym rozwiązaniem.

Ł.: - I wcale nie było łatwo go do tego przekonać.

Ekipa Alkopoligamia.com (fot. Tomasz Karwiński)Ekipa Alkopoligamia.com (fot. Tomasz Karwiński)

Mes, chodziłeś po wytwórniach, czekając na najlepszą propozycję? Przed wydaniem płyty w Alkopoligamii miałeś już ugruntowaną pozycję na scenie i trzy albumy na koncie.

M.: - Trochę ugruntowaną, a trochę nie. Nie byłem pewny, w którym kierunku pójść, co zrobić. Firmowanie wszystkiego swoim nazwiskiem, jak i nazwiskiem swoich przyjaciół, łączy się z ogromną odpowiedzialnością i ryzykiem.

Co dała wam wcześniejsza współpraca z wydawcami?

M.: - Nauczyłem się dystansu do artysty, bo trzeba pamiętać, że artystą zostaje ktoś po prostu popierdolony. Jednostka, która nie chce iść drogami, które kanalizują większość społeczeństwa. Dlatego do artysty trzeba mieć dużo cierpliwości, dystansu, uśmiechu. Nie należy zakładać, że jest to współpraca z normalnymi ludźmi.

Świętowaliście niedawno w Pałacu Kultury i Nauki 8. urodziny waszej wytwórni, a jednak wasze pierwsze wydawnictwa - Ten Typ Mes „Zamach na przeciętność” i Pjus „Life After Death” - pochodzą z 2009 r.

Ł.: - Alkopoligamia zaczęła się od firmy odzieżowej. Pierwsze trzy lata działalności to ubrania, z czasem doszła fonografia. A od tego roku także piwo.

Specyficzny styl życia, wadę goni wada / Alkopoligamia młoda grasz lub odpadasz”. Na płycie Flexxipu pada po raz pierwszy ten neologizm, który stał się nazwą wytwórni?

M.: - Tak.

Odniosłeś się kiedyś w utworze do nazwy firmy: „głupia nazwa na spółkę córkę”.

M.: - Bierze się to z tych wszystkich sytuacji, w których ludzie mają problem z wymówieniem tego słowa. Mówią: „aklo-”, „alogamia” etc. Wtedy masz ochotę powiedzieć to, co ja nawinąłem. Jednak w szerszym kontekście chodzi tu o dystans do swojej działalności.

W.: - Zdecydowanie nie jest to nazwa, nad którą siedział sztab marketingowców szacujących jej potencjał.

M.: - Stasiak z Witkiem wymyślili, że to będzie nazwa.

Ł.: - My? To było tak, że firma odzieżowa ruszyła jako Alkopoligamia, a kiedy przyszło pierwsze wydawnictwo muzyczne, stwierdziliśmy, że warto kontynuować pod tą samą nazwą. Podobną sytuację mieliśmy, gdy zaczęliśmy zastanawiać się nad robieniem swojego piwa. Można było je nazwać „Piwkogamia”, „Alkopolipiwko”, ale idziemy konsekwentnie naszym trudnym do wymówienia wyrazem.

W.: - Nazwa pochodzi od solowego debiutu Piotrka, który uprzedził premierę naszego interesu odzieżowego.

M.: - Uff. Udało się ustalić, skąd nazwa wytwórni.

 

 

Pierwszym studiem nagraniowym Alkopoligamii było mieszkanie Mesa, tzw. 2cztery7 kwadrat. Mes, napisałeś kiedyś, że opcja ze studiem nie byłaby możliwa, gdyby nie Pjus [obok Mesa i Stasiaka członek zespołu 2cztery7 - przyp. red].

Ł.: - Jeszcze jako zespół 2cztery7 stwierdziliśmy, że zbudujemy sobie studio. Uznałem, że mam zdolności manualno-techniczne, by to zrobić, Karol miał fundusze, a Piotrek miejsce, czyli swoją kawalerkę. Tym sposobem zbudowaliśmy studio, które po dziś dzień funkcjonuje u Piotrka, choć częściej nagrywamy w siedzibie Alkopoligamii.

M.: - Studia Alkopoligamii są obecnie dwa: jedno w siedzibie głównej, a drugie u mnie w mieszkaniu, które zostało z tamtych czasów i ma się doskonale. Jeśli ktoś potrzebuje mojej asysty jako realizatora dźwięku/nagrań, to wtedy pracujemy u mnie w domu. Na przykład kiedy raper nie wie, czy dziewczyna, która ma śpiewać, fałszuje czy nie.

W.: - Przeprowadziliśmy się do tej siedziby w 2011 r., w okresie premiery płyty „Kandydaci na szaleńców”. Na początku Alkopoligamia, jeszcze jako firma odzieżowa, mieściła się w wynajmowanej przeze mnie kawalerce na Kabatach

Ł.: - debiut fonograficzny koordynowaliśmy już u mnie na Odyńca.

W.: - Potem bardzo długo byliśmy w pokoju u mnie na Natolinie, w moim aktualnym mieszkaniu.

Ł.: - Wielu naszych fanów zamawia płyty przedpremierowo w tzw. preorderze. Przy okazji płyty „Kandydaci na szaleńców”, którą pakowaliśmy do wysyłki z tydzień, dostaliśmy masę maili, że płyta nie doszła. Zachodziliśmy w głowę, co mogło się stać. Witek zszedł do piwnicy i okazało się, że jeden karton płyt zwyczajnie zostawiliśmy pominięty. Obecna siedziba robi się już powoli ciasna [rozglądam się po małym studiu, w którym siedzimy: o miejsce walczymy z przeładowanym stojakiem na ubrania i paroma zgrzewkami piwa Alkopoligamia - przyp. red]. I choć lepiej w tę stronę niż miałby być przeciąg spowodowany bezczynnością, to myślimy nad zmianami.

Co robiliście przed powstaniem Alkopoligamii? Piotr całe życie poświęcił muzyce, a wy - Łukasz, Witek?

Ł.: - Z Mateuszem Mazurem rozkręcaliśmy nieistniejący już klub The Fresh.

W.: - Ja pracowałem w jednej z telewizyjnych stacji muzycznych, wcześniej intensywnie studiowałem - na SGH i w Instytucie Nauk Społecznych UW. Później, już za czasów Alkopoligamii - poszedłem na Akademię Filmu i Telewizji. Niestety się nie obroniłem. Sporo się jednak nauczyłem. Była szansa obronić dyplom, tym bardziej szkoda, że się nie udało, bo napisałem fajny scenariusz do utworu Piotrka.

Którego?

W.: - Nie powiem, ale scenariusz jest gotowy, więc może kiedyś zostanie zrealizowany. Powiem tyle, że chodzi o jeden ze storytellingów Mesa.

Witek, wyreżyserowałeś multum teledysków dla artystów Alkopoligamii i nie tylko. Z którego jesteś najbardziej dumny?

W.: - Bardzo lubię klip do utworu „Detoks”, do którego udało nam się zaprosić panią Magdę Wójcik. Mam świetne wspomnienia związane z klipem Wdowy z Czesławem oraz „Ja chcę być vintage” Łukasza. „Otwarcie” też było super, tyle że mieliśmy z nim sporo przygotowań i problemów Długo wydawało mi się, że nie uda się uchwycić wizji, którą sobie wymyśliliśmy. Przy tym czułem ciężar, jaki miał ten teledysk: to był pierwszy singiel do przełomowej płyty Piotrka. W momentach gdy łączę dwie sprzeczne funkcje, wydawcy i reżysera, presja jest ogromna. Jako reżyser mam prawo oczekiwać wszystkiego, co jest mi potrzebne w realizacji swojej wizji, a jako wydawca i „inwestor” - nie chcę być zbyt hojny.

 

 

Klip Kuby Knapa do „Nie ma szans” to coś więcej niż kolejny teledysk: świetna produkcja Sky Piastowskie, rozmach, klimat rodem z filmów Scorsesego, w rezultacie premiera kinowa w kinie Wisła, a na YouTube ma ledwo ponad 100 tys. odtworzeń. Artystyczne spełnienie rekompensuje irytację?

Ł.: - Rozmawiałem o tym niedawno z jednym wydawcą, jego artyści mają superosiągnięcia na YouTube i sprzedają dużo płyt, ale koncertów nie grają w ogóle. Z kolei Piotrek jest, obiektywnie patrząc, jednym z najbardziej popularnych raperów w kraju, gra multum koncertów, a jego youtube'owe czy facebookowe statystyki kompletnie tego nie odzwierciedlają. Dlaczego tak się dzieje? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Naszych fanów jest mniej, ale są bardziej zaangażowani: kupują płyty, bilety na koncerty. Co do klipu, to i tak cieszymy się z tego, że mogliśmy zrobić coś świeżego i oryginalnego, bez oglądania się na statystyki.

 

 

W.: - Łatwo jest sprawdzić liczbę wejść, odtworzeń etc. Jednak te wymierne wartości to jest sprawa drugorzędna, bo ważniejsze jest, by płyta była przełomowa i istotna dla sceny, by wreszcie została zweryfikowana z fanami na koncertach.

Ł.: - W takich momentach zawsze przytaczam wers Dizkreta: „Nie ilość, a miłość jest naszą siłą”.

M.: - (śmiech) Jaram się. Tu dochodzimy do tego, że my mamy komfortowe rozkminy, tzw. problemy pierwszego świata. W Doniecku to są problemy. Dywagujemy, czy milion na YouTube, czy pięć tysięcy sprzedanych płyt więcej. A co z pisarzem, który ma tylko jeden kanał promocji? Może wystawić książkę na półce koło miliona innych i czekać. To jest dramat. Nie skasuje nikogo na wieczorku autorskim za podpisanie książki czy opowiedzenie anegdoty.

Jak wam się łączy funkcję artysty i wydawcy?

M.: - Ja mam funkcje bardziej „swobodne”: dobieram ludzi, pomysły, staram się być dobrym duchem, ale też sitem muzycznym. Każdy z nas ma trochę inną sytuację w firmie: ja nie jestem wydawcą w takim rozumieniu co Witek, nie jestem managerem jak Łukasz, z kolei Witek nie jest artystą

A kiedy reżyseruje?

M.: - Tak, wtedy tak. Z wydawcą mogę dyskutować, z reżyserem już nie (śmiech).

Ł.: - Wszystko jest kwestią czasu. Doba ma tylko dwadzieścia cztery godziny, a prócz pracy jest jeszcze rodzina, są zainteresowania, znajomi. Bardzo lubię wszystkie obowiązki wydawcy, ale ciężko łączyć je z byciem artystą. Pięć lat temu, wydając swój solowy album, oddałem część obowiązków agencji New Zenith. Tak więc wydając swój album, nie byłem wydawcą w pełnym tego słowa znaczeniu, jak ma to miejsce, kiedy nadchodzi premiera albumu Mesa. Jeśli znów będę wydawał coś swojego, ponownie oddam trochę obowiązków wydawniczych, bo przy swoim dziele fajnie jest skupić się na byciu twórcą i na wszystkim, co z tym związane. Choć nie ukrywam, że premiery albumów Piotrka cieszą mnie bardzo. Pamiętam, jak świętowaliśmy po premierze „Trzeba było zostać dresiarzem”, nie poszliśmy po całej nocy spać, tylko przyjechaliśmy do naszej siedziby, bo wiedzieliśmy, że rano przychodzą płyty z tłoczni. Siedzieliśmy tu, wąchając książeczki, liżąc płyty - chłonęliśmy ten moment.

Z czasem rozrastania się naszej działalności obowiązków przybywa. Zaczynaliśmy we dwójkę z Witkiem, teraz zaczęły dochodzić kolejne osoby. Obyśmy się rozrastali, bo w ten sposób będziemy mogli dawać słuchaczom więcej i więcej. Piotrek pisał w swoim felietonie o „dzieleniu się obowiązkami”, tak i my chcemy nimi się dzielić, zatrudniając kolejne osoby, przyjmując do wytwórni nowych artystów, wydając po prostu więcej muzyki. Nie chcemy nie wiadomo jak się rozrosnąć, żeby nie zgubić gdzieś po drodze naszych idei oraz wizji, ale progres jest konieczny.

Mes odbiera Złotą Płytę (fot. Tomasz Karwiński)Mes odbiera Złotą Płytę (fot. Tomasz Karwiński)

Figura wydawcy w przemyśle muzycznym zawsze była kontrowersyjna: Pezet, Kazik nazywali swoich wydawców „złodziejami”; wasz kolega Pjus określał swojego wydawcę per „nędznik”. Czujecie ciężar związany ze sprawowaniem tak złożonej funkcji?

Ł.: - Zupełnie nie. Po pierwsze staramy się nie wydawać ludzi, których kompletnie nie znamy. Chcemy wyczuć i zrozumieć naszych artystów, chcemy, żeby oni poznali nas. Nie działamy jak „majors”, staramy się stworzyć klimat rodzinny.

M.: - „Nędznik” u Pjusa wynikał z tego, że my jako zespół 2cztery7 zrobiliśmy już wszystko, mieliśmy nagraną płytę i wtedy nastąpiła sytuacja, którą znałem z amerykańskich rapowych pism: wytwórnia odkładała wydanie gotowego albumu. W sumie to wyszło nawet na dobre, bo parę miesięcy opóźnienia pozwoliło dopracować płytę. Tak więc ja osobiście nie mogę powiedzieć, że któryś z moich wydawców był strasznym juchą. W dzisiejszych czasach możesz zrobić tyle samemu, jeśli działania wydawcy wydają ci się niewystarczające, że obwinianie innych za swoje porażki wydaje mi się mocno passé. Nie jesteś stłamszoną postacią, jak Prince w latach 90., który nazywał się „niewolnikiem” etc. Każdy ma pełne prawo, wykorzystując platformy naszych czasów (media społecznościowe, YouTube), promować swoje działania, nie oglądając się wyłącznie na wydawcę.

M.: - Moja pierwsza płyta sprzedała się w zastraszająco niskim nakładzie, biorąc pod uwagę oczekiwania jej towarzyszące. W 2005 r. byłem przedstawicielem „nowego ładu” w rapie. Gościem, który wiedział, że rymy muszą być bardziej skomplikowane, a historie i koncepty różnorodne. Solowy debiut był superalbumem, bo nie boję się tak go nazwać, sprzedanym w bardzo małych ilościach. Nie miałem pretensji do wydawcy, bo płyta zwyczajnie nie trafiła na swój czas. Wydawca mnie nie oszukał - tak jak się dogadaliśmy, tak było.

W.: - Jeśli umawiamy się na trzy teledyski przed premierą, to mają być trzy teledyski. Relacja między artystą a wydawcą musi być klarowna i uczciwa.

M.: - Prostym podsumowaniem niech będzie to, że jesteśmy z gruntu uczciwi, jeśli chodzi o rzeczy wymierne: płyty, teledyski, pieniądze, terminy. Pewnych rzeczy nie możemy jednak obiecać, jeśli komuś w głowie zakiełkuje myśl w stylu: „chcę mieć patronat TVN i gwiazdy na featuringach”. Rzeczy niewymiernych nie gwarantujemy.

Noon powiedział niedawno w wywiadzie, że 2014 r. bardzo mu przypomina 2004 r., gdy bańka popularności na hip-hop w końcu pękła.

Ł.: - Twardsze przetrwają, wyginą te słabsze. Już było parę fali popularności polskiego hip-hopu, ale ta obecna trwa już kilka lat. Jeśli ktoś nie patrzy długofalowo, nie ma planów i jest koniunkturalistą, to może go to martwić.

M.: - Im dłużej żyję, tym mniej wiem, więc jeśli Noon jest takim prorokiem, to niech rozrysuje dokładnie, kiedy pęknie. Przed chwilą robiliśmy Euro z Ukrainą, a teraz nie ma już tego kraju w tamtym sensie, podobnie nie umiem powiedzieć, jak zmieni się krajobraz tego muzycznego świata. Poza tym my szukamy artystów, którzy są odporni na kryzys. Nie takich, co jednego lata bujają się z hipsterami, śpiewają dziwne piosenki po angielsku, by za rok pracować w agencji reklamowej.

Jakiś czas temu powstał pierwszy teledysk zapowiadający płytę „Albo inaczej”, gdzie rapowe klasyki zostaną odświeżone w jazzowych aranżacjach. Na pierwszy ogień poszedł Andrzej Dąbrowski interpretujący Pezeta.


 

W.: - Premiera planowana jest na pierwszy kwartał przyszłego roku. Istnieje jeszcze jeden utwór nagrany przez pana Andrzeja Dąbrowskiego oraz utwór w wykonaniu pani Krystyny Prońko. Jak pani Krystyna się zgodziła, to nam spadły kapcie, a jak zaśpiewała, to spadło wszystko inne (śmiech).

Jaki utwór śpiewa?

W.: - Tego nie mogę powiedzieć. Ten projekt sprawia nam dużo radości z wielu powodów. Mamy okazję współpracować z wybitnymi wokalistami, utwory naszej młodości mogą zostać ujęte w zupełnie innym stylu. Dodatkowo zanosi się na to, że wydamy płytę w pełni zagraną przez młodych polskich jazzmanów.

A ty, Mes, podjąłbyś się jazzowej interpretacji rapowego utworu?

M.: - To musiałoby być coś stawiającego bardziej na rytm niż wyśpiewywanie długich fraz, ale nie jest to niemożliwe.

Parę lat temu zrealizowaliście dokument o powstaniu płyty Pjusa, który nagrał ją, mając w pełni cyfrowy słuch. To chyba jedyny taki przypadek na świecie.

W.: - Wyjątkowa płyta, bo nagrana po chorobie, w wyniku której Karol stracił słuch. Dlatego też do realizacji filmu zabraliśmy się, w momencie gdy płyta zaczęła powstawać, a materiały archiwalne, takie jak przebieg samej operacji wszczepienia implantu, udało nam się po prostu zebrać z różnych źródeł.

Ł.: - To była duża rzecz, Witek mimo niewielkiego doświadczenia, jakie miał w tamtych czasach, podjął się tego zadania i uważam, że mu podołał. Najlepszym potwierdzeniem są telefony i maile, które odbieram do dziś z prośbą o udostępnienie filmu na pokazy, szkolenia, seminaria. Ten film to z jednej strony dokument o chorobie Karola, a z drugiej strony świadectwo tego, że tam gdzie wydaje się, że twoje życie natrafia na ścianę, to warto sprawdzić, czy tego muru nie da się przeskoczyć, obejść lub wysadzić. Karol to człowiek, który się nie poddał i może być inspiracją oraz wzorem dla wielu ludzi, którzy stają w swoim życiu przed taką ścianą.

Dlaczego wzięliście udział w akcji „Wyloguj się do życia, a robi się to tak”? Zaangażowali się w nią m.in. Robert Lewandowski i Wojciech Szczęsny.

Ł.: - Do akcji zaprosiła nas fundacja FIRST. Zgodziliśmy się oczywiście bez zastanowienia, ponieważ problem nadużywania sieci jest nam bliski. Piotr w swojej twórczości wielokrotnie już o tym wspominał, m.in. w utworze „Detoks”. Przy okazji udziału w akcji zagłębiliśmy się w ten problem od strony badań i faktów i okazało się, że jest dużo poważniejszy, niż mogłoby się wydawać. Ludzie wpadają w życie w internecie jak w każdą inną używkę.

Sieć nie tylko uzależnia, internet „pochłonął” też wiele wydawnictw. W swoim felietonie, Mes, nawoływałeś do przywrócenia blasku słowom takim, jak wytwórnia, oficyna wydawnicza czy spółdzielnia artystyczna.

M.: - Te wszystkie wydawnictwa, które wchłonął internet, szczególnie te naukowe - to jest straszne i budzi wiele żalu. Jeśli pada wydawnictwo naukowe, zajmujące się dostarczaniem rzetelnych podręczników medycyny, które mają kształcić lekarzy, to pytam się: kto będzie należycie leczył tych bezrefleksyjnych fanów cyfrowej rewolucji? Wydawca w przypadku książek naukowych to jest człowiek, który swoim autorytetem, procedurami wypracowanymi przez lata doświadczenia wskazywał na różnice między pracą naukową a paranaukową. Książka medyczna na Chomiku, gdzie ktoś zamienił co drugie słowo? Choroba uleczalna na nieuleczalna, hę? Cyfrowa rewolucja zje swoje dzieci.

W.: - Idąc tym tropem, w naszym wydawnictwie osobą, która firmuje jakość swoją marką...

M.: - ...mordą...

Ł.: - ...ryjem (śmiech).

W.: - Tak jak mówiłem... (śmiech), Piotrek swoją osobą daje gwarant jakości. Jego odbiorcy reprezentują pewien poziom...

M.: - ...wysoki poziom.

W.: - Bierzemy odpowiedzialność za muzykę. Może się ona podobać lub nie, ale reprezentuje wysoki poziom. Słowo autorytet zdewaluowało się w wielu dziedzinach, także w muzyce. Tyle że my staramy się do tego nie dopuścić.

 

Chcecie przeczytać więcej? Tutaj znajdziecie dalszą część wywiadu z założycielami Alkopoligamia.com

 

Ten Typ Mes, wł. Piotr Szmidt. Raper, producent, DJ, wydawca. Debiutował w 2003 r. albumem pt. „Fach” nagranym z Emilem Blefem w ramach zespołu Flexxip. W ramach grupy 2cztery7, współtworzonej ze Stasiakiem i Pjusem, wydał dwie płyty. Nagrał pięć albumów solowych. Tegoroczny „Trzeba było zostać dresiarzem” osiągnął status złotej płyty. W 2011 r. został sklasyfikowany na 7. miejscu listy 30 najlepszych polskich raperów według magazynu „Machina”.

Stasiak, wł. Łukasz Stasiak. Raper, producent wykonawczy, manager, wydawca. Nagrał dwa albumy w formacji 2cztery7: „Funk dla Smaku” (2005), „Spaleni Innym Słońcem” (2008). W 2010 r. wydał pierwszy album solowy pt. „Pół żartem, pół serio”. Żonaty, ma córkę.

Witold Michalak. Reżyser, wydawca, przedsiębiorca, producent wykonawczy. Współzałożyciel marki odzieżowej Zerodwadwa.com. Studiował w Instytucie Nauk Społecznych UW, Szkole Głównej Handlowej i Akademii Filmu i Telewizji. Przez wiele lat pracował w MTV Polska. Żonaty, ma córkę.

Bartek Strowski. Aspirujący scenarzysta, fanatyk NBA, kolekcjoner płyt i ciężkostrawnych przyzwyczajeń. Publikuje na Polskikosz.pl i Altermag.pl. Na co dzień pracuje w sieci partnerskiej YouTube - Agora Internet Artists.

Komentarze (8)
Zaloguj się
  • lanou

    Oceniono 40 razy 16

    Nie, absolutnie NIE, nazywanie kogoś "jednym z najbardziej niedocenianych polskich artystów" do mnie NIE PRZEMAWIA!!! Co to ku... jest najbardziej niedoceniany polski artysta? Co to do diabła za twór?

  • jiddu

    Oceniono 15 razy 9

    No z tymi wydawnictwami naukowymi to pojechali równo. Zupełny brak pojęcia o tym, jak komfortowe jest obecnie wyszukiwanie najprzeróżniejszych informacji, zwłaszcza, kiedy zna się język angielski, nie mówiąc już o tym, że szybki postęp w nauce domaga się szybkich aktualizacji wiedzy, co między innymi w medycynie jest ważne. Internet umożliwia także weryfikację informacji u różnych źródeł, a więc na przykład literówka, złe tłumaczenie, przeinaczenie, które mogą się znaleźć również w książce tradycyjnej w internecie jest łatwiejsza do wyłapania.

  • zebrzec

    Oceniono 7 razy -5

    nie nie, rap, hip hop, chocby z orkiestrą Maksymiuka w tle to straszny kał...:(stylistyczny

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX