Bieszczady, lata 70. Smolarz odpoczywa po pracy w barakowozie

Bieszczady, lata 70. Smolarz odpoczywa po pracy w barakowozie (fot. Chris Niedenthal)

wywiad gazeta.pl

Chris Niedenthal: Po upadku komunizmu Polska przestała być ciekawa dla zagranicznych pism

Dziś jest moda bardziej na rozrabianie niż na tworzenie. Charyzmatyczni ludzie skończyli się dla mnie ze śmiercią Margaret Thatcher czy Ronalda Reagana - mówi nam Chris Niedenthal, jeden z najbardziej znanych i docenianych europejskich fotoreporterów. 6 października na rynku pojawi się album ?Chris Niedenthal. Wybrane fotografie 1973-1989? - kompleksowy wybór zdjęć tego autora, ze słowem wstępnym Jerzego Pilcha.

Jestem ostatnim rocznikiem stanu wojennego...

- To pan młody jest...

Młody to pan był, jak pan do Polski przyjechał i został na stałe...

- Fakt, miałem 22 lata.

I, jak sam pan wspominał, do Polski przyjechał pan jako „zimna ryba” - Anglik, który nie umie pić wódki.

- Zgadza się. W Anglii ani piwa, ani whisky, a przyjechałem do Polski i okazało się, że i z wódką jestem na bakier. Oczywiście będąc młodzieńcem, trochę tego wypiłem, bo wypadało, ale dla mnie to jak picie acetonu.

Polskość oparta na wódce to nie było dla pana.

- Oj, nie. Starałem się jak mogłem dopasować, ale nieskutecznie.

Mówił pan, że jak już ma być Polakiem, to lepiej Polakiem w Polsce niż Polakiem w Anglii. No i przyjeżdża pan, nie po raz pierwszy oczywiście, ale ukształtowany przez angielskie szkoły, z angielskim myśleniem o świecie, w Polsce bywał pan dotąd tylko na wakacjach - w arkadii dzieciństwa, czyli widział pan ten lepszy kawałek kraju. Przyjeżdża - i zostaje. I jaka była ta Polska?

- Już wcześniej zafascynowałem się tym krajem. Polska była biedna, ale ciepła. Chodzi tu oczywiście o ludzi. Ciekawiła mnie o wiele bardziej niż ówczesny Londyn, w którym, owszem, mieszkałem i żyłem, ale do którego nigdy jakoś się nie dopasowałem. A wcześniej jeszcze byłem w szkole z internatem, w zakonie benedyktyńskim, a to miejsce prądy z Londynu raczej omijały.

Kalwaria Pacławska 1977 rok (fot. Chris Niedenthal)Kalwaria Pacławska, 1977 r. (fot. Chris Niedenthal)

Za to klub fotograficzny pan założył.

- Tak, oficjalnie dla wszystkich, a właściwie dla siebie (śmiech). Rodzice mieli nadzieję, że skupię się na nauce. Zdałem maturę, ale zainteresowań nie porzuciłem.

Pytam o Polskę, bo przejrzałem zdjęcia, które trafiły do pana albumu wydanego przez BOSZ. Moją uwagę zwróciły nie fotografie ze Stoczni Gdańskiej, tylko ta Polska bardziej zacięta, ze spuszczonym wzrokiem... Nie zapytam o „Czas Apokalipsy”, bo w każdym wywiadzie pana o to pytają...

(śmiech)

...a zapytam o szwaczkę za maszyną. I o tę drugą panią, która patrzy znad filiżanki. Widzę dwie części tego albumu. Ta pierwsza wygląda, jakby pan odbył tournée po zakładach pracy.

- Czasami trzeba było fabryki fotografować. Ale w tych fabrykach interesowali mnie ludzie, a nie ich praca. Ta dziewczyna przy maszynie, która tak się patrzy, niepewnie, trochę smutno, to był Kraków. Zakłady Vistuli w Krakowie, 1982 r.

Jak się pan tam dostał?

- Zawsze trzeba było się wystarać, ale akredytowanemu korespondentowi było łatwiej. O pozwolenie występowało się do agencji Interpress, która się opiekowała korespondentami...

...i przy okazji przyklejała im „ogon” bezpieki.

- Tak, tak, zawsze ktoś tam z nami bywał.

Bardzo przeszkadzali?

- Nie, choć wiedzieliśmy, o co tak naprawdę chodzi. Ale niczego nie ukrywałem, jak miałem zadanie, żeby sfotografować takie zakłady, to jechałem i fotografowałem.

Wszędzie szaro, szare twarze, i wolał pan jednak tu, a nie tam, mieszkać?

- Tak. Tu było po prostu ciekawiej. Tu ludzie z czymś walczyli, z komunistycznym systemem. Walczyli słowem, myślą i duszą. I dowcipem.

Od pewnego momentu tą walką zaczął opiekować się papież.

- Myślę, że papież dał tu dużo. Przede wszystkim odwagi.

Na wielu zdjęciach sportretował pan tę polską surową religijność, zwykłych prostych ludzi klęczących na pielgrzymkach. Jakie znaczenie ta religijność miała dla pana, biorąc pod uwagę, że pańscy rodzice w Anglii chodzili do angielskiego kościoła, żeby integrować się z brytyjskim społeczeństwem, a sam Kościół odgrywał ważną rolę w społeczności polskich imigrantów? Przyjeżdża pan tutaj - i widzi ten kościół w stanie czystym.

- Mnie to bardzo interesowało wizualnie. W Anglii głównym Kościołem jest jednak protestancki - mniej wylewny. A w angielskim Kościele katolickim chodziło się do kościoła, owszem, pielgrzymki były. Ale nie na taką skalę jak w Polsce, tu to było takie... średniowieczne, to było takie zupełnie nieangielskie, to ganianie w błocie po polach za Jezusem z krzyżem w Kalwarii Zebrzydowskiej pod Krakowem czy za Matką Boską w Kalwarii Pacławskiej w Bieszczadach. Ja jestem dość cynicznie nastawiony do tego wszystkiego i zawsze byłem, może częściowo dlatego, że chodziłem w Londynie do katolickich szkół, a potem przeżyłem internat w zakonie benedyktyńskim. Widziałem, że świętości tu żadnej nie ma, nie widziałem jej w tych ludziach.

Warszawa. Sklep mięsny, lata 80-te (fot. Chris Niedenthal)Warszawa. Sklep mięsny, lata 80. (fot. Chris Niedenthal)

System się zmienił, a pielgrzymki dalej chodzą za Jezusem po polach. Tylko kościelne rytuały czy rekwizyty są bardziej ozdobne.

- Dawno nie fotografowałem takiego wydarzenia...

I nie ciekawi to pana? Przejechać się w Polskę, zobaczyć, co się zmieniło przez te lata?

- Ciekawi, ale trzeba mieć jakąś motywację. Może to jest pomysł! Żeby wrócić na Pacławską i... jeszcze raz to wszystko zrobić. Ja się tym zafascynowałem pod wpływem albumu Adama Bujaka „Misteria”. Zajęliśmy się tym z kolegami, było nas czterech, miałem takiego busa, volkswagena campera, razem jeździliśmy po Polsce.

Hipisowski bardzo pojazd.

- Mój jedyny ukłon w stronę tzw. hipisowstwa. Warunek był taki, że każdy miał przynieść kanister benzyny. Jako obcokrajowiec musiałem kupować benzynę za dewizy, co było dość okrutne, bo nie stać mnie było, żeby tak płacić dolarami, a busik trochę palił.

Ale chyba nie narzekał pan na siłę przebicia - płacili panu w funtach, a wydawał pan w Polsce.

- Oczywiście. Nigdy nie miałem dużo pieniędzy w porównaniu do Anglików, zwłaszcza że na początku niewiele zarabiałem, niełatwo było sprzedać historię z Polski. Ale na czarnym rynku funt miał swoją wagę - przebicie na złotówki było olbrzymie. Miało się 100 funtów, to już się było w dobrej sytuacji.

Od kiedy zaczęły się żniwa, zainteresowanie na zdjęcia z Polski?

- Właściwie od 1978 r., od wyboru Karola Wojtyły na papieża.

Przeczytałem, że zawsze fotografował pan ze światłomierzem. A to zajmuje czas. Jestem więc tym bardziej pełen podziwu, ile miejsc udało się panu odwiedzić i sfotografować.

- Sam się dziwię, że odruch mieliśmy, żeby precyzyjnie mierzyć światło. Ale ja fotografowałem na slajdach, czyli na filmach diapozytywowych, a w tym przypadku zawsze trzeba bardzo dokładnie mierzyć światło.

Powiedział pan kiedyś, że w niebezpiecznej sytuacji fotograf zawsze boi się bardziej o sprzęt niż o siebie. Był taki moment, kiedy pan się rzeczywiście o siebie bał?

- Nigdy nie było wiadomo, zwłaszcza w czasie demonstracji, co będzie. Oczywiście, że się bałem. W stanie wojennym bałem się cały czas. Nie wiadomo było, czego się spodziewać, co to wojsko zrobi. Może to wszystko w tej chwili brzmi idiotycznie,  ale my tego po prostu nie wiedzieliśmy. Nie wolno było wtedy pokazywać się z aparatem na ulicy. A w tłumie demonstrantów też zdarzali się ubecy, też mogli nas wciągnąć do bramy i zrobić swoje. A ZOMO-wiec, jak widział gościa z aparatem...

...to tłukł.

- Wiedział, w kogo ma trafić. Raz mnie ZOMO-wiec złapał za pasek do torby przed drzwiami w kościele na Nowym Mieście. Zdążyłem się mu wyrwać i przez te drzwi wślizgnąć do środka, a on już do kościoła nie wszedł. Opuściłem potem kościół bocznymi drzwiami, a ksiądz proboszcz ukrył aparaty.

Jak dzwoniłem do pana i pytałem, co pan głównie robi teraz, to odpowiedział pan, że głównie przegląda archiwum.

- I ta książka jest w dużej mierze efektem tego dłubania. Ja nie znam swoich zdjęć. „Newsweekowi” i „Time'owi” wysyłaliśmy filmy niewywołane - taka była zasada. Nie wiedziałem, jakie będą rezultaty. Z całego fotoreportażu publikowano tylko małą część zdjęć. I teraz siedzę nad tymi kartonami i dłubię.

Warszawa, 14 grudnia 1981 rok (fot. Chris Niedenthal)Warszawa, 14 grudnia 1981 r. (fot. Chris Niedenthal)

I co na tych zdjęciach jest? Polska?

- Polska, ale też Węgry, Czechosłowacja, ZSRR, trochę Jugosławii, NRD, Rumunia, Bułgaria. Gdy pracowałem dla „Time'a”, moim obszarem działania była cała wschodnia Europa. A po jakimś czasie dali mi jeszcze Związek Radziecki. Wszystkie te pudełeczka są pełne historii tych krajów.

Rozmawiałem ostatnio z Volkerem Hinzem, który powiedział mi, że też jest na etapie przeglądania archiwów.

- To chyba już jest po prostu ten wiek, może nie starości, ale zbliżania się do starości...

Fotografuje pan jeszcze, może nie na co dzień, ale czasem ma pan nowe tematy? Czy już skupia się pan tylko na archiwach?

- Mało obecnie robię zdjęć. Wiem, że muszę zrobić porządek w tym archiwum. Nie chcę powiedzieć, że to jest skarb, ale tam jest nasza historia. Oczywiście jest tam też dużo kiepskich technicznie zdjęć - prześwietlonych, poruszonych, nieostrych bądź po prostu nietrafionych.

A czy nie jest to przy okazji porządkowanie własnego życia?

- W pewnym sensie tak. Przyznam się, że jak to wszystko oglądam, to wydawałoby się, że teraz jestem leniem i nic nie robię, ale tak oczywiście nie jest. Po prostu nie jestem aktywnym fotoreporterem prasowym, który jak coś się dzieje, rzuca wszystko i za pół godziny jest w samolocie. Mówiąc po amerykańsku, jest to syndrom „been there, done that” („Byłem, zrobiłem” - przyp. red.). Więc w pewnym sensie może to źle o mnie świadczy, że już nie mam tej ciekawości, ale ja już tyle w tych wszystkich krajach bywałem, widziałem i fotografowałem. A warunki - powiedzmy uczciwie - nie były wtedy najlepsze.

Gdzie było najtrudniej?

- W Związku Radzieckim i Rumunii. Ale to wszystko było wliczone w tę ciekawą robotę. Bo niewątpliwie jest to ciekawe być fotoreporterem, na którego oczach tworzy się historia.

No właśnie - sfotografował pan właściwie wszystkie rewolucje 1989 r.

- Oprócz Rumunii.

Ale jej finał pan sfotografował - prowizoryczny grób Ceausescu w alejce cmentarnej.

- Tak, nieoznakowany, właściwie na ścieżce między grobami. Ale nie wiem, czy był to grób prowizoryczny - po prostu z nienawiści do niego tak go pochowano.

Wrocław w 1982 roku (fot Chris Niedenthal)Wrocław w 1982 r. (fot Chris Niedenthal)

Były takie głosy, że może i u nas poprzednia władza powinna zakończyć swoje panowanie w podobnej rewolucji. Może ludzie mają potrzebę, żeby komuś w gębę dać.

- Tylko czy taka potrzeba jest warta rozpropagowania? Myślę, że my wyszliśmy z tego z kulturą i klasą. W Rumunii było inaczej, bo Ceausescu był rzeczywiście okrutnym dyktatorem. Teraz zresztą kandydatem do podobnego końca był Janukowycz. Dlatego uciekł. Wiedział, że jego czas się skończył.

Powiedział pan, że wyszliśmy z jakąś kulturą, tylko co z niej zostało? Tej politycznej?

- Uczymy się. Polityka dlatego bywa nazywana dojrzałą, bo musi dojrzeć. A my nie dojrzeliśmy jeszcze do takiej polityki.

Fotografował pan największe polityczne osobowości przełomu, m.in. Mazowieckiego. Których polityków by pan fotografował dzisiaj?

- W Polsce?

Tak.

- To trudne pytanie. Ja już dziś na bieżąco się tak tym nie zajmuję, ale tak naprawdę to nikogo.

A za granicą?

- Też niespecjalnie. Bo nie ma takich charyzmatycznych przywódców. Merkel być może, bo jest kobietą i ma silną rękę. Dlatego lubiłem Margaret Thatcher. Potrafiła ustawić mężczyzn po swojemu. A jak była potrzeba, żeby tupnąć nogą, to tupała. Mężczyźni często tupią w niewłaściwym momencie - albo za często, albo za słabo, albo za mocno (śmiech).

Kádár (przywódca Węgier, Chris Niedenthal zrobił mu słynne zdjęcie na okładkę „Time'a” - przyp. red.) był taki charyzmatyczny? Czy ten Lenin w tle?

- Chyba Lenin. Szkoda że nie mogłem go sfotografować. Kádár był mało charyzmatyczny, no i zapisał się w pamięci Węgrów jako rzeźnik Budapesztu. Na stare lata złagodniał, może nawet trochę go tam polubili, bardziej takim dziadkiem był, łagodnym jak baranek - jeśli można coś takiego powiedzieć o przywódcy komunistycznym.

Polacy nigdy nie pokochali pana byłego sąsiada, gen. Jaruzelskiego (Chris Niedenthal mieszka kilkaset metrów od domu, w którym mieszkał generał - przyp. red.). Spektakl buczenia na pogrzebie był przerażający.

- Tutaj ta nasza kultura rzeczywiście się rozjeżdża. Są ludzie, którzy wolą dać w dziób, zanim pomyślą.

To jest według pana „polskie”?

- Nie. My się niczym nie różnimy od innych narodów. W każdym kraju są problemy polityczne, prawa strona pluje na lewą, lewa na prawą, a ci, co stoją pośrodku, zostają opluci z każdej strony. My jesteśmy tylko niewystarczająco dojrzali politycznie. Jesteśmy jeszcze na niższych szczeblach tej drabiny i bardzo łatwo spaść niżej aniżeli na Zachodzie, gdzie to jest już, powiedzmy, bardziej opracowane, jak krytykować i chwalić.

Targ w Grójcu w 1982 roku (fot. Chris Niedenthal)Targ w Grójcu w 1982 r. (fot. Chris Niedenthal)

Wierzy pan, że za parę lat będziemy ciut wyżej?

- Tak. Tylko trzeba pamiętać, że my jesteśmy dopiero od 25 lat niepodlegli. A przez poprzednie lata - komunizmu, wojny, krótkiej wolności - to nasza historia dała nam w kość i dopiero teraz to wszystko wychodzi na jaw. Jak mamy tę wolność, to nie do końca umiemy ją opanować. Ale i tak idzie nam lepiej niż innym państwom i jestem dumny z tego, że Polska zaczyna być normalnym krajem.

Przy czym wystarczy wyjechać z wielkiego miasta i pojechać parędziesiąt kilometrów na prowincję, trafić do popegeerowskiej wioski, żeby cofnąć się w czasie o kilkadziesiąt lat.

- Z drugiej strony pamiętajmy, że to wyjątki, bo jak się pojedzie gdzie indziej, widać wyremontowane i nowe domy, drogi, sklepy... Choć trzeba mieć oczywiście pieniądze, żeby w nich kupować, to jest kolejny problem.

Tylko czy ludzie są już wyremontowani? Czy umysły są wyremontowane?

- Chyba rzeczywiście jeszcze nie do końca. Może trzeba będzie czekać, aż przyjdzie następne pokolenie, pokolenie pana i młodszych od pana. Cała nadzieja w młodzieży.

Sporo tej młodzieży, i to w dużej części tej bardziej przedsiębiorczej, to akurat do pana drugiej ojczyzny wyjechało.

- Co mnie zawsze jednak dziwi - mnie naprawdę tam nie ciągnie, nie wyobrażam sobie siebie w Anglii w tej chwili.

Brytyjski paszport zamienił pan na polski dopiero w 1998 r.

- Mam oba. Ale używam teraz wyłącznie polskiego.

Za komuny pewnie dużo wygodniej było z brytyjskim.

- Oczywiście. W moim przypadku, korespondenta zagranicznego, mijałoby się to z celem. Jako obcokrajowiec dostawałem roczną wizę wielokrotnego użytku. Mogłem w każdym momencie wyjechać i wjechać. A potem, w latach 90., gdy moja praca dla wielkich czasopism zachodnich właściwie się kończyła, można było to zmienić. Więc z wielkim wzruszeniem odebrałem polski paszport.

Pod rozmontowywanym murem berlińskim czuł pan, że z jednej strony to świetnie, bo ten cholerny komunizm wreszcie upada, a z drugiej strony kończy się pana patent na pracę?

- Rzeczywiście tak. Właśnie wtedy, jak mur padał w Berlinie, wiedziałem, że coś fantastycznego się dzieje, ale skoro już wtedy w Polsce kończył się komunizm, a teraz była pora na NRD, to wiedziałem też, że to początek końca mojej pracy.

A nie sądził pan, że właśnie tak naprawdę może się zacząć? Ile niesamowitych, ciekawych historii się zacznie w tych krajach, które pozbyły się reżimów?

- Ale już nie tak pasjonujących jak walka z komunizmem. Zdjęcia, które zrobiłem po 1989 r. w krajach byłego bloku wschodniego, już mnie tak bardzo nie pasjonowały. Kończyło się też zapotrzebowanie zagranicznych pism. Jak już nie było komunizmu, to ta Polska nie była tak dla nich ciekawa.

Mówił pan też, że polskość działa jak sprężyna: wraca, chociaż może chciałbyś od niej uciec, czasem dostajesz w oko, ale nie zawsze. Dostał pan kiedyś tą polskością w oko?

- No, nie dosłownie. Choć mnie to raczej frapowało, że jestem z pochodzenia, a właściwie z kości i z krwi Polakiem, przecież ojciec Polak, matka Polka. Ale kiedyś tak powiedziałem, bo nie wszędzie dobrze być Polakiem. Ale trudno określić, czym dokładnie w oko się dostawało.

Jak przejrzałem pana album, to zanotowałem trzy słowa klucze, które w moim przekonaniu go otwierają. „Wiejskość”, „codzienność” i „magiczność”. Uważny czytelnik tego albumu dostrzeże, że ten Chris Niedenthal owszem, utrwalił na kliszach polityczne przemiany, ale tak naprawdę to w większości fotografował zwykłych ludzi.

- Ja żałuję, że więcej takich zdjęć nie robiłem. Gdy w latach 70. przyjechałem do Polski, to fotografowałem, co tylko mogłem. Potem, gdy wszedłem w tryby tych tygodników amerykańskich i niemieckich, takie sprawy zeszły na drugi plan, robiło się je na boku. Już przy okazji mojej poprzedniej książki, „PRL. Rekwizyty”, słyszałem, że fotografuję właściwie tę Polskę B. Że cały czas jest brzydota, wiocha i tak dalej. Choć wtedy to i miasta nie wyglądały lepiej - wszystko było krzywe, rozpadające się, niewyremontowane. Może wszystko tak wygląda przez to, że było w takim stanie.

Ale z drugiej strony jest w tym albumie sporo zdjęć, których klimat określiłbym słowem „magiczne”. To te kadry napełnione mgłą, oparem, jakimś kolorem...

- Miło, że coś tam takiego jest. Bo magia jest ważną częścią fotografii. Więc jeżeli pan mówi, że tam coś takiego jest, to jest mi miło.

A skąd ten pies obwieszony orderami?

- A to jest Kijów w 1989 r., jeszcze ZSRR, a nie Ukraina. Pies miał wszystkie te ordery z psich konkursów na szyi i wyglądał bardzo dostojnie.

Wygląda, jakby nosił ordery za pana, który już nie ma siły. Jak wyglądał jego pan?

- Niemłody, nie pamiętam dokładnie. Ale mógł pamiętać te ordery, które się w ZSRR hojnie rozdawało.

Erupcja ropy w Karlinie, 1981 rok (fot. Chris Niedenthal)Erupcja ropy w Karlinie, 1981 r. (fot. Chris Niedenthal)

Niewiele się zmieniło, jak się patrzy na tegoroczną paradę w Moskwie i to, co się dzieje na wschodzie Ukrainy.

- Tworzy nam się taki nowy Związek Radziecki. Bardzo niedobrze.

Tylko nowego Wałęsy nie widać.

- I chyba nigdy nie będzie. Bo Wałęsa to jest Wałęsa. Wtedy był naprawdę wyjątkowy. To było widać od pierwszego dnia, gdy go spotkałem, podczas drugiego dnia strajku w Gdańsku. Nie znałem go jeszcze, gdy wtedy patrzyłem, jak świetnie prowadził negocjacje z dyrekcją stoczni.

Nie mogę nie zapytać o to zdjęcie pocałunku Lecha Wałęsy i jego żony Danuty, które zrobił pan w ich domu. Widać w nim namiętność, uczucie. Złapał ich pan cholernie intymnie.

- Mocno się zdziwiłem, kiedy znalazłem to zdjęcie. Przepatrywałem kartony, gdy raptem wyłania się takie zdjęcie, które 30 lat leżało niezauważone. Byłem u nich na śniadaniu, Lech zbierał się do pracy, mieliśmy iść do jego nowego biura „Solidarności”, założył kurtkę, pocałował żonę, a w tle jego teściowa niemal lewituje z herbatą w jednej ręce, a kanapką w drugiej - zaczyna do mnie wracać ten moment, ale go nie pamiętałem. Bardzo się ucieszyłem, że znalazłem to zdjęcie. Moment czułości bardzo ważnej osoby.

Dalej bardzo ważnej czy już historycznej?

- Dziś już bardziej historycznej. Wtedy był bardzo ważny i bardzo potrzebny. I to był cud właściwie, że w jednym momencie dostaliśmy nie tylko papieża z taką charyzmą, ale jeszcze Wałęsę z jego charyzmą. Mieliśmy silną drużynę.

A dziś pan taką drużynę widzi?

- Nie. I pewnie dlatego też nie fotografuję. Dziś jest moda bardziej na rozrabianie niż na tworzenie. Charyzmatyczni ludzie skończyli się dla mnie ze śmiercią Margaret Thatcher czy Ronalda Reagana. I polityczną śmiercią Gorbaczowa - ten był pierwszym przywódcą ZSRR, który był po prostu inteligentny i zachowywał się normalnie. Wszyscy przed nim byli siermiężnym, partyjnym betonem. Jelcyn był jeszcze kolorowy. A teraz jest Putin i wracają stare czasy. On ma charyzmę muru betonowego. To jest tragedia świata, że taki człowiek mógł dojść do takiej pozycji. Koszty będą straszne.

Ale myślę, że to już jest miejsce dla młodych fotoreporterów. A jest mnóstwo świetnych polskich fotografów - młodych, gniewnych. Choćby Janek Brykczyński, który kilka lat pracował nad reportażem o Bojkach. Trzeba oddać pole tym, którzy to robią tak, jak się to dzisiaj robi.

Co musiałoby się zdarzyć, jaki temat musiałby się pojawić, żeby pan spakował aparat i za pół godziny wyszedł z domu i pojechał go robić?

- Trudno mi powiedzieć. Nie ma... Wolę nie krakać. Jednak żyję teraz bardziej spokojnie i przeglądanie tych wszystkich zdjęć z pomocą asystentki jest tym, co zajmuje mnie najbardziej. A jeżeli fotografuję, to to, co chcę. Np. przez 10 lat fotografowałem dzieci niepełnosprawnych intelektualnie, z chęci pomocy, z serca. I ostatnio namówiła mnie pani dyrektor nowo powstającego muzeum emigracji w Gdyni, tworzonego w Dworcu Morskim przy porcie Marynarki Wojennej, żebym przyjechał i udokumentował duszę tego szczególnego miejsca, zanim zostanie przebudowane. Przypływały tam przed wojną i po wojnie polskie i inne transatlantyki, stamtąd ludzie emigrowali z Polski.

Jak widać, czasem Chris Niedenthal wychodzi z domu.

- Możliwość powrotu do formy w robieniu zdjęć daje mi satysfakcję. Jak z godzinę potrzymam aparat w ręku, to wracają dawne czasy. Człowiek z aparatem jest zupełnie innym człowiekiem. Przełamuje swoje bariery.

W panu aparat coś zmienił?

- Jak najbardziej. Zawsze wstydziłem się wyjść przed ludzi i coś zrobić. Ale z aparatem - to co innego. To jest bariera między moim okiem a drugim człowiekiem czy ludźmi.

Z jednej strony bariera, z drugiej klucz.

- Oczywiście. Dlatego tak bardzo polecam ten zawód, choć dziś w pewnym sensie coraz mniej potrzebni są zawodowi fotografowie. Ale myślę, że dobry fotograf znajdzie sobie miejsce na Ziemi. Ja miałem to szczęście, że i w „Newsweeku”, i w „Time” uważali, że potrzebują dobrych fotografów. Trafiłem w dobry czas - fotoreporterzy, nawet jeśli się nie znali, czuli jakąś więź. Nie zwracano uwagi na koszty zrobienia reportażu. Wcześniej, w latach 60., np. w „LIFE” fotograf był po prostu królem całej planety. Ja jeszcze się załapałem na końcowe lata tej epoki, kiedy wysłanie kilku fotografów i pokrycie wszystkich kosztów podróży i filmów nie było problemem.

Zaczynam rozumieć, dlaczego pan już nie chce się w to bawić.

- W pewnym sensie przeżyłem te najlepsze lata fotoreportażu, może dlatego czuję się wygodniej i przyjemniej w innej roli teraz - na przykład kiedy dzwonią z takiego Muzeum Emigracji i proszą o zdjęcia, bo liczą, że mój styl może się przydać do ukazania duszy ukrytej w tym budynku. Dlatego też fotografowałem dzieci niepełnosprawne intelektualnie. To są sprawy, które zostają na całe życie. Może to jest to, co ja lubię w fotografii. Nie lubię tak po prostu zrobić czegoś jednego dnia i zapomnieć.

Jak byłem młodym człowiekiem, sądziłem, że będę robił inną, mniej newsową fotografię. Ale wpadłem w politykę i nie żałuję, bo to, co się działo w Polsce w latach 70. i 80., po prostu było polityczne. Nie żałuję, że mogłem to pokazać w „Time” i w „Newsweeku”. Tak jak nie żałuję ani jednego dnia, ani minuty z tych 41 lat, które jestem w Polsce.

Okłądka książkifot. materiały wydawcy

Chris Niedenthal. Wybrane fotografie 1973-1989, premiera: 6 października

Chris Niedenthal. Fotograf. Urodził się w Wielkiej Brytanii w rodzinie polskich emigrantów. W swojej karierze współpracował z wieloma znanymi magazynami, m.in.Newsweek”, Time”, Forbes” iDer Spiegel”. Jako pierwszy zagraniczny reporter fotografował strajk stoczni w Gdańsku. W 1986 roku został laureatem World Press Photo za portret przywódcy węgierskich komunistów Jánosa Kádára. Jest uważany za autora najsłynniejszych w historii zdjęć z bloku wschodniego.

Michał Gostkiewicz. Dziennikarz Gazeta.pl. Robi wywiady, pisze o sprawach zagranicznych i fotografii, pisze bloga Realpolitik, twittuje. Gdy nie musi pracować, chodzi po górach, jeździ na rowerze lub pływa żaglowcami po morzach. I robi zdjęcia.

Komentarze (8)
Zaloguj się
  • miu_zalogowana

    Oceniono 40 razy 28

    Zdjecie Chrisa Niedenthala "Kino Moskwa - "Czas Apokalipsy" + czołgi i wojsko na ulicach Warszawy" to absolutnie jedno z najlepszych, fenomenalnych zdjec stanu wojennego. Mistrzostwo. Dla mnie niezapomniane zdjecie, jeden z tych nielicznych prasowych obrazow, ktore przechowuje sie w pamieci przez cale zycie. Pamietam takze ze autor wyznal, iz bylo dzielem przypadku, ze chwili, w ktorej je robil nie do konca zdawal sobie sprawe, iz fotografia bedzie niosla w sobie tak wiele tresci. A jednak jest to jednak absolutny majstersztyk. Fotografia, ktora ogladalam dziesiatki razy, ktorej kopie mam i przechowuje. Chapeau bas!

    Druga sprawa, ktora mnie bardzo mocno ujmuje, to fakt iz Chris Niedenthal mowi o Polsce, o Polakach jako o swoim narodzie: mowi "my". Poruszajace :)) Szczegolnie, ze znam dziesiatki cudzoziemcow mieszkajacych w roznych panstwach dluzej niz pan Niedenthal, czasem w drugim pokoleniu i zawsze rozdzielajacych swiat na "oni" i "my".

    I na koniec z jednym sie nie zgadzam: mysle, ze Polska jest teraz rownie fascynujaca jak kiedys. Swiadcza o tym niezliczone reportaze, programy telewizyjne o naszym kraju, w czlowych gazetach i stacjach tv.. Dla ludzi Zachodu jestesmy fenomenem pod kazdym wzgledem (i pozytywnie, i negatywnie), a zmiany jakie sie dzieja na naszych oczach dla burżuazyjnych, stabilnych spoleczenstw dawnej Pietnastki sa naprawde niezwykle. Podobnie jak polska kreatywnosc, walecznosc (obecnie, na szczescie, gospodarcza), boom ekonomiczny oraz zmiany, zmiany, zmiany. Postep i rozwoj. Zdarza mi sie, ze przywoze roznych cudzoziemcow w odstepach kilku letnich. Nie poznaja Polski. Ich otwarte ze zdumienia usta i oczy to naprawde swietny widok! Po prostu, Chris Niedenthal wrosl w Polske tak bardzo, ze to co innych zdumiewa, dla niego jest codziennoscia, ktora przestaje sie zauwazac, bo jest norma . :))

  • Gość: l

    Oceniono 15 razy 11

    Gorbaczow żyje, o ile się nie mylę, chyba że chodzi o jakiegoś innego, nie o Michaiła Gorbaczowa

  • malone01

    Oceniono 7 razy 7

    A jak wygląda dziś ta ulica we Wrocławiu i jaka to ulica?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX