Joanna Rajkowska w czasie prac przy budowie ''Pasażu Róży''

Joanna Rajkowska w czasie prac przy budowie ''Pasażu Róży'' (fot. Marcin Stępień/Agencja Gazeta)

wywiad gazeta.pl

Joanna Rajkowska: Projekt wynika z zachwytu, że Róża nie straciła wzroku. Za tym poszedł namysł nad tym, co to znaczy widzieć

Warszawa ma swoje "Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich", czyli palmę, która trwale zmieniła centrum stolicy. Poznań wciąż dorasta do "Minaretu", w który artystka chciała zamienić nieczynny komin. Teraz przyszła kolej na Łódź. "Pasaż Róży", którego inauguracja już dzisiaj, to wielkoformatowa mozaika z kawałków szkła, całkowicie kryjąca, niczym architektoniczna skóra, dwa boki kamienic. Projektem tym Joanna Rajkowska z jednej strony odnosi się do fenomenu widzenia, a z drugiej - do choroby córki, u której zdiagnozowano nowotwór obu oczu. - Lustrzana mozaika jest dość prymitywną translacją procesów, jakie zachodzą w oku i mózgu po to, żebyśmy otrzymali w końcu złudzenie obrazu - wyjaśnia.

Kiedy pracowała pani nad projektem „Born in Berlin”, który opisuje przyjście na świat pani córki Róży, właśnie w Berlinie, stwierdziła pani, że to miasto martwe. Jakim miastem w takim razie jest dla pani Łódź?

- Łódź z pewnością martwa nie jest. Łódź jest zdegradowana przez biedę, mafiosów spod ciemnej gwiazdy i ich kapitał oraz paru polityków bez wizji, którzy są w dużej mierze idiotami. To miasto jest jednocześnie boleśnie piękne. Mogłabym mieszkać w Łodzi, ale jestem już na takim etapie, że mogłabym mieszkać wszędzie.

„Pasaż Róży” to dla mnie praca - mimo rozmachu i skali - dość dyskretna, kameralna, umieszczona w wąskim przejściu, przesmyku właściwie, który ma połączyć Piotrkowską i Zachodnią. Czy sama wybrała pani to miejsce?

- Nie, ja chciałam pracować w jakimś maleńkim podwóreczku przy Włókienniczej albo Rewolucji 1905 Roku, w zupełnie innej skali. „Pasaż Róży” okazał się tak skomplikowaną operacją, że wymagał współpracy wielu ludzi i wielu instytucji. W dużej mierze wybór podwórka przy Piotrkowskiej 3 był podyktowany jedynym możliwym kompromisem. Przede wszystkim zarówno kamienice, jak i podwórko musiały być własnością miasta, a nie własnością prywatną czy Kościoła. W każdym przypadku musielibyśmy zrywać tynki, a to już jest spora inwestycja połączona z ogromną liczbą papierów do przerzucenia. Piotrkowską 3 wskazał nam architekt miejski Marek Janiak. Tam rewitalizacja już się rozpoczynała i była w rękach Mia100 Kamienic, które było gotowe współpracować. Zarówno architekci, którzy prowadzili rewitalizację, czyli Biuro RWSL, jak i firma, która fizycznie prowadziła budowę, BGR Bau, okazali się świetnymi partnerami. Zbyszek Brzoza, dyrektor Festiwalu 4 Kultur, potrafił tak skoordynować współpracę tych wszystkich podmiotów, że praca rozpoczęła się w kwietniu 2013 roku, od warsztatów na ASP w Łodzi. Te warsztaty z kolei doprowadziły nas, głównie dzięki Oli Ignasiak, do zbudowania paru zespołów artystów, którzy ten projekt od początku do końca przeprowadzili. „Pasaż Róży” powstał w ciągu zaledwie dwóch lat, we współpracy z Festiwalem 4 Kultur i dzięki absolutnej determinacji jego dyrektora Zbyszka Brzozy oraz wielu innych osób.

Joanna Rajkowska z Różą (fot. archiwum prywatne)Joanna Rajkowska z Różą (fot. archiwum prywatne)

Ten projekt, podobnie jak większość pani prac, również miał charakter partycypacyjny - mozaikę tworzyli studenci z Łodzi, ale każdy mieszkaniec mógł przyjść i wkleić swój fragment szklanej mozaiki, zostawić jakiś ślad. Czy wiele było takich przypadków?

- Wbrew pozorom ja bardzo rzadko robię projekty partycypacyjne. „Pasaż Róży” jest kompletnym wyjątkiem. Myślę, że tradycję partycypacji stworzyła przy tym projekcie Ela Jabłońska, kiedy po raz pierwszy realizowaliśmy ten projekt w Bydgoszczy, we wrześniu 2012. Byłam w takim kiepskim stanie - nie bardzo mogłam pracować przy wyklejaniu mozaiki i Ela wiedziała o tym. Zebrała parę osób, przyszli mieszkańcy kamienicy i jakoś to pociągnęli. To również Ela uświadomiła mi, czym był ten projekt. Że był po prostu o widzeniu.

„Pasaż Róży” dla Festiwalu 4 Kultur był z kolei tak ogromnym przedsięwzięciem, że musieliśmy stworzyć system pracy nad nim i zaangażowaliśmy studentów z ASP, głównie dziewczyny. Nikt inny, poza dwoma pracownikami firmy BGR, panem Arturem i panem Krzysiem, nie potrafił wyklejać mozaiki. Wydawało się to dziecinnie proste, instrukcja była jedna - motyw rozety czy spirali, ponieważ tak się układają komórki siatkówki w naszym oku. Oczywiście byliśmy bardzo daleko od jakiegokolwiek biologicznego porządku. Pod rękami studentów można było prześledzić wszystkie ich przyzwyczajenia formalne. Niektórzy mieli skłonności do bardziej dekoracyjnego traktowania powierzchni, inni szli w kierunku ekspresji. Pan Artur na przykład układał na początku absolutnie idealne koliste, matematyczne wzory. Piękne! Dla mnie, jeśli tylko te fragmenty miały energię, to było dobrze. Mieszkańców zaprosiliśmy na pierwszą „wizję lokalną”, żeby pokazać im cztery ogromne panele, które wykleili studenci ASP jako wzorcowe. Mieszkańcy mogli też ułożyć fragment ściany. Ale szczerze mówiąc, to studenci wzięli na siebie odpowiedzialność za stronę estetyczną projektu. To było niezwykle trudne. W końcu mieli w ręku jedynie odłamki szkiełek i klej i mieli za zadanie stworzyć powierzchnię, która miała emanować energią. Tego nie potrafi zrobić zwykły śmiertelnik, trzeba mieć odpowiednie wykształcenie.

Kiedy mówimy o projektach partycypacyjnych, zazwyczaj liczymy na wolontariuszy. Tutaj mieliśmy budżet na pracę ludzi. Była to zresztą straszna harówka, więc nie wyobrażam sobie nikogo, kto rzuciłby swoje życie na długie tygodnie po to, żeby w pocie czoła fugować i czyścić mozaikę. Kwestia odbioru tych prac to już co innego. Z nimi ludzie mają żyć, z nimi i w nich. Jeśli tylko tego zechcą. Tak są skonstruowane.

No właśnie! Jak „Pasaż Róży” w pani założeniu ma oddziaływać na odbiorcę?

- Mozaika jest cudowną formą, ma skalę, pięknie się starzeje, pięknie pracuje ze światłem. No i jest częścią budynku, jego tkanką, co nie było bez znaczenia. Kiedy oglądałam mozaiki na osiedlu Oskara Hansena w Lublinie, to zamarłam z zachwytu. Nasza mozaika jednak miała niczego nie przedstawiać ani nie być jakąkolwiek kompozycją - miała być jedynie światłoczułą, architektoniczną skórą pokrywającą wszystko bez wyjątku.

Zbyszek Brzoza, kiedy zobaczył początek pracy, trafnie ją zdefiniował - widz ma po wejściu w „Pasaż Róży” się zdematerializować, po to żeby się zmaterializować po drugiej jego stronie. Sam projekt miał parę zadań do spełnienia. Pierwsze: to rzecz o widzeniu. To fundament. Ta praca jest z jednej strony zachwytem, że Róża widzi, że nie straciła wzroku. Za tym poszedł namysł nad tym, co to znaczy widzieć, jak pracuje siatkówka. Lustrzana mozaika jest dość prymitywną translacją procesów, jakie zachodzą w oku i mózgu po to, żebyśmy otrzymali w końcu złudzenie obrazu. Ona po prostu odbija światło. Miała być „oczami” kamienicy, która nas widzi, obserwuje. Ma też inne właściwości, na których mi zależało. Sposób, w jaki odbija światło, sprawia, że przesunięcie patrzącego o milimetr produkuje inny obraz. Daje to efekt niestabilności obrazu, jego oczywistą zależność od punktu widzenia, jego rozbicie. A fakt rozbicia obrazu był tu jeszcze jedną kluczową sprawą.

Joanna Rajkowska w czasie prac przy budowie ''Pasażu Róży'' (fot. Marcin Stępień/Agencja Gazeta)Joanna Rajkowska w czasie prac przy budowie ''Pasażu Róży'' (fot. Marcin Stępień/Agencja Gazeta)

Róża, pani córka, jest bohaterką pani twórczości od momentu, kiedy pojawiła się na świecie. To już trzeci poświęcony jej projekt, a drugi poświęcony sposobowi jej widzenia. Kiedy była maleńka, zdiagnozowano u niej nowotwór obu oczu - retinoblastomę. Była poddawana żmudnemu leczeniu, chemioterapii. Co i jak widzi dziś Róża?

- Tego właśnie nie wiemy. Trochę się wygina, gdy patrzy, więc nie całe oczy pracują, a tylko ich część, to na pewno. Ma śmietnik w oczach, po tym jak guzy obumarły i dalej obumierają, więc nie wiem, czy obraz, w jaki jej mózg składa te strzępy i wyspy, jest składny czy nie. Pewnie tak - mózg człowieka jest niezwykle elastyczny i czyni cuda. Projekt „Pasaż Róży” nie jest jednak w całości poświęcony jej. To jest, jak już mówiłam, rzecz o fenomenie widzenia. Chciałabym też podczas otwarcia wyraźnie powiedzieć, że poświęcam tę pracę wszystkim matkom i ojcom chorych dzieci. Bo to jest też o nich.

W pani pracach poświęconych córce widać wielki wysiłek nie tyle oswojenia choroby, ile próbę dotarcia i zrozumienia własnego dziecka. Nie wie pani, jak ona widzi, bo jej doświadczenie widzenia jest nieprzekładalne na pani doświadczenie. Dla mnie te próby są bardzo wzruszające - to jest właśnie świadome macierzyństwo. Czy dla pani jest to forma ćwiczenia własnej wyobraźni? Zobaczenia, tak jak widzi Róża?

- Ja, co może się wydawać śmieszne, mam bardzo ograniczoną wyobraźnię i zupełnie jej nie rozwijam. Jestem jak podziemny zwierz, mam intuicje, mocne przekonania, grzebię w ciemności i zupełnie nie potrafię wyobrazić sobie materializacji mych wizji... Róża jest wyłączona z procesu pracy jako osoba. Podobnie zresztą jak ja. Żeby to sobie zrozumieć, trzeba pomyśleć o lekarzu - lekarz nie leczy jako Zygmunt czy Anna, lekarz to lekarz. Leczenie też nie odbywa się w sferze osobowej. Mam specjalną przestrzeń w sobie, która zajmuje się sztuką. Wrzucam tam coraz bardziej osobiste historie, które w momencie wrzucenia przestają być moje - ja mam tam dość ograniczony dostęp. One są przetwarzane przez mechanizmy wypracowane latami.

Macierzyństwo też jest doświadczeniem nieprzekładalnym - nie da się zrozumieć rodzaju strachu o dziecko, kiedy samemu się go nie posiada. Jak macierzyństwo wpłynęło na panią?

- Nigdy sobie z tym lękiem nie poradzę ani go nie okiełznam. Róża wie, że się boję jej chorób, i broni mi dostępu do siebie, kiedy się źle czuje. Wtedy ważny jest tatuś. Macierzyństwo sprawiło, że z hukiem spadłam na parter, albo nawet do piwnicy, i teraz patrzę na wszystko od dołu, jeśli nie od spodu. Patrzę też na innych ludzi jak na moje dzieci i w większości przypadków jestem przerażona. Szczególnie, rzecz jasna, facetami. A najbardziej - facetami z patriarchalnych społeczeństw, takich jak na przykład polskie. Nogi mi się uginają, kiedy myślę o tym, przez co przechodzą ich żony.

Joanna Rajkowska z Różą (fot. archiwum prywatne)Joanna Rajkowska z Różą (fot. archiwum prywatne)

Wiele kobiet artystek po urodzeniu dziecka odpuszcza sobie, zwalnia, wycofuje się. Pani jest niezwykle aktywna, twórcza, podminowana energią. Budzi pani podziw!

- Ja je doskonale rozumiem. Muszę tu złożyć hołd mojemu mężowi, który na pytanie, kim jest, odpowiada (w zupełnie rozluźniony sposób) - matką. Mam więc czas, żeby jeździć, pracować, chodzić na uczelnię. To nie jest tak, że Róża jest tylko z ojcem, ale i dla niej, i dla mnie to mężczyzna buduje ramę - dom. W tej ramie obie się mieścimy. To on bierze odpowiedzialność na siebie, za to, żeby dom się nie zawalił. I to jest coś, co większości polskich mężczyzn jest obce...

W wywiadzie z Arturem Żmijewskim powiedziała pani, że artysta jest sejsmografem. I szamanem, jak da radę. W przypadku „Pasażu” jest pani bardziej sejsmografem czy szamanem?

- No, nie, to jest zupełnie szamańska praca, takiego okulisty-szamana czy okulistki-szamanki.

Czym jest dla pani ekstremum? Wcieliła się pani w rolę bufetowej w barze Smaczek na terenie wolskiego szpitala, ale też w postać własnej matki. Co takie doświadczenia pani dają?

- Przyznaję, że między barem Smaczek a Basią jest ekstremalna różnica. Ale zarówno jeden, jak i drugi projekt są emanacją tego samego lęku. Trzeba pamiętać, że bar Smaczek był doświadczeniem niemalże metafizycznego popołudnia, kiedy nagle, w środku zimy, okazało się, że zupełne zagubienie w szpitalnej grozie może okazać się wstępem do raju, do czegoś niebywale fajnego. Basia była próbą ucieczki od tego samego lęku, lęku zupełnego zagubienia - tym razem siebie, swojej tożsamości. Lekarz, który zajmował się matką, mówił wyraźnie o potwornym lęku i cierpieniu, które widziałam i czułam całą sobą. Czarna dziura. W obu projektach w tę czarną dziurę wskakuję, żeby się z niej jakoś wydobyć.

Joanna Rajkowska w czasie prac przy budowie ''Pasażu Róży'' (fot. Marcin Stępień/Agencja Gazeta)Joanna Rajkowska w czasie prac przy budowie ''Pasażu Róży'' (fot. Marcin Stępień/Agencja Gazeta)

Dużo mówi pani o ciele, o pracy z własnym ciałem - o cielesnym odczuwaniu, przeżywaniu miejsc, ale w większości pani prac tej cielesności nie widać. Może więc jest pani bardziej detektorem niż szamanem?

- Mam problem z reprezentacją ciała. Wystarczy prześledzić historię „The Peterborough Child”, żeby zobaczyć, jak bardzo ludzie ciała się boją. Dużo lepiej czuję, tworząc sytuację dla ciał innych, zamiast ciało jako takie przedstawiać... Większość moich prac to tak naprawdę podróże w głąb ciała, zawsze korzystam z jakiegoś somatycznego aspektu, żeby moje intuicje zrozumieć i rozwinąć. A jeśli chodzi o miejsca, to już jest kwestia wychwytywania ciałem ich energii, ich aury. I tu faktycznie metafora detektora byłaby może lepsza.

 

 

18 października (sobota) w ramach „Aneksu do Festiwalu Czterech Kultur 2014” będzie można wziąć udział w warsztatach cyrkowych prowadzonych przez profesjonalistów i wysłuchać koncertu muzyki dawnej. Wieczorem, o godz. 17.00, odbędzie się wernisaż nowej instalacji Joanny Rajkowskiej - „Pasaż Róży”, a od rana będzie można wziąć udział w otwartym konkursie fotograficznym #PasażRóży. Najlepsze zdjęcie zostanie wydrukowane jako pocztówka.

Joanna Rajkowska. Artystka, autorka obiektów, filmów, instalacji oraz efemerycznych akcji realizowanych w przestrzeni miejskiej. Otrzymała Paszport „Polityki” w 2007 roku oraz Nagrodę Wielką Fundacji Kultury Polskiej za całokształt twórczości. Najbardziej znane realizacje Joanny Rajkowskiej - „Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich” (2002 - do dziś) i „Dotleniacz” (2007) - przybrały formę społecznych rzeźb. Obiekty „zaszczepione” w tkance miejskiej Warszawy (w przypadku pierwszego projektu była to obca dla polskiego krajobrazu palma, w drugim - staw, nad którym unosiła się mgła zawierająca ozon) stały się pretekstem do budowania nowych rytuałów społecznych. Projekty Rajkowskiej opierają się najczęściej na pracy nad specyficznym miejscem, obciążonym historycznie lub ideologicznie, naznaczonym traumą lub wyparciem. Artystka tworzy też postulaty powstania nowych antymonumentów, miejsc oddanych z powrotem siłom natury (np. „Wąwóz” dla Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, „Miastobagno” dla Schlossplatz w Berlinie, „Habitat” dla byłej fabryki Schindlera w Krakowie). Mieszka i pracuje w Londynie i Nowogrodzie.

Monika Powalisz. Scenarzystka i dramatopisarka. Autorka antologii komiksowej „Złote pszczoły” i współautorka przewodnika architektonicznego po warszawskim Żoliborzu „ŻOL”. Ostatnio na wystawę „Masoneria.Pro publico bono” przygotowała komiks „Bracia i siostry” z rysunkami Zosi Dzierżawskiej, z którą na stałe współpracuje. Mieszka na Żoliborzu. Jest redaktorką naczelną magazynu „Smak”.

Komentarze (10)
Zaloguj się
  • hot_chip

    Oceniono 54 razy 48

    Parafrazując, plotki o śmierci Łodzi są jak najbardziej przesadzone. Przez ostatnie kilka lat czuć w mieście energię, jakiej nie było już od dawna, i miejmy nadzieję, że będzie tylko lepiej. Ponadto normalni mieszkańcy miasta mają dość gęby, jaką przyklejają Łodzi media na podstawie kilku patologicznych historii. Za to o największym w Polsce Festiwalu Światła, który odbył się w zeszły weekend i zgromadził TŁUMY mieszkańców i przyjezdnych, było cicho. Nie mogę się doczekać zobaczenia pracy p. Rajkowskiej na żywo i gratuluję pomysłu, choć oczywiście współczuję z całego serca sytuacji, która stanowiła dla niego inspirację.

  • tune

    Oceniono 20 razy 18

    Znakomity portret mamy i córki. Symboliczny w treści, ciepły i piękny. Zdjęcie z archiwum prywatnego, szkoda, że autor nieznany.

  • Gość: renkr

    Oceniono 36 razy 10

    Pani narzeka na polskich mężczyzn, a chciała budować w Poznaniu minaret? W Islamie to dopiero należy współczuć żonom. Polski dominujący facet niepomagający żonie to pikuś przy Islamistach.

  • Gość: kev

    Oceniono 9 razy 7

    skoro pojawia się róża to wrócę do palmy: ta palma jest tylko palmą, jest tylko sztuczną palmą, sztuczną palmą, sztuczną palmą

  • Gość: klaps

    Oceniono 15 razy 7

    Bardzo lubię sztukę Rajkowskiej - będąc artystką konceptualną, jest wciąż artystką wizualną - tzn. tworzy rzeczy ciekawe wizualnie i zmieniające przestrzeń. Czekam na jej dużą retrospektywę :-)

  • e50504

    Oceniono 14 razy 6

    Rób sobie pani co chcesz i gdzie chcesz, wszystkiego najlepszego życzę, ale pomnik ku czci kozojebców w Poznaniu nie przejdzie.

  • kot.morus

    0

    Wszedłem w podwórko /przypadkowo/ i oniemiałem z zachwytu. Gęba rozdziawiona z zachwytu, telefony do najbliższych /widziałeś? byłeś tam?/
    Chociaż mam 7 żyć, nie widziałem i pewnie nie zobaczę czegoś tak niezwykłego.
    Jakiekolwiek były intencje i założenia pomysłodawców, ja bardzo dziękuję, że zrealizowaliście je w mojej Łodzi.

  • strass1

    0

    Jakież szczęście spotkało to póżno urodzone dziecko ! Jeszcze niedawno-za mojego żywota- przy obustronnym siatkówczaku co najmniej jedno oko się usuwało. Bywało że oba równocześnie.Po to aby dziecko mogło żyć.

  • Gość: y

    Oceniono 13 razy -3

    kiedyś to na wsi domy lusterkami obkładali ;) i to był szczyt wiochy...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX