Dariusz Michalczewski

Dariusz Michalczewski (fot. Rafał Malko)

wywiad gazeta.pl

Dariusz "Tiger" Michalczewski: Nienawiść, zawiść, zazdrość - nie pławię się w takich emocjach

Po tym, jak wziął udział w akcji "Ramię w ramię po równość - LGBT i przyjaciele", a Marek Jakubiak, właściciel regionalnych browarów, życzył mu na Facebooku "mamusi z fujarką zamiast piersi", zrobiło się o nim znów głośno. Został obwołany "tęczowym bohaterem", obrońcą tolerancji i wolności słowa. Do całej afery podszedł ze spokojem. Ten spokój ratował go już wiele razy. "Tiger" opowiada nam o najcięższych ciosach, które odebrał od życia.

Czym zajmuje się bokser po zakończeniu kariery na ringu? Liczy ciosy, których nie oddał, czy pieniądze, których się dorobił?

- Mam całe mnóstwo roboty, mimo że moje myśli nie krążą już zbyt często wokół ringu. Miałem nawet kilka propozycji powrotu do boksu, ale postanowiłem, że za mniej niż 10 milionów euro nie ruszę się z domu i na razie żaden sponsor temu nie sprostał. Zresztą ja naprawdę mam co robić. Wciąż jeżdżę, spotykam się z ludźmi, spędzam czas z rodziną, zajmuję się biznesem. Mam sieć fitness clubów TigerGym, którą systematycznie rozwijam. W międzyczasie sądy rozstrzygają - myślę, że zwycięski - finał walki o mój napój „Tiger”, z którego część sumy przeznaczę na poszerzenie grupy dzieciaków, którym pomagamy w mojej fundacji „Równe szanse”, dając im sportowe stypendia czy budując sportowe szkółki.

No właśnie, dla polskich szkółek bokserskich jesteś święty. Też tak o sobie myślisz?

- A, skąd! To tylko mój dług wdzięczności. Poza tym to działa w dwie strony: lubię, jak te dzieciaki się cieszą, więc tak naprawdę my potrzebujemy siebie nawzajem. Mam jednak świadomość, że niosę jakąś tam nadzieję, że któremuś dzieciakowi się uda i osiągnie sukces. Staram się, choć wiem, że nawet gdybym oddał wszystko, co mam, to i tak byłaby to kropla w morzu. Chcę więc przede wszystkim pokazać, że mogę być przykładem, że nie ma sytuacji bez wyjścia.

Gdy zmarł mój tata, w 1980 roku mój wuj z mamą zadecydowali, że trzeba mnie natychmiast zagospodarować, żeby mi głupie rzeczy do głowy nie przychodziły. Tak trafiłem do boksu. Mój pierwszy trener, Ryszard Broniś, zarabiał dobre pieniądze jako traser w stoczni, a kasę dawał nam, chłopaczkom. Dzięki temu mogłem pomóc matce, kupić sobie szetland i pozostać przy mojej pasji, zamiast pójść w miasto. I też dzięki temu przyszły do mnie momenty uniesienia - takie, kiedy czujesz, że jesteś na swoim miejscu. Po każdej walce to czułem. I teraz ja to wszystko podaję dalej. Nic więcej. Tylko się staram. Za każdą daną mi bliską osobę mówię zdrowaśki. Nie codziennie, ale jak mi się ktoś przypomni, to odmawiam natychmiast.

Dariusz Michalczewski (fot. Rafał Malko)Dariusz Michalczewski (fot. Rafał Malko)

A za siebie?

- Ja tylko mogę dziękować życiu, że stało się tak, jak się stało. Jestem zdrowy, mam rodzinę, na wszystko mnie stać, robię, co chcę. I tak jak kiedyś trener pomógł mnie, tak ja dziś pomagam dzieciakom w mojej fundacji. Nieregularnie chodzę do kościoła, bo brakuje mi czasu, więc tworzę sobie takie usprawiedliwienie.

A gdybyś miał czas na Kościół?

- Chodziłbym częściej. Wciąż się narzeka na tych księży, ale ja ich tak strasznie nie odczuwam, bo skupiam myśli nie na nich, ale na wierze, a ona jednak mówi dobre rzeczy. Kochaj bliźniego, nie kradnij, pomóż drugiemu, nie zabijaj. Tak czy nie?

No tak, ale to głównie literatura.

- Tak, ale to, co się dzieje, jest już winą ludzi, bo to oni wypaczają to, co mądre. Każdy więc musi zacząć od siebie, zamiast patrzeć na księdza, który jest tylko człowiekiem i też popełnia błędy. Wolę szukać w wierze tego, co dobre. Przede wszystkim szacunku do ludzi. Tak samo traktuję więc kelnera w knajpie, któremu daję napiwek, jak prezesa wielkiej firmy. Każdemu należy się „dzień dobry”, „dziękuję”, „przepraszam”. Widzisz, świętość to na pewno nie kościelne rytuały. Dobrze przecież wiemy, jak to się przekłada na rzeczywistość. Ten, kto ma złożone ręce i głośno stuka butami, idąc do komunii, za godzinę obgaduje innych, pijany bije dzieciaki i okrada kumpla.

A co myślisz o in vitro?

- Jeśli ktoś chce mieć dziecko, to czemu nie? Jestem tolerancyjny. Lesbijki, geje - oni są i niech są. Nie piętnujmy ich bez sensu. Jeżeli nikomu nie robią krzywdy, to o co chodzi? Gdybym miał wybierać adopcję przez parę homoseksualną lub umieszczenie dziecka w rodzinie patologicznej, gdzie się je głodzi, znęca się nad nim, wykorzystuje, wybieram adopcję przez homoseksualistów. Bywają wśród nich czasem lepsi niż niejeden hetero, a muszą cierpieć z braku akceptacji, i tego nie pojmuję. Bo co z tego, że ktoś lata do kościoła na każdą mszę, skoro w istocie jest podłym człowiekiem? Niech każdy zacznie od spojrzenia na samego siebie, zamiast np. siedzieć w internecie i wysyłać na innych donosy albo hejty, na ludzi, których tak naprawdę w ogóle nie zna. Najchętniej pisze się o tym, że ktoś jest kretynem albo chamem, ale swojego własnego nazwiska pod taką opinią to już nikt nie poda. To jest ohydne tchórzostwo.

Ci ludzie za donos dostają pieniądze. To już praca.

- Tak? No widzisz, jaki świat się zrobił? Zło jest takie łatwe... A więc bycie dobrym, czyli normalnym człowiekiem, to sztuka. Niezły paradoks!

Jak ty się bronisz przed złem?

- Mam bardzo dobrych przyjaciół. Tam i tu. W Hamburgu i Gdańsku. Mam ogromny sentyment do portowych miast - pierwsze mnie wychowało, w drugim stałem się mężczyzną. Do Niemiec uciekłem, gdy miałem 20 lat, tuż przed olimpiadą w Seulu, ponieważ w Polsce nie widziałem dla siebie dalszej możliwości sportowego rozwoju. Kilka dni później dojechali do mnie moja pierwsza żona Dorota i synek Michael. Bieda, której tam zaznałem, nie była aż tak dojmująca, bo równolegle z treningami pracowałem na budowie czy w sklepie warzywniczym, a Niemcy dali mi wszystko, co na początek potrzebne: stary telewizor, stół, widelce, czajnik. Potem, gdy w 1991 roku zostałem już mistrzem Europy, poczułem się jak król życia, bo jeździłem oplem calibrą (śmiech). Wydawało mi się, że jestem gość. Owszem, zapłaciłem za to pewną cenę, bo dzieciństwo moich dzieci mi uciekło - tego naprawdę żałuję. Dopiero teraz, gdy na świecie jest mój trzeci syn, Darek, nauczyłem się być ojcem. Moja młodość to karuzela, ale wiem, że gdybym siedział wtedy w domu, niewiele bym osiągnął. A tak moi chłopcy, Michael i Nicolas, mogli studiować w najlepszych szkołach w Ameryce, niczego nigdy im nie brakowało. Ich drzwi do świata są szeroko otwarte nie tylko dlatego, że 23 razy obroniłem tytuł mistrza, ale też przez to, że biegałem z imprezy na imprezę, widywało się mnie z różnymi kobietami, łobuzami, politykami, artystami, aktorami.

Co cię tak do nich ciągnęło?

- Przeczuwałem, że jeśli nie będę interesował się światem, to świat nie zwróci na mnie uwagi. Jak szalony kupowałem obrazy, rzeźby, rysunki.

Dariusz Michalczewski (fot. Rafał Malko)Dariusz Michalczewski (fot. Rafał Malko)

Masz żal do pierwszej żony, że ci to wszystko zabrała?

- Żeby jej ułatwić życie, wziąłem torbę i wyprowadziłem się z domu. Chciałbym tylko, żeby oddała mi kiedyś to, co jest moim prezentem od innych, moje pamiątki, dzieła sztuki Eduarda Rojo, obrazy Bruna Bruni, dzięki któremu sam kiedyś zacząłem tworzyć. Pod jego okiem namalowałem np. obraz, który został później wylicytowany na rzecz wyświęcenia i pozłocenia czubka Nikolaikirche - największego kościoła w Hamburgu, za co otrzymałem prywatną audiencję u papieża. W tamtych czasach byłem totalnie głodny świata. Śpiewałem z Lady Pank „Zawsze tam, gdzie ty”, z Marylą Rodowicz, ze Scorpionsami.

Scorpionsami?!

- Mick Jagger wydawał akurat płytę, a ja dostałem zaproszenie na jego imprezę. Tam poznałem Scorpionsów. Później zaczęliśmy się często spotykać, bo właśnie z nimi, kanclerzem Niemiec Gerhardem Schröderem, jego adwokatem, Bruno Brunim i jego żoną stworzyliśmy naszą hanowerską paczkę. Taki światek niemieckiego show-biznesu i sportu. Scorpionsi zaczęli przychodzić na moje walki. No i kiedyś, gdy mieli koncert na Torwarze w Warszawie, najpierw z Jankiem Borysewiczem jako goście zaśpiewaliśmy w przerwie „Zawsze tam, gdzie ty”, a później zaproszono mnie na scenę i tak sobie z Klausem Meinem podśpiewywałem. „Rock You Like a Hurricane” (śmiech).

Umiesz śpiewać?

- Nie fałszuję, tak raczej bym powiedział. I lubię śpiewać, bardzo dobrze czuję się na scenie. Gdybym dostał drugie życie, zostałbym piosenkarzem. Jestem tego pewien. Śpiewanie to najprostsza rzecz, jaką można robić. Wiadomo, że trzeba być w jakiś sposób lepszym, bo jest tak dużo piosenkarzy, że później trzeba trochę kombinować, by się sprzedawać, ale od tego są już ludzie. Jeśli ktoś ma odwagę, dobry głos, fajnego kompozytora albo sam potrafi komponować, to na pewno ma wielkie możliwości.

Myślisz, że gdybyś nie miał forsy, też byś tak mówił?

- Niektórzy bogaci ludzie nie znają swojej wartości w oderwaniu od pieniędzy. A ja sobie siebie doskonale wyobrażam takim, jakim byłem za młodu. Wiem, że bez kasy dałbym sobie radę, i to szybciutko.

Czyli nie zapomniałeś, jak na gdańskim placu, tam gdzie wiele lat później zostałeś współwłaścicielem Centrum Manhattan, myłeś szyby samochodowe?

- Teraz mam tam jeszcze TigerGym, bo swoje udziały już sprzedałem. Tam zarobiłem swoje pierwsze pieniądze. Chodziłem jeszcze do szkoły, bo trzeba było, ale mimo że traktowałem ją już trochę na bakier, podpadałem tylko zachowaniem - czasem dałem komuś w pysk, bo znęcał się nad słabszym. Czułem się też bardzo odpowiedzialny za mamę oraz rodzeństwo, zacząłem grać w karty i bilard - zawsze wpadło trochę grosza dla rodziny. Widzisz, ja się wcale nie boję. Wiem co to bieda, i że nie ma żadnej gwarancji, że do końca życia będzie zajebiście. Ta świadomość mnie ratuje. Moja dewiza: Nigdy nie mów nigdy.

Dariusz Michalczewski (fot. Rafał Malko)Dariusz Michalczewski (fot. Rafał Malko)

Masz też na myśli fakt, że opuściłeś te swoje trzy żony, w tym jedną podwójną, których miałeś nigdy nie opuścić, aż do śmierci?

- No, sama widzisz. Ale chociaż krążą o mnie opowieści, że byłem babiarzem, to tak naprawdę w życiu miałem cztery partnerki, łącznie z moją obecną żoną Basieńką.

Policzkowały cię?

- Wszystkie (śmiech).

Ale to i tak lepsze niż samotność?

- Tak. Nie potrafię być sam, wiem to o sobie. To moja słabość. Ja się boję być sam. Mogę być w deszczu, na mrozie, w kałuży, ale z kimś. W Hamburgu miałem bardzo piękne, bogate domy, baseny, ogrody itd. Ale gdy wracałem do domu, w którym nikogo nie było, to nawet progu nie przekraczałem. Ja w ogóle nie wiem, co mam ze sobą zrobić, gdy jestem sam.

Uciekasz od siebie.

- Może... Nie, chyba nie, bo z drugiej strony cały czas ze sobą rozmawiam i robię sobie rachunek sumienia, niechętnie, ale jednak. Nie ma w moim życiu rzeczy, o których bym nie myślał, bo wiem, że największe wyrzuty sumienia przychodzą wtedy, kiedy człowiek z sobą nie rozmawia. Bywałem trochę nie w porządku wobec moich poprzednich żon, imprezowałem, ale... można było ze mną inaczej zagrywać. Moja obecna żona, Basia, na szczęście doskonale wie, jaka jest instrukcja obsługi „Tigera”, dlatego tak dobrze nam razem.

Przytulanie?

- Tak.

Głaskanie?

- Tak. Głaskanie, dotyk. Uwielbiam seks. Uwielbiam się całować.

A co dajesz w zamian?

- To samo, i do tego poczucie bezpieczeństwa.

Płaczesz na filmach?

- No pewnie. Na „Titanicu” na przykład płakałem. Ja się bardzo szybko wzruszam, otwieram się momentalnie. Nawet jeśli kogoś źle potraktuję, zawsze mam wyrzuty sumienia i naprawdę boli mnie serce, że kogoś wyzwałem, mimo że na to zasłużył.

A dlaczego nakrzyczałeś kiedyś na Gołotę?

- Pokłóciliśmy się o jakąś głupotę, o papierosa czy coś takiego. Zupełny drobiazg. Tak naprawdę ta kłótnia to był chyba wynik walki o władzę, bo ja byłem wtedy przewodniczącym rady obozu, a Gołota zawsze za późno przychodził. Ciężko było go ukarać, bo on był za duży dla małych, a za głupi dla mądrych - tak bym to określił. Był świetnym sportowcem, ale nie potrafił się z nikim dogadać. Ale to nie była wielka kłótnia czy bijatyka. Nic takiego, o co można mieć do siebie na dłuższą metę pretensje. Zresztą ja z natury nie umiem się złościć. Zły bywam nie dłużej niż 10 minut. Wydrę się: „Ty ośla łąko” i po wszystkim. Nie życzę tej osobie źle. Nienawiść, zawiść, zazdrość - nie pławię się w takich emocjach. Nie zmuszam innych, żeby czuli to co ja. Tego nauczył mnie boks.

Powiedziałeś, że psychologia boksu to bajer.

- W walce ważna jest tylko kondycja i opanowanie, zero emocji. Nie można dać się wyprowadzić z równowagi. Jeśli nienawidzisz przeciwnika, przepadasz. Boks to takie szybkie szachy.

A strach?

- Odczuwałem go tylko przed tym, co powiedzą moi najbliżsi. Zawsze tylko o to się martwiłem.

A nie żal ci było twoich leżących na deskach przeciwników?

- Żal trwa parę sekund, a satysfakcja, która zaraz nadchodzi jest tak ogromna, że przesłania wszystko. Kibice, aplauz, radość. O żalu momentalnie się zapomina. A potem... Dobre jedzenie, wygłupy, balety, alkohol. Widzisz, ja to wszystko już przeżyłem z góry na dół, tam i z powrotem. I całe szczęście, że to się zadziało kiedyś, w młodości, w odpowiednim czasie, bo gdy teraz widzę łysiejącego czterdziestoparoletniego pana w cabrio śliniącego się do młodych dziewczyn, to myślę sobie: no i co mu z tego? Jedynie zapalenie uszu chyba.

 

 

Dariusz „Tiger” Michalczewski. Mistrz świata w kategorii półciężkiej federacji WBO w latach 1994-2003. Mistrz świata w kategorii cruiser federacji WBO w 1994 roku. Mistrz świata kategorii w półciężkiej federacji WBA i IBF w 1997 roku. Jako pierwszy bokser w historii unifikował pasy mistrzowskie trzech organizacji WBO, WBA i IBF w kategorii półciężkiej. 23 razy obronił tytuł mistrz świata. W 2005 roku zakończył karierę zawodową i założył fundację „Równe szanse”. Mieszka w Gdańsku z żoną Basią i synkiem Darkiem.

Hanna Halek. Dziennikarka. Trzykrotnie nominowana w Konkursie im. Barbary N. Łopieńskiej za wywiady z Janem Nowickim, Michałem Żebrowskim, Maciejem Maleńczukiem. Obecnie związana m.in. z magazynami „Zwierciadło”, „Sens”, „Polityka”, „Wysokie Obcasy”. Współautorka książek „Cudowne lata” oraz „Jak brat z bratem”. Trenuje stworzone przez Bruce'a Lee Jeet Kune Do.

Komentarze (130)
Zaloguj się
  • Gość: Seb

    Oceniono 324 razy 236

    Dariusz Michalczewski Wielki sportowiec Mistrz świata i czytając jego poglądy ( mimo iż nie jestem ani gejem ani chrześcijaninem) uważam ze jest również mądrym człowiekiem Na prawdę zajebisty gość

  • metropolitman

    Oceniono 196 razy 138

    swietny przyklad czlowieka dojrzewajacego z wiekiem. bardzo madre wypowiedzi na wiele tematow, w ktorych madry czlowiek zna swoja wartosc, wyraza swoja opinie i nie boi sie stanac w obronie godnosci innych, dyskryminowanych. widac rowniez jak zbawczo dziala na ludzi pobyt w normalnych krajach na zachodzie europy, w ktorych spoleczne rownouprawnienie, tolerancja i akceptacja zostaly juz dawno przerobione i nikt nie smie w ogole jeszcze dzis praw takich osob kwestionowac, tak jak to ma w Polsce.
    polska zasciankowosc i sredniowiecze mentalne przejawia sie w tych wszystkich wypowiedziach naszych rodakow, ktorzy czuja sie upowaznieni wlasnie do oceniania zycia innych i do "pozwalania" innym jak zyc. Nawet gdy Tiger mowi, ze wierzy w Boga i modli sie za wszystko mu zostalo dane i stara sie szanowac blizniego, to taki argument nie przemawia do polskich zawistnikow. Najbarzdziej mnie smiesza wypowiedzi typu: "Straciłem dobro zdanie o Michalczewskim od czasu kiedy zaczął wypowiadać się
    publicznie na temat homoseksualistów w Polsce...." - tzn. gdyby sie wypowiadal w jezyku pelnym nienawisci wobec innych to bylby "spoko ziomal" z niego. Ludzie zastanowcie sie nad tym skad w was tyle nienawisci wobec wszystkiego, co odmienne, skad te kompleksy?????

  • Gość: gula

    Oceniono 152 razy 106

    Dariusz Michalczewski jest nie tylko swietnym sportowcem ale i dobrym czlowiekiem.Podziwiam go i bardzo szanuje.Panie Darku wszystkiego dobrego i niech pan zawsze bedzie soba!To w panu cenie najbardziej!

  • s0ap

    Oceniono 126 razy 102

    W kiepskich czasach żyjemy, skoro człowiek w zasadzie normalny jest uważany prawie za wzór cnót...

  • Gość: RAV

    Oceniono 100 razy 58

    Pracowałem w Niemczech w latach, w który Pan Michalczewski robił ogromną karierę w Niemczech i na całym Świecie. Był i (pewnie jest nadal)uwielbiany przez Niemców, Turków i nie wiem kogo jeszcze. Niemiecki media były nim zachwycone chociaż zdarzały mu się drobne wpadki. Jedynie jak zwykle zaściankowi, zazdrośni Polacy ciągle robili dym, że walczy pod niemiecką flagą , teraz zacofanie pokazują krytykując jego opinię (zresztą bardzo słuszną) na temat ludzi "innych" niż życzyłby sobie PIS. Ludzie kiedy my wreszcie zaczniemy być normalnymi europejczykami? Pani Darku GRATULACJĘ za osiągnięcia sportowe i obecną postawę. Jestem Pana rówieśnikiem i zazdroszczę Panu w sense pozytywny tego czego Pan dokonał

  • stjack

    Oceniono 95 razy 45

    Super gość - prawdziwy Polak.

  • Gość: stary

    Oceniono 47 razy 37

    .......i dlatego wygrywał z silnymi i silniejszymi od siebie......bo umiał myśleć !!!!

  • Gość: Gość Niedzielny

    Oceniono 110 razy 34

    Nie mam nic przeciwko adoptowaniu dzieci przez pary homoseksualne - tym bardziej, że mogą 10 razy lepiej trafić niż do rodziny "Katolickiej", w której panuje przemoc domowa i rodzice nadużywają alkoholu ( w tych "katolickich" rodzinach bardzo częsty przypadek )

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX