Anda Rottenberg

Anda Rottenberg (fot. Marcin Onufryjuk / Agencja Gazeta)

wywiad gazeta.pl

Anda Rottenberg: Zaczynamy mówić o czystości architektury, a kończymy na czystości rasy

Borowski i Śliwiński znaleźli w internecie program do tworzenia wizerunków posługujący się paletą kolorystyczną różnych odcieni skóry, którą opracowano w nazistowskich Niemczech. Czysto rasowa tablica spokojnie funkcjonuje w wirtualnym świecie! - mówi Anda Rottenberg o kulisach pracy nad wystawą "Postęp i higiena", która otworzyła się w stołecznej Zachęcie. Razem z "Unsubscribe" Gregora Schneidera tworzy silną wypowiedź na temat złowieszczych "izmów". Artysta odkupił dom, w którym się urodził i mieszkał jako dziecko Joseph Goebbels. Potem zaczął go systematycznie badać, po to by finalnie go zburzyć i przywieźć jego gruzy do Warszawy.

Za sprawą pracy Goshki Macugi "List" i jej wystawy "Bez tytułu" z 2011 r. pokazywanej w Zachęcie mogliśmy zobaczyć niewielką część korespondencji, która napływała do galerii 14 lat temu jako reakcja oburzonych na pracę Maurizio Cattelana "La nona ora" przedstawiającą rzeźbę papieża Jana Pawła II przygniecionego meteorem. Te listy i widokówki stały się częścią kampanii nienawiści skierowanej przeciwko pani - niezwykle agresywnej, przesyconej nienawiścią i antysemityzmem. Ten poziom "hejtu" był i jest szokujący do dziś.

- Mnie również wtedy zaskoczył.

Dziś, z okazji podwójnego otwarcia wystaw "Postęp i higiena" i "Unsubscribe", indywidualnej wystawy Gregora Schneidera, temat różnych "izmów" powraca. "Postęp i higiena" - wystawa esej, to opowieść o tym, jak idee modernizmu ze świata sztuki przeniknęły do "postępowej" myśli społecznej, która w efekcie aktywnie wsparła XX-wieczne totalitaryzmy. To temat bardzo trudny i niewygodny. Czy powrót do Zachęty łączy pani jakoś z wydarzeniami sprzed dekady?

- Ja bym tego nie wiązała z tą akcją czy z kampanią nienawiści sprzed 14 lat, bo od tamtej pory zrobiłam już bardzo dużo innych wystaw. Ale faktem jest, że od dłuższego czasu mam natręctwo na temat nietolerancji dla "innego", ktokolwiek to jest. Tak naprawdę taką deklaratywną wystawą, którą zrobiłam na ten temat, była wystawa z 1995 r. "Gdzie jest brat twój Abel?". Ta wystawa opowiadała o znaczeniu pojęcia "brat" i odwiecznej skłonności człowieka do zbrodni, ale i o tym, dlaczego zawsze pytamy o Abla, kiedy go już nie ma. Do Zachęty powróciłam w 2004 r. dużą wystawą "Warszawa-Moskwa". Nie jest więc tak, że kręcę się wokół tego jednego tematu, choć co pewien czas do niego powracam.

Santiago Sierra, 146 kobiet (fragment), 2005 (Vindraban, Indie), seria 146 fotografii (fot. dzięki uprzejmości Studio Santiago Sierra)Santiago Sierra, 146 kobiet (fragment), 2005 (Vindraban, Indie), seria 146 fotografii (fot. dzięki uprzejmości Studio Santiago Sierra)

Jaka była geneza "Postępu i higieny"?

- Hanna Wróblewska pożyczyła mi książkę Macieja Zaręby-Bielawskiego "Higieniści. Z dziejów eugeniki", sugerując, żebym się zastanowiła nad wystawą o tej tematyce. Książka była dla mnie odkryciem - dowiedziałam się z niej o systemowym podglebiu takich zjawisk jak sterylizacja, z których skali nie zdawałam sobie sprawy. A potem już samodzielnie zaczęłam studiować mechanizmy stojące za wprowadzaniem określonych "programów naprawczych" do społecznego życia. Oczywiście wiedziałam wcześniej o takich zjawiskach jak sterylizacja czy o programie przymusowej eutanazji realizowanym pod kryptonimem "T4" w nazistowskich Niemczech, ale nie wiązałam tych zjawisk z ideą postępu, czyli ideą, która była podstawą myślenia modernistycznego. Zajęłam się więc śledzeniem sposobu, w jaki język wzięty ze społeczno-modernistycznej i postępowej ideologii, związany z postulatami higieny osobistej, higieny ciała, higieny mieszkania, higieny miasta, przerzuca się na higienę narodu i zaczyna znaczyć co innego. Innymi słowy - coś, co postuluje się w dobrej wierze, jak walka z brudem w celu eliminacji bakterii, a więc i chorób, przenosi się najpierw na obszar związany z architekturą i miastem, a później na społeczeństwo i rasę. Zaczynamy mówić o czystości architektury, a kończymy na czystości rasy.

Te zjawiska nie były wcześniej znane?

- Były, ale nie były analizowane z takiej perspektywy. Dopiero ostatnio zaczyna się o tym pisać. Ruszył to całe domino Zygmunt Bauman w książce "Modernizm i Zagłada" - gdzie wskazał na te aspekty modernistycznego myślenia, które utorowały drogę do Zagłady, pokazał modernizm z innej perspektywy. Posypały się i inne teksty. Cztery lata temu powstała na przykład dysertacja "Modernizm i eugenika" (Marius Turda, "Modernism and Eugenics", 2010). I to jest zupełnie nowy kierunek badań, które dotyczą różnych dziedzin: psychiatrii, psychologii, filozofii, historii medycyny czy historii sztuki. W eseju towarzyszącym tej wystawie mówię dosłownie o tzw. cichym przejęciu. Tak jak się po cichutku przejmuje na przykład firmy.

Czyli zjawisko przewłaszczenia.

- Dokładnie. Następuje ciche przewłaszczenie. Idea postępu sama w sobie nie jest przecież zła, jeśli się jej nie nadużywa, prawda?

Aleksander Rodczenko, Sportowcy na Placu Czerwonym, 1932 (fot. dzięki uprzejmości A. Rodchenko & V. Stepanova Archive) Aleksander Rodczenko, Sportowcy na Placu Czerwonym, 1932 (fot. dzięki uprzejmości A. Rodchenko & V. Stepanova Archive)

Ale historia XX w., niestety, świadczy o tym, że ta idea była naruszana nieustannie, i właśnie te procesy stara się pani pokazać na wystawie.

- Nie jestem w stanie wyczerpać czy pokazać tego wszystkiego, co wychynęło z tej puszki Pandory, która się otworzyła już w drugiej połowie XIX w. Na pewno I wojna światowa przyspieszyła niektóre procesy i poniekąd przygotowała grunt pod II wojnę. Ja na tej wystawie jedynie wskazuję na nie do końca oczywiste związki między rozmaitymi obszarami, które dotychczas rozpatrywano osobno. Jest to wystawa sztuki, więc nie mogę tu prowadzić naukowego dyskursu, mogę tylko próbować poruszyć wyobraźnię widza. I też nie zawsze się to udaje. Chciałam na przykład zaprosić czeskiego artystę, który powiedziałby o czeskich sterylizacjach, ale się nie udało [w Czechach przymusowe sterylizacje obejmowały mniejszość romską i były dokonywane aż do 2001 r. - przyp. red.]. Podobnie zabrakło tu wyraźnego głosu z USA, gdzie sterylizację stosowano najwcześniej.

Do tej pory mówiło się o sterylizacjach w kontekście Szwecji...

- Żaden szwedzki artysta nie poświęcił temu zjawisku ani jednej pracy - w sensie dostatecznie czytelnym, wszystko tonie w aluzjach i niedopowiedzeniach! Za to jest wyraźnie widoczne w pracach artystki z Indii, bo tam jest to wciąż żywy problem. Nie wiem, czy ktoś zdaje sobie z tego sprawę, ale do Indii koncepcja sterylizacji przeszła ze Szwecji już po wojnie. Nie chodzi zresztą tylko o sterylizację czy nawet o bardziej drastyczne środki - chodzi o ich uzasadnienie względami higienicznymi. To, co wydarzyło się w Niemczech w latach 30., i to, co później rozlało się na Europę, polegało na przeniesieniu pojęcia ciała z jednostki na naród i rasę. A gdy chodzi o zdrowie narodu, jednostka przestaje się liczyć.

Dziś nie używa się pojęcia rasy, ale kwestia narodu i jego dobra pozostaje aktualna, a w walce o to dobro nadal szermuje się hasłami z dziedziny higieny. Zakorzenione w niej słownictwo bardzo skutecznie dzieli wiele społeczeństw, antagonizuje rozmaite grupy etniczne, wyznaniowe czy językowe. Dzieje się tak nie tylko w Polsce, ale i w całej Europie. Proszę spojrzeć na zjawisko separatyzmów. Po 1989 r. mieliśmy do czynienia z rozpadem dużych organizmów państwowych, np. byłego Związku Radzieckiego czy Jugosławii. A z drugiej strony mamy takie kraje jak Irlandia, Szkocja, Katalonia czy Kraj Basków, które walczą o swoją odrębność polityczną, ale operują pojęciem tożsamości kulturowo-narodowej - religijnej i językowej.

Kilka prac, które zobaczymy po raz pierwszy w Zachęcie, powstało specjalnie na pani zamówienie. Jak przekonać wielkie nazwiska ze świata sztuki, takie jak Santiago Sierra czy Mirosław Bałka, by przygotowały prace odpowiadające charakterowi takiej wystawy?

- Musiałam założyć, że zaproszeni przeze mnie artyści mają taki potencjał, że jak się zamówi u nich dzieło, to odpowiedzą tym, czego się oczekuje. Dlatego trochę czasu minęło, zanim zaczęłam zapraszać konkretne osoby. Znajomość współczesnej sztuki i tego, co się dzieje na świecie, pomogła mi w znalezieniu wielu gotowych prac, ale nie wszystkie udało się tu, w Polsce, pokazać. Dlatego przy tego typu projektach zawsze pracuje się trochę po omacku. Przygotowanie do wystawy to okres prób, badań, przymiarek. Ale też myślenia konkretnymi salami. Mam ich tylko siedem, nie jest to nawet całe piętro Zachęty. Muszę jednak przyznać, że mimo tych ograniczeń udało się bardzo wiele. Mirosław Bałka przygotował na tę wystawę fantastyczną pracę. Fantastyczną! Otwiera w swojej linii twórczej nową kategorię. On bardzo często opisuje swoje dzieła za pomocą cyfr - używa liczb związanych z wymiarami dzieła bądź z szerokością i długością geograficzną. Teraz odniósł się do pojęcia pojemności, jaką mierzy się na przykład wydolność silników spalinowych. Jak ktoś jest czujny, to zrozumie tę różnicę. Monumentalna jest też praca Santiago Sierry "146 kobiet" - seria zdjęć sprzed 10 lat, które nigdy dotąd nie były nigdzie pokazywane. Jest również nowa praca Chicharu Shioty, która w przyszłym roku będzie reprezentować Japonię na Biennale w Wenecji. Mamy także nowe projekty Joanny Rajkowskiej, Krystyny Piotrowskiej, Mariny Napruszkiny czy Wadima Zacharowa. To mnie cieszy, bo nie chcę, aby na tę wystawę patrzono jak na coś historycznego, zamkniętego.

Santiago Sierra, Jorge Galindo, Los Encargados, 2012 (fot. dzięki uprzejmości Galeria Helga de Alvear, Madryt) Santiago Sierra, Jorge Galindo, Los Encargados, 2012 (fot. dzięki uprzejmości Galeria Helga de Alvear, Madryt)

Wśród zaproszonych artystów jest też sporo młodych. Swoje prace pokażą roczniki '80: Zuza Ziółkowska, Tymek Borowski, Paweł Śliwiński. Jaka jest ich refleksja na temat postępu i higieny?

- Ponieważ uczę, to widzę, co robią studenci czy absolwenci. Zuza zajęła się tą tematyką niedawno. Uznałam, że jeden z jej obrazów jest świetnym logo dla całej wystawy. To obraz głowy w kleszczach kraniometru. Ta praca odnosi się nie tylko bezpośrednio do eugeniki, jest też alegoryczną ilustracją "ściśniętej głowy" w sensie zaprogramowanego sposobu myślenia. Borowski i Śliwiński znaleźli w internecie program do tworzenia wizerunków, który posługuje się tą samą paletą kolorystyczną różnych odcieni skóry, którą opracowano w nazistowskich Niemczech, a która znajduje się obecnie w Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie. Czysto rasowa tablica dalej spokojnie funkcjonuje w wirtualnym świecie! Zresztą jest na tej wystawie więcej prac, które budują dystans czy wręcz ośmieszają wiele praktyk o eugenicznym podłożu - ironia jest często skuteczniejszym środkiem perswazji.

Czy ten dystans, ale i pewne napięcia mają wynikać z bezpośrednich zestawień: prawdziwy eksponat versus dzieło, które w jakiś sposób to komentuje? Nad wszystkim króluje słynny "szklany człowiek" - eksponat, który przyjechał z Muzeum Higieny w Dreźnie.

- Nie mnie to oceniać! To już rola widzów, ale mam nadzieję, że niektóre z tych napięć będą czytelne. Na tym polega konstruowanie wystaw.

Szklany Człowiek, 1995 (według oryginału Franza Tschackerta z 1930) (fot. dzięki uprzejmości Martin Fenner Stiftung Deutsches Hygiene Museum, Drezno) Szklany Człowiek, 1995 (według oryginału Franza Tschackerta z 1930) (fot. dzięki uprzejmości Martin Fenner Stiftung Deutsches Hygiene Museum, Drezno)

Drugą komplementarną wystawą jest "Unsubscribe" Gregora Schneidera. Artysta odkupił dom, w którym się urodził i mieszkał jako dziecko Joseph Goebbels. Potem zaczął go systematycznie badać, po to by finalnie go zburzyć i przywieźć jego gruzy do Warszawy. To dość upiorny projekt...

- Tak jak my dziedziczymy przez kolejne pokolenia traumę wojenną, tak samo Niemcy dziedziczą winę. To było widoczne szczególnie w drugim pokoleniu. Schneider, rocznik '69, należy już do trzeciej generacji. Ma obsesję na punkcie nie tyle samej wojny i niemieckości, ile na punkcie zniewolenia ludzi. W swoich pracach ustawicznie tworzy przestrzenie opresyjne, których sam też doświadcza. Jednocześnie wydobywa kontrasty między tym, co widać z zewnątrz, a tym, co dzieje się we wnętrzu. Nie jest to bynajmniej wystawa o poczuciu winy niemieckiego artysty i bardzo nie chciałabym, żeby tak był ten projekt postrzegany. Pokolenie Schneidera cechuje w odniesieniu do przeszłości dociekliwość i próba przeanalizowania, jakim zjawiskiem był nazizm i skąd bierze się w ludziach potrzeba gnębienia innego człowieka. Mamy tu do czynienia z kolejnym przypadkiem, który odpowiada zdefiniowanej przez Hannę Arendt kategorii banalności zła schowanego za obojętną fasadą zwyczajnego domu.

Spokój fasady, za którą czai się zło?

- To jest też sprawa pozorów niewinności wynikająca z braku cech szczególnych. Taki był dom w Rheydt. To był dom, jakich są tysiące w całych Niemczech, niczym się nie wyróżniał, stał w pierzei ulicy, nieduży, w środku też był do bólu banalny, powtarzalny. Schneider "odpruwa" podszewkę tego budynku i próbuje dociec, jakie ślady ten dom w sobie nosi. Co takiego tu zaszło? Co tu się takiego zdarzyło, że dziecko, które tu mieszkało, wyrosło na fanatyka nazizmu? Ja nie sądzę, żeby on znalazł odpowiedź na to pytanie, raczej uruchamia na nowo zapomnianą już dyskusję o genezie nazizmu.

Gdy popatrzeć na taki dom przez pryzmat alegorii, to nagle dostrzeżemy, że ma on wiele wspólnego ze sposobem funkcjonowania dziesiątków tysięcy przestępców wojennych, którzy byli jak fasada tego domu - nierozpoznawalni! Żyli pod zmienionym nazwiskiem, tak jak ten dom pod zmienionym numerem, i w gruncie rzeczy mieli się dobrze. Tak długo, jak długo ktoś nie powiedział: to ten! To on! To, co zrobił Schneider, to było właśnie to wskazanie: to tu! A dopiero potem zaczyna się sama analiza: oglądanie przedmiotów, ścian, doświadczanie przestrzeni: on tam jadł i spał. Musiał się przemóc, żeby to zrobić. To, co tam odkrył, to bakcyl nazizmu. Ktoś, kto tam później mieszkał, także był nazistą, można więc wyciągnąć wniosek, że sąsiedzi również byli nazistami. Ten bakcyl żyje utajony, tak jak inne bakterie, ale przy sprzyjających warunkach może wywołać epidemię. Fakty są takie, że mimo denazyfikacji dziesiątki tysięcy prawdziwych przestępców wtopiło się w to społeczeństwo, ale to społeczeństwo ich przyjęło. Kat Warszawy Heinz Reinefarth po wojnie był burmistrzem na wyspie Sylt! Z tym rozprawia się Schneider - z milczeniem niemieckiego społeczeństwa. Nie wiem, co powie sam artysta, ale z tego, co zrozumiałam, Schneider doszedł do wniosku, że wszyscy w mieście wiedzieli, ale nikt nie mówił!

Agnieszka Polska, Medical Gymnastics, 2008 (fot. dzięki uprzejmości Galerii Żak | Branicka) Agnieszka Polska, Medical Gymnastics, 2008 (fot. dzięki uprzejmości Galerii Żak | Branicka)

Czy dziś też obserwuje pani jakieś "izmy", które mogą być tak niebezpieczne, jak te pokazane na obu wystawach? Hasło postępu, ulepszania chętnie wykorzystuje dziś inżynieria genetyczna czy zdobycze medycyny estetycznej.

- Te procesy, których dotykają obie ekspozycje, weszły w życie społeczne w sposób nieuświadomiony, a są w moim przekonaniu konsekwencją całego XX w. Być może warto pokazać związek między nimi? Przygotowanie takiej wystawy, pierwszej na świecie, która podejmuje te tematy z takiej perspektywy, jest trochę jak skakanie po górach - każdy z tych problemów może stać się materiałem na osobną dużą wystawę. Chciałabym, aby tak się stało. Myślę, że nie puszczam tu nawet kuli śniegowej, tylko rzucam małą śnieżką i mam nadzieję, że ona zacznie się powoli toczyć.

Jaka jest pani dominująca intencja wpisana w obie te wystawy?

- Myślę, że widz się czegoś dowie. Po pierwsze moja intencja jest poznawcza: chciałam się podzielić swoją wiedzą, pokazać, jak mi się te procesy wzajemnie pokojarzyły, jak się powiązały. Chciałabym, żeby odbiorca coś przeżył, żeby pomyślał. Tyle! Ja nie opowiadam tymi wystawami jednej historii, raczej buduję sugestie - próbuję działać na zmysły. Może jakiś obraz szczególnie zapadnie widzowi w pamięć? Może ludzie przy tej okazji uwrażliwią się na pewne rzeczy? Zobaczymy!

W najbliższą niedzielę, o godzinie 12.15 odbędzie się oprowadzanie kuratorskie po obu wystawach.

Książka "Proszę bardzo", autorstwa Andy Rottenberg, dostępna jest w Publio.pl w promocyjnej cenie.

Anda Rottenberg. Historyk sztuki, krytyk, kurator sztuki, publicystka. Założycielka jednej z pierwszych niezależnych fundacji sztuki Egit. Była dyrektorką Departamentu Sztuki w Ministerstwie Kultury, dyrektorką Zachęty Narodowej Galerii Sztuki w Warszawie i przewodniczącą Rady Programowej i dyrektorką programową Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, aktualnie członek Rady tego Muzeum. Kuratorka polskiego pawilonu na międzynarodowych wystawach na Biennale w Wenecji, Stambule i Sao Paulo, oraz licznych wystaw w muzeach i galeriach. Autorka książek: "Sztuka w Polsce 1945-2005", "Przeciąg. Teksty o sztuce polskiej lat 80." oraz powieści autobiograficznej "Proszę bardzo". Pierwsza kobieta w Polsce uhonorowana nagrodą im. Profesora Aleksandra Gieysztora za wybitne osiągnięcia na polu działalności badawczej, wystawienniczej, społecznej i organizacyjnej, dotyczącej sztuki polskiej i światowej ostatnich dekad XX wieku i początku XXI wieku.

Monika Powalisz. Scenarzystka i dramatopisarka. Autorka antologii komiksowej "Złote pszczoły" i współautorka przewodnika architektonicznego po warszawskim Żoliborzu "ŻOL". Na wystawę "Masoneria.Pro publico bono" przygotowała komiks "Bracia i siostry" z rysunkami Zosi Dzierżawskiej, z którą na stałe współpracuje. Mieszka na Żoliborzu. Jest redaktorką naczelną magazynu "Smak".

Komentarze (274)
Zaloguj się
  • zuuuraw

    Oceniono 1024 razy 290

    Najbardziej przerażające jest w tym wszystkim to, że to my wszyscy, podatnicy, wydajemy na te brednie pokręconej lewaczki miliony naszych pieniędzy. Ta żydowska fanatyczka stworzyła swoiste państwo w państwie, z zamkniętym kręgiem galerii, pseudoartystów i pseudoznawców sztuki. Nie dość, że zamieniła narodową galerię w tandetny lunapark gdzie banda hochsztaplerów i geszefciarzy robi rok w rok skok na publiczna kasę prezentując nam a to obierająca ziemniaki "artystkę", a to drugą kretynkę która wsadza sobie do piczki lalkę Barbie i filmuje jej poród czy trzeciego kretyna który spółkuje ze średniowiecznym krucyfiksem. Cała banda artystycznych gniotów nie potrafiących narysować nawet prostej kreski śmieje się nam w twarz. Oni nie potrzebują naszego poklasku, nie zależy im na akceptacji widzów, przecież i tak jak nie jedna to druga kretynka zamówi kolejną "pracę" do państwowej galerii. Najwyższa pora sprywatyzować wszystkie galerie, zobaczymy kto da złamany grosz na całe to tałatajstwo.

  • leszekwarszawa

    Oceniono 436 razy 212

    co za intelektualna żenada...

    czemu "sztuka współczesna", nie mając do tego żadnych intelektualnych kwalifikacji, próbuje się stroić w piórka socjologii? czemu jakieś pańcie po historii sztuki czy malarstwie próbują stawiać diagnozy społeczne? czemu sztuka współczesna stała sferą jakiegoś lewicowego sacrum (z kuratorami jako kapłanami), w którym ideologia jest ważniejsza od wartości artystycznej? czemu idąc do CSW, Zachęty czy MSNu muszę po raz milionowy oglądać prace z cyklu: "wykluczenie społeczne"? czy już naprawdę nie ma innych tematów? czemu postacie w rodzaju Andy Rotenberg i jej koleżanek do znudzenia każą mi oglądać (za moje, podatnika, pieniądze) jakieś nieudolne tyrady z cyklu wykluczenie społeczne Żydów/kobiet/gejów/niepełnosprawnych/imigrantów/(itp), w których jak na dłoni widać, że ich twórcy nie grzeszą wiedzą o świecie ani błyskotliwością?

    czemu ten cały światek nie jest w stanie przetrwać bez subwencji z ministerstwa kultury?
    czemu tego światka nie ma w prywatnych galeriach, czyli tam gdzie podaż spotyka się z popytem?

    komu ten zideologizowany paradygmat jest w ogóle potrzebny poza zamkniętym, zapatrzonym w siebie nawzajem i dyskutującym z samym sobą za państwowe pieniądze kręgiem lewicowych oszołomów udających kuratorów i twórców?

    czemu tak łatwo jest obnażyć intelektualne gnioty, które ten światek tworzy dla uzasadnienia własnego istnienia i podbudowania swojego rzekomego autorytetu, a następnie wyciągnięcia łapska po państwową dotację?

    Pani Rotenberg, jest Pani żenująca.

  • kermit.dolomit

    Oceniono 235 razy 167

    To ciekawe co mówi towarzyszka bo ostatnio Izrael wprowadził ustawę dzięki której wszyscy nie-żydzi będą obywatelami drugiej kategorii Takie ustawy norymberskie w żydowskim wydaniu

  • pascvale

    Oceniono 247 razy 129

    Czyż by ten orzeł na tle gwiazdy Dawida to dowód, że Polacy w tym kraju mają g... do gadania? To obraza dla Polski, to tak jak by umieścić go jak za cara na tle dwugłowego orła lub swastyki.

  • histeria89

    Oceniono 212 razy 96

    Zaczynamy mówić o czystości łazienki a kończymy na mordowaniu ludzi! Za sprzątanie łazienek powinni od razu zamykać, na co jeszcze czekać?

    Czemu folwark tej pani nosi jeszcze nazwę "zachęta" to ja na prawdę nie wiem. O finansowaniu z publicznych pieniędzy nie warto nawet wspominać...

  • ciotka_ltd

    Oceniono 147 razy 89

    Pare razy, choc przed laty, widzialam kilka wystaw w "Zachecie" pod auspicjami pani Rottenberg i nie kryje, ze podobaly sie, ale wybaczcie, ze jej ksiazek nie kupie, bo jej arti-farti "dyskursu" chronicznie nie znosze - to dla mnie chodzaca Rachela z "Wesela".
    Tak wiec kryptopromocja ksiazki tej pani, droga Agoro, w moim przypadku trafila w calkowita proznie.;-)
    Mam jednak dwie uwagi, co do tego pseudointelektualnego belkotu wyzej:
    1) Pani Rottenberg polecam "Niemyte dusze" Witkacego, jesli od czytania tego Polonusa wargi jej nie pierzchna. To cudny przyklad ironii z modernistycznej czystosci, ktorej Bauman juz nie musial odkrywac (zreszta tegoz praca jest b. dobra - to jeden z nielicznych, co o trudnych sprawach potrafia pisac prostym jezykiem w przeciwienstwie do pani Andy).
    2) Zwracam grzecznie uwage, by sobie bez znajomosci kraju geby Irlandia nie wycierac, bo nawet cala czolowka wszelakich IRA mowi po... angielsku, a Gaelic jest przez nich uzywany jedynie jako grypsera wiezienna. Anglojezyczne sa, przykladowo, wszystkie wiersze Bobby'ego Sandsa. A haslo "heteroseksualny, katolik i irlandzkojezyczny" jest, o ile wiem, wylacznie haslem poludniowoirlandzkich neo-Nazis. A kuku!

  • dazheng

    Oceniono 141 razy 87

    "Tak jak my dziedziczymy przez kolejne pokolenia traumę wojenną, tak samo Niemcy dziedziczą winę."
    Pani Ando, a moze teraz cos o Biskim Wschodzie.

  • representation1

    Oceniono 110 razy 76

    O czystość wszelkiego rodzaju najbardziej dbają Żydzi
    -------------------------------------------------------------------
    U nich nazywa się to koszernością. Żydzi ortodoksi najbardziej nie lubią nieczystych gojów. A Żydzi lewacy dbają o czystość ideologiczną społeczeństwa. Pani Rottenberg jest w awangardzie. Tylko jakoś jej mało w postępowej TVP Kultura. Towarzysze! Musicie to zmienić.

  • rikol

    Oceniono 100 razy 72

    Promocja higieny zaczęła się w XIX w., wraz z wyjazdami do wód i budowaniem kanalizacji w miastach. W tym czasie również Darwin ogłosił swoje największe dzieło, teorię ewolucji i doboru naturalnego. Stąd koncepcja, że silniejsi wypierają słabszych - która była widoczna w myśleniu Hitlera (i nie tylko). Eugenika była zupełnie normalna na początku XX w.

    Koncepcja higieny była również używana przy zabijaniu Żydów - przedstawiano ich jako szczury i wskazywano na konieczność deratyzacji. Nawet sposób zabijania, np. gazem, był metodą, jaką likwiduje się pasożyty.

    Trzeba pamiętać, że nie tylko w Niemczech pojawiły się pomysły eksterminacji, czy sterylizacji, tworzenia nowego człowieka (jak np. w ZSRR), ale tylko tam pomysł wymordowania całego narodu zrealizowano.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX