Aktorzy Teatru Improwizowanego Klancyk

Aktorzy Teatru Improwizowanego Klancyk (fot. Bartosz Bobkowski/Agencja Gazeta)

wywiad gazeta.pl

Klancyk, czyli polscy pionierzy "impro": Nie staramy się być śmieszni

Grają bez planu i scenariusza. Z jednego zdania, obrazu, sytuacji, na poczekaniu tworzą komiczną scenę lub całą, pełną humoru opowieść. Przekonali już do siebie warszawiaków, teraz planują ruszyć w Polskę. W rozmowie z nami współtwórcy teatru Klancyk opowiadają o tym, czym jest impro, co ich inspiruje i jak to jest grać martwego dziadka.

„Teatr”, „komedia”, „performance”, „kabaret”, „improwizacja” - najczęściej używając takich właśnie wyrazów, próbuje się opisywać Klancyk. Ale każdy, kto był choć na jednym ich spektaklu, wie, że te słowa nie oddają istoty rzeczy. I że Klancyk lepiej po prostu zobaczyć niż o nim czytać. Bo nawet sami członkowie zespołu przyznają, że czasem trudno jest im wytłumaczyć, czym dokładnie się zajmują.

Dlaczego? Bo Klancyk jako „zjawisko artystyczne” jest bardzo nieuchwytny i mieni się różnymi kolorami w zależności nie tylko od nastroju, formy i pomysłowości jego twórców, ale też kaprysów widowni i zwykłego przypadku. Każdy z improwizowanych, tworzonych na oczach widzów spektakli jest inny, zaskakujący, niepowtarzalny. I śmieszny. A konkretnie? - zapyta ktoś. Podam przykład: ekipa Klancyka jest w stanie na żywo wymyślać komiczne dubbingi do spotów wyborczych albo tworzyć kilkuminutowe skecze oparte na rzuconym przez kogoś z widowni haśle, pomyśle czy zdaniu. To petarda energii, spontaniczności i śmiechu.

Będąc pod ogromnym wrażeniem tego, co robią, spotkałem się z nimi, by przeprowadzić wywiad. Z Bartoszem Młynarskim, Piotrem Sikorą i Krzysztofem Wiśniewskim rozmawialiśmy o tym, czym dokładnie jest ich pasja, którą nazywają po prostu „impro”.

Aktorzy Teatru Improwizowanego Klancyk (fot. Bartosz Bobkowski/Agencja Gazeta)Aktorzy Teatru Improwizowanego Klancyk (fot. Bartosz Bobkowski/Agencja Gazeta)

Zauważyłem, że wiele wywiadów z wami z minionych lat zaczyna się od pytań o to, czym w ogóle jest Klancyk i jak nazwać to, co robicie. Tak jakby sami dziennikarze nie byli pewni, co to za diabeł ten wasz „teatr improwizowany”. Ciągle musicie to ludziom tłumaczyć?

Bartek: - Na pewno jest coraz lepiej i coraz więcej osób kojarzy, czym jest improwizacja. Choć nadal jest to pojęcie mylone np. ze stand-upem. Impro przez ostatnich kilka lat na tyle się w Polsce rozwinęło, że trochę łatwiej się o tym zjawisku mówi i je tłumaczy.

Krzysiek: - Impro pojawia się coraz częściej na przeglądach kabaretowych. Istnieją grupy, które się specjalizują w scenach opartych na tzw. grach.

Czyli?

Krzysiek: - To sceny wypełnione improwizowaną treścią, ale mające pewną stałą konstrukcję. Są krótkie, skeczowe, gagowe. W pewnym momencie praktycznie przestaliśmy grać tego typu spektakle. Skupiliśmy się na dłuższej formie, na scenach, które nie mają formalnych założeń. Np. wchodzimy na scenę, bierzemy od  publiczności pomysły i gramy 45 minut improwizowanego spektaklu, który jest w stu procentach wypełniony naszymi skojarzeniami. Uprawiając impro, musimy nawiązać bliską relację z publicznością.

45 minut to dużo. Jak nad tym panujecie? Bo przecież podkreślacie, że wasze spektakle powstają „na bieżąco, bez przygotowania, bez scenariusza”. Jak to w ogóle możliwe?

Piotrek: - Tak jak w klasycznym rozumieniu teatru aktorzy mają próby, tak my trenujemy impro. Warsztat improwizatora składa się z mnóstwa umiejętności, które trzeba nabyć. To jest trenowanie wyobraźni, umysłu, emocjonalności, to wszystko ćwiczy się podczas warsztatów, które sami dla siebie organizujemy.

Aktorzy Teatru Improwizowanego Klancyk (fot. Bartosz Bobkowski/Agencja Gazeta)Aktorzy Teatru Improwizowanego Klancyk (fot. Bartosz Bobkowski/Agencja Gazeta)

Jak takie warsztaty wyglądają?

Krzysiek: - Przede wszystkim nigdy nie ćwiczymy spektaklu, który gramy wieczorem. Tworzymy ogólne założenia każdego spektaklu: ustalamy, że będzie pierwszy bit, drugi bit, trzeci bit. I wypełniamy je na bieżąco wymyślaną treścią. Wcześniej trenujemy jedynie rodzaje scen, budujemy relacje, próbujemy w sobie wzbudzić umiejętności aktorskie, bo żaden z nas nie ma aktorskiego wykształcenia. Na warsztatach ćwiczymy też zespołowość, wspólne działanie.

Bartek: - Amerykanie nazywają to „group mind”, myślenie grupowe. Na przykład podejmowanie decyzji bez konsultacji ze sobą. Gdy ktoś intuicyjnie „idzie” w jakąś stronę, reszta się dołącza, wspiera ten pomysł, też „idzie” za nim.

Piotrek: - Podstawą jest słuchanie siebie nawzajem. To jest fundament całego impro. I akceptacja - cokolwiek powie jakaś postać, cokolwiek się wydarzy na scenie, ja to zaakceptuję i na tej podstawie będę budować coś swojego. Tak naprawdę to jest całe clou - słuchać i zgadzać się z innymi.

Krzysiek: - Kiedy pada słowo, które widzowie wybrali nam jako inspirację, na scenę wchodzi aktor, który może mieć już w głowie jakiś pomysł. Ale jeśli druga osoba zacznie inaczej, np. nazwie relację pomiędzy nimi, miejsce, w którym się znajdują albo czynność, którą wykonują, to drugi aktor musi się dostosować. Zapomina o postaci, którą chciał przed chwilą być. Wchodzi automatycznie do świata, który został zaproponowany na scenie. I kolejne osoby, które się pojawiają, dobudowują coś do tego świata. Tak posuwamy fabułę do przodu.

A co zrobić, żeby podczas takiego spektaklu nagle nie stracić wątku, nie zaciąć się?

Bartek: - To kwestia doświadczenia, my zajmujemy się improwizacją już osiem lat. Wiadomo, że zawsze towarzyszy nam trema, ale teraz jest nieco mniejsza niż na początku. No i nawet jeśli się zatniemy, to w impro zawsze możemy zrobić z tego postać, która się zacina. (śmiech)

Krzysiek: - Poza tym w impro nigdy nie jesteś sam. Jeśli coś ci się nie udało, to zadaniem osób, które są z tobą na scenie, jest obrócić to na twoją korzyść.

Michał Sufin - prowadzi Teatr Improwizowany Klancyk (fot. Agata Grzybowska/Agencja Gazeta)Michał Sufin - prowadzi Teatr Improwizowany Klancyk (fot. Agata Grzybowska/Agencja Gazeta)

A nie paraliżuje was czasem strach, że dana improwizacja po prostu nie wyjdzie śmiesznie?

Piotrek: - To, co różni improwizację od stand-upu, to fakt, że my nie staramy się być śmieszni, nie robimy żartów. Robimy sceny, które są przy okazji śmieszne. Druga różnica: impro to sprawa grupowa. Nie jest tak, że Bartek stara się być śmieszniejszy od Krzyśka, a ja od nich, tylko wspólnie budujemy spektakl, wspomagamy się i troszczymy o siebie na scenie.

Krzysiek: - Możesz mieć najlepszy pomysł na świecie, ale jeżeli on nie pasuje do sceny, to nie zadziała. Jeśli widziałeś nasz występ, to zauważyłeś, że najśmieszniejsze momenty to nie są wcale punchline'y. Komizm nie wynika z rozpaczliwego poszukiwania pointy, tylko z tego, jakie są konkretne postaci. Jeśli uda się nam pokazać ich prawdę, one staną się zabawne.

A czego szukają ludzie, którzy przychodzą na wasze warsztaty? I jak wy korzystacie z impro na co dzień? Bo to przecież jest też pewna praktyczna umiejętność?

Bartek: - Można na przykład bardzo łatwo okłamywać dziewczynę. (śmiech)

Krzysiek: - Jest coś na rzeczy, bo improwizacja to umiejętność szybkiego zmyślania.

Bartek: - Ludzie przychodzą na warsztaty z różnych powodów. Na przykład dlatego, że panicznie boją się wystąpień publicznych. A w impro muszą się otworzyć, pracować w grupie, wyjść na scenę i coś mówić. Ludzie ćwicząc tę sztukę, przełamują różne swoje bariery.

Krzysiek: - Prowadzimy też warsztaty dla firm. Czasem jest to po prostu fajna integracja zespołowa, ale zdarzają się też bardziej konkretne oczekiwania - umiejętności związane z impro można na przykład wykorzystać przy burzach mózgów w agencjach kreatywnych.

Piotrek: - Ucząc impro, pokazujemy, czym jest pomysł i czym jest wsparcie dla tego pomysłu. Można się nauczyć, jak stworzyć fajne środowisko, które sprzyja budowaniu pomysłów, projektów itd. wszędzie tam, gdzie są działania grupowe.

Klancyk istnieje już osiem lat, wy sami przedstawiacie się jako pionierzy impro w Polsce. Jak to teraz wygląda? Czujecie na plecach oddech konkurencji?

Krzysiek: - Nadal jesteśmy pionierami. (śmiech) Na początku działaliśmy w próżni, chcieliśmy, żeby takich grup było w Warszawie więcej. Organizowaliśmy warsztaty i szkoliliśmy innych improwizatorów. Teraz grup jest więcej, niektóre z nich goszczą w naszym Klubie Komediowym. Każda ma swój styl, to jest fajny element tego świata, dlatego nie chcę używać słowa „konkurencja”.

Piotrek: - Środowisko warszawskie jest wyjątkowe w skali europejskiej. Byliśmy teraz z Pawłem na warsztatach w Wiedniu i zorientowaliśmy się, że jest tam mniej ludzi, którzy robią impro, niż w Warszawie.

Bartek: - Ale z drugiej strony na przykład w Słowenii jest znacznie więcej grup niż w Polsce.

Piotrek: - To prawda, w Słowenii są w liceach dodatkowe zajęcia z improwizacji. Ale Warszawa ma naprawdę prężne własne środowisko.

Chciałbym teraz zapytać o to, co śmieszy was samych. Jaki rodzaj humoru was inspiruje?

Krzysiek: - Myślę, że część odpowiedzi na to pytanie jest w naszej nazwie. Bo „Klancyk” jest słowem, które pada w polskim tłumaczeniu jednego ze skeczy Monty Pythona. Ten absurdalny humor montypythonowski zawsze był nam bliski.

Piotrek: - Satyrycy często odnoszą się do spraw bieżących, bo to jest łatwe, wszyscy to rozumieją, bo wszyscy oglądają wiadomości. My staramy się szukać czegoś innego - na przykład jak bierzemy polityka, to nie staramy się go sparodiować, tylko „przekręcamy” go, pokazując, powiedzmy, jak on zareaguje w sytuacji, kiedy zdradza go żona. Staramy się też pokazać wnętrze naszych bohaterów, ale niekoniecznie w taki przerysowany, komediancki sposób.

Bartek: - A wracając jeszcze do inspiracji: nie chciałbym, żebyśmy zostali tylko przy tym Monty Pythonie, bo to banał. Wszyscy lubią Monty Pythona. (śmiech) Mnie z polskich rzeczy bardzo śmieszył Salon Niezależnych z lat 70.

Krzysiek: - Starsi Panowie.

Bartek: - Mumio, jak jeszcze kiedyś występowali. Grupa Rafała Kmity. To są takie polskie rzeczy, które były bliskie kabaretom, ale miały swój własny, absurdalno-groteskowy świat.

Aktorzy Teatru Improwizowanego Klancyk (fot. Bartosz Bobkowski/Agencja Gazeta)Aktorzy Teatru Improwizowanego Klancyk (fot. Bartosz Bobkowski/Agencja Gazeta)

A propos kabaretów. Twierdzicie, że nie staracie się żartować na scenie. Ale element komediowy jest w Klancyku ważny. Zdarzył się wam taki spektakl, podczas którego publiczność w ogóle się nie śmiała?

Krzysiek: - Tak, zagraliśmy kilka takich w życiu. (śmiech)

Bartek: - (śmiech) Jeden z nich był chyba w Koszalinie. Tam zawiodło właśnie wsparcie grupy. W takim momencie na scenie wycofujesz się, przestajesz dodawać. Czujesz też, że inni są wycofani, więc sam się wycofujesz jeszcze bardziej. Próbujesz się łapać jakichś głupich rozwiązań, ale nic nie działa. I ludzie to widzą.

A ty widzisz, że ludzie to widzą

Bartek: - Tak, to się napędza i zaczynasz tonąć.

Krzysiek: - Często jest też tak, że ludzie się śmieją, są zadowoleni z tego, co widzą, natomiast my nie jesteśmy. Powiedzmy, że spędziłeś ileś tam godzin warsztatów na budowaniu psychologii postaci, a robisz spektakl, który jest po prostu bardzo dwuwymiarowy, przerysowany. I widzowie się z tego śmieją, ale potem my schodzimy ze sceny i mówimy sami do siebie: Co to było?! Nie można tak robić!

Piotrek: - To jest chyba najczęstsza nasza kwestia po spektaklach: Co to było?! (śmiech)

Czyli miewacie, jak piłkarze, poczucie złej albo dobrej formy?

Piotrek: - To jest dobre porównanie. Z impro jest trochę jak z drużyną piłkarską, z tą różnicą, że nie ma przeciwnika, tylko pracuje się razem na to, żeby coś stworzyć.

Bartek: - Jeśli po zejściu ze sceny jesteśmy tak zmęczeni, że nie mamy siły z nikim rozmawiać, to zazwyczaj czujemy, że to był dobry spektakl, że daliśmy z siebie wszystko. A jeśli schodzimy na luzie, spokojnie, to jest niedosyt.

Piotrek: - Ludzie często mówią później: Ale super postać zagrałeś, byłeś najśmieszniejszy! Ale dobry występ jest wtedy, kiedy każdy z nas dodaje szczyptę czegoś, co będzie pomagało spektaklowi. Ja nie mam problemu z tym, że będę grał drugoplanową rolę albo zagram stolik. Staramy się skupiać na całości, a nie na masowaniu własnego ego.

Krzysiek: - Kiedyś przez pół spektaklu byłem trupem dziadka. (śmiech) Moje uczestnictwo opierało się na tym, że koledzy zmieniali moje pozycje na scenie. Raz siedziałem, raz leżałem. Miałem dość ograniczone możliwości budowy tej postaci. (śmiech) Ale to była bardzo ważna rola w całości spektaklu.

Aktorzy Teatru Improwizowanego Klancyk (fot. Bartosz Bobkowski/Agencja Gazeta)Aktorzy Teatru Improwizowanego Klancyk (fot. Bartosz Bobkowski/Agencja Gazeta)

Nie kłócicie się czasem po spektaklach o takie rzeczy?

Bartek: - No tak, ja się potrafię wkurzyć. (śmiech) Ale nie z takich powodów.

Krzysiek: - Wściekamy się na przykład, gdy ktoś jednym efektownym żartem przekreśli długo budowany wątek. I mimo że publiczność po takich rzeczach na ogół się śmieje, nas wkurza tani żart.

Piotrek: - To są zresztą dość dziwne rozmowy, kiedy się słucha z boku: Kiedy grałeś tę kozę, myślałem, że wejdziesz do wozu! (śmiech) Ale my to bardzo poważnie traktujemy, naprawdę. I kłócimy się nieraz bardzo mocno.

Na koniec chciałbym zapytać o Klancyka plany na przyszłość.

Bartek: - Chcemy w przyszłym roku zrobić trasę po Polsce, wyjechać z Warszawy i pokazać trochę naszego impro w kraju, połączyć to może z warsztatami w różnych miastach. Chcielibyśmy się bardziej otworzyć. Planujemy też pojeździć po różnych festiwalach, w Polsce i zagranicą. Będziemy też pracować nad nowym spektaklem, bo ostatnią naszą premierą był „Pan Harold”. Teraz trzeba wymyślić coś nowego, żeby nie powielać schematów. A dalszy plan, no nie wiem, podbój kosmosu? (śmiech)

Piotrek: - Mapy już mamy. (śmiech)

 

 

Klancyk to Maciek Buchwald, Krzysztof Dziubak, Bartosz Młynarski, Paweł Najgebauer, Piotr Sikora, Błażej Staryszak, Michał Sufin i Krzysztof Wiśniewski. Sami o sobie piszą: „Klancyk jest jedną z pionierskich grup impro w Polsce. Autorskie komediowe spektakle grupy, powstające na bieżąco, bez przygotowania i zainspirowane podpowiedzią publiczności, można oglądać w warszawskich klubach od 2006 roku”. Współpracowali m.in. z Instytutem Teatralnym im. Z. Raszewskiego, Staromiejskim Domem Kultury, Akademią Teatralną im. A. Zelwerowicza, Muzeum Powstania Warszawskiego, Narodowym Centrum Kultury, Centrum Nauki „Kopernik”, Biblioteką Narodową, Amnesty International, „Bluszczem” i Radiem Wnet.

Michał Fal. Dziennikarz i wydawca portalu Gazeta.pl. Wcześniej związany m.in. z Orange.pl, NaTemat.pl oraz tygodnikiem „Przekrój”. Ciągle wierzy, że jest jeszcze życie poza Internetem, ale na razie nie umie go sobie wyobrazić. Kiedyś chciałby przeczytać wszystkie książki, które kupuje.

Komentarze (13)
Zaloguj się
  • jam16

    Oceniono 52 razy 28

    Nieśmieszność wychodzi KLACYKOWI perfekcyjnie.

  • denna_donna

    Oceniono 47 razy 15

    Kochani widzowie,niedługo będziecie za to płacić w podatkach,nie tylko w biletach,bo przecież tak świetne pomysły jak nic zawędrują z offu do teatru repertuarowego!Jak wiadomo "frekfencja" nie zna się na "sztuce" i trzeba jej to pokazć,unaocznić i kazać płacić ubolewając jednocześnie nad totalnym niezrozumieniem współczesnego teatru.

  • mrtomekgumby

    Oceniono 27 razy 9

    Klancyk ani nie był pierwszą grupą impro, ani tym bardziej nie jest najlepszą. Ale mają jeden plus - są z Warszawy, zobaczyło ich paru dziennikarzy i celebrytów, którzy nosa za Warszawkę nie wyściubiają, więc się Klancykiem podniecają i robią mu reklamę.

  • pyffello114

    Oceniono 17 razy 9

    Przypomina mi się rysunek Mleczki, na którym błazen mówi:
    Nigdy nie wiem, czy śmieją się ze mnie dlatego, że jestem zabawny, czy dlatego, że popieram PiS.

  • carolina_reaper

    Oceniono 13 razy 5

    To jest smieszne co oni robia???

  • Trey Rikkert

    Oceniono 14 razy 4

    Tylko jedno do głowy przychodzi po obejrzeniu zupełnie nieśmiesznych inscenizacji Klancyka: zdelegalizować polskie kabarety!

  • elogrzelo

    Oceniono 3 razy 3

    Komentarze chyba dla beki. Bo jeśli na poważnie to nadają się na zal.pl

  • extrafresh

    Oceniono 13 razy 3

    o ku... jakie gó....

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX