Tokijska dzielnica Shibuya - w myśl zasady bigger, better, faster, more

Tokijska dzielnica Shibuya - w myśl zasady bigger, better, faster, more (fot. Dominika Baranowska)

zjawisko

Polacy w Japonii. Ucieczka w krainę fantazji czy kulturowy szok?

Pod względem egzotyki nic nie przebije Japonii. To kraj jak żaden inny - czy może raczej inna planeta. A jednak są Polacy, którzy świetnie się tam odnajdują. Jak im się udało pokonać przeszkody takie jak hermetyczne społeczeństwo czy jeden z najtrudniejszych języków na świecie?

- Jak przyjechałem pierwszy raz do Tokio, miałem już sporą wiedzę na temat Japonii, poza tym przyjąłem założenie, że nic mnie już nie zdziwi - opowiada Krzysztof Szpilman, profesor historii Japonii mieszkający tu od 20 lat (aktualnie wykłada na uniwersytecie w Fukuoce).

Takie nastawienie warto zaadaptować nawet, jak się jedzie do Japonii na krótko. Podczas niespełna dwutygodniowego pobytu w Kraju Kwitnącej Wiśni tylko pierwsze parę dni czułam się tak, jakbym kompletnie nie miała pojęcia, co się wokół mnie dzieje. Po „przestawieniu” się zaczęłam chłonąć każdy dziw natury i czerpać z tego dziką rozkosz.

„Normalna” Japonia

Co ciekawe, niektórym Japonia wydaje się bardziej logiczna niż inne kraje. - O wiele bardziej zaszokowały mnie Indie i obyczaj palenia zwłok czy żebracy i dzieci bez nóg na chodniku - dodaje Szpilman. Z kolei Przemek Sobócki, ilustrator, większy szok kulturowy przeżył, gdy przeprowadził się wcześniej z Wrocławia do Londynu: - Inne napięcie w kontaktach, dwa krany (jeden z zimną, drugi z ciepłą wodą), ludzie chodzą złą stroną ulicy, wydawało ci się, że znasz angielski, po czym okazuje się, że wszyscy naokoło mówią inaczej. Ostatecznie spędził w Londynie sześć lat, ale nigdy nie czuł się tam jak u siebie. W Tokio natomiast mieszka już od lat ośmiu i odnosi wrażenie, że jest to zdecydowanie bardziej „jego” miejsce niż Londyn.

- Wydaje mi się, że w Japonii dużo rzeczy wygląda tak, jak powinno - wyznaje. - Zdążyłem się już przyzwyczaić do konkretnych rzeczy, i jak wyjeżdżam stąd, doznaję szoku, że reszta świata nie jest taka jak tu! - śmieje się. Czyżby było zatem odwrotnie: to inne kraje są dziwne, a Japonia jako jedyna jest normalna?

Przyroda w Japonii zachwyca - nawet w scenerii miejskiej. Tu kwitnące drzewa wiśniowe nad rzeką Meguro Gawa w sercu Tokio (fot. Marta Karsz) Przyroda w Japonii zachwyca - nawet w scenerii miejskiej. Tu kwitnące drzewa wiśniowe nad rzeką Meguro Gawa w sercu Tokio (fot. Marta Karsz)

Podobne odczucia miała Marta Karsz, która spędziła w Japonii pierwsze osiem lat swojego życia, a od 2009 pracuje w polskiej placówce dyplomatycznej w Tokio (od 2011 pełni funkcję zastępcy dyrektora Instytutu Polskiego). Gdy jako dziecko wróciła z rodzicami do Polski, ogromnym szokiem był dla niej choćby hałas na szkolnym korytarzu...

Dziwny jest ten świat (a jednak)

Aleksandra Kaniewska, dziennikarka i analityczka polityczna, zakochała się w Japonii podczas pierwszej wizyty. Pojechała do Nagoi przepracować studenckie wakacje. Po powrocie do Europy ukończyła na Uniwersytecie Oksfordzkim studia podyplomowe na kierunku Modern Japanese Studies. Po czym wróciła do Nagoi, gdzie już po kilku miesiącach czuła się swobodnie.

Zabawne, bo Aleksandra nie mogłaby wyglądać bardziej gaijin ( jap. cudzoziemiec): jest wysoką blondynką o niebieskich oczach. Która w dodatku nie używa kremów wybielających! - Pamiętam, jak chciałam kiedyś kupić samoopalacz, i okazało się to niemożliwe - śmieje się. - W japońskich drogeriach półki uginają się od kosmetyków wybielających - inne bardzo trudno znaleźć!

Najbardziej zatłoczone skrzyżowanie na świecie, także w tokijskiej dzielnicy Shibuya. Nieopodal tego miejsca Bill Murray szeptał do ucha Scarlett Johansson w końcowej scenie filmu „Między słowami” Sofii Coppoli (fot. Dominika Baranowska)Najbardziej zatłoczone skrzyżowanie na świecie, także w tokijskiej dzielnicy Shibuya. Nieopodal tego miejsca Bill Murray szeptał do ucha Scarlett Johansson w końcowej scenie filmu „Między słowami” Sofii Coppoli (fot. Dominika Baranowska)

Przemek zdradza inną kosmetyczną ciekawostkę - Japończycy rzadko stosują perfumy, co z kolei powiązane jest z mitem, że w wyniku obsesyjnej dbałości o higienę przestali się pocić, ba! wydzielać własny zapach. Słowo „mit” zostało tu użyte świadomie - chodzi o nihonjinron, czyli fałszywe mity, które są często powielane, aby podkreślić wyjątkowość Japończyków. - Tak naprawdę jest to element kulturowego nacjonalizmu - tłumaczy Aleksandra. Prof. Szpilman także przestrzega przed nihonjinron. - To bzdura, która jest niebezpieczna. Nie ma żadnego uzasadnienia. Oczywiście, każda kultura jest inna, i japońska z powodu długiej izolacji (niemal 250 lat, od XVII do XIX wieku - przyp. autorki) bardziej się różni od innych, ale podstawowe rzeczy są takie same - wyjaśnia.

Obcy

Czy Japończycy nie pozostali jednak zamknięci na inne nacje? Postrzegamy ich jako wyjątkowo przywiązanych do własnych obyczajów i tym samym izolujących się od innych kultur. - Hermetyczność Japończyków to w znacznym stopniu kwestia językowa - uważa prof. Szpilman. - Jak mieszkałem w Tokio w latach 80., miałem tak dużo znajomych i ciągle ktoś mnie zapraszał do domu, że nigdy się nie czułem samotny. Wydawało mi się bzdurą, jak ktoś mówił mi, że to kraj zamknięty dla cudzoziemców. Trzeba jednak włożyć pewien wysiłek i nauczyć się dobrze mówić po japońsku.

Aleksandra nie do końca się z tym zgadza: - Wszystkie "urokliwe" zachowania Japończyków są bardzo miłe, kiedy ma się jeszcze status gaijin. Ale jeśli zechce się zostać jednym z nich - bo wychodzi się za mąż albo dostaje pracę - wtedy przestaje być wiadomo, kim teraz jesteś, a Japończycy lubią kategoryzacje. Trudno też zdobyć ich zaufanie, zwłaszcza w relacjach biznesowych. Ale jak jesteś gaijin, to jesteś OK, nie wymaga się od ciebie zbyt wiele. Nawet jeśli mówisz płynnie po japońsku, kulturowo jesteś obcy.

Wstęp do japońskiego społeczeństwa może zależeć także od statusu: dyplomatycznego, z własnym mieszkaniem i gotową wizą (jak u Marty) czy zwykłego gaijin, który zmaga się z wyjątkowo uciążliwą japońską biurokracją...

Szintoistyczna świątynia w miejscowości Yoshinoyama nieopodal Kioto (fot. Marta Karsz)Szintoistyczna świątynia w miejscowości Yoshinoyama nieopodal Kioto (fot. Marta Karsz)

Dziw nad dziwami: japoński język

Największym wyzwaniem dla cudzoziemców mieszkających w Kraju Kwitnącej Wiśni pozostaje język. - Wielu cudzoziemcom nie chce się uczyć japońskiego, bo prócz opanowania znaków i poznania dotychczas obcej kultury (jak się uczymy francuskiego czy niemieckiego, to jako tako te kultury znamy - są europejskie) konieczne jest także poznanie kultury chińskiej i podstaw chińskiego - tłumaczy prof. Szpilman. - U nas z kolei wiele wyrazów wywodzi się z łaciny czy greki i każdy kulturalny człowiek powinien znać przynajmniej podstawy tych języków, aby rozumieć liczne odniesienia do kultury klasycznej. Trudniejsze i bardziej abstrakcyjne słowa w języku japońskim pochodzą z chińskiego (z tego samego źródła czerpią też Koreańczycy i Wietnamczycy).

Marta przytakuje: - Tym, co utrudnia cudzoziemcom adaptację w Japonii, jest przede wszystkim język. Za językiem idzie bowiem cały kod kulturowy. Konstrukcja języka wymusza ekspresję zupełnie inną niż w rodzimym języku.

Aleksandra, opowiadając o swojej pierwszej wizycie w Japonii, nawiązuje do Rolanda Barthes'a: - Wjechałam do imperium znaków, których nie rozumiałam. Wzięła się do nauki i po pięciu miesiącach potrafiła się już przywitać i uciąć krótką pogawędkę. Ale do dziś ma problemy, by przeczytać gazetę - do tego trzeba znać aż 3000 znaków alfabetu kanji, zaś ona po Oksfordzie opanowała ich „tylko” 500...

Aleksandra Kaniewska w tradycyjnym „ryokan”, czyli pensjonacie pośród gorących źródeł w Hakone pod górą Fudżi (fot. archiwum prywatne) Aleksandra Kaniewska w tradycyjnym „ryokan”, czyli pensjonacie pośród gorących źródeł w Hakone pod górą Fudżi (fot. archiwum prywatne)

- Sami Japończycy mogą mieć problemy z posługiwaniem się kanji, jeśli długo go nie używali - wyjawia Przemek. - Jeśli nie wiedzą, jak się pisze inny wyraz tym samym kanji, to robią czasem copy+paste - śmieje się. - Z drugiej strony samo nauczenie się japońskiego w takim stopniu, by się nim porozumieć, nie jest aż tak trudne - przekonuje. - Zwłaszcza dla Polaków - jest to język fonetyczny, więc jeśli uczysz się z podręcznika napisanego alfabetem romańskim, wszystko jest zrozumiałe... Choć ja na początku uczyłem się właśnie z takiego podręcznika, i potem było mi bardzo trudno przestawić się na alfabet japoński.

- My nie myślimy piktograficznie. A Japończycy czytają jeden znak i widzą zjawisko - tłumaczy Aleksandra. - Posługują się też skrótami myślowymi. Np. tsundoku - określa czynność kupowania książek, których i tak się nie przeczyta. Albo kyeiku mama - gospodyni domowa, której najważniejszym celem w życiu jest edukacja jej dzieci. Japońskie matki obsesyjnie szykują dla swoich pociech obento, czyli pudełka z lanczem (po naszemu: kanapki do szkoły). Te obento to małe dzieła sztuki - podstawą jest zawsze ryż, a reszta to już inwencja mam - jajeczka wycięte w misia panda, ryba ułożona tak, że wygląda jak śpiący kotek. Założenie jest takie, że jeśli obento nie będzie dostatecznie ładne, dziecku będzie wstyd - śmieje się Aleksandra. Język nadąża też za wszelkimi zmianami społecznymi - pojawiły się określenia „roślinożerni faceci - seshoku danshi” i „mięsożerne kobiety - nikushoku joshi”. Mowa o słabych mężczyznach, którzy boją się kobiet, i przebojowych paniach, które robią karierę i nie chcą wychodzić za mąż. Są i inne ciekawe określenia. W starszych, tradycyjnych rodzinach, w których mąż całe życie intensywnie pracował, kiedy przechodzi na emeryturę, staje się bezużytecznym „dzieckiem”, którym należy się opiekować. Niekiedy nazywa się takich nieprzydatnych mężczyzn nure ochiba, czyli dosłownie: zwiędły, mokry liść, który się przykleja do buta i nie możesz go odkleić. To mężczyzna, który przez pięć dekad zarządzał wielką firmą, a teraz siedzi całe dnie w domu i nie wie, gdzie co leży w mieszkaniu, nie umie przyrządzić najprostszego dania, o wszystko się pyta. Dla takich emerytów powstają specjalne kursy gotowania, pędzenia alkoholi, ogrodnictwa czy majsterkowania.

Projekt Przemka Sobóckiego dla marki okularów Alain MikliProjekt Przemka Sobóckiego dla marki okularów Alain Mikli

- Jestem rysownikiem, więc alfabet japoński jest dla mnie fascynujący pod względem graficznym - przyznaje Przemek. - Niestety, problem polega na tym, że ten sam znak może mieć inne znaczenie, w zależności od tego, czy stoi samodzielnie czy obok innego znaku. W dodatku inaczej się go wymawia... A ja nie jestem słuchowcem i mimo że mogę pamiętać, jak jakiś znak wygląda, to mogę nie pamiętać, jak on brzmi. Zresztą wielu Japończyków tak ma - gdy powiedziałem kiedyś znajomym: "Posłuchajcie, przecież to niemożliwe żebyście znali te wszystkie znaki!", odpowiedzieli mi, że czasem muszą się domyślać ich znaczenia czy brzmienia - ujawnia.

Przemek wyznaje, że na co dzień posługuje się miksem angielskiego i japońskiego. - Mam niebywałą zdolność sprawiania, że Japończycy, którzy nie znają dobrze angielskiego, nagle zaczynają po angielsku mówić (śmiech). - Jestem całkiem dobry w tłumaczeniu czyjegoś japońsko-angielskiego na normalny angielski. Ja w ogóle mam taki dziwny dar dogadywania się z Japończykami - niby nie z każdym potrafię się porozumieć, ale jak już chcę z kimś porozmawiać i poznać go bliżej, to potrafię.

Prócz nieskończonej ilości znaków w japońskim bardzo trudna jest też nomenklatura grzecznościowa, zupełnie inna od języka potocznego. Stosowana jest głównie w pracy. - Aby napisać mejla, masz całą książkę zwrotów, np. jedno zdanie, aby powiedzieć "dziękuję" - śmieje się Przemek. - Moi japońscy znajomi, którzy wyjechali po liceum na studia do USA, po powrocie czuli się bardzo zagubieni, bo w ogóle nie mieli opanowanego języka grzecznościowego, a ten jest bardzo często stosowany także w mediach.

Niedziela w parki Yoyogi - typowy pomysł Tokijczyków na relaksujące popołudnie (fot. Marta Karsz)Niedziela w parki Yoyogi - typowy pomysł Tokijczyków na relaksujące popołudnie (fot. Marta Karsz)

Japońska telewizja

No właśnie - czy programy TV przypominają teleturniej w „Między słowami”? - Niby mógłbym się uczyć japońskiego z telewizji - wyznaje Przemek. - Ale od kiedy mieszkam w Tokio, nie mam telewizora - japońskiej telewizji nie da się oglądać, bo programy japońskie są często ogłupiające i męczące: dużo migających światełek, celebrytów, teleturniejów. A radio? - Radio byłoby OK, gdyby nie leciała w nim ta muzyka - po trzech piosenkach wymiękam.

Aleksandra podkreśla jednak, że kiedyś media japońskie pełniły bardzo ważną rolę. To w japońskim radiu Japończycy mogli po raz pierwszy usłyszeć głos cesarza. Niedługo potem z konstytucji Japonii został wykreślony fragment o jego boskości, i cesarz stał się „tylko” człowiekiem. - To media (zwłaszcza publiczna telewizja NHK) przyczyniły się też do tego, że Japonia jest językowo jednolita - opowiada. - Oczywiście, istnieją dialekty, ale wszyscy są w stanie się wzajemnie porozumieć. Jednak jeśli chodzi o telewizję współczesną, Aleksandra zgadza się z Przemkiem: - Jest mocno zinfantylizowana... W programach newsowych widzimy obrazki typu powycinane chmurki czy słoneczka - jak w przedszkolu.

Kotki i misie panda

Jak odbierać ten wszechobecny infantylizm? - Wyobraź sobie taką sytuację w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, spotkanie z szefem departamentu dyplomacji kulturowej - opowiada Aleksandra. - Wręcza nam swoją wizytówkę, na której widnieje komiks z jego karykaturą zamiast zdjęcia. To nie koniec! Do każdej wizytówki wstemplowano nam nasze imiona zapisane alfabetem katakana. Ja bym chyba umarła ze śmiechu... Ale raczej nie wypada się śmiać, skoro według niektórych źródeł infantylizm ten zrodził się w wyniku ogromnej traumy, jaką Japończycy przeżyli w wyniku drugiej wojny światowej - ma to być poniekąd ich ucieczka w krainę fantazji. - W Warszawie dawałam korepetycje z polskiego japońskiemu biznesmenowi - kontynuuje Aleksandra. - Przychodził na zajęcia z zeszytem z Hello Kitty - on, stateczny mąż i ojciec dwójki dzieci. Wydaje mi się, że jak jest się tak głęboko w czymś zanurzonym kulturalnie, to przestaje się to zauważać.

Przykładowe japońskie małżeństwo z Osaki: on - nure ochiba (definicja w tekście), a ona wszechmocna shufu (pani domu) (fot. archiwum prywatne) Przykładowe japońskie małżeństwo z Osaki: on - nure ochiba (definicja w tekście), a ona wszechmocna shufu (pani domu) (fot. archiwum prywatne)

Gejsze, feministki i zakaz konfliktów

A jaka jest pozycja kobiet? Niby istnieją terminy na roślinożernych facetów i mięsożerne kobiety, ale bądź co bądź Japonia wciąż kojarzy się z uległością kobiet wobec mężczyzn (patrz: gejsze). Według prof. Szpilmana cała kultura kawaii jest zresztą dowodem podporządkowania kobiet mężczyznom: - Oczekuje się od kobiet, aby były bierne i dziecinne.

Tematem pracy magisterskiej Aleksandry na Modern Japanese Studies była analiza dyskursu genderowego w telewizyjnych programach kulinarnych. - Pierwiastek żeński i męski nie powinny się nakładać - dzięki temu mamy konsensus społeczny i nie ma napięć - wyjaśnia. - Japończycy są społeczeństwem bardzo konsensualnym i unikają konfliktu za wszelką cenę - nie jest on uznawany za konstruktywną metodę rozwiązywania problemów.

Nie zawsze działa to korzystnie. - W środowisku zawodowym fakt, że unika się konfliktów, tworzy hamulec do rozwoju - zauważa Aleksandra. - Bardzo źle widziana jest też porażka, co z kolei blokuje przedsiębiorczość. Bo przecież cała silikonowa kultura start-upów premiuje ryzyko - musisz zaryzykować i ponieść porażkę, aby móc odnieść sukces.

Newsy o współpracy Przemka z marką Alain Mikli obiegły japoński Internet Newsy o współpracy Przemka z marką Alain Mikli obiegły japoński Internet

Na pytanie, czy bezkonfliktowy sposób ekspresji wpłynął na jej własne zachowanie, Aleksandra zdecydowanie zaprzecza. - Wręcz przeciwnie - pokazał mi, jak się nie należy zachowywać. To niezwykle frustrujące, gdy próbujesz się z kimś umówić i słyszysz grzecznościowe: "tak, być może, ale...” - opowiada. - Albo idziesz do urzędu i zamiast powiedzieć ci, że nie da się czegoś załatwić, urzędnik robi zamyśloną minę i duma: "taaaaak, hmmm... to wygląda trochę trudno, pójdę sprawdzić". Po czym godzinę sprawdza, wraca i oświadcza: "Sprawa jest trochę skomplikowana". A ty dostajesz szału. Mógł ci od razu powiedzieć wprost, że się nie da.

Prawdziwa natura Japończyków

Wśród przymiotników wymienianych przez moich rozmówców najczęściej pada: punktualni, uprzejmi, solidni, dobrze zorganizowani. To już wszyscy wiemy, nawet bez podróżowania do Japonii. Ale padają też zaskakujące określenia, np. prof. Szpilman opowiada o otwartości Japończyków, posługując się przykładem... gangsterów: - Przyznają się otwarcie, że są gangsterami, a wręcz są z tego dumni. Mają nawet własne wizytówki - posiadam ich całą kolekcję.

Z kolei Marta nie widziała nigdzie indziej na świecie aż tylu pijanych ludzi co w Tokio. Tłumaczy to faktem, że większość Tokijczyków mieszka pod miastem. Jeśli pójdą na drinka po pracy i nie zdążą na ostatnie metro, bardziej opłaca im się zdrzemnąć w knajpie czy chociażby na chodniku i przeczekać do rana, niż zamówić drogą taksówkę. - Piją dużo - przytakuje Aleksandra - ale alkohol rozcieńczają wodą.

Sakura - takie rzeczy tylko w Japonii. Na zdjęciu Marta Karsz (fot. Elżbieta Karsz)Sakura - takie rzeczy tylko w Japonii. Na zdjęciu Marta Karsz (fot. Elżbieta Karsz)

Japończycy są też perfekcjonistami, co przejawia się zwłaszcza wtedy, gdy imitują zachodnie kultury - wiedzieliście np., że to w Japonii powstaje najlepsza whisky na świecie? Tak przynajmniej powiedział mi Patrick Louis Vuitton, praprawnuk słynnego kaletnika, a on wie co dobre. W Japonii istnieją tylko trzy główne rozlewnie whisky z tradycjami, bo Japończycy podchodzą do wszystkiego bardzo skrupulatnie i metodycznie. - Japończycy wierzą, że aby poznać sekret robienia whisky, trzeba poznać inną kulturę. Tzn. trzeba pojechać do Szkocji, uczyć się od mistrzów, a to trwa - tłumaczy Aleksandra.

- Nie nazwałabym tego imitowaniem innych kultur, raczej poszukiwaniem idealnej wersji pewnej formy. Warto zobaczyć dokument "Jiro Dreams of Sushi" o 85-letnim mistrzu sushi, właścicielu restauracji z największą liczbą gwiazdek Michelin w Tokio, który wciąż uważa, że musi się doskonalić - poleca Aleksandra. - Czy film "Tampopo" - historię młodej wdowy, która otwiera ramen bar i na początku nic jej się nie udaje, ale poznaje mistrza ramen, który wprowadza ją w tajniki gotowania zupy. To typowo japońska rzecz: uczenie się od mistrza (tzw. sensei), czyli droga, którą musisz obowiązkowo przejść od początku do końca. Bo przecież nic nie dzieje się w życiu ot tak, hop-siup. W końcu Tampopo udaje się przygotowywać idealne ramen. I potem już wszystko w jej życiu się układa. Japoński etos pracy i dążenia do perfekcji jest niesamowity - podsumowuje.

Skoro Japończycy mają tyle zalet, czy są jakieś zachowania, które moi bohaterowie od nich przejęli?

Japoński ślad

- Kiwam się, mówiąc dziękuję, i później jak oglądam Oscary, to dziwię się, że ktoś odebrał statuetkę i się nie ukłonił - zdradza Przemek ze śmiechem. - Ale nie mam obsesji na punkcie japońskiej kultury - tak jak niektórzy cudzoziemcy, którzy po paru miesiącach pobytu zakładają kimono, bo twierdzą, że w przeszłym życiu byli Japończykami. Według Przemka dopiero gdy do takich ludzi dociera, że nigdy Japończykami nie będą, mogą się w końcu zrelaksować i wszystko się ułoży.

Przemek Sobócki na tle jednej ze swoich prac dla Isetan - najbardziej trendy domu towarowego w Tokio (fot. archiwum prywatne) Przemek Sobócki na tle jednej ze swoich prac dla Isetan - najbardziej trendy domu towarowego w Tokio (fot. archiwum prywatne)

Idealnym tego przykładem jest Marta: - Był taki czas, że starałam się być bardzo japońska - starałam się dopasować, opanować wszystkie zasady i reguły. Zrozumiałam jednak, że jest to bardzo trudne zadanie, a co najważniejsze, tak naprawdę nikt tego ode mnie nie oczekuje. Japończycy mają dystans, który u Przemka jest naturalną cechą charakteru. - Nie czuję przymusu, że muszę odwiedzić wszystkie świątynie i kochać kawaii - dla mnie Japonia to codzienne życie. Nie czuję potrzeby chodzenia do maid cafe. Zresztą maid cafe mogą być męczące - te kawiarnie o wystroju przypominającym Krainę Troskliwych Misiów i kelnerki przebrane za francuskie pokojówki to czysty surrealizm. Podczas wizyty w jednej z nich tak się śmiałam, że omal się nie udławiłam naleśnikiem z buźką pandy namalowaną sosem czekoladowym.

Czyli kimono na siłę - nie, ale może są jakieś zmiany w wyglądzie, które zachodzą mimowolnie? Aleksandra wyznała mi, że jak wraca z Japonii, znajomi od razu zauważają, że wygląda „japońsko”. Czyli jak? - Chodzi o taki specyficzny styl ulicy - kolorowe ciuchy, dziewczęce kroje, dużo dodatków, torebki noszone zawsze w ręce, nie na ramieniu - tłumaczy.

Krzysztof Szpilman z Shinji Ninoyu, politykiem z Kioto oraz maiko - rodzaj gejszy w Kioto (fot. archiwum prywatne)Krzysztof Szpilman z Shinji Ninoyu, politykiem z Kioto oraz maiko - rodzaj gejszy w Kioto (fot. archiwum prywatne)

Porządek i spontan

Główna zasada? Zakaz konfliktów i niespodzianek. - Na początku nie rozumiesz tej kultury, Japończycy są bardzo obcesowi, wymagający, jest milion zasad - przyznaje Aleksandra. - Kiedy pracowałam w restauracji, szef zakazał mi przychodzenia w odkrytych klapkach (zanim przebrałam się w służbowy strój), bo mogliby mnie zobaczyć jacyś klienci, a restauracja jest przecież po to, by nosić przyzwoite obuwie.

Jednak japońskie reguły zostały ustanowione tak, aby znalazło się wśród nich także miejsce na spontan. - Przy tym całym uregulowaniu panuje duża wolność, ale obowiązuje święta zasada - moja wolność nie może ograniczać twojej wolności - tłumaczy Marta. - A ze swobody można korzystać w czasie i przestrzeni przeznaczonej do tego - tam, gdzie nie zostały utworzone reguły, np. w weekendy w parku Yoyogi i jego okolicach. Aleksandra dodaje: - To jest bardzo jednolite społeczeństwo, więc każde odstępstwo od reguły jest bardzo kolorowe. Jak choćby krążące po tokijskiej dzielnicy Harajuku dziewczyny Yamamba, pokryte sztuczną opalenizną i o blond włosach. Albo jak polska studentka zafascynowana nippońską kulturą.

 


Dominika Baranowska. Dziennikarka, specjalistka od PR i podróżniczka 3-w-1. Pisała dla „VIVY!” i „ELLE”. Egzotyczne dzieciństwo w Emiratach Arabskich zaraziło ją genem podróży. Najlepiej na Wschód: Bliski lub Daleki. Fascynują ją ludzie pod każdą szerokością geograficzną. Lubi poznawać języki. Następne wyzwanie? Japoński!

Komentarze (157)
Zaloguj się
  • misterpink

    Oceniono 244 razy 172

    wow! czytając te komentarze odnoszę wrażenie, że mamy w polsce samych specjalistów od japonii, wszyscy wszystko wiedza lepiej

  • alex2222

    Oceniono 122 razy 110

    "- To tam jeszcze bardziej garują niż u nas?!
    - Uuu, bez porównania, kochany. Takie malutkie wypijesz, dwa dni nieprzytomny jesteś"

  • Gość: karate_kid

    Oceniono 165 razy 103

    jeszcze jeden z serii "meteorem nad Japonią". Wprawdzie tematem są cudzoziemcy a nie Japonia jako zjawisko, ale jednak wypadałoby dać artykuł do przejrzenia, bo aż bolą oczy od tych błędasów. Nie tylko literówek, ale i bezreflaksyjnie powtarzanych stereotypów. Wprawdzie niechlujne zapiski odręczne, które potem autor przepisuje z błędami (np. 'd' zmienia się magicznie w 'ol' itp.) mają już w Polsce ponad 100-letnią tradycję literacką (patrz człowieku "Miłość samuraja" W. Sieroszewskiego i odgaduj co Autor miał na myśli) :) to jednak nie warto może się przy niej koniecznie upierać. Przy okazji - japoński wcale nie jest "jednym z najtrudniejszych języków na świecie" - ustną część daje się Polakom opanować nawet bez nauczyciela w zupełnie przyzwoitym stopniu, może pisanie i język uprzejmy wymagają pewnej pomocy nauczyciela. Trudności język sprawia głównie ludziom z regionów anglojęzycznych (czyli połowa świata ;) - i działa to w obie strony ORAZ jest podstawą uważania japońskiego za niewyuczalny, ale to wynika ze specyfiki angielskiego vs japońskiego. Dla Polaków japoński jest znacznie prostszy niż dla anglojęzycznych, niestety - to 'one way ticket', bo polski jest megatrudny dla każdego. Ale - japoński to nie rocket science, a już na pewno nie dla Polaków. Czytanie (gazet czy literatury) to akurat trudny punkt, bo nawet po studiach japonistycznych nie weźmie się do ręki dowolnej gazety czy książki i nie przeczyta bez problemu, nawet jeśli człowiek się świetnie uczył - taka specyfika języka. Obowiązujący zakres (ilość znaków, które "trzeba znać" to raczej 2 a nie 3 tysiące - zachęcam do zajrzenia choćby na http://pl.wikipedia.org/wiki/J%C5%8Dy%C5%8D ), 500 może wystarczyć jesli jest to 500 najczęściej występujących w prasie - Japończycy mają odpowiednie zestawienia. Jezu, co to jest "język fonetyczny"???? a jest jakiś język niefonetyczny??? i na koniec - życzyć każdemu, aby jego kraj miał tają telewizję jak japońska. Oczywiście są teledurnieje i światełka, ale NHK to jednak inna klasa, a takich programów edukacyjnych jakie robią dla każdej kategorii wiekowej w TVP nie oglądaliśmy od dekad. No i Hoso Daigaku - telewizja edukacyjna z wykładami na poziomie uniwersyteckim, gdzie można sobie zaplanować całe kursy i zakończyć je egzaminem, znów zapraszam: http://en.wikipedia.org/wiki/The_Open_University_of_Japan . Tak, cenię dobre dziennikarstwo.

  • Gość: Orcio

    Oceniono 322 razy 94

    Jako absolwentka japonistyki i osoba mieszkająca w Japonii: artykuł bardzo kiepski, pobieżnie traktujący całą sprawę. Skakanie z tematu na temat bez sensu.

    Podpis pod zdjęciem ZABETONOWANEJ rzeki w Tokyo: „Przyroda w Japonii zachwyca (...)". To tak na serio, czy to może była ironia? Polecam autorce książkę: "Psy i Demony: Ciemne strony Japonii", dowie się wiele na temat "zachwycającej" przyrody w Japonii i tego jak Japończycy się z nią obchodzą, m.in. zabetonowywanie rzek (nawet tam gdzie nie wylewają), budowa autostrad donikąd w górach, wysadzanie wzgórz pod budowę tych niepotrzebnych autostrad, wycinka naturalnych lasów pod plantacje cedrów, budowanie tam na rzekach w zupełnie niepotrzebnych miejscach, osuszanie moczar (gdzie są siedliska zagrożonych gatunków zwierząt i roślin) na wysypiska śmieci i wiele innych... Niestety, jak się wie troszeczkę więcej o Japonii, to nie patrzy sie na nią przez różowe okulary.

  • r1234_76

    Oceniono 161 razy 73

    Zwróćcie uwagę na ten wielki zakaz palenia papierosów na ulicy. To bardzo miłe, że można palić tylko w wyznaczonych miejscach, i idąc sobie ulicą nie trzeba wdychać smrodów generowanych przez egoistycznych palaczy.

  • mobityos8

    Oceniono 117 razy 61

    Wszystko fajnie. Jednak to co myślą i głośno mówią sąsiedzi Japończyków już nie jest takie miłe. Mianowicie Japończycy ciągle nie przyznają się do zbrodni popełnionych podczas II wojny światowej, premierzy japońscy oddają hołd zbrodniarzom z II wojny światowej co doprowadza do (zrozumiałej) furii inne państwa Azji Wschodniej. Dlatego w Pekinie, Harbinie, Nankinie i wielu innych miejscach gdzie Japończycy dokonali swoich "dzieł" są odpowiednie tablice w kilku językach że Japończycy zamordowali w danym miejscu Chińczyków bądź też zniszczyli jakieś zabytki. Weseli Japończycy czytają i odchodzą jacyś smutni.. Aż prosi się by ogromna tablica była postawiona w Warszawie obok Grobu Nieznanego Żołnierza - z informacją w kilku językach, że Niemcy (a nie żadni naziści) wysadzili Pałac Saski i o innych zbrodniach.

  • morisan

    Oceniono 139 razy 61

    Sami eksperci...Pani Aleksandra wymadrza sie a sama na zdjeciu z ryokanu siedzi w niepoprawnie zalozonej yukacie, tj. zalozyla ja tak jak zwyklo zakladac sie ja nieboszczykom :D

  • Gość: geisha-kai.tumblr.com

    Oceniono 40 razy 32

    Gejsze zdecydowanie nie są "symbolem uległości"! To najsilniejsze kobiety w kraju, bardzo samodzielne i wzbudzające respekt.
    Podpis do zdjęcia z panem Szpilmanem jest również niepoprawny - sportretowana kobieta to pani Kanachisa, która absolutnie nie jest "maiko", lecz pełnoprawną gejszą. "Maiko" to nie "rodzaj gejszy"; jest to po prostu jedna z faz nauki gejszy.

    Po więcej szczegółów zapraszam na mojego bloga: http://geisha-kai.tumblr.com

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX