Jakub Żulczyk

Jakub Żulczyk (fot. Zuza Krajewska)

wywiad gazeta.pl

Jakub Żulczyk: Warszawa to pole minowe. Jest miastem koterii, rautów, klik, synekur

Warszawa jest twierdzą, do której ludzie z całego kraju przyjeżdżają ze sprzętem wspinaczkowym, żeby się na nią wspiąć, stanąć na szczycie, popatrzeć na resztę Polski i niczym bohater "Vabanku" powiedzieć: "Tu się oddycha". Na szczycie są nagroda, kariera, awans, pieniądze. Warszawa to świat potencjału, świat szansy, bardzo mocno zmitologizowany, jak większość stolic zresztą. Chciałem się pobawić tą wizją, wymyślając bohatera, który robi tu karierę jako handlarz kokainy - mówi o swojej najnowszej powieści "Ślepnąc od świateł" Jakub Żulczyk. Pytamy go o Bacha, Nike i o to, czy istnieje dobra literatura bez wódki.

Wyślesz egzemplarz książki Kubie Wojewódzkiemu?

- Czemu miałbym to zrobić?

Jeden z drugoplanowych bohaterów „Ślepnąc od świateł”, Mariusz, niebezpiecznie go przypomina.

- O Wojewódzkim nie wiem nic prywatnie, nie znam go. Mariusz wykonuje ten sam zawód, prowadzi talk-show. Ale jest to postać prywatnie dosyć wstrętna. Ja nie mam pojęcia, jakie Wojewódzki ma prywatne rozrywki i czy jest wstrętny czy niewstrętny, więc to po prostu nie on. Co jest ważne, to zło Mariusza, które wynika z jego inteligencji, jest przez niego wykoncypowane. Potrzebowałem takiego bohatera, chciałem osadzić go w polskim show-biznesie.

Czyli nie mogłaby to być Natalia Siwiec.

- Natalii Siwiec też nie znam. Nie wiem, czy jest głupia czy nie. W swoim programie wychodzi na prostolinijną, ale dowcipną dziewczynę. W każdym razie, na wszystkie próby poszukiwania prawdziwych postaci, wydarzeń w „Ślepnąc od świateł” mogę odpowiedzieć jedynie, że ta książka to fikcja literacka, a wszystkie podobieństwa do prawdziwych osób i wydarzeń są w niej przypadkowe. Zresztą, w ogóle nie o to w tej książce chodzi, chciałem w niej uchwycić pewien świat, zrobić zdjęcie danej rzeczywistości, w tym przypadku Warszawie, jej ciemnej stronie; pokazać, jak bardzo jest wielowarstwowa, a zarazem jednolita, zaludniona przez konkretny stan umysłu, stan ducha. Tego czytelnik może poszukać dookoła siebie. Nie postaci czy też wydarzeń.

No ale celujesz w tej książce w środowisko, w którym sam funkcjonujesz. Redaktorów magazynów lifestyle'owych, ludzi telewizji, pracowników agencji reklamowych.

- Są też bandyci, politycy, finansiści, raperzy, bananowa młodzież. W „Ślepnąc od świateł” opisuję wiele środowisk, więc jeśli komuś się w tej książce dostaje, to wszystkim po równo (śmiech). Chciałem opisać świat, w którym nawet handlarz narkotykami, bandyta, gangster - czyli Jacek, główny bohater powieści - może poczuć się uprawniony do pewnej oceny, pewnego egzystencjalnego wstrętu. Oczywiście jego diagnozy są bardzo radykalne, można powiedzieć - starotestamentowe. Jacek, często słusznie oceniając innych, robi to z pozycji pewnej wyższości moralnej. No i bardzo się na tym przejeżdża.

Jakub Żulczyk (fot. Zuzanna Krajewska)Jakub Żulczyk (fot. Zuza Krajewska)

Jacek, przynajmniej na początku, wydaje się superinteligentny, myśli szybciej niż reszta, wykorzystuje dziury w systemie. Za to mamy go lubić?

- To nie jest chyba bohater do lubienia. Wykorzystuje luki w systemie, ale nie jest przy tym poczciwiną jak Dyzma czy Piszczyk. Chciałem, aby ten bohater budził wstręt, ale też zaciekawienie, zainteresowanie, pewien rodzaj niezdrowej fascynacji. Aby momentami czytelnik przyznawał mu rację, szedł po jego stronie, traktował go jako tego sprawiedliwego. I żeby był tym zaniepokojony - dlaczego odnajduję się w tym, co mówi ekstremalnie cyniczny bandyta, któremu chodzi tylko i wyłącznie o pieniądze? Czy ten świat jest tak zepsuty, że taki człowiek na jego tle wydaje się kimś porządnym?

Walter White. To było moje skojarzenie.

- Tak, tylko że całym pomysłem na „Breaking Bad” było pokazanie zupełnej przemiany bohatera, ze szlachetnego, chorowitego poczciwiny w bezwzględnego bandytę, owładniętego obsesją kontroli. „Breaking Bad” to taki logiczny dowód na to, że teza o niezmienności ludzkiego charakteru jest nieprawdziwa. A u mnie bohater nie zmienia się gruntownie, od początku jest wysoce nieszlachetny...

Czy ja wiem, przyjechał z Olsztyna do Warszawy, bo chciał być artystą.

- To ciekawe, że artysta kojarzy ci się ze szlachetnością (śmiech). Wydaje mi się, że ta książka jest też o aspiracji. Warszawa jest twierdzą, do której ludzie z całego kraju przyjeżdżają ze sprzętem wspinaczkowym, żeby się na nią wspiąć, stanąć na szczycie, popatrzeć na resztę Polski i niczym bohater „Vabanku” powiedzieć: „Tu się oddycha”. Na szczycie są nagroda, kariera, awans, pieniądze. Warszawa to świat potencjału, świat szansy, bardzo mocno zmitologizowany, jak większość stolic zresztą. Chciałem się pobawić tą wizją, wymyślając bohatera, który robi tu karierę jako handlarz kokainy To, że jest człowiekiem zupełnie innego rodzaju niż większość ludzi, którzy żyją z narkotyków, zarabiają na ulicy, jest może nierealistyczne, ale moim zdaniem interesujące.

A czym jest dla ciebie Warszawa? Tylko tym, czym jest w „Ślepnąc od świateł”?

- Jest dla mnie miastem, w którym ludzie w pewnym pędzie, naćpani własnymi aspiracjami, oderwani od pewnego oparcia, zaczynają się gubić, tracą kręgosłup moralny. Miastem, w którym najpopularniejszym sportem jest jednoosobowe granie do własnej bramki. Miastem koterii, rautów, klik, synekur. Jest miastem bezwzględnym i, jak w piosence Sokoła, zepsutym; jest polem minowym, najeżonym pułapkami - życiowymi, towarzyskimi, w które bardzo łatwo wpaść, miastem uzależnień. Tylko że oczywiście gdyby Warszawa była dla mnie tylko taka, już dawno bym się stąd wyprowadził. Tu każdy radzi sobie sam, a samemu można też wystrugać sobie dobre życie, jeśli się uważa na pewne rzeczy i najzwyczajniej w świecie tego chce. Ja mam tutaj bliskich mi, fantastycznych ludzi. Mam moją wspaniałą dziewczynę. Poza tym Warszawa bywa po prostu piękna. Wczoraj byliśmy na spacerze na Agrykoli, w Parku Ujazdowskim i było przepięknie.

Od kiedy miałeś w głowie książkę o Warszawie?

- Zaczynałem książkę, a raczej różne książki parę razy, ale za każdym razem po paru miesiącach pracy wyrzucałem ją do kosza. Miałem poważny „writer's block”, przychodziły momenty, w których zacząłem się zastanawiać, czy cała ta sprawa z pisaniem nie była wybrykiem, etapem w moim życiu, może powinienem zająć się zupełnie czymś innym... Nie wiedziałem co prawda czym, bo ja zupełnie nic innego nie umiem robić (śmiech). W końcu złapałem się na tym, że cały problem polega na braku bohatera. Jeśli napiszę książkę, której główną postacią będzie pisarz, dziennikarz albo pracownik agencji reklamowej, to popełnię kardynalny błąd, pójdę po linii najmniejszego oporu, sprzedam ludziom jakąś farbowaną niby-autobiografię, jakąś satyrę środowiskową, nieczytelną poza wąskim gronem odbiorców, które i tak tej książki z gruntu nie polubi. Potrzebowałem bohatera, który otworzy czytelnikom drzwi, powie: „Zapraszam państwa” i przeprowadzi przez ileś różnych warstw tego świata.

Czyli diler albo taksówkarz.

- Dokładnie, tylko taksówkarz nie będzie miał dostępu aż do tylu warstw, nie wejdzie ze swoim klientem do mieszkań, lokali, hoteli. Poza tym Paul Schrader w latach 70. napisał genialny film o taksówkarzu, który wyreżyserował Scorsese, i od tamtej pory średnio idzie cokolwiek o taksówkarzach powiedzieć. Za to o handlarzu kokainy Schrader napisał i nakręcił bardzo średni film „Light Sleeper”, i tutaj czułem, że mam pole manewru (śmiech). Ale wiesz co, mówię ci o tym, jakby to był dla mnie jakiś proces intelektualny, jakbym usiadł pewnego dnia i to wszystko sobie przemyślał, zrobił tabelę potencjalnych bohaterów i powstawiał przy nich plusy i minusy. Kominiarz nie bardzo, taksówkarz trochę lepiej, o diler, bomba, bierzemy go. Tymczasem ja pracuję bardzo intuicyjnie. Pewne rzeczy po prostu mi się objawiają, śnią. Coś ciągnie mnie w jakimś kierunku. Ta książka zaczęła się z pewnego pojedynczego obrazu, który pewnego dnia jakoś się we mnie wyświetlił - obrazu warszawskiej ulicy o świcie, pustej, takiej srebrno-fioletowej, w kolorystyce filmu „Na srebrnym globie”, i stojącego na niej mężczyzny, w drogim garniturze, nieruchomego, brudnego, z dłońmi we krwi. Zacząłem myśleć o tej ulicy, o tym mężczyźnie, co mu się przydarzyło, kim on w ogóle jest.

Powiedziałeś kiedyś, że nie da się pisać w oderwaniu od siebie, że w każdej twojej książce jest promil autobiografii. Z Jackiem łączy cię Olsztyn i to, że on też jest abstynentem. Coś jeszcze?

- Jacek nie jest abstynentem, ale nie opowiadajmy fabuły. Mam nadzieję, że łączy mnie z nim niewiele. To znaczy niektóre jego myśli są moimi myślami, ale ja odnoszę się do świata z większą empatią, nie jestem chyba takim mizantropem (śmiech). Mogę powiedzieć, że zdarzało mi się myśleć Jackiem w jakichś bardzo niedobrych, czarnych momentach, w złych stanach psychicznych, duchowych, których gdy zaczynałem pracę nad książką, zdarzało mi się doświadczać. Ale moja rozpacz to jego chłodna codzienność. Ja bałem się swoich myśli. On je bardzo lubi, nawet się nimi pyszni.

Jakub Żulczyk (fot. Zuzanna Krajewska)Jakub Żulczyk (fot. Zuza Krajewska)

Lubisz przemycać muzykę do książek, ale w „Zrób mi jakąś krzywdę” cytowałeś Melvinsów, a bohater „Ślepnąc od świateł” słucha Bacha. To ma go uszlachetnić czy odrealnić? Ma być trudniej uwierzyć w dilera, który nie słucha Molesty albo house'u?

- Ani uszlachetnić, ani odrealnić. On po prostu lubi tę muzykę. Dla mojego niewprawnego ucha słuchanie Bacha to przede wszystkim przyjemność ze śledzenia pewnej bardzo precyzyjnej konstrukcji. To przyjemność bardziej logiczna, umysłowa niż emocjonalna. A Jacek przecież w kółko mówi o emocjach jako o pewnym ewolucyjnym błędzie, defekcie, który utrudnia ludziom funkcjonowanie. On nie chce emocji. Inna sprawa, że on trochę tym Bachem szpanuje, trochę mu się wydaje, że się zna na muzyce poważnej, że jest melomanem. Jemu w ogóle wydaje się, że zna się na wielu rzeczach, tymczasem tak naprawdę niewiele wie o czymkolwiek. Aktorzy przed samym sobą.

Typowy człowiek z Warszawy.

- Może. Jemu się wydaje, że on coś wie o posiadaniu dzieci, o wyjazdach za granicę czy przebywaniu gdzieś dłużej, wydaje mu się, że coś wie o związkach międzyludzkich. Fantazjuje na ten temat, ma jakieś wizje, rojenia.

To jest ta twoja dojrzała książka, o której mówiłeś rok temu?

- Twoje pytanie brzmi, jakbyś była rozczarowana (śmiech). Ja mogę sobie marzyć o tym, że ta książka jest dojrzała. Jest na pewno jakąś syntezą moich dotychczasowych pomysłów na pisarstwo, a raczej deklaracją pewnego spójnego, w moim mniemaniu, pomysłu. „Instytut” czy „Zmorojewo” to fajne książki, lubię je, ale były próbami sprawdzenia się w konkretnej konwencji. „Ślepnąc od świateł” jest powrotem do moich dwóch pierwszych powieści, „Zrób mi jakąś krzywdę" i „Radio Armageddon” w tym sensie, że jest to pokazanie: tak właśnie piszę, to jest moja literatura, dzisiaj, w tym momencie.

A kiedy pisarz odnosi sukces w Polsce? Jak mu dają Nike?

- Nie wiem, kiedy pisarz w Polsce odnosi sukces. Dla każdego sukcesem jest zupełnie co innego. Na pewno każdy pisarz tak jak każdy człowiek lubi zarobić kasę. Ja mogę ci powiedzieć, co jest dla mnie sukcesem - fakt, że „Zrób mi jakąś krzywdę”, które wyszło osiem lat temu, i „Radio Armageddon”, które wyszło sześć lat temu, to książki wciąż żywe, bardzo ważne dla wielu ludzi, nawet dla tych, którzy w momencie ich ukazania się byli na etapie „Akademii Pana Kleksa”. Trzeba je wciąż dodrukowywać, bo wciąż są czytane, bo ludzie się w nich odnajdują. Cieszy mnie to. Tym bardziej że w momencie premier tych powieści zarzucano mi, że są tak zanurzone we współczesności, że będą nieczytelne i nieaktualne już po paru miesiącach.

A co do nagród literackich, gdy rozmawiam z osobami z szeroko pojętej branży, mam wrażenie, że gdy przychodzi czas nagród, oni wszyscy dostają małpiego rozumu. Ekscytują się, jak normalni ludzie ekscytują się siatkówką. Nie uważam, żeby polska literatura to była olimpiada szkolna, na końcu której jest jedna czy druga nagroda literacka, ale żeby nie było, ja też mam swoje typy, komuś tam kibicuję, na przykład czytałem nową powieść Szczepana Twardocha i, moim zdaniem, jest to książka zasługująca na wszelkie możliwe laury. Justyna Bargielska zasługuje na wszelkie możliwe laury. Jest wspaniałą pisarką.

A to prawda, że ci wszyscy młodzi ludzie, którzy czytają twoje pierwsze dwie książki, piszą do ciebie z prośbami o rady? Zakochałem się, co robić. Nie wiem, jakie studia wybrać. Takie rzeczy?

- Zdarzyło się parę razy, no ale nie jest to dla mnie temat do dowcipkowania. Raczej jestem wtedy zakłopotany i poruszony, czasami to są bardzo młodzi ludzie i ich problemy mogą się komuś wydać zabawne, no ale ja w ich wieku miałem identyczne. Czuję się jakoś zobowiązany, aby zawsze odpisać im cokolwiek. Niektórzy czasem wysyłają rzeczy do przeczytania, ale tego nie robię, bo parę razy niosło to za sobą przykre konsekwencje. Te osoby są potem agresywne, czepiają się, piszą jakieś głupie wiadomości - co jest mi niepotrzebne, mam wystarczająco dużo innych zmartwień. Poza tym w takich sprawach nie należy pisać do pisarzy. Trzeba pogadać z redaktorem, z kimś oczytanym, z kimś, kto się zna na literaturze, ale nie z pisarzem... Zawsze mówię: „Weź pogadaj ze swoim polonistą, wykładowcą, dowiedz się, czy może działa w twoim mieście jakieś kółko literackie ”.

No nie mów, że ty chodziłeś na kółko literackie do domu kultury.

- Nie, ale ja nie pisałem w liceum. I uważam, że to wspaniała rzecz, że nie miałem żadnych prób literackich w tym okresie. Dziś pewnie ogarniałby mnie paraliżujący wstyd.

To kiedy zacząłeś?

- Jako dziecko. Jak miałem sześć lat, napisałem powieść o wikingach. Ci wikingowie zmienili się w trakcie powieści w Indian, bo gdy ją pisałem, najpierw czytałem „Thorgala”, a potem zacząłem czytać książkę o Indianach „Złoto Gór Czarnych”. Jak miałem dziesięć lat, napisałem kryminał o pisarzu, któremu rzeczywistość miesza się z książką, którą pisze. Obejrzałem wtedy w telewizji film „Barton Fink”, który zrobił na mnie wielkie wrażenie. Pisanie to był po prostu mój sposób spędzania wolnego czasu. Jakbym miał komputer i gry, tobym pewnie tego nie robił. Potem zresztą dostałem komputer i w ten sposób moja kariera literacka zawisła na kołku aż do dwudziestego drugiego roku życia (śmiech).

Wspomniałeś, że życie książki przedłuża ekranizacja. To nie ekranizacja co prawda, ale w listopadzie będzie miał premierę spektakl na podstawie „Radia Armageddon”.

- Tak, w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu. Praca nad spektaklem odbywała się w dwóch etapach. Zrobiliśmy z reżyserem Tomaszem Hynkiem adaptację pierwszej części książki, słuchowisko czytane z publicznością. Ale jak doszło do pisania spektaklu, zaczęły się schody. Ta książka jest ogromna, trzeba było na to jakiejś metody i my wybraliśmy metodę radykalną. Akcja spektaklu dzieje się dziesięć lat po wydarzeniach z książki. Tyle mogę powiedzieć.

Musisz komentować rzeczywistość, wszystko, co się dzieje? Masz taką potrzebę? Robisz to nie tylko w książkach, były felietony, nawet Facebooka wykorzystujesz.

- Przez ostatni rok byłem skupiony głównie na „Ślepnąc od świateł”. Zarzuciłem felietony. Czułem, że nie mam w baku zbyt wiele benzyny i bałem się, że ucieknie na małe teksty. Mogę mieć świetne zdanie i - przepraszam, że użyję tego słowa - zmarnuję je w felietonie. Chociaż bardzo lubię publicystykę.

Ale skoro użyłeś tego słowa, to jednak wartościujesz. Literatura jest ważniejszym medium.

- Jest najważniejsza. Ale na pewno będę jeszcze pisał felietony, z prostego powodu - chciałbym kiedyś zostać dobrym felietonistą. To moja mała ambicja. Felieton jest potężną sztuką, o czym chyba wszyscy dzisiaj zapomnieli. Dzisiaj każdy może napisać felieton - ostatnio czytałem felieton Beaty Pawlikowskiej w piśmie „Mój Ogród”. Doda pisała felietony. Ja, stety lub niestety, uważam felieton za sztukę, jedną z najszlachetniejszych form pisania. Mam swoich mistrzów, na przykład Kisielewskiego, Rybińskiego, on miał wspaniałe poczucie humoru, swadę, ale też kindersztubę, jego felietony nieważne jak złośliwe i cyniczne, były eleganckie. Cechuje je niesamowita kultura słowa. W czasach tweetów i hasztagów to wymarła sprawa.

Jakub Żulczyk (fot. Zuzanna Krajewska)Jakub Żulczyk (fot. Zuza Krajewska)

A nie jest tak, że literatura to sztuka, a każde inne pisanie to rzemieślnictwo?

- Bardzo się staram nie być artystą, wolę podchodzić do wszystkiego na zasadzie rzemiosła. Niezależnie od tego, co piszę - powieść, felieton, scenariusz - wolę myśleć o sobie jako o stolarzu. Jeśli ktoś znajduje w tym jakiś artyzm, to super. Ja potrafię zauważyć go u innych: w scenariuszu filmowym, eseju, tekście do gazety. Na przykład tekst Bargielskiej o sprawie Chazana dla „Tygodnika Powszechnego”. Bardzo poetycki, a przy tym radykalny, emanujący niespotykaną odwagą cywilną. Wspaniałe pisarstwo.

Dlaczego nie chcesz być artystą?

- Jeśli wykonujesz zawód, powiedzmy artystyczny, w stosunku do samego siebie musisz być faszystą, katem. Myślenie o swojej pracy kategoriami weny, sztuki, inspiracji, widzenia, filozofowanie na temat swojej twórczości, umieszczanie jej na własną rękę w różnych kontekstach otwiera furtki do zbędnego samozachwytu, lenistwa, błędnych tropów, do niechlujności.

To jeszcze jedną teorię obal - że nie ma dobrej literatury bez alkoholu. Trzeźwy pisarz?

- Każdy pisarz jest trzeźwy, kiedy pracuje. Nawet Pilch, który publicznie przyznaje się, że jest w klinicznej fazie choroby alkoholowej, mówił, że dla niego okresami abstynencji były te okresy, w których pisał. O Faulknerze krążą legendy, że pisał w stanach delirium, o Witkacym też, o Keseyu, o Hunterze Thompsonie, ale moim zdaniem to bzdury. Ci panowie mogli się szmacić w wolnym czasie, ale kiedy pracowali, musieli być trzeźwi. Nie można tej pracy wykonywać po pijaku - próbowałem, oczywiście, ale to niewykonalne. Nie można po pijaku jeździć samochodem, seks też z reguły wychodzi słabo, a to są jednak prostsze czynności niż pisanie literatury.

Nie wiem dlaczego, ale zawsze uważałam pisarzy za najbardziej zdegenerowaną grupę artystyczną.

- Alkohol i narkotyki świetnie wypełniają wolny czas. Pisarze mają go dużo, co gorsza - spędzają go głównie we własnym towarzystwie. Używki świetnie się nadają do tego, aby regulować sobie emocje, wprowadzać się w stany pozornego wyciszenia, pozornej radości. Ja musiałem odstawić na amen alkohol i narkotyki, bo inaczej nie skończyłbym książki. Byłem w złym stanie - duchowym, psychicznym, fizycznym i potrzebowałem radykalnego zabiegu.

Żeby nie było - ja nie chcę nikogo namawiać do podobnych ruchów. To jest mój prywatny problem, że bawiłem się za ostro, są tacy, którzy potrafią bawić się z umiarem. Wszystko jest dla ludzi. Alkohol jest dla ludzi, narkotyki są dla ludzi, niezobowiązujący seks jest dla ludzi, tylko trzeba przy tego typu rozrywkach umieć trzymać życie w lejcach. Ja na przykład nie mogłem wytrzymać już bycia ciągle na kacu. Kac to jest tortura i nie mam najmniejszego zaufania do zdrowia psychicznego osób, które mówią, że w kacu jest cokolwiek przyjemnego. Kac to przedsionek piekła. Jego pierwszy krąg. Ale wiesz, rozmawiasz z człowiekiem, który ma w sobie już zakodowane pewne mechanizmy odstręczania, co znaczy, że równie dobrze mogę teraz nie mówić prawdy.

 

''Ślepnąc od świateł''

 

Najnowsza książka Jakuba Żulczyka, ''Ślepnąć od świateł", do kupienia w promocyjnej cenie w Publio.pl

Jakub Żulczyk. Pisarz, scenarzysta, felietonista (chwilowo w stanie spoczynku). Debiutował osiem lat temu powieścią „Zrób mi jakąś krzywdę... czyli wszystkie gry video są o miłości”. Współprowadził programy telewizyjne, publikował m.in. w „Elle”, „Machinie”, „Przekroju”, Onecie. Od sześciu lat mieszka w Warszawie i to właśnie stolicy poświęcił swoją najnowszą książkę, wydane 22 października „Ślepnąc od świateł”.

Angelika Kucińska. Dziennikarka muzyczna, publikowała m.in. w „Przekroju” i „Machinie”. Obecnie związana z magazynem „Glamour”, gdzie prowadzi dział kultury. W tygodniu pisze o dobrych piosenkach, w weekendy je puszcza - jako jedna czwarta kolektywu didżejskiego Piosenka Jest Dobra Na Wszystko.

Komentarze (108)
Zaloguj się
  • planctus

    Oceniono 324 razy 284

    Znajomi przeprowadzają wywiady ze znajomymi, którzy piszą udające kontrowersyjne książki o znajomych.

  • scibor3

    Oceniono 231 razy 207

    "Jakub Żulczyk: Warszawa to pole minowe. Jest miastem koterii, rautów, klik, synekur"

    Warszawa nie jest ani polem minowym ani miastem koterii etc. Jak w każdym większym mieście możesz znaleźć wszystko. Szukałeś koterii i rautów, to je znalazłeś.

  • wawak1

    Oceniono 159 razy 135

    Chłopak mówi rozsądnie, choć żadnej z jego książek nie czytałem. Natomiast ciekawi mnie dlaczego dziennikarka muzyczna współpracująca z jakimś "Glamour" prowadzi wywiad o literaturze? Nikogo innego nie było pod ręką?

  • rabingoldblatt

    Oceniono 125 razy 105

    Opisać taplanie się w goownie "świata na szczycie", by dzięki temu opisowi wdrapać się na ten szczyt.

    Nie na spoko. Kazdy ma jakiś pomysł na siebie.

  • orbis_tertius

    Oceniono 106 razy 100

    Po h..j ci wszyscy bohaterowie reportaży d a j ą s i ę fotografować w wydumanych pozach?

  • ingeborg

    Oceniono 85 razy 65

    Nawiązując do komentarza rosfita poniżej: Nie mam pojęcia, czemu ludzie tak demonizują Warszawę. To znaczy chyba wiem, ale to niepochlebne dla tych co demonizują. Jest duża, zgoda, może przytłaczać tych, co są z mniejszych miast. Do tego obrosła jakąś dziwną mitologią w reszcie Polski - że ludzie to się tu kąpią w szampanie a w ogóle to takie trochę Gotham City i Nowy Jork w jednym, co widać u Żulczyka.
    Ludzie przyjeżdżają z całej Polski, jest im tu trudniej i boją się, że sobie nie poradzą, więc obrażają się na Warszawę. Nie potrafią się z nią obchodzić, po czym usprawiedliwiają to kolejnym mitologizowaniem mieszkańców miasta. Paranoja.
    (Dlatego czasami mieszkańcy Warszawy reagują agresją na taką krytykę - bo ileż można słuchać wyssanych z palca farmazonów)

  • kacykmoralny

    Oceniono 68 razy 60

    W Warszawie mieszka jakieś dwa miliony ludzi. Z czego jakieś może 20 tysięcy należy do tego zgniłego światka w którym obraca się Żulczyk. I jemu się wydaje, że takie jest całe miasto, że ta zgnilizna jest tego miasta rytmem i dynamiką. Panie Żulczyk, w środku ropnia jest jakieś życie, ale to reszta organizmu jest naprawdę ważna.

  • Gość: asd

    Oceniono 64 razy 56

    wojewodzki, siwiec, glamour - magiel do porzygu ... do tego adidasy do garniaka i grozna mina na bialoczarnym foto ... o nike tez juz wiadomo wiecej ...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX