''Cztery pory roku

''Cztery pory roku" (fot. Tomek Sikora)

wywiad gazeta.pl

Tomek Sikora: Fotografowanie polega na tym, że muszę wejść w trans, jak muzyk

Jestem wegetarianinem. A moja pierwsza płatna praca w Australii to było zdjęcie przeciętego na pół prosiaka. Za parę dolarów. Dla lokalnego rzeźnika. Trzeba było jakoś zacząć - tak fotograf Tomek Sikora opowiada o trudnych początkach emigracji w Australii. Emigracji, z której wrócił. Polską się zachwyca. - Nie znam kraju europejskiego, w którym w centrum miasta można palić ognisko - mówi. I to Polsce poświęcił swój najnowszy album ?Cztery Pory Roku?.

Odbieram każde ze zdjęć w „Czterech Porach Roku” jako powrót do Polski. Bo choć mogłyby być zrobione wszędzie, od Litwy po Rumunię, to i tak w nich Polskę widać.

- Cieszę się, że tak to wygląda. Wszystkie zdjęcia zrobiłem w Polsce. Moim marzeniem podczas pobytu w Australii było - po powrocie do kraju - zrobienie albumu „swojego”, bardzo osobistego, na temat Polski. Ale nie zatytułowanego „Polska”, bo to zmusza nas do opowiedzenia o Polsce w pełnym jej aspekcie - przyrody, kultury i tak dalej.

Mówił pan, że nigdy tak naprawdę nie wyemigrował z Polski, tylko wyjechał, żeby się uczyć. Że z kolegą postanowiliście, że nie będziecie emigrantami, tylko będziecie czasowo „wyjechani”.

- Tak. Tu chodziło o status psychiczny. To były takie czasy, że jeśli się opuszczało Polskę na czas dłuższy niż zgłoszony w biurze paszportów, to było przestępstwo, i gdyby się wróciło, to karą byłyby problemy z dalszymi wyjazdami. To było w okresie stanu wojennego, po doświadczeniach swobodnego poruszania się po Europie w czasach „Solidarności”, wizyty np. na Biennale Młodych w Paryżu.

Zawsze chciałem mieszkać w Polsce, ale być Europejczykiem, podróżować bez przeszkód po całym świecie. I potem to się nagle zatrzymało. Postanowiłem więc wyjechać, nie emigrować, ale wyjechać ze świadomością, że być może nie będę mógł wrócić. Ale taka była desperacka decyzja - żeby wydostać się z tej puszki i doświadczać całego świata.

''Cztery pory roku'' (fot. Tomek Sikora)''Cztery pory roku'' (fot. Tomek Sikora)

A jednak z tej Australii pan wrócił.

- Im starszy jestem, tym większą odczuwam przynależność do korzeni - a dla mnie korzeniem jest ta kultura. Często tam, gdzieś daleko, gdy spotkała się grupa ekspatów, powracał ten temat. Zastanawialiśmy się, za czym tak tęsknimy - czy za rodziną, czy za kulturą, czy po prostu jest to związane ze wspomnieniem najwspanialszego czasu w życiu: dzieciństwa z jego smakami, zapachami. W naszym przypadku, ludzi z Europy Wschodniej, także za czterema porami roku.

Każde ze zdjęć w „Czterech Porach Roku” tak naprawdę zaczęło się chyba od postprodukcji?

- Postprodukcja jest elementem mojej fotografii, od kiedy zacząłem się fotografią zajmować. Przy czym obecnie, jeśli jest, to elektroniczna. W przeszłości np. nakładałem na siebie trzy warstwy albo w laboratorium, w ciemni, pod powiększalnikiem, negatywy naświetlałem. Wszystko zależy od tego, czy chcemy mieć zdjęcia bardzo czyste, czy dopuszczamy element przypadku. Kiedyś był ogromny element przypadku, i to było bardzo piękne, bo surowe, a jednak był taki efekt, jak chcieliśmy, efekt odrealnienia rzeczywistości - a to jest to, co mnie właściwie w fotografii najbardziej interesuje.

„Ciągnę” dwa nurty fotografii. Jeden to ten, który uprawiam sobie na ulicy. Kiedy aparat jest jedynym narzędziem, które może zatrzymać czas, i to w sytuacjach w inny sposób kompletnie niezauważalnych. Na przykład nie zauważamy pewnych gestów, które dopiero zatrzymane [w kadrze] są ewidentne i są cudowne.

A z drugiej strony ta fotografia kreowana, która, owszem, bazuje na solidnym obrazie, te wszystkie zdjęcia zostały sprowokowane albo jakimś niezwykłym światłem, albo przypadkową sytuacją. Na przykład 70 proc. zdjęć było robionych w okolicach Męćmierza, za Kazimierzem Dolnym. Nagle, podróżując po okolicach, w zimie, na nartach biegowych, trafiłem na przysypane śniegiem słoneczniki, które nie były ścięte.

''Cztery pory roku'' (fot. Tomek Sikora)''Cztery pory roku'' (fot. Tomek Sikora)

To prawie efektów nie trzeba było używać...

- No nic zupełnie.

Zrobienie „Czterech Pór Roku” zajęło panu parę lat.

- Przeciągałem ten projekt, bo liczyłem, że jeszcze, jak śniegi zejdą, to zobaczę jakieś przedziwne ślady. I jeszcze parę zdjęć powstało. Wszystko zależy od tego, czego się szuka.

A czego pan szukał?

- Szukałem grafiki w tej przyrodzie. Szukałem tego, czego nie widzimy normalnie. Człowiek ma zdolność patrzenia szerokim kątem. Wszystko widzimy. I nagle jest skrzyżowanie dwóch śladów w śniegu - to jest szalenie graficzne, ale my tego nie widzimy. Dopiero aparatem... i to trzeba jeszcze umieć tak sfotografować, żeby ludzie, którzy to potem oglądają, też zostali uniesieni w jakiś sposób takim obrazem. Jeśli pokażemy wszystko, to oni przejdą nad tym do porządku dziennego, to nie będzie atrakcyjne, bo po pierwsze, to będzie zwykła fotografia dokumentalna, dwuwymiarowa, po drugie - oni będą to oglądali w zupełnie innych warunkach i sytuacji emocjonalnej niż my podczas robienia zdjęcia. W momencie, w którym człowiek jest w tym uniesieniu fotografowania, to ma coś, czego ten odbierający nie ma. Trzeba mu to podać jakoś inaczej, inaczej na tyle, żeby on się zatrzymał, żeby go to tam rozgrzało w środku.

''Cztery pory roku'' (fot. Tomek Sikora)''Cztery pory roku'' (fot. Tomek Sikora)

Kim jest pani Wiosna, Lato, Jesień, Zima, czyli kobieta w czterech wcieleniach, którą widać na fotografiach?

- To przeurocza osoba, która zaistniała w różnych moich projektach dzięki internetowi. Dostałem kiedyś mail od bardzo młodej dziewczyny z Pomorza, która napisała, że bardzo podobają się jej moje zdjęcia i chciałaby stanąć przed aparatem. To się rzadko zdarza. Normalnie nie reaguję na tego typu oferty, zresztą nie mam ich wiele, bo prawie w ogóle nie używam Facebooka, internetu itd., ale tu akurat zareagowałem. Bardzo pięknie się sprawdziła.

I została Wiosną, Latem, Jesienią, Zimą...

- I bardzo dobrze się w tych czterech porach roku czuje.

Czy da się bez tych czterech pór roku przeżyć w Australii?

- Na początku tak. Potem gorzej. Są ludzie, którzy kochają bardziej jednostajną pogodę. Jak byłem parę miesięcy w Singapurze... 7 rano słoneczko wstaje, 19 zachodzi. Gorąco. I tak non stop.

W 1998 r. w rozmowie z Markiem Gryglem mówił pan o Polsce, że tu wszystko zaczęło się [po 1989 r.] od zera, i zachwycał się pan tym, jak wiele się tu dzieje.

- Teraz jeszcze bardziej się zachwycam.

Jeszcze „bardziej” się dzieje?

- Absolutnie. Teraz rzadziej wyjeżdżam, często pomieszkuję na wsi, ale jak tu już przyjeżdżam, to jestem zachwycony. W tej chwili Warszawa przeżywa jakiś nieprawdopodobnie ciekawy okres. Od jakichś dwóch lat ludzie wyszli na ulice...

Nad rzekę też.

- Ta rzeka to jest jakiś ewenement. Nie znam kraju europejskiego, w którym w centrum miasta można palić ognisko. Ale to to Euro 2012 tak ich wyrzuciło na chwilę - i tak już zostali, bo była fantastyczna atmosfera. Jeżdżę dużo na rowerze, więc to nie jest obserwacja człowieka, który codziennie chodzi tą samą drogą. Jeżdżę po różnych dzielnicach i patrzę.

''Cztery pory roku'' (fot. Tomek Sikora)''Cztery pory roku'' (fot. Tomek Sikora)

Z aparatem?

- Zawsze. Przywiązanym do paska. Ale to nie jest tak, że fotografuję wszystko. Tylko w jakimś momencie może wydarzyć się sytuacja, która może np. zacząć coś nowego. Przez sam fakt, że coś zupełnie niespodziewanego zobaczę. Cały czas liczę, że tak będzie przez całe życie. Że nie będzie trzeba siedzieć nad stolikiem nocą, pić wina i zastanawiać się, co tu nowego wymyślić, tylko życie samo to sprowokuje.

Reportażowe korzenie nie ciągną?

- Reportażowe korzenie inaczej wykorzystuję. Robię cykl takich małych książeczek, nazywają się „Street Photography”, pierwsza wyszła o Stambule. To po prostu są zdjęcia robione z biodra ludziom na ulicy.

A potem pan ten Stambuł ożenił z marką Top Secret (zdjęcia zostały przetworzone na potrzeby kampanii promocyjnej marki).

- Po półtora roku. To był czas, który pozwolił na ocenienie materiału pod względem jego wartości fotograficznej, a nie emocjonalnej - przez ten czas można zapomnieć np., które zdjęcie było najtrudniejsze albo które się nam szalenie podobało. Wyzbyłem się tego stanu i spokojnie wybrałem te zdjęcia. Chcę ten album rzucić na stół i zobaczyć, jaka będzie reakcja.

Fotograf się przywiązuje do kadrów jak dziennikarz do cytatów w tekście...

- Dokładnie. To nieuniknione. Samo fotografowanie, sam proces, z mojego doświadczenia, polega na tym, że ja po prostu nagle muszę wejść w taki trans, jak muzyk. Mnie kompletnie nic nie obchodzi, nagle jest skanalizowanie się na pewne sytuacje, przewidywanie ich, zwłaszcza że ja nie robię zdjęć jakimś szybkim aparatem, tylko malutkim lumixem, często z biodra, co daje nieprawdopodobną możliwość kadrowania takich ujęć, do których pewnie nie bylibyśmy zdolni, patrząc przez wizjer. Bo jednak mamy bardzo mocno zakodowane co i jak.

Wspomniał pan o miejscowości, w której okolicach zrobił pan większość zdjęć do „Czterech Pór Roku”...

- Męćmierz. Pod Kazimierzem Dolnym.

''Cztery pory roku'' (fot. Tomek Sikora)''Cztery pory roku'' (fot. Tomek Sikora)

Ważne miejsce?

- Niespecjalnie. Poza tym, że pierwsze moje ważne, opublikowane zdjęcia zrobiłem na zjeździe hipisów w Kazimierzu Dolnym w 1969 r.

Oj, musiało być wesoło...

- Bardzo wesoło. Ale bywało i groźnie, bo nagle milicja zaczęła wyłapywać długowłosych ludzi, goliła ich i takie tam rzeczy...

Pan miał długie włosy?

- Jak Jimi Hendrix. Ale nigdy nie przypuszczałem, że kiedykolwiek tam wrócę. I oczywiście przypadek napisał scenariusz. Kiedyś pojechałem robić zdjęcia na tej skarpie nad Wisłą. W Męćmierzu zaparkowaliśmy samochód, i dokładnie w tym miejscu teraz mieszkamy.

Jak to?

- Zaparkowaliśmy i nagle ktoś wyskoczył z budynku i woła „cześć, stary!”. Ja oczywiście nie poznałem, bo się widzieliśmy może dwa razy w życiu. I zaprosił do siebie po zdjęciach. Na herbacie okazało się, że właśnie organizowali wyprawę do Afryki i zwolniły im się dwa miejsca. Trzy tygodnie później byliśmy wszyscy razem w Afryce. Wyszło, że ci ludzie muszą się pozbyć jednej posesji w Męćmierzu. I tam zamieszkaliśmy. Nie spodziewałem się tego, nie chciałem się nigdzie zakotwiczać na stałe.

Jak się tworzył ten obywatel świata, który w wieku lat 36, nie znając angielskiego, wyjechał do Australii?

- Wcześniej też dużo jeździłem. Ale jak się tworzył? Ciekawość świata wtedy, wśród nas wszystkich, była ogromna. Choć pamiętam, że jak doleciałem do tej Australii, to nie byłem zbyt pozytywnie nastawiony.

Dlaczego akurat tam?

- Dalej się nie dało. W grę wchodziły trzy kierunki: Europa, USA, Australia. Europa była za blisko. Jak ja bym się czuł, widząc samochody z polską rejestracją? A Stany Zjednoczone? Nie znałem ich.

Nie ciągnęło do fotograficznego high life'u w Nowym Jorku?

- Dla mnie centrum fotografii był wówczas Paryż. I Mediolan. Oglądałem włoskie i francuskie numery „Vogue'a”. Amerykański był słabszy. W jednym numerze „Vogue'a” swoje prezentacje autorskie, czyli 30-35 stron, potrafiło mieć pięciu ówczesnych najlepszych fotografów, jak Helmut Newton. Oni wszyscy fotografowali modę, ale po swojemu.

Jak się przejrzy fotografie Newtona, to zawsze, na fotografii z każdego okresu, pozna się, że to Newton. Pan przy każdym kolejnym projekcie wymyśla się właściwie na nowo.

- Tak.

''Cztery pory roku'' (fot. Tomek Sikora)''Cztery pory roku'' (fot. Tomek Sikora)

Jak pan to łączy z tym, że w wielu magazynach jest preferowany pewien styl pisma, a nie styl fotografa? Robi się te sesje tak, żeby było wiadomo, że to jest „Vogue”, a nie - że to taki, a nie inny fotograf.

- Właśnie dlatego ja w Polsce prawie w ogóle nie zaistniałem w modzie, bo to był okres fotografowania pod ustalony styl pisma. Najwięcej wolnej fotografii udało mi się publikować w piśmie singapurskim. Ale tylko dlatego, że nie było ono do nabycia na tradycyjnym rynku, natomiast było dodawane do wszystkich transakcji powyżej tysiąca dolarów w miejscowych butikach.

Trafiało idealnie w „target”.

- Trafiało, a poza tym można było eksperymentować, bo człowiek - czytelnik nie wybierał, czy chce to kupić. Wydawca zbierał więc ekipę z całego świata i namawiał do eksperymentów.

Wymarzone warunki do pracy.

- Wymarzone. Dlatego ja się kompletnie nie mogłem odnaleźć w rzeczywistości polskiej. Kiedyś miałem zlecenie i poproszono, żebym opisał plan sesji. No to napisałem, że to będą czarno-białe zdjęcia, gdzieś w sadach, model nie będzie na pierwszym planie itd. Pierwszy zarzut był taki, że absolutnie nie może być czarno-biała fotografia, tylko kolorowa. No i nie odbyła się ta sesja.

Gdybym ja [wówczas] zaczynał fotografować, to musiałbym robić wszystko, co się nawinęło. Jestem wegetarianinem, a [w Australii] moja pierwsza praca zarobkowa, jaką wykonałem, to było zdjęcie przeciętego na pół prosiaka. Za parę dolarów. Dla lokalnego rzeźnika. Ale trzeba było jakoś zacząć, zanim zrozumiałem, jak wygląda infrastruktura tego rynku, że są agencje reklamowe i tak dalej. Ale lepiej tak, niż iść do fabryki Dunlopa, bo tak kończyli na początku ci wszyscy, którzy nie znali języka.

A pan?

- Nam na szczęście poszło błyskawicznie, pojechałem z... przepraszam, że tak to chwalę, ale naprawdę pojechałem z szokującym wówczas Australijczyków portfolio. Jeśli im się nie zdradziło tajemnicy, dlaczego kalendarz FSO [jedno ze zleceń, które Sikora zrobił w Polsce przed wyjazdem - M.G., w kalendarzu nie widać samochodów] powstał tak, jak powstał, to oni myśleli tak: „proszę, to jest Europa. A my musimy każdy samochód obfotografować z zewnątrz”. Było zastrzeżenie, że nie wolno pokazywać poloneza. Ale Australijczycy o tym nie wiedzieli (śmiech). I byli zachwyceni.

Poza tym przywiozłem album „Alicja w krainie czarów”. To było wykonane nową techniką, malowane plamami barwnymi. I jak oni to zobaczyli... cudowna była wizyta w sieciowej amerykańskiej agencji O&M. Wielka sala, siedzi facet - dyrektor kreatywny. „Pokaż, co masz”. Wyciągam te zdjęcia, on zobaczył, złapał za słuchawkę i w parę minut cała sala się wypełniła ludźmi. Kazał im to wszystko przejrzeć.

Był pan po prostu świeży.

- Dla nich. Ale tak, to od razu otwiera niesamowitą drogę. Ale zanim do tego doszło, fotografowałem np. jedno wesele... co zresztą lubię robić, zwłaszcza nad ranem.

W 2004 r. zrobił pan projekt „Minął rok”. 10 lat temu robił pan „selfie”, zanim to było modne. Dziś takie kroniki „dzień po dniu” robią karierę w sieci.

- Ale to fantastycznie, że to robią. To ma dla autora zdjęć ogromne znaczenie. Jeżeli ktoś ma np. problem z zaakceptowaniem samego siebie, fotografowanie siebie i patrzenie na własną twarz na ekranie powoduje, że człowiek w końcu myśli: „no kurczę, jestem taki, jaki jestem, i koniec, nigdy nie będę wyglądał jak te panie z okładki”. One narzucają pewien styl, do którego każdy chciałby równać.

''Cztery pory roku'' (fot. Tomek Sikora)''Cztery pory roku'' (fot. Tomek Sikora)

To jest wielkie oszustwo fotografii mody. Miejscami przyłożył pan do niego rękę.

- Ale ja wybieram osoby, które nie są piękne, nie mamy takiej okładkowej urody. Bardzo często namawiałem klientów, żeby nie korzystać z zawodowych modeli, bo oni są pod tym kątem wybierani. Często swoje projekty opieram na ciekawych twarzach. Kiedyś - zaczęło się to w Melbourne - 10 lat ciągnąłem taki projekt „Twarzowa kolekcja”. Polegało to na tym, że każdemu, kto chciał, robiłem jedno, jedyne zdjęcie, pod warunkiem że zrobi minę, której nie zrobiłby raczej publicznie. Na ogół była to głupia mina (śmiech).

Miał pan kiedykolwiek kłopot z tym, że zapytał pan kogoś na ulicy, czy może mu zrobić zdjęcie, a ten ktoś odmówił?

- Kiedyś na 150 osób odmówiło dosłownie kilka. Wszystko zależy od tego, jak się podejdzie. Ja za każdym razem tym ludziom te zdjęcia daję, to nie jest tak, że wykorzystuję człowieka, którego fotografuję. Pewnie, jak się podejdzie z tym pistoletem - aparatem (bo aparat w pewnym sensie jest bronią) agresywnie, to się człowiek boi. Ale jak się podejdzie tak: „słuchaj, jestem fotografem, bardzo mi się podoba twoja twarz”...

Wywiad został przeprowadzony w warszawskiej Leica Gallery podczas wernisażu wystawy Tomka Sikory „Cztery Pory Roku”. W galerii Leica można zakupić album towarzyszący wystawie.

 

Tomek Sikora. Fotograf, autor kilkudziesięciu wystaw indywidualnych na całym świecie oraz 55 wydawnictw autorskich. W latach 1972-1982 stały fotoreporter warszawskiego Tygodnika Ilustrowanego „Perspektywy”. Od 1982 r. przez kilkanaście lat mieszkał w Australii. Laureat wielu nagród, dwukrotnie wybrany na fotografa reklamowego roku w Australii. Autor międzynarodowych kampanii reklamowej dla hoteli Sheraton i Intercontinental, linii lotniczej Singapore Airlines, firm odzieżowych Levi's, Reebok czy Top Secret. W 2002 roku powołał do życia, wraz z Andrzejem Świetlikiem, Galerię Bezdomną, promującą w wielu krajach fotografię niezależną.

Michał Gostkiewicz. Dziennikarz Gazeta.pl. Robi wywiady, pisze o sprawach zagranicznych i fotografii, pisze blog Realpolitik na TOKFM.pl, twittuje. Gdy nie musi pracować, chodzi po górach, jeździ na rowerze lub pływa żaglowcami po morzach. I robi zdjęcia.

Komentarze (22)
Zaloguj się
  • kassandra87

    Oceniono 30 razy 26

    Bardzo dobry wywiad, bardzo dobry fotograf. Tak trzymać! ;)

  • Gość: MrHeinz

    Oceniono 36 razy 14

    Proszę wybaczyć ale w tych pracach więcej jest Photoshopa czy innego edytora niż naturalnego zdjęcia. Wszędzie ponakładane filtry..miejscowe wysycenia kolorów...itp. Pan Sikora jest bardziej grafikiem a nie fotografem. A jeżeli grafikiem to przeciętnym jakich jest naprawdę wielu.

  • Gość: jerzy płusa

    Oceniono 14 razy 12

    .Mam 68 lat i zaczynam robić to,coTomek.Fotografowałem "zawsze.Przeszedłem wszystkie okresy fotografii powojennej.Podobie jak bohater wywiadu,za statyw słuzył mi rower i skrzyżowane kijki od biegówek.Kiedy oglądam fotografie Tomka,to widzę wielkie podobieństwo formy i treści w "naszych"pracach.Do zobaczenia na fotograficznych szlakach.J.

  • teczowa-szmata

    Oceniono 13 razy 7

    Ciekawe kadry Tomka Sikory pokazane w Gazecie.

  • men_53

    Oceniono 7 razy 3

    Fotografia zaczyna się i kończy w głowie, nie polega na naciśnięciu spustu migawki. A PS, tak jak i aparat fotograficzny jest tylko narzędziem do tworzenia obrazów fotograficznych.
    Nastrojowe, piękne fotki, jakich dziś powstaje niewiele.

  • astrofan07

    Oceniono 13 razy 3

    Nie tylko wielki biathlonista, ale też zdolny fotograf!

    Gratuluję, Panie Tomku! Trzymam za Pana kciuki, tak jak wtedy w Turynie!

  • drzejms-buond

    Oceniono 4 razy 2

    Przez ten wywiad przesiedziałem w sobotę kilka godzin w poszukiwaniu Sikory w necie
    -Bardzo ciekawy człowiek i wszelkie akcje które się z nim wiążą...
    Co prawda nie zrozumiałem "subwersytetu" ale może nie muszę?
    Najlepszego!

  • Gość: Anna Eymont-Haremza

    Oceniono 8 razy 2

    Zdjecia poetyckie, przepiekne!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX