Okładka komiksu ''Miasto zaginionego boga

Okładka komiksu ''Miasto zaginionego boga" z serii Thorgal (rys. Grzegorz Rosiński)

Droga do Thorgala. Jak Grzegorz Rosiński i Jean Van Hamme odmienili historię europejskiego komiksu

W ciągu ostatnich 37 lat słynną serię komiksów o wikingu Thorgalu przetłumaczono na ponad 40 języków i nagrodzono dziesiątkami nagród. Swoich twórców kultowy komiksowy cykl wywindował na pozycje jednych z największych gwiazd europejskiego komiksu. Kim jednak Jean Van Hamme i Grzegorz Rosiński byli przed "Thorgalem"? Jak doszło do spotkania rysownika z Polski i belgijskiego scenarzysty? I jak to się stało, że cichy i skromny ilustrator zza żelaznej kurtyny stał się jednym z najsłynniejszych europejskich rysowników komiksowych? Oto historia "Thorgala" i jego twórców.

Jest rok 1972. 31-letni Grzegorz Rosiński, rozchwytywany grafik, ilustrator i twórca komiksów, po raz pierwszy wyjeżdża do Francji. - Przywiozłem ze sobą swoje „Kapitany Żbiki”. Pokazałem je jednej ilustratorce, siostrze mojego przyjaciela z Warszawy. Ona tam miała różne wejścia i znajomości - wspomni po latach.

Dzięki tym znajomościom komiksy o dzielnym kapitanie Milicji Obywatelskiej Janie Żbiku trafiają na biurka redaktorów „Pilote'a”, kultowego francuskiego magazynu komiksowego. Pismo publikowało prace najsłynniejszych europejskich twórców: Goscinnego, Uderzo, Bilala, Moebiusa. To w nim debiutowały jedne z najważniejszych serii w historii komiksu frankofońskiego, choćby „Asterix” czy „Blueberry”.

Redaktorzy „Pilote'a” są zachwyceni komiksami Rosińskiego: - Oni mnie natychmiast chcieli zaangażować! Ale ja się tak bałem, tak się wstydziłem tych swoich bohomazów z „Kapitana Żbika”, więc zadzwoniłem do „ Pilote'a” i powiedziałem, że ja niestety nie przybędę na spotkanie, bo miałem wypadek samochodowy i muszę wracać do Polski. Stchórzyłem!

W czasie gdy Grzegorz Rosiński rezygnuje z rysowania na Zachodzie i wraca do Warszawy, 33-letni Belg Jean Van Hamme żyje na walizkach. Od siedmiu lat służbowo jeździ po świecie jako komiwojażer w Philipsie. - Jeździłem przede wszystkim po krajach, w których produktów Philipsa nie było. Moim zadaniem było ocenianie potencjału rynków zagranicznych - mówi Van Hamme.

Rok później Van Hamme przeniesiony zostaje na stanowisko kierownicze w jednym z departamentów firmy. Nie jest to jednak jego wymarzone zajęcie. Belg od lat na boku tworzy scenariusze do komiksów. Kilka jego historii zostało już wydanych, żadna z nich nie osiągnęła jednak oszałamiającego sukcesu.

Grzegorz Rosiński (fot. Radosław Jóźwiak/Agencja Gazeta)Grzegorz Rosiński (fot. Radosław Jóźwiak/Agencja Gazeta)

Mijają lata i stanowisko dyrektorskie coraz bardziej zaczyna Van Hamme'a uwierać. Belg chciałby mieć więcej czasu na pisanie książek, scenariuszy komiksowych i sztuk teatralnych, jego praca jest jednak zbyt angażująca: - Moją pasją od zawsze było pisanie. Zdałem sobie sprawę z tego, że nie widzę się jako managera w Philipsie. Miałem 37 lat i stwierdziłem, że żyję złym życiem. Postanowiłem więc znaleźć to właściwe.

Jean Van Hamme składa dymisję w 1976 roku i postanawia całkowicie poświęcić się pisaniu. - Powiedziałem żonie, że w ciągu 5 lat będę sławny i bogaty. Cóż, zajęło mi to trochę więcej czasu - śmieje się Van Hamme.

Grzegorz Rosiński i Jean Van Hamme spotkają się po raz pierwszy jeszcze w tym samym roku. To przypadkowe spotkanie nie tylko całkowicie odmieni ich życie. Na zawsze odmieni też historię europejskiego komiksu.

Czapka kapitana Żbika a upadek komunizmu

Cofnijmy się o kilka lat, znów do roku 1972. Kiedy Jean Van Hamme powoli dojrzewa do decyzji o rzuceniu bezpiecznej posadki w Philipsie, Grzegorz Rosiński powraca do Polski po „wypadku samochodowym”, który nigdy nie miał miejsca. Młodemu absolwentowi Wydziału Grafiki warszawskiej ASP, uczniowi samego Jana Marcina Szancera, żyje się we wczesnogierkowskiej rzeczywistości zupełnie nieźle. Ma co robić: projektuje okładki książek oraz pocztówki, ilustruje podręczniki szkolne i publikacje dla dzieci.

Komiks jest dla Rosińskiego zajęciem dodatkowym. W 1972 roku rysownik ma już za sobą 11 epizodów „Kapitana Żbika”. - Z jednej strony komiks traktowałem jako nowe wyzwanie graficzne, a z drugiej: chciałem przypomnieć sobie największą pasję z dzieciństwa, z którą musiałem zerwać w liceum plastycznym. To była jedyna szkoła zawodowa w okolicy i komiks był w niej źle widziany. W komunie w ogóle komiks był „be” - mówi. - W czasach „Kapitana Żbika” byłem już grafikiem. Miałem więc swój zawód i byłem zabezpieczony. Interesowało mnie tylko to, żeby powrócić do dzieciństwa i sprawdzić, czy ja jeszcze potrafię. Czy po tych wszystkich latach akademickiego, konceptualnego, niefiguratywnego prania mózgu potrafię jeszcze rysować?

Okładka komiksu Okładka tomu 34. pt. "Kah-Aniel"

Początki Rosiński wspomina jako wyjątkowo trudne: - W „Diademie Tamary”, czyli moim pierwszym „Kapitanie Żbiku”, widać, że ja się strasznie zmagałem ze sobą. Nie potrafiłem, nie wiedziałem, jak to ruszyć. Ale to, że mi to nie wychodziło, bardzo mi się spodobało. Powiedziałem sobie: zrobię następne części i samemu sobie udowodnię, że jednak potrafię! I się przełamałem. Wydaje mi się, że każdy następny „Żbik” był rysowany lepiej od poprzedniego. I w tych następnych są już takie plansze, których teraz nie wstydzę się pokazywać na wystawach w Belgii czy w Szwajcarii.

O kłopotach z cenzurą Rosiński mówi za to z rozbawieniem: - Z systemem to ja się bawiłem. Co mnie to obchodziło? Siatką sobie ogród ogrodziłem, kupiłem sobie wielkiego psa, sznaucera takiego. I robiłem te moje obrazki. Problem z cenzurą miałem dwa razy. Pierwszy raz to była ta słynna historia z kapitanem Żbikiem. Bez czapki go narysowałem, jak on tam robił jakieś kung-fu na kładce nad rzeczką. I jak to tak, władza bez czapki? Nie może być! Koniecznie chcieli, żebym ja mu tę czapkę dorysował. To ja im mówię: „To sobie dorysujcie sami”. I wychodzę. A oni od razu: „Nie, panie Grzegorzu! Proszę zaczekać” (śmiech).

Drugi raz był problem z elementarzem dla szkół specjalnych, dla dzieci słabosłyszących. Miałem tam narysować plac Zamkowy. Na kolumnie Zygmunta stoi facet, król Zygmunt z krzyżem stoi. A oni mówią, żebym z innej strony ten plac Zamkowy narysował, tak jakby on tam nie miał krzyża. Ja mówię: „Dobrze, ale jak z innej strony narysuję, to on będzie taką pałę trzymał, a nie krzyż. Taki drąg”. A oni: „No tak, ale wie pan ”. I coś tam zaczęli wyjaśniać. A ja mówię: „To ja tego nie narysuję! Zrobiłem to tak, żeby to był symbol placu Zamkowego. A jak uważacie, że powinno być inaczej, to sobie przerysujcie sami”. I ten krzyż już tak został.

I to był mój wkład w upadek komunizmu.

Nie strzelaj! Jestem rysownikiem ze Wschodu...

Zapytany o to, skąd zachodni wydawcy wiedzieli, że gdzieś w Polsce mieszka Grzegorz Rosiński i że warto z nim współpracować, grafik odpowiada: - Ja się nigdzie nigdy nie pchałem. Uważam, że jak ktoś się nie pcha specjalnie, ale jest do tego predysponowany, bo ma wszelkie środki: talent, determinację, pracowitość i jest maniakiem jakiejś dziedziny, to prędzej czy później świat go wciągnie. Nie musisz w ogóle chodzić i się za czymkolwiek uganiać. W końcu ktoś zda sobie sprawę z tego, że można na tobie zrobić interes.

I tak kolejna okazja do rysowania za granicą pojawia się bardzo szybko. Wojciech Birek w książce „Grzegorz Rosiński. Mistrz ilustracji i komiksu. Wystawa retrospektywna” pisze o zbiegu okoliczności, który pomógł pracom Polaka trafić na Zachód: Oto w 1975 roku w Warszawie pojawił się belgijski wydawca pocztówek i kalendarzy Carlos Blanchart, który podróżował po Europie Wschodniej w poszukiwaniu uzdolnionych grafików do swego wydawnictwa. Wydawca trafił do ZAiKS-u, a tam skontaktowano go z Rosińskim, który miał już za sobą spore doświadczenie w projektowaniu pocztówek. Blanchart odwiedził Rosińskiego w jego domu, i tam, ku swemu zdziwieniu, zastał go przy pracy nad planszą komiksu. Choć Belg zawodowo nie zajmował się komiksami, uznał, że utalentowany Polak wart jest wypromowania w kraju słynącym z miłości do rysowanych opowieści.

Jeszcze w 1975 roku Rosiński z pomocą Blancharta podjął próbę zainteresowania swoimi ilustracjami zachodnich wydawców, tym razem jednak bezskuteczną. Grafik próbuje ponownie rok później, i tym razem osiąga sukces. Zainteresowani jego pracami są dwaj najwięksi wydawcy komiksowi w Belgii, Le Lombard i Dupuis. Bardzo szybko krótkie komiksy Rosińskiego zaczęły ukazywać się w pozycjach wydawanych przez konkurujące firmy, w magazynach „Spirou” i „Tintin”.

Komiks Komiks "Szninkiel''

Birek we wspomnianej książce pisze, że Rosiński zwrócił uwagę wydawców dość niecodziennym podejściem do pracy: Rosiński, aby zademonstrować Belgom swoje możliwości, zamiast pokazać próbki swoich wcześniejszych prac, zaczął rysować na miejscu, podczas spotkań, lub potem, nocą w mieszkaniu Blancharta, który go gościł podczas tych wizyt. Przygotował specjalną planszę pokazującą jego możliwości: był to montaż scen komiksowych utrzymanych w różnych konwencjach gatunkowych i stylach. W dolnej partii planszy widnieje postać Rosińskiego i prosi trzymającego go na muszce Tintina: „Nie strzelaj! Jestem rysownikiem ze Wschodu...  Chcę z wami pracować!”. Próba poskutkowała.

Broda Van Hamme'a

Nazwisko Van Hamme po raz pierwszy Rosiński usłyszał w czasie kolacji u wspomnianego wcześniej Blancharta. - Tam był jakiś facet z Philipsa - wspomina rysownik. - I on mówi, że jego kolega zrezygnował z pracy, bo chce pisać książki, sztuki teatralne i scenariusze do komiksów.

Rosiński dowiedział się, że były komiwojażer z Philipsa szuka rysowników komiksowych. Wojciech Birek przytacza niezwykłą anegdotę opowiedzianą przez samego Rosińskiego: Kiedy podałem mu wtedy mój numer telefonu, powiedział: „Zaraz, przecież to mój telefon”. Okazało się, że mamy ten sam numer, tylko że mój był w Warszawie, a jego w Brukseli. Aż się w to nie chce uwierzyć Jego telefon miał numer 3748014, a mój 348014

Obaj autorzy spotkali się po kilku dniach. Tak pierwsze spotkanie wspomina Van Hamme: - Rosiński wpadł do mnie w sierpniową niedzielę 1976 roku. Zobaczyłem jego prace, ale były to tylko ilustracje, a nie plansze komiksowe. Dałem mu więc dwie strony scenariusza i poprosiłem, żeby je narysował. Grzegorz prawie nie mówił wtedy po francusku. W pierwszej kolejności trzeba więc było to przetłumaczyć na polski z pomocą polskiego przyjaciela.

Rosiński dodaje: - My tak sobie gadamy, ten mój francuski był prawie żaden, ale on mi zaufał. Dobrze, powiedział, zrobimy próbne plansze do scenariusza przeznaczonego dla André Beautemps, przedwcześnie zmarłego, bardzo utalentowanego chłopaka. I on myślał, że ja będę tę serię kontynuował po Beautemps. Ale to było tak różne, tak inny styl Więc wziąłem ten scenariusz i narysowałem go po swojemu, jak ja to czułem.

Rosińskiego oddał gotowe prace po kolejnych kilku dniach. Były specyficzne. Tak wspomina je Van Hamme: - Te plansze nie były może idealne, były za to kompletnie inne od wszystkich, które widziałem we Francji i w Belgii. Stwierdziłem, że to jest facet, z którym można byłoby coś zrobić. Poszedłem więc do wydawnictwa Le Lombard i powiedziałem redaktorowi naczelnemu o Grzegorzu. Kiedy wrócił do Polski, kontaktowaliśmy się ze sobą za pomocą listów. Czasem telefonicznie. W ten sposób zaczęliśmy.

W roku 2014 - prawie 40 lat od tego pierwszego, historycznego spotkania - podczas Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi Rosiński i Van Hamme pokłócą się o...  zarost scenarzysty. Rosiński: - W czasie tego pierwszego spotkania Jean miał taką małą bródkę. Teraz mówi, że nigdy nie miał brody, a ja jestem pewien, że miał.

Plansza z komiksu ''Thorgal''Plansza z komiksu ''Thorgal''

Co na to Van Hamme? - Oj, ta historia z brodą No dobra, nosiłem ją przez miesiąc. Choć raz w życiu każdy facet musi sprawdzić, jak wygląda w brodzie. Po miesiącu niegolenia się żona nie była zbyt zadowolona. Więc ogoliłem się, ale zostawiłem wąsy. A ona na to: „Jeśli wyjdziesz tak z domu, to natychmiast cię aresztują!”. Zgoliłem więc i wąsy. I już nigdy później nie zapuściłem zarostu.

Gdzie komuniści mieli wikingów

Van Hamme zdecydował, że napisze dla Rosińskiego zupełnie osobną historię. Panowie zaczęli zastanawiać się, gdzie i kiedy rozgrywać się ma ich historia, żeby nie zablokowały jej komunistyczne władze. Van Hamme: - Gdyby to była opowieść współczesna, istniało ryzyko, że coś zadeklaruję, że stanę po czyjejś stronie. Że będę za czymś, czego władze w Polsce nie lubią. Bo oczywiście kiedy Rosiński wysyłał mi swoje prace, były one otwierane na granicy. To samo dotyczyło przesyłek ze scenariuszami, które wysyłałem do Polski. Zawsze więc istniało ryzyko, że coś zostanie odrzucone z powodów politycznych.

Rosiński dodaje: - Pamiętam bardzo dobrze te nasze rozważania. Z jednej strony ucieszyłem się z przyszłej współpracy, a z drugiej pomyślałem, że to jest niemożliwe. Bo czego miałby dotyczyć scenariusz? Nie mógłby się on dziać na Zachodzie. Nie mogłem rysować ulic miasta zachodniego, bo nie znam zachodnich miast. Nie wiem, jak to wygląda. Musiałbym tam żyć, żeby to wszystko nie było sztuczne i wymyślone. No i żeby się cenzura nie przychrzaniła. I ustaliliśmy, że nie bawimy się w żadne aluzje polityczne.

Czemu "Thorgal" to opowieść ze świata wikingów? - Zdecydowaliśmy, że to będzie czysta fikcja oparta na nordyckiej mitologii - tłumaczy Van Hamme. - Dzięki temu mogliśmy zrobić wszystko, co tylko chcieliśmy. Bo polscy komuniści mieli wikingów gdzieś.

Rosiński: - Dekoracje miały być możliwie najbardziej neutralne. Wymyślamy własną epokę historyczną. Trochę mrugamy okiem: wiadomo mniej więcej, gdzie to jest i kiedy się dzieje, ale nic nie jest dopowiedziane. Każdy sobie może to zinterpretować, jak chce. Zostaje tylko rodzina, on, ona, później też dzieci i świadomość odpowiedzialności za ich wychowanie. Pojawia się czarny charakter, jakaś klątwa bogów i wszystkie inne rzeczy, które są konieczne w każdej dobrej opowieści. I tak to się zaczęło.

Plansza z komiksu ''Thorgal''Plansza z komiksu ''Thorgal''

Pierwszy odcinek epickiej opowieści o szlachetnym, przybyłym z gwiazd Thorgalu Aegirssonie i jego pięknej żonie, księżniczce wikingów Aaricii, ukazuje się w magazynie „Tintin” 22 marca 1977 roku. Już rok później historię poznają polscy czytelnicy magazynu komiksowego „Relaks”.

Ponad krainę cieni

Grzegorz Rosiński twierdzi, że początki nie były łatwe. Włodarze gazety byli bowiem do „Thorgala” nastawieni umiarkowanie entuzjastycznie. - Ich zdaniem to było takie nie wiadomo co - wspomina rysownik. Van Hamme dodaje: - W „Tintinie” trwało permanentne referendum wśród czytelników: który komiks zostawić, a który nie? Na szczęście odbiór czytelników był satysfakcjonujący i nie mieliśmy problemów z kontynuowaniem „Thorgala”.

Rosiński utrzymuje też, że z początku „Thorgal” nie miał być serią, a jedynie zamkniętą, 30-stronicową opowieścią. - To nie było przewidziane na żadną serię. A oni (redaktorzy „Tintina” - przyp. aut.) już wiedzieli, że chcą, żeby to dalej szło.

Pierwszych pięć albumów powstało w całości w Polsce. Jak żyło się w PRL-u za zachodnie pieniądze? Rysownik wspomina, że przyzwoicie: - Płacono mi minimalnie, ale uczciwie. Fajnie było w peweksach. A tutaj jeszcze miałem prawa autorskie za podręczniki szkolne. Robiłem ich bardzo dużo, a one jeszcze były wznawiane co roku. I ja co roku miałem 50 proc. tego co na początku. Świetne prawo autorskie było wtedy, 50 proc. koszty uzyskania przychodów.

Kłopoty zaczęły się wraz z próbą wysyłki do Belgii piątego epizodu „Thorgala”, „Ponad krainą cieni”. Rosiński: - Wybuchł stan wojenny i poczta odesłała mi to z powrotem. Z dopiskiem, że przesyłka nie może zostać wysłana do Brukseli. A ja chciałem to wysłać mimo wszystko. Poszedłem do Ministerstwa Kultury i Sztuki i tam zdobyłem podpisy wszystkich dyrektorów wszystkich departamentów, a nawet samego ministra Tejchmy. Minister Tejchma podpisał dokument, że to wyjątkowo musi być wysłane. Ja tam nikogo nie znałem w tym ministerstwie, oni naprawdę chcieli mi pomóc!

Grzegorz Rosiński (fot. Radosław Jóźwiak/Agencja Gazeta)Grzegorz Rosiński (fot. Radosław Jóźwiak/Agencja Gazeta)

W tej sytuacji nie pomógł jednak nawet podpis samego ministra. Plansze po raz kolejny wróciły do warszawskiego domu Rosińskiego: - Poczta przyjechała i przywieźli mi to z takim dopiskiem: „Według paragrafu 6 ustawy o stanie wojennym przesyłka nie może być wysłana”. Podpis, stempel, jakiś tam sierżant, komisarz wojskowy przy Ministerstwie Kultury i Sztuki. I to było przystemplowane na podpisie tego ministra Tejchmy i tych wszystkich dyrektorów.

Rosiński wcale nie chciał wyjeżdżać z Polski. Odpowiadało mu dotychczasowe życie na warszawskich Bielanach z żoną Kazimierą (przez przyjaciół nazywaną Kasią) i trójką dzieci. - Nigdy nie chciałem wyjechać za granicę - wspomina dziś współtwórca „Thorgala”. - To była kompletna klęska. Wszystko mi się zawaliło

Przed Grzegorzem i Kazimierą Rosińskimi, w kraju całkowicie odciętymi od Zachodu, rysowały się niewesołe perspektywy. - Z 10 albo i 5 minut trwało z żoną podjęcie decyzji: no to spieprzamy. Nie było innej rady. Pojechaliśmy jak staliśmy. Najpierw ja. Żonie w Warszawie udało się posprzedawać wszystko co mogła. I dojechała po trzech miesiącach.

Zespół Pieśni i Tańca „Rosiński”

Rosiński nigdy nie angażował się politycznie, a ponadto posiadał paszport Polskiej Agencji Artystycznej „PAGART”, która zajmowała się promowaniem polskich artystów. - Zawsze miałem w dupie politykę i te wszystkie rzeczy - wspomina dziś grafik. - Nie mieszałem się do niczego, więc dlaczego mnie mieli zatrzymać? Najpierw wyjechałem na festiwal do Angouleme (największy festiwal komiksowy w Europie - przyp. aut.). Już w styczniu! Tu grudzień, stan wojenny, a ja w styczniu sobie jadę na festiwal. Co poniektórzy myślą: pewnie jakiś ubek, jeszcze tego „Kapitana żbika” robił, to na pewno ma tam układy. Nic z tych rzeczy. Ja byłem taka mysza, taki rysowniczek, na którego nikt nie zwracał uwagi. Potem wyjechałem z PAGART-u jako zespół pieśni i tańca. Bo nie mieli innych formularzy.

Van Hamme: -Najpierw do Belgii przyjechał Rosiński, potem dołączyła do niego rodzina. Wynajęli małe mieszkanie w Brukseli.

Rosiński wciąż, z zagranicy, opłacał pagartowskie składki i prowizje, dzięki czemu mógł bez problemu jeździć do Polski. Nawet w czasie stanu wojennego. - Ja legalnie jeździłem do Polski przez cały stan wojenny. Żona też. Przyjeżdżała tu po ocet, bo tam mieli trudności (śmiech).

Jean Van Hamme (fot. Rita Scaglia)Jean Van Hamme (fot. Rita Scaglia)

41-letni rysownik spotkał się w Brukseli z bardzo miłym przyjęciem. - Ten cudowny zawód otwierał mi naprawdę wiele drzwi! Do różnych miejsc i pałaców. Ja już wtedy byłem znany w Brukseli. I odpowiedni ludzie w odpowiednich miejscach to byli moi czytelnicy i pasjonaci. Bo wiadomo, że taki facet nie może być jakimś tam agentem, bo on przecież komiksy robi! A skoro robi komiksy, to to musi być nasz człowiek. Bo komiks to jest absolutnie kultura narodowa Belgów - opowiada. - Pamiętam, jak na jednej z moich wystaw zjawił się obecny król, a ówczesny książę. I ja go podsadzałem, bo on był pasjonatem helikopterów i koniecznie chciał zobaczyć pilota helikoptera. Ochroniarze nie mogli nic zrobić, bo się książę uparł. A księżniczka Matylda ma polskie korzenie, więc sobie z nią mogłem pogadać po polsku.

Mimo początkowej niechęci do wyjazdu Rosiński wspomina okres belgijski bardzo pozytywnie: - Nie no, było fajnie. Spotkania na najwyższym szczeblu, reprezentowanie kultury Ja nie reprezentowałem ani Polski, ani Belgii, ani Szwajcarii, ani Francji, ale całą Europę. Wszędzie mnie znali. I nigdy nie miałem kompleksów z tego powodu, że robię jakąś podsztukę czy coś takiego. Nie muszę się z niczego spowiadać. W Polsce się zawsze musiałem tłumaczyć, gdy mnie pytali, czy komiks to jest sztuka. Tego typu atmosfera tu panowała. Tam, na Zachodzie, nikt mi takich kretyńskich pytań nie zadawał.

W międzyczasie, po 8 latach mieszkania w Brukseli, Grzegorz Rosiński przeprowadza się do Szwajcarii. - Szwajcarzy mnie właściwie porwali - śmieje się po latach rysownik. - Ja się nigdy o to nie starałem, ale Szwajcarzy mi wszystko zorganizowali. Wtedy strasznie trudno było się do Szwajcarii dostać. Pamiętam, że Alain Delon się starał i go nie chcieli. Nastassji Kinsky też nie uznali, podobnie Yannicka Noaha A mnie? Ja się nigdy nie starałem, oni sami to pismo sporządzili i powiedzieli: „Podpisz się, będziesz miał pozwolenie na pobyt”. No to podpisałem.

Rozstanie

Na przestrzeni kolejnych lat prace nad „Thorgalem” przebiegały bardzo sprawnie. Żaden z autorów nie pamięta większych konfliktów czy kłótni.

„Thorgal” okazał się olbrzymim sukcesem. Serię obsypano najważniejszymi europejskimi nagrodami komiksowymi i przetłumaczono na ponad 40 języków. Komiks wydano między innymi w Stanach. - Regularnie nawiedza mnie też cenzura amerykańska - żali się Rosiński. - Za pierwszym razem chodziło o scenę z Kriss, która w jednym z tomów (w „Łucznikach” - przyp. aut.) leży prawie zgwałcona. Bandyci ją chwycili i reszta jest niedopowiedziana, ale ona leży i ma wyeksponowane piersi. Ostatecznie musiałem dorysować jej koszulkę. W efekcie są dwie wersje: amerykańska i francuska, bo Francuzów to nie gorszyło.

Dziś „Thorgal” to prężnie działająca machina. W serii głównej wydano ponad 30 tomów, istnieją również trzy serie poboczne, płyta z soundtrackiem, gra komputerowa, gra karciana i dwie książkowe adaptacje. Fenomen Thorgala jest tak niezwykły, że na Zachodzie dzieciom nadaje się imiona postaci z komiksowego uniwersum: Aaricia, Jolan czy Louve. Od lat krążą plotki o możliwości stworzenia filmu aktorskiego na podstawie komiksów Rosińskiego i Van Hamme'a.

Sam scenarzysta odszedł na twórczą emeryturę w 2007 roku. Ostatnim stworzonym przez niego tomem jest epizod 29. pt. „Ofiara”. Obowiązki scenarzysty głównej serii przejął belgijski scenarzysta komiksowy i dotychczasowy dyrektor wydawniczy wydawnictwa Le Lombard Yves Sente. Rosiński do dziś tworzy ilustracje do serii, jednak nie rysuje ich, jak kiedyś, a maluje. Każdy z kadrów to osobny obraz.

4 kwietnia 2009 roku umiera Kazimiera Rosińska, żona Grzegorza, dzięki której ten mógł całkowicie skupić się na tworzeniu. Tym samym urwał się kontakt pomiędzy twórcami „Thorgala”.

Komiks Komiks "Thorgal''

Van Hamme: - Mieliśmy zdecydowanie mniej okazji do spotkań. Zwłaszcza po śmierci żony Grzegorza. Rosiński to artysta, a Kasia była normalna (śmiech). I ogarniała za niego wiele spraw. Jeśli zaprosi się Grzegorza na weekend, to prawie na pewno zapomni, bo on zawsze buja w obłokach. Wszelkiego rodzaju imprezy czy spotkania organizowane były przez Kasię. Więc po jej śmierci urwał nam się kontakt, zarówno towarzyski, jak i zawodowy. Tegoroczny Festiwal Komiksu i Gier w Łodzi to nasze pierwsze spotkanie od lat.

Starzy przyjaciele spotkali się w Łodzi w piątek, 3 października. Rosiński: - Parę lat się nie widzieliśmy, była cisza w eterze Przyjechaliśmy tu, żeby się sobie rzucić w ramiona i uronić łzę nostalgii. Fantastycznie było! Bardzo wzruszająco.

Na pytanie, czy duet Rosiński i Van Hamme jeszcze coś kiedyś stworzy, rysownik odpowiada: - Nie ma zupełnie takiej potrzeby. Chyba że jemu się coś zachce dla mnie napisać, a mi się będzie chciało dla niego narysować.

 

 

Artykuł stworzony został na podstawie wywiadów przeprowadzonych z Grzegorzem Rosińskim i Jeanem Van Hamme'em 4 i 5 października br. podczas Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi. Autor wykorzystał również swój wywiad z Grzegorzem Rosińskim sprzed roku, pierwotnie opublikowany w serwisie Popmoderna, a także teksty Wojciecha Birka umieszczone w katalogu pt. „Grzegorz Rosiński. Mistrz ilustracji i komiksu. Wystawa retrospektywna”.

Plansze z komiksu "Thorgal" otrzymaliśmy dzięki uprzejmości wydawnictwa Egmont.

Audiobook "Thorgal. Zdradzona czarodziejka. Wyspa wśród lodów." dostępny w promocyjnej cenie w Publio.pl

Bartek Przybyszewski. Dziennikarz serwisu popkulturalnego Popmoderna. Wchłania przede wszystkim komiksy (głównie europejskie) i filmy (głównie amerykańskie). Admin fanpage'a Bardzo złe filmy.

Komentarze (73)
Zaloguj się
  • Gość: och...

    Oceniono 296 razy 296

    Ja nie wiem, co sie dzieje. Jest w Polsce tylu wybitnych ludzi !
    Gdzie Wy sie wszyscy chowacie, do diaska !
    Panie Rosinski, ale panskie dziela byly wybitne. Kobiety od Thorgala byly najpiekniejsze....( faceci tez )..

  • drabe1

    Oceniono 132 razy 132

    Byłem kolegą Grzesia zarówno w Liceum Plastycznym, jak i potem w ASP. Doskonale pamiętam, jak był tępiony przez władze szkolne za te komiksy. W Akademii też, ale mniej, bo tam profesorowie to byli prawdziwi artyści i dostrzegli w studencie ogrom możliwości. Szczególnie wspierali go prof.prof. Szancer i Henryk Tomaszewski. Brawo, Grzegorz !

  • thorngorn

    Oceniono 108 razy 108

    Jego komiksy to moja młodość - dzięki Bogu, że był ktoś taki jak Rosiński i Van Hamme. Jego ciężko zdobyte komiksy były dla mnie jak artefakt. Pamiętam jakie trudności miałem ze zdobyciem "Oczu Tanatloca", w końcu znajomy przywiózł mi wersję zagraniczną którą czytałem ze słownikiem w ręku... Obecna kontynuacja w postaci Jolana jak dla mnie jest trafiona. Nieszczególnie przepadam za kreską jego (Rosińskiego) kontynuatorów ale ciężko dorównać Mistrzowi.
    Dziękuję Panie Rosiński!

  • zdzislaw003

    Oceniono 77 razy 71

    Najlepszym polskim dziełkiem komiksowym był magazyn "Relax" (miesięcznik, 1977-XII 1981), którego kierownikiem artystycznym był Rosiński. Nakład 100-200 tys. i cały schodził w kilka dni. Christa, Polch, Wróblewski, Rosiński, Kobyliński i inni... co miesiąc w świetnych opowiadaniach. Całość lekko tylko przyprawiona komunistyczną agitką, że dało się wytrzymać. To se ne vrati...

  • tomcioned

    Oceniono 73 razy 71

    Thorgal to absolutne arcydzieło. Każdy rysunek to"małe" dzielo sztuki. Wspaniała niebanalna opowieść. Serdecznie dziekuję twórcom,te komiksy to piekna karta mojego dzieciństwa. Strasznie zazdroszcze dzisiejszym dzieciakom ze mogą je poznawac :) Chciałbym jeszcze raz poczuć te emocje :)

  • renap

    Oceniono 58 razy 58

    Polowałam na te komiksy w kioskach, jak tylko zaczęły się pokazywać w Polsce... Mówiłam, że dla syna, ale zawsze najpierw musiałam przeczytać sama :))) Syn stał mi nad głową i tupał "no, pospiesz się!".
    To się czuło, że to jest cudo!

  • Gość: Adam

    Oceniono 35 razy 35

    Amerykanom trzeba było powiedzieć, żeby sobie sami dorysowali koszulkę na Kriss w "Łucznikach" - to tak na marginesie ;)
    Thorgal to dzieło wybitne, pamiętam emocje, które wzbudził we mnie pierwszy fragment, czytany jeszcze w Relaksie. "Ty też będziesz się szarpał i wył, Thorgalu Aegirssonie, zanim lodowata woda zamknie ci usta". Minęło 30 lat z hakiem, do dziś jest to moja ulubiona seria. Dziękuję Panie Grzegorzu.

  • Adam Tarasiuk

    Oceniono 31 razy 31

    "Thorgal" - niesamowity komiks, czytałem po kilkanaście razy niektóre zeszyty, wtedy nie było internetu, komórek, etc. , wchodziło się w tą przestrzeń, to była magia. A "Szninkiel", co za świat, kupiłem go jeszcze w wersji czarno-białej, on jest ponad definicją komiksu do teraz.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX