Profesor Zbigniew Religa

Profesor Zbigniew Religa (fot. Krzysztof Miller)

premiera

"Religa. Biografia najsłynniejszego polskiego kardiochirurga"

10 października na ekrany kin wchodzi film "Bogowie" w reżyserii Łukasza Palkowskiego, opowiadający o życiu profesora Zbigniewa Religi. Warto sięgnąć także po biografię Profesora, napisaną przez Judytę Wartołę i Dariusza Kortko. Książka ukaże się w dzień premiery filmu, ale specjalnie dla czytelników Gazeta.pl wybraliśmy kilka jej fragmentów.

Profesor Zbigniew Religa. Niewierzący, ale skleiło się z nim słowo „święty”. Dla wielu osób święta jest pamięć o nim. Trudno pisać o kimś takim, zwłaszcza że na każdym kroku słyszeliśmy przestrogi: Musicie go pokazać w dobrym świetle, opisać zalety, pomijać wady, nie wolno szargać imienia...

BIEGŁY

- Nikomu w życiu nie wyrządziłem krzywdy. Powtarzam: Nikomu. Garlickiemu też nie. Religa powtórzy te słowa we wszystkich wywiadach udzielonych przed śmiercią. Powie też bez ogródek, że uważa Mirosława Garlickiego, kardiochirurga ze szpitala MSW w Warszawie, za drania i świnię. Przekonał się o tym na długo przed tym, zanim usłyszała o nim cała Polska. Początek lat 90. Religa siedzi w domu w Warszawie. Nie ma takich dni za wiele, ale o odpoczynku nie ma mowy. W każdej chwili mogą zadzwonić z Zabrza i powiedzieć, że jest potrzebny. Wsiądzie do auta i pojedzie. Żona już się przyzwyczaiła.

Teraz też dzwonią. Jest serce do przeszczepu. W Szczecinie. Już zamówili samolot. Religa szykuje się do wyjazdu. Właśnie ma wyjść z domu, kiedy znów dzwoni telefon. Przeszczepu jednak nie będzie, serce dostanie klinika w Krakowie. Dlaczego!? Bo w Krakowie na serce czeka jakiś biskup. Jaki biskup? Co jest? Religa prowadzi śledztwo. Szlag go trafia, bo serce dla biskupa załatwiał doktor Garlicki z Krakowa. Wydzwaniał w tej sprawie do Poltransplantu i Ministerstwa Zdrowia, ale Zabrza nie zawiadomił. Nie zapytał, w jakim stanie jest pacjent, komu to serce jest bardziej potrzebne. - Byłem wkurzony jeszcze z jednego powodu - opowiadał potem Religa. - Dwa, trzy tygodnie wcześniej miałem na oddziale umierające dziecko. Z dziećmi jest szczególny problem - muszą mieć organ od dawcy w ich wieku. Wiedzieliśmy, że Kraków w tym czasie przygotowuje się do przeszczepu u dziecka. Zadzwoniłem i zapytałem, czy ich pacjent jest stabilny, a jeśli tak, to czy nie mogliby nam przekazać tego serca, bo mi dzieciak umrze. Mogli spokojnie poczekać na kolejnego dawcę, ale tego serca nie oddali. A mój pacjent umarł kilka godzin po tej rozmowie.

Profesor Zbigniew Religa (fot. Grzegorz Celejewski)Profesor Zbigniew Religa (fot. Grzegorz Celejewski)

Teraz też dzwonią. Jest serce do przeszczepu. W Szczecinie. Już zamówili samolot. Religa szykuje się do wyjazdu. Właśnie ma wyjść z domu, kiedy znów dzwoni telefon. Przeszczepu jednak nie będzie, serce dostanie klinika w Krakowie. Dlaczego!? Bo w Krakowie na serce czeka jakiś biskup. Jaki biskup? Co jest? Religa prowadzi śledztwo. Szlag go trafia, bo serce dla biskupa załatwiał doktor Garlicki z Krakowa. Wydzwaniał w tej sprawie do Poltransplantu i Ministerstwa Zdrowia, ale Zabrza nie zawiadomił. Nie zapytał, w jakim stanie jest pacjent, komu to serce jest bardziej potrzebne. - Byłem wkurzony jeszcze z jednego powodu - opowiadał potem Religa. - Dwa, trzy tygodnie wcześniej miałem na oddziale umierające dziecko. Z dziećmi jest szczególny problem - muszą mieć organ od dawcy w ich wieku. Wiedzieliśmy, że Kraków w tym czasie przygotowuje się do przeszczepu u dziecka. Zadzwoniłem i zapytałem, czy ich pacjent jest stabilny, a jeśli tak, to czy nie mogliby nam przekazać tego serca, bo mi dzieciak umrze. Mogli spokojnie poczekać na kolejnego dawcę, ale tego serca nie oddali. A mój pacjent umarł kilka godzin po tej rozmowie. - Szef krakowskiej Kliniki Kardiochirurgii to profesor Antoni Dziatkowiak. Przeciwieństwo Religi, nawet z wyglądu. Religa chodzi lekko zgarbiony, ale jest uśmiechnięty i na luzie. Nie jest wyniosły, nawet obcy nie boją się do niego podejść, porozmawiać. Dziatkowiak zawsze wyprostowany, jakby kij połknął. Poważny, dostojny, budzi nadzwyczajny respekt, nawet strach. Religa nie dba o siebie, byle jak się ubiera. Dziatkowiak zawsze jak spod igły. Szyje ubrania u Józefa Turbasa, najlepszego krawca w mieście. W swoich garniturach pozuje do zdjęć jako model, z dumą pokazuje je potem kolegom po fachu. Religa w ogóle nie chodzi do fryzjera, strzyże go żona. Dziatkowiak wygląda, jakby dopiero wyszedł z salonu fryzjerskiego.

Religa jest gotów dla chorego zrobić wszystko, ale w klinice panuje luźna atmosfera. Dziatkowiak to perfekcjonista, nie pozwala na błędy, w jego klinice panuje pruska dyscyplina. Religa pozwala młodym chirurgom samodzielnie operować, uczy ich podejmowania decyzji, brania odpowiedzialności. Wielu jego uczniów jest już dawno po habilitacji. U Dziatkowiaka to niemożliwe - na samodzielne operacje i rozwój trzeba sobie zasłużyć. Kiedy odchodzi na emeryturę, nie ma go kto zastąpić. Żaden z jego lekarzy nie zrobił habilitacji. I na koniec: Religa ceni sprawność Dziatkowiaka. Przyznaje, że jest świetny w operacjach tętniaków. Dziatkowiak o Relidze powie w sądzie, że pogratulował mu pierwszego udanego przeszczepu serca. Potem będzie już tylko wylewał pomyje.

SIĘGAMY PO ŚWIEŻĄ KREW

Ale na razie jest rok 1999. Religa rezygnuje z pracy w Zabrzu, ma już dość ciągłych dojazdów. Będzie szefem Kliniki Kardiochirurgii w Centralnym Szpitalu Klinicznym Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w Warszawie. Dziesięć lat temu sam ją tworzył, ale nie lubi tego szpitala, bo jest rządowy. - Pozycja lekarza zależała tam od tego, jak patrzą na niego politycy - mówi. Wytrzymuje dwa lata. Gdy w 2001 roku dostaje propozycję poprowadzenia kliniki kardiochirurgii w Aninie, z radością się tam przenosi. Na jego miejsce dyrektor szpitala Marek Durlik chce zatrudnić Mirosława Garlickiego, ucznia słynnego Dziatkowiaka. Pyta Religę o zdanie. Profesor odradza. Jego zdaniem Garlicki nie ma moralnych kwalifikacji na szefa. Ale Durlik nie słucha. Przyjmuje Garlickiego, a na stanowisko konsultanta samego Dziatkowiaka. Dziennikarzom powie: - Żeby podnieść poziom i prestiż, sięgamy po świeżą krew. Klub piłkarski też składa się nie tylko z juniorów, których sam wychował, ale kupuje piłkarskie gwiazdy. Do Anina przechodzi z MSW część zespołu. Pozostali szybko poznają się na nowym szefie. Będą prosić Religę, żeby ich przyjął, ale dla wszystkich miejsc nie starczy.

- Garlicki rzuca się w wir pracy. Dyrektor Durlik się cieszy, bo nowemu szefowi kardiochirurgii udaje się potroić liczbę operacji, rozwija program transplantacji serca. Warszawski szpital ma więcej przeszczepów niż Śląskie Centrum Chorób Serca w Zabrzu. W szpitalu dynamicznie rośnie liczba pobrań organów od zmarłych dawców - z 12 do 27. Durlik też zajmuje się przeszczepami, więc mu na tym zależy. Pierwszy zgrzyt w listopadzie 2004 roku. Tygodnik „Polityka” donosi: „Kilka miesięcy temu w warszawskim Szpitalu Bielańskim zmarł pacjent. Komisja lekarska stwierdziła śmierć pnia mózgu. Zmarłego zgłoszono jako potencjalnego dawcę narządów do Poltransplantu - krajowego centrum koordynującego przeszczepianie. Wkrótce na Bielany dotarł skierowany przez Poltransplant zespół chirurgów ze Szpitala Dzieciątka Jezus. Mieli pobrać nerki i wątrobę. Nie pobrali. Dawcy na Bielanach nie było. Chwilę wcześniej przewieziono go do należącego do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji (rządowego) szpitala przy ul. Wołoskiej. Tam pobrano i przeszczepiono narządy. To skandal, nieuczciwa konkurencja i podkradanie narządów, stwierdził profesor Wojciech Rowiński ze Szpitala Dzieciątka Jezus i krajowy konsultant ds. transplantologii”. Profesor Rowiński wysyła list do Poltransplantu ze skargą i żądaniem ukrócenia podobnych praktyk. Z „Polityką” jednak nie chce o tym rozmawiać.

Profesor Zbigniew Religa (fot. Grzegorz Celejewski)Profesor Zbigniew Religa (fot. Grzegorz Celejewski)

Szef Poltransplantu profesor Janusz Wałaszewski broni szpitala MSW: - Orzekanie śmierci mózgowej jest skomplikowane. Niektóre szpitale wolą osobę z takim podejrzeniem wysłać w celu pogłębionej diagnozy do lepiej wyposażonych klinik, których personel ma wyższe kwalifikacje. Ale przecież w Szpitalu Bielańskim już stwierdzono śmierć mózgu! Doktor Piotr Orlicz, anestezjolog ze szpitala MSWiA, mówi bez ogródek: - Z kilkunastoma szpitalami zawarliśmy nieformalne porozumienia. Gdy podejrzewają, że mają dawcę, informują nas. My przyjeżdżamy i zabieramy go do siebie. Robimy diagnostykę, powołujemy komisję i ewentualnie dokonujemy pobrań. Profesor Zbigniew Rybicki z Wojskowego Instytutu Medycznego też pisze: „Osoba chora, wobec której wysnuto podejrzenie nieodwracalnego ustania funkcji pnia mózgu, jest kierowana (na mocy porozumienia) do szpitala MSWiA...”. Po co to wszystko? Ambicją doktora, a później profesora Durlika jest uczynienie ze szpitala MSW lidera w przeszczepach. Chce, by każdy rodzaj transplantacji narządowej był tu możliwy do wykonania. Wprowadza więc przeszczepy trzustki, w planie ma płuca. Kłopot w tym, że przeszczep możliwy jest tylko wtedy, gdy ma się dawcę. A dawców szpitale zgłaszają do Poltransplantu. Inaczej nie można, bo takie jest prawo. Tam typuje się biorcę. Dobiera się go według miejsca na liście oczekujących, zgodności tkankowej, wzrostu, masy ciała. Właśnie dlatego tak trudno o małe serce dla dziecka albo wielkie dla dwumetrowego faceta.

W szpitalu MSW twierdzą jednak, że na Poltransplant nie mają co liczyć, bo ten większość organów wysyła innym warszawskim klinikom. Tak rodzi się pomysł na umowy z anestezjologami z podwarszawskich szpitali. Za dodatkowym wynagrodzeniem albo w zamian za szkolenia zobowiązywali się wysyłać pacjentów ocierających się już o śmierć do szpitala MSW. Według dyrektora Durlika to było zgodne z prawem: - Gdy pacjenta nie udało się uratować, po orzeczeniu śmierci mózgu i za zgodą rodziny udawało się nam pobierać od zmarłych dwa razy więcej narządów, niż wynosi średnia krajowa. Były to narządy w tak dobrym stanie, że wszystkie można było przeszczepić. Wiele oddawaliśmy innym ośrodkom w kraju. To był system, który pracował dla dobra wszystkich polskich pacjentów wymagających transplantacji. - List profesora Rowińskiego przechodzi bez echa. Wiosną 2005 roku w biuletynie Poltransplantu podsumowującym poprzedni rok w przeszczepach nie ma o sprawie wzmianki. Biuletyn otwiera jednak przypomnienie zaleceń Komitetu Ministrów Rady Europy sprzed kilku lat. Po pierwsze, kraje członkowskie powinny zapewnić system jednakowego dostępu wszystkich pacjentów do przeszczepów. Po drugie, obowiązują oficjalne listy oczekujących. Po trzecie, narządy pobrane ze zwłok mogą być przeszczepione wyłącznie osobom z oficjalnych list.

Profesor Zbigniew Religa (fot. Krzysztof Miller)Profesor Zbigniew Religa (fot. Krzysztof Miller)

KRYPTONIM "MENGELE"

Cisza do 2006 roku. Rząd PiS powołuje Centralne Biuro Antykorupcyjne. Rzekomy handel narządami to jedna z pierwszych spraw, jakimi Biuro się zajmuje. Kryptonim „Bazalt”. W szpitalu MSW agenci montują kamery i podsłuchy. Profesor Durlik powie potem, że stała za tym zawiść, bo on rozwijał transplantacje trzustki wbrew profesorowi Rowińskiemu, a Garlicki przegonił Religę w liczbie operacji. Była też i nienawiść.

Durlik przyznaje: - Nie to jest problemem, czy kogoś kopnął w kostkę, czy komuś specjalnie albo niespecjalnie zapiął narzędzie na palcu. Problem w tym, że ordynator powinien zespół integrować wokół siebie. Garlicki powinien robić wszystko, by zespół mu ufał, a nie, żeby go nienawidził. Niestety, tego nie potrafił. Lekarze z kliniki skarżą się dyrektorowi, że Garlicki stosuje mobbing, poniża ich w oczach pacjentów. Nic im to nie daje. Skarżą się też kolegom z innych szpitali. Warszawa huczy od plotek. Nie tylko o mobbingu, ale też o tym, że Garlicki bierze na stół pacjentów, którzy nie mają szans przeżyć zabiegu. Za łapówki. Skoro nie chce ich słuchać dyrektor, opowiedzą o tym CBA.

12 grudnia 2006 roku prokuratura okręgowa wszczyna śledztwo. Dwa dni później powołuje biegłego, który ma ocenić działania Garlickiego. Nazwisko biegłego elektryzuje środowisko. Religa, jak cała Warszawa, słyszy, co się dzieje na Wołoskiej, ale się nie wtrąca nawet wtedy, kiedy zostaje ministrem zdrowia. Teraz ma wyjaśnić, z jakiego powodu kilka dni po przeszczepie serca zmarł Jerzy Gołąb spod Sieradza. Profesor robi, o co go proszą. Potem powie w Radiu RMF: - Przyjechali do mnie i powiedzieli: Mamy do oceny wykonanie sekcji zwłok u pacjenta. Którego z kardiochirurgów pan poleca? Pytam, jaki to jest przypadek? Transplantacja serca. Pomyślałem, dlaczego to jest takie tajemnicze i dlaczego nie wolno mi nic na ten temat powiedzieć. Nie chciałem obarczać kolegów. Postanowiłem wziąć odpowiedzialność na siebie.

Kiedyś pożałuje tej decyzji. Bo czy to nie dziwne, że prokuratura prosi o opinię ministra? - To był błąd. Żałuję, bo w ogóle nie byłoby sprawy - powie, gdy wokół Garlickiego rozpęta się awantura. Teraz jednak jedzie na sekcję zwłok. 19 grudnia jego opinia jest gotowa. W niej informacja, że operacja została przeprowadzona prawidłowo, a pacjent zmarł z powodu nadciśnienia płucnego, które doprowadziło do niewydolności przeszczepionego serca. O nadciśnieniu lekarze z Wołoskiej wiedzieli, jest o tym wzmianka w karcie informacyjnej z kliniki w Łodzi, gdzie Gołąb leżał wcześniej z powodu zawału. Powinni więc bezpośrednio przed operacją wykonać pomiar ciśnienia w tętnicy płucnej. Gdyby było zbyt wysokie, przeszczepu nie powinno się wykonywać. „Jeśli tego badania nie zrobili, należy uznać, że popełniono istotny błąd” - pisze Religa. Ale zastrzega, że najpierw trzeba wyjaśnić, czy badania rzeczywiście nie było, czy tylko brakuje wyników w dokumentacji. To wszystko. Dalej ze śledztwem nie ma już nic wspólnego. - Siedzieliśmy w jego gabinecie. Nagle wpada sekretarka Małgosia Błażejewska i woła, żebyśmy włączyli telewizor. Widzimy, jak Garlickiego wyprowadzają ze szpitala w kajdankach. Religa był przekonany, że sprawiedliwie się stało, ale tym widokiem był wstrząśnięty - wspomina Jarosław Pinkas.

Kadr z filmu Kadr z filmu "Bogowie" (fot. materiały dystrybutora)

Garlicki zostaje zatrzymany 12 lutego. Odtąd będzie znany jako „Doktor G.”. CBA nadaje akcji kryptonim „Mengele”. Dwa dni później minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro ogłasza na konferencji prasowej: - Już nikt nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie (potem będzie musiał za to przepraszać). Religa zabiera głos: - Nie jestem w stanie uwierzyć, że jakikolwiek lekarz celowo dąży do śmierci pacjenta. To był błąd, a nie morderstwo. Wszyscy lekarze popełniają błędy, profesorowie też. Dziesięć, piętnaście lat temu postąpiłbym podobnie jak doktor G. Ale dzisiaj wiemy więcej. Gdyby ten pacjent do mnie przyjechał, zleciłbym zmierzenie oporów płucnych. Jeśli byłyby podwyższone, przeszczepu nie wolno robić. Położyłbym pacjenta na tydzień na oddziale intensywnej terapii z balonem wewnątrzaortalnym, a po tygodniu zmierzyłbym ponownie opory płucne. Gdyby spadły do granic zdrowego rozsądku, choć jeszcze byłyby podwyższone - wtedy bym operował. Lekarze też są przekonani, że Garlicki nikogo nie zabił. - Bardziej prawdopodobne, że w pogoni za pieniędzmi źle kwalifikował pacjentów do zabiegu - mówi jeden z jego krakowskich kolegów.

Prokuratura prosi o opinię biegłego z zagranicy, profesora Rolanda Hetzera z Berlina. Pytają go nie tylko o śmierć Jerzego Gołąba, ale też o dwa inne przypadki. Profesor odpowiada, że nie ma podstaw do stwierdzenia, by świadomie godzono się na śmierć tych ludzi. O Florianie Mastalerzu, któremu wymieniono zastawkę, przy okazji zostawiając w ciele gazik, profesor Hetzer pisze: „Operacja była wskazana. Pozostawienie gazika należy, według naszej wiedzy, ocenić jako błąd w sztuce lekarskiej. (...) Na ile gazik przyczynił się do śmierci pacjenta, można stwierdzić tylko przypuszczalnie. Jednak można sobie wyobrazić, że gazik był przyczyną sepsy lub ją w dużej mierze podtrzymał, jeszcze zanim doszło do zablokowania dysku sztucznej zastawki”. O Jerzym Gołąbie: to, że zakwalifikowano go do transplantacji, „należy ocenić bardzo krytycznie”, ale i bez operacji żyłby bardzo krótko. Była to dla niego ostatnia szansa. Opinia Hetzera jest zatem zbieżna ze zdaniem Religi. Sprawa zostaje umorzona, a doktor G. zostanie uwolniony od zarzutów zabójstwa. W akcie oskarżenia znajdzie się za to 45 innych: o przyjmowanie łapówek, mobbing oraz molestowanie seksualne członków rodzin pacjentów i personelu. Jest też zarzut o znęcanie się nad żoną, która już od jakiegoś czasu ma niebieską kartę (policja zakłada je ofiarom przemocy domowej). - To człowiek o dwóch twarzach. Jedna ujmująca, czarująca i do tego sprawiająca wrażenie niezwykle autentycznej w swej doskonałości. Druga to brutalne przeciwieństwo. Poznałam ją kilka dni po ślubie, kiedy z jakiegoś błahego powodu tuż koło mojej głowy przeleciał pojemnik z metalowymi szpikulcami do lodu - powie potem żona doktora Julita Sokołowska-Garlicka.

(...)

MIAŁEM BARDZO FAJNE ŻYCIE

Zmieniony przez chorobę przychodzi jesienią do Sejmu. Nie udało mu się zmienić systemu ochrony zdrowia, nie jest już ministrem. Teraz ma nowy cel: zrobić wszystko, żeby nie spełniła się wizja jego następczyni. Ewa Kopacz właśnie forsuje ustawy, które mają doprowadzić do przymusowego zamieniania szpitali w spółki. To otwarta droga do prywatyzacji. Prezydent Lech Kaczyński chce, żeby Polacy zdecydowali w referendum, czy chcą tego, czy nie. Pomysł prezydenta ma w Senacie przedstawić jego ekspert - poseł Religa. 28 października Senat zamiast o szpitalach zaczyna debatę o tym, czy można Religę dopuścić do głosu. Siedzi spokojnie w senatorskiej ławie, zgarbiony bardziej niż kiedyś. Milczy. Cóż takiego by się stało, gdyby się odezwał? Platforma i tak ma większość, nie zgodzi się na referendum. Jednak nie może nic powiedzieć. Marszałek Bogdan Borusewicz pokazuje ekspertyzę prawnika z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. Wystąpienie Religi z upoważnienia prezydenta jest formą zatrudnienia, a Kancelaria Prezydenta nie może zatrudniać parlamentarzysty. Prezydencki minister Andrzej Duda dowodzi, że Borusewicz za kilka dni będzie w imieniu prezydenta odznaczał orderami. Czy to znaczy, że też się u prezydenta zatrudnił? Borusewicz nie chce ustąpić. Senatorowie są zażenowani.

Kadr z filmu Kadr z filmu "Bogowie" (fot. materiały dystrybutora)

- Warto się tak szarpać w krucjacie przeciwko prywatyzacji szpitali? - pyta Religę „Dziennik”. Odpowiada stanowczo: - Warto. Nic bym nie zmienił, niczego bym nie cofnął! W tym wywiadzie mówi też, że jest dumny ze swojego życia, że było fajne. I że Pana Boga nie ma - im dłużej żyje, tym bardziej jest o tym przekonany. Wierzący mają w życiu gorzej, bo nie wiedzą, co będzie z nimi po śmierci. A on wie: - Nie będzie nic. Wywiad ukazuje się w przeddzień Wszystkich Świętych. Dla jednych to prowokacja. Po co tak wygrażać Panu Bogu, kiedy się samemu stoi nad grobem? Dla innych totalne zaskoczenie. - Nigdy ze mną na te tematy nie gadał, ale byliśmy razem na mszy. Jak trzeba było klęknąć, to klęknął, jak stanąć, to stanął. Zachowywał się najnaturalniej w świecie. Jak jeździł do Radia Maryja, witał się słowami „Szczęść Boże”. Byłem przekonany, że to katolik, choć z pewnością nie ortodoksyjny - wspomina Bolesław Piecha. Nie zawsze tak stanowczo deklarował niewiarę. Zima 1988. Umiera Grażyna, młoda lekarka, stażystka, i jej ośmiomiesięczne dziecko. Nieszczelny piecyk, czad, straszna tragedia. Religa nie może wytrzymać w szpitalu. Każe Zembali zawieźć się do jakiegoś kościoła. Zembala wybiera św. Bartłomieja w Gliwicach. Jest potwornie zimno, a Religa siedzi przed ołtarzem w milczeniu półtorej godziny.

"Religa. Biografia najsłynniejszego polskiego kardiochirurga" Judyta Watoła, Dariusz Kortko

 

Książka do kupienia w promocyjnej cenie na Kulturalnysklep.pl oraz w formie e-booka na Publio.pl

Komentarze (119)
Zaloguj się
  • leveller

    Oceniono 64 razy 56

    Wolę 1,5 h samotną niewiarę Religi przed ołtarzem w kościele, niż złotą wiarę naszych biskupów.

  • lotczik-kosmonawt

    Oceniono 51 razy 45

    Każdy sku...syn z tytułem profesora medycyny, powinien to przeczytać! Każdy szpitalny ,,bóg" w białym fartuchu, mający swoich pacjentów za nic, za tło swojej ,,wielkości" albo ,,wyjątkowości". Ale też każdy prowincjonalny chirurg, z oddziału ,,zimnej chirurgii", bo wiadomo - większość pacjentów do piachu, albo z powikłaniami - do klinik uniwersyteckich.Bo nie ma już takich lekarzy jak Religa, i nie będzie.Jeżeli nawet gdzieś wypełnia tony papierów i leczy jakiś uczciwy i porządny lekarz, to ukrywa swoją prawdziwą twarz, niczym Żyd w okupacyjnej Polsce, bo ,,środowisko" go zeżre i zniszczy.Bo tylko kasa się liczy i Ważni pacjenci - szara tłuszcza idzie w odstawkę, dogorywa w kilkuletnich kolejkach. Z tego samego powodu nie znajdziesz biegłego medyka, który potwierdzi ewidentny błąd kolegi. Dlatego w polskich szpitalach rządzą ignoranci a wszechobecne dziadostwo, oszustwa i wyłudzenia (każdy szpital okrada NFZ ) pieczętuje bezkarność.

  • rudi_0

    Oceniono 20 razy 20

    Wspanialy czlowiek.
    Od poczatku do konca.
    Raz w zyciu mialem go okazje spotkac ( a raczej widziec tylko przez chwile ) , gdy stal razem z kilkoma panami przed nigdy nie ukonczonym , a ostatnio wyburzonym szpitalem zwanym "ACM Zabrze"...mialem ten szpital przez 25 lat dokladnie przed oknami , wiec domyslam sie jak bardzo biorac pod uwage jego rozmiary i wielkosc zaangazowanych wen srodkow , musical bolec Profesora fakt niemoznosci ukonczenia go !
    Gdy wiec dzis patrze na zdjecia terenu ktory pozostal po ACM , to mam nieprzeparte wrazenie ze ow pusty , gladki niczym stol plac stanowi smutne memento dla zyjacych dzieki temu czlowiekowi ludzi.
    I zarazem gorzkie podsumowanie tego jak Polska traktuje dorobek swych najlepszych Synow...
    Rowniez to jak zachowywal sie gdy odchodzil stanowic moze bezcenna lekcje dla kazdego z nas.
    Bo poki co wszyscy dzwigamy na sobie brzemie smierci.
    Tej smierci z ktora on staral sie stanac w szranki.
    :-)

  • gj61

    Oceniono 18 razy 18

    Miałem kolegę, przyjaciela. Ojca dwójki wspaniałych rozrabiaków. Byłego dżudokę, człowieka, swojaka. Zasłabł na treningu. Poważne problemy z sercem. Natychmiast niezbędna operacja. Gdzie? Kraków. Profesor Dziadkowiak. Pojechał. Profesor potraktował go krótko. Wziął kasetę z nagraniem echa serca i kazał przyjechać za dwa tygodnie. Pojechał. Usłyszał że, czas Pana Profesora jest cenny i odsłuchanie/obejżenie tej kasety kosztuje 20 tysięcy. Czy je ma? Nie miał. To była niewyobrażalna suma dla niego...
    Operację zrobili mu w Poznaniu. Bezpłatnie. Żył jak wyjeżdżałem z Polski dziewięć lat temu.
    Oto historia prof. Dziadkowiaka. I z tego co wiem nie jedyna...

  • iwonab.57

    Oceniono 13 razy 13

    życie prof. Religi jak najlepszy scenariusz filmu - Człowiek, który walczył o życie pacjentów i wiedział, że wszystko co robi ma sens...
    film jest znakomity a Kot rewelacyjny, podobno nie weszło wiele scen, w któych był zbyt dosłowny

  • wierny_nie_poddany

    Oceniono 6 razy 6

    Czekam na ten książkę i film.
    Kolejny Wielki Polak bez patosu.
    Lubił wypić, zapalić, klął jak szewc (czasami), robił błędy...
    A przy tym był PRZYZWOITY i KOCHAŁ LUDZI

  • anielka09

    Oceniono 3 razy 3

    Dla wszystkich, którzy tak jak ja czekali na książkę i film. Przeczytałam i obejrzałam, dlatego mogę wam polecić. Warto przeczytać książkę przed obejrzeniem filmu. Co prawda trudno ją dostać, ale ja znalazłam tutaj i było najtaniej: www.ravelo.pl/religa-biografia-najslynniejszego-polskiego-kardiochirurga-dariusz-kortko,p100246040.html Wielki człowiek, coraz mniej takich ludzi na tej ziemi

  • skrzacia_logika1

    Oceniono 3 razy 3

    polska transplantologia zawdzięcza Relidze na prawdę wiele. gdyby nie on, pewnie dalej bylibyśmy na etapie takich dziwnych eksperymentów:
    ciekawostkihistoryczne.pl/2012/02/15/slepy-zaulek-medycyny-niemowlak-z-sercem-od-pawiana/
    a tymczasem on żył wedle zasady róbmy swoje i ratował ludzkie życie. takim ludziom należy się szacunek

  • glemp1

    Oceniono 5 razy 3

    Ciekawe, czemu pan biskup nie chciał odejść do niebiańskiego domu swego ojca? Czyżby stary piernik przedkładał uroki doczesnego żywota w pałacowym przepychu ponad życie wieczne???
    Żal tego dzieciaka...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX