Andrzej Stasiuk

Andrzej Stasiuk (fot. Michał Gostkiewicz)

wywiad gazeta.pl

Andrzej Stasiuk: Trzy czwarte świata jest beznadziejnie biedne i w końcu przyjdzie po te nasze bogactwa

Kiedyś mieszkał w chacie bez prądu i pisał książki. Teraz w chacie ma prąd, ale pisać nie przestał. Andrzej Stasiuk wydał właśnie nową książkę "Wschód". I o tym Wschodzie - politycznym, mentalnym i kulturowym - porozmawialiśmy w jego pracowni w Wołowcu w Beskidzie Niskim.

Jak daleko u pana ten Wschód sięga?

- W wyobraźni? Zaraz, jak my teraz siedzimy? Na południowy wschód. No to tam, niech pan popatrzy, za górkę, jeszcze za następną wędruje, przeskakuje...

U mnie to on się zaczyna tam, gdzie jeszcze nie byłem.

- To umowny tytuł. Miałem kłopoty z tytułem, to sobie wymyśliłem „Wschód”.

A dobrze się chociaż ten „Wschód” pisało?

- Dobrze. Zwłaszcza że łączyło się to z myśleniem o tamtych stronach. Lubię tam przebywać. I sobie pojechać, i sobie myśleć, i zasypiać z takimi dziwnymi wizjami Wschodu pod powiekami...

A jakimi?

- Pustyni, stepu, rodzinnego domu gdzieś na Wschodzie, rodziców, rzeki Bug...

We „Wschodzie” odwiedza pan ten rodzinny dom.

- To jest opowieść rodzinna, tak naprawdę. Oboje moi rodzice pochodzą ze Wschodu.

Napisał pan takie zdanie, że wystarczyło tylko „posmakować kęs” jedzenia w domu i natychmiast cofał się pan w czasie. Naprawdę tak jest?

- Nie wiem. W książce dobrze wychodzi. Wie pan, książkę się pisze po to, żeby był dobry tekst, a nie po to, żeby napisać prawdę. Prawda na czymś innym pewnie polega. Książka jest opowieścią, wszystko się ma tam w miarę zgadzać. Ton, brzmienie, język - jak nie jest to prawda, a brzmi przekonująco, to świetnie, to dobrze, to jest literatura, przecież to nie jest literatura faktu, na miłość Pana Boga, nie reportaż. Więc pewnie kłamię, jak czegoś nie pamiętam, to zwyczajnie kłamię, jestem pisarzem (śmiech).

Mnie pan przekonał.

- A, widzi pan, dobrze.

A z tymi belkami z łemkowskich chat, co za budulec PGR-u posłużyły...

- To jest akurat prawda. Tu jest taka okolica. Wołowiec obecnie wygląda, jak wygląda. Tu stało 130 domów przed akcją „Wisła”. A w tej chwili, nie licząc „miejskich” domów i naszego, to siedem się odbudowało. Siedem rodzin wróciło po wysiedleniach. Dolina w dolinę, jak się jedzie, to widać opustoszałe wsie, nazwy tylko zostały. I to jest piękne. O tym jest też ta opowieść. Tam jest zresztą wiele opowieści. O miejscu, w którym żyję, o miejscach, do których jeżdżę, i o miejscach, z których się wziąłem.

Dom Andrzeja Stasiuka (fot. Michał Gostkiewicz)Dom Andrzeja Stasiuka (fot. Michał Gostkiewicz)

Pisze pan o pamięci lat 1943, 44, 45 i kolejnych - jak to raz po raz nocą ktoś pukał do drzwi: Żydzi, Niemcy, Rosjanie, polscy partyzanci. W Donbasie też sobie za parę lat będą opowiadać, jak nocą pukali do drzwi. Podobne pogranicze, tylko jeszcze dalej.

- Bo historia się nie skończyła. Tylko naiwność taka jakaś panowała przez kilkanaście lat, że to wszystko się poukłada, że będzie tylko lepiej i bogaciej, i spokojniej, a tymczasem ni cholery. Ani się z tego cieszyć, ani się temu dziwić, ale tak po prostu jest. Historia nie zamiera, zwłaszcza w tych stronach.

Tylko jak tu jechałem przez te strony, to patrzę - tu nowy dom, tam nowy dom, drogę położyli. Niby jest bogaciej, niby jest spokojniej, a pan mówi: „A nie”.

- Ja tego nie mówię, to po prostu tu jest. Ale rzeczywiście - kraj wypiękniał. Jak się jedzie przez te wszystkie wioseczki tutaj, to w takie małe austriackie miasteczka się zamieniają. Już nie ma zagród, są podwórka z żywopłotami. Także ludzie w pewnym sensie przestali się bać tej historii.

To dobrze, że przestali się bać?

- Nie wiem. Tak jest po prostu. Ja nie jestem od tego, żeby było dobrze albo źle, tylko opisuję świat.

I ta cała Polska tak od 25 lat prze na Zachód, a pan na Wschód, dla odmiany.

- A bo ja odmieniec jestem. Co ja będę w tłumie chodził, Boże drogi! Nic gorszego niż wakacje w tłumie. Gdzie ja mam jechać na wakacje, nad polskie morze? Wolę na pustynię w Pamirze, żeby odpocząć!

Dużo tu gości do pana przyjeżdża?

- Całe lato siedzą tu dzieci, znajomi dzieci, inni znajomi... się kłębi. Musiałem sobie szałas do pracy wybudować.

Właśnie ten?

- Tak.

Jak bardzo pan potrzebuje ludzi?

- Tak, że gdy ich potrzebuję, to żeby ich mieć. Natomiast jak ich nie potrzebuję - to żeby mi się tu nie kręcili. I Wołowiec to daje. Można człowieka poza najbliższymi przez tydzień nie oglądać. Staram się raz w miesiącu co najmniej moich rodziców w Warszawie odwiedzić, ale wielkich miast unikam. Nie jest mi to potrzebne, do teatru nie chodzę, no, może na własne premiery czasami (śmiech). Lubię Warszawę - na trzy dni, pospacerować, popatrzeć.

Andrzej Stasiuk (fot. Michał Gostkiewicz)Andrzej Stasiuk (fot. Michał Gostkiewicz)

Można pomyśleć, że ten Stasiuk to ludzi nie lubi.

- Aj tam nie lubi. Skurwysynów nie lubię. Albo nudziarzy strasznych

A to pewnie dlatego telewizora pan nie ma.

- Ostatni miałem w domu rodzinnym w latach 70. Wiodłem życie dosyć takie... swobodne, w różnych miejscach mieszkałem. A tu w ogóle nie przyszło mi do głowy, żeby go mieć.

W starych wywiadach z panem pojawia się często taki schemat: dziennikarze jadą na dziką wieś, do dziwaka, który mieszka w chacie bez prądu i pisze książki. A teraz mieszka w chacie z prądem i ma telefon komórkowy.

- ...który tu na szczęście nie działa. A poza tym trzeba było jednak dzieci jakoś wychować. W pierwszej klasie przy lampach naftowych odrabiały lekcje.

Jeszcze by kuratorium na pana napadło, że dzieciom pan wzrok psuje.

- To były śmieszne historie. Na lekcjach początkowych w podstawówce były opowieści, że „drogie dzieci, kiedyś w Polsce nie było prądu i przy naftówkach ludzie siedzieli”. A one: „My też przy naftówkach!”. Ale z czasem trzeba się było wynieść z Czarnego - tutaj. A tu był prąd, nie mogłem go odciąć - i jakoś poszliśmy na kompromis. Poza tym mamy firmę. Wydawnictwo Czarne funkcjonowało bez prądu i telefonu dwa lata. Tak wydawaliśmy pierwsze książki. Teraz by nie dało rady. Prąd jest fajny, nie mieliśmy go, bo po prostu go tam nie było, a nam to nie przeszkadzało. Ale nie był to jakiś samobójczy wybór prymitywizacji życia.

Nazwałbym „Taksim” „Wschodem I”, a obecny „Wschód” - Wschodem II”.

- To jeszcze trzeci będzie. Bo chcę powieść fajną napisać, jak dwóch starych kolesiów jedzie handlować ogórkami do Mongolii.

To będą ci sami kolesie z „Taksimu”, trochę starsi?

- Tak. Może mądrzejsi, ale nie sądzę. Pojadą do Mongolii podbijać rynek. To będzie prawdziwa opowieść. Do której jurty w Mongolii się nie wejdzie, jest akcent polski - słoik po ogórkach firmy Urbanek. Cały rynek przetworzonych, konserwowych warzyw Polacy zdominowali. Zaczęło się od zupełnego wariactwa - studiujący w Polsce Mongołowie poznali studentów polskich i pierwsze partie ogórków wozili w plecakach. Strasznie zażarło. I w jurtach są słoiki, bo w jurcie w takich warunkach się przydają. I tak wymyśliłem, że tych moich starych bohaterów puszczę w taką podróż. Nie wiem, czy wrócą. To będzie „Wschód III”.

Niech wrócą. Lud lubi historie, które się dobrze kończą.

- No, „Taksim” się kończy w miarę dobrze. Nowe życie, kobieta w ciąży, optymistyczne takie to jest. Bardzo lubię sobie napisać optymistyczną książkę, takie pierdu-pierdu, jak „Wschód” właśnie, jak to mówią koledzy: „Aa, to takie pierdolenie” (śmiech).

Dobrze, to książka pierdu-pierdu już jest, a „Mury Hebronu II”?

- A nieee. To jednorazowy eksperyment był.

Skuteczny.

- Wejście w literaturę polską kuchennymi schodami... Potem chcę napisać powieść.

Kuchennymi schodami? Pan je z kopa wyważył! Dla mnie „Stary” z „Murów Hebronu” i dwóch panów z Taksimu” i narrator ze „Wschodu” mają ze sobą coś wspólnego. Są bezpaństwowcami.

- ?!?!

Mieszkańców zdychającego miasta z „Taksimu” nie obchodzi, w jakim kraju żyją.

- Prekursorzy zjednoczonej Europy i świata (śmiech). Nie przyszło mi to do głowy, ale pewnie tak. W tej bandyckiej opowieści rzeczywiście żyje się gdzieś poza społeczeństwem, poza krajem. A tamci, z „Taksimu” - książka była pisana wtedy, gdy granica najpierw była przepuszczalna, a potem zniknęła.

Tutaj, na prowincji, ludzie żyją w trochę mniejszej skali. Żyją swoim światem, bo jest im on bliższy. Bardziej się można zidentyfikować z powiatem niż z wielkim miastem. Tu wszyscy się znają. W małym miasteczku bym nie wytrzymał. Mogę żyć albo tutaj, albo w jakimś wielkim. Lubię pustkę dookoła siebie, samotność. Tu wszyscy, owszem, mnie znają, ale mam ten komfort, że nie muszę ludzi oglądać na co dzień.

Andrzej Stasiuk (fot. Michał Gostkiewicz)Andrzej Stasiuk (fot. Michał Gostkiewicz)

Powiedział pan kiedyś, że przez doświadczenie biedy trzeba przejść, żeby coś o świecie wiedzieć. Tylko co z tym światem, który z ekranów telewizorów z reklamą czegoś za 99.99 PLN krzyczy: „Jebać biedę”?

- Można sobie jebać biedę, tylko ta bieda w końcu przyjdzie do nas, bo to problem w skali świata, kiedyś się odezwie. Trzy czwarte świata jest beznadziejnie biedne i w końcu przyjdzie po te nasze bogactwa, bo to jest obrzydliwe, jak ten Zachód jest bogaty. To sobie można tak mówić: „jebać biedę”, ale to trochę samobójcze jest.

Bieda, taka prawdziwa bieda, zwyczajnie upokarza. A czym jest współczesna bieda? Czy prawdziwym niedostatkiem, czy niemożnością kupienia sobie nowego telefonu lub kompa co roku? Czy to jest bieda, że nie można sobie nowej komóry kupić? Obraz, który ludziom popkultura wyświetla, w pewien sposób ich zniewala. Oglądając w telewizorze te pierdoły, ten świat, kurwa, bogaty i piękny, czują się biedakami. Chcieliby, żeby tu była Kalifornia czy Lazurowe Wybrzeże i wielkie samochody z silnikami V8. Wchodzi się do Media Marktu i się widzi, jak ludzie, często o twarzach nasączonych ciężkim życiem, pchają wózek z tą plazmą za trzy tysiące.

Te moje pytania o biedę i ludzi z pana powieści zmierzały do tego, czy my w Polsce homo sovieticus mamy?

- Nie wiem, czy kiedykolwiek mieliśmy, ci Polacy byli jednak jacyś inni. Jak rozmawiam z ludźmi z PGR-ów, z ich dziećmi, wszystkimi, którzy nie załapują się do końca na ten świat, mówią, że za PRL-u było lepiej. Bo było bezpieczniej. Moja matka mówi, że było lepiej, mój ojciec mówi, że było lepiej. To jest też kwestia starości i tego, że świat się zrobił bardzo skomplikowany, nie do objęcia umysłem. A za komuny się wszystko rozumiało, bo było tak, tak i tak i była pewność. A teraz nie dość, że nie ma pewności, to nikt nie potrafi odpowiedzieć, jak świat wygląda, ludzie z tego powodu cierpią. Tak mi się wydaje. Ale prawdziwy homo sovieticus to w Rosji był wyhodowany.

Jeden taki teraz sobie siedzi na Kremlu.

- No zobaczymy, co będzie. Ja na wszelki wypadek mówię coraz lepiej po rosyjsku (śmiech).

I z „Taksimu”, i ze „Wschodu” wyziera - w moim odczuciu - pana obawa, że ta nasza Europa Wschodnia sobie po cichu zdechnie.

- Raczej się w coś zamieni.

Pan pisze, że się dostosuje do reszty, tej zachodniej.

- Nie, ona się próbuje dostosować. Zresztą nie wiadomo, czym będzie w końcu Zachód, czy się w tej formie ostanie.

A nie sądzi pan, że ten Wschód to jednak w ludziach siedzi? Choćby to, że byliśmy przez wieki marginesem Europy?

- Raz byliśmy marginesem, a w XVI w. jednak potęgą. I to zmarnowaliśmy. A trzeba było może z braćmi Ukraińcami się dogadać, a nie traktować ich jak niewolników i ludzi drugiego gatunku. Nie chce mi się zresztą o tej historii gadać.

A o czym u nas gadać, jak nie o historii, o wędrówkach i migracjach? Pan pisze o finale tych wędrówek.

- Stąd ludzie zostali wypędzeni, więc ta książka zaczyna się i - w pewnym sensie - kończy w tym miejscu. Wszyscy wędrowali, moi rodzice też wędrowali.

A skąd?

- Z Mazowsza i Podlasia, w ramach wielkiej socjalistycznej wędrówki ludów, kiedy to lud miał opanować miasta, zamienić się w robotników. Moi rodzice są tego wytworem. Zostali takimi nie do końca mieszczanami. A byli chłopami, którzy chcieli uciec ze wsi, bo co to za cudowne życie w dwunastoosobowej rodzinie na pięciu hektarach. Więc uciekali ludzie, a miasto socjalistyczne stworzyło im do tego warunki. A teraz to niby jak jest? Jeżdżą ludzie jak opętani.

Tylko nie wszyscy potrafią się zintegrować.

- Wracają, bo tęsknią, i wracają, bo tylko jednostkom udaje się zasymilować i przebić, i żyć na zasadach tamtejszych.

Pan się przebił w drugą stronę i żyje na swoich zasadach.

- A bo ja zawsze leniwy byłem, unikałem ciężkiej pracy i chciałem robić to, co lubię najbardziej, dużo sił mnie to kosztowało i się udało.

Jakby był pan leniwy, toby pan nic nie napisał.

- Ale ja to lubię. Dziwny splot ciężkiej pracy i przyjemności. Ale czy to praca, skoro to też przyjemność?

Najpierw jest pomysł: „co bym napisał” czy najpierw jest pomysł: „gdzie bym pojechał”?

- Przecież ja nie tylko książki wędrowne piszę! Zaczyna się od obrazu, który się zjawia gdzieś w umyśle, czasem od jednego dźwięku, słowa nieokreślonego. Wtedy intuicja podpowiada: idziesz za tym albo odrzucasz. Nie planuję książek. Zawsze jest coś ogólnego, i - jak Bóg da - język poniesie.

I jak Bóg da, się sprzeda.

- I chwalić Pana Boga, bo jakoś to idzie. Kokosów nie ma, ale to hula. Może dlatego, że sami się wydajemy.

Powiedział pan kiedyś, że ważne jest, by nie dać się sformatować do ciągłego wygrywania, realizacji przymusu zwyciężania.

- Bo właściwie z czym wygrywasz, z kim wygrywasz? Ja nie mam w sobie ducha konkurencji, ja jestem słabym facetem, mi się nie chce ścigać, wolę robić swoje. Wygrywać trzeba dla siebie, wewnątrz. Wyznaczyć sobie zadanie, które się wypełni z lepszym bądź gorszym skutkiem. Ale nigdy nie odnosić tego do kogoś. Możesz wygrać z własnym ograniczeniem, z lenistwem. Ale jeśli chodzi o to, co ja robię, to nie myślę w kategoriach konkurencyjnych.

Dom Andrzeja Stasiuka (fot. Michał Gostkiewicz)Dom Andrzeja Stasiuka (fot. Michał Gostkiewicz)

Jakby pan pisał poczytne taśmowe kryminały, to mógłby się pan ścigać.

- Można pisać kryminały, ale szkoda czasu. Moje książki zresztą są miejscami takie trochę sensacyjne...

Tu bandyci, tam bandyci...

- No tak, bo to jest przecież najciekawsze, jeśli chodzi o fabułę. Co, o grzecznych chłopcach mam pisać? To, kurwa, nuda. Albo o grzecznych dziewczynkach.

Wytwórnie płytowe wydają chłam, żeby zarobić na wydanie muzycznej niszy, wydawnictwa publikują pop-książki, żeby zarobić na wydawanie dobrych dzieł literackich, media publikują chłam, żeby zwrócił się większy materiał, np. wywiad. W jakim kierunku to wszystko idzie?

- Świat się zdemokratyzował, ludzie chcą wszystkiego, a że nie można im dać wszystkiego fajnego, to dostają wszystko, ale gorszej jakości.

Chcą wszystkiego, ale biorą to, co tanie.

- Ale mają poczucie, że jest lepiej. Pamiętam, jak wyglądała Polska i wieś polska przed 40 laty. Ludzie chodzili dziesięciolecia w jednych butach. A teraz mogą sobie pozwolić na wszystko. Fakt, że z Lidla i Biedronki. Ale równocześnie jest jakaś dostępność.

Kiedyś też każdy miał „jakieś” auto, „jakiś” telewizor”. Było „jakoś” - i teraz też jest jakoś. Dlaczego nie może być wreszcie lepiej niż „jakoś”? Dlaczego zmienia się tak, że mamy tylko większy wybór byle jakiego?

- (bardzo cicho) Nie wiem.

Ale jeśli Chiny wejdą na taką drogę, jak niegdysiejszy symbol tandety - Japonia, to na świecie nie będzie tylu bogatych, żeby mogli drogi i dobry chiński towar kupować.

Mówi pan, że kiedyś ci biedni po to wszystko przyjdą. To co, rewolucja będzie?

- A nie widzi pan, jak czarna Afryka szturmuje południową Europę? To jest niewyobrażalne dla reszty planety, że ten półwysep europejski jest tak kurewsko przesycony bogactwem. To wabi, to przyciąga.

Za to Rosja okazuje zachodniemu światu, delikatnie mówiąc, lekceważenie. A jej propaganda przekonuje, że jest odrębna i samowystarczalna.

- To, że cywilizacja rosyjska jest czymś odrębnym, to oczywiste. Ale nie jest samowystarczalna. Przecież nie nażre się ropą i nie napoi gazem. Główną kategorią, jak się z Rosjanami rozmawia, jest ta wielkość, ta przestrzeń. W jakimś sensie można ich zrozumieć, że ta Ukraina jest dla nich tak znikoma - a z drugiej strony bliska, im się wydaje, że są jednym narodem. A przecież księstwo kijowskie i moskiewskie mają odrębny rodowód. Mimo to Rosja twierdzi, że Kijów to „młodsza siostra”.

Dobrze, że o nas już tak nie mówią.

- Pewnie mówią! Tylko nie chcemy słuchać.

Trzeba jeździć i słuchać. Żeby nie dać się zaskoczyć. Ja jeżdżę, czytam rosyjską literaturę, słucham ich muzyki, moja prywatna kolekcja filmów to westerny amerykańskie i kino rosyjskie oraz radzieckie. To też westerny, tylko trochę inne.

Easterny.

- Tak. Dzieją się na przykład w Turkmenistanie.

I wracamy na Wschód. A pytałem nieprzypadkowo na początku, gdzie się Wschód zaczyna. A gdyby spojrzeć nie politycznie, ale mentalnie, kulturowo, religijnie...

- Wie pan, bo ten Wschód się bardzo delikatnie zaczyna, nie od razu. Choć moja prywatna opinia, nie wiem, czy do druku, jest taka, że Wschód się zaczyna na Wiśle. To są dwa różne kraje.

A „Zachód” pan kiedyś napisze?

- Nie myślę tymi kategoriami. Ale w sumie Polska to już właściwie Zachód, tylko gorszy, taki bardziej wschodni.

Kup książkę "Wschód" Andrzeja Stasiuka w Publio.pl

Wszystkie książki Andrzeja Stasiuka w Publio.pl

Okładka książkifot. materiały wydawcy

Andrzej Stasiuk. Prozaik, poeta, eseista, dramaturg, publicysta i wydawca. Autor m.in: "Murów Hebronu", "Białego kruka" (Nagroda Fundacji im. Kościelskich), "Jadąc do Babadag" (Nagroda Literacka Nike), "Fado" (Nagroda Literacka im. Arkadego Fiedlera "Bursztynowy Motyl") i "Taksim". Wraz z żoną Moniką Sznajderman prowadzi Wydawnictwo Czarne. Mieszka w Wołowcu w Beskidzie Niskim.

Michał Gostkiewicz. Dziennikarz Gazeta.pl. Robi wywiady, pisze o sprawach zagranicznych i fotografii, pisze bloga Realpolitik, twittuje. Gdy nie musi pracować, chodzi po górach, jeździ na rowerze lub pływa żaglowcami po morzach. I robi zdjęcia.

Komentarze (201)
Zaloguj się
  • 1_krzys

    Oceniono 457 razy 397

    Afryka eksportuje ropę, gaz, diamenty i cały szereg różnych, cennych minerałów.
    I co z tego mają ludzie tam mieszkający?
    Bo Shell, Statoil, BP i cała rzesza chińczyków świetnie na tym zarabia. Razem z lokalnymi kacykami.
    Gość w Bangladeszu szyje koszulkę za 2 centy, którą później Zara czy jakiś inny H&M sprzedaje za 20 dolarów.
    To jest przyczyna biedy. Nieludzki wyzysk międzynarodowych koncernów, które podcierając sobie gębę globalizacją kłamią, że robią to wszystko dla nas.

  • bezebubol

    Oceniono 212 razy 186

    Powodzenia panie Stasiuk! Bardzo cenie pana twórczość,pana spojrzenie na świat i sposób w jaki pan w nim żyje. Niektórym się może wydawać to wszystko idyllą, to jak pan żyje, ale wiem że lekko nie było i nie jest. Szacunek.

  • Gość: Anatol

    Oceniono 119 razy 69

    Czyżby Finlandia, Szwecja, Belgia, Austria, Holandia albo Słowenia miały więcej bogactw od państw Afryki albo Bliskiego Wschodu ? Tym bogactwem są ludzie z ich własną pracą, porządkiem oraz logicznym myśleniem nie zaburzonym islamską ideologią .

  • Gość: baba

    Oceniono 101 razy 51

    A może by tak panie Stasiuk opisać co zrobił wschód przesiedlony na zachód? Co zostało na zachodzie z terenów domów ,obejść zasiedlonych przez tych ze wschodu?

  • kapitan.kirk

    Oceniono 137 razy 49

    <<<Kiedyś też każdy miał „jakieś” auto, „jakiś” telewizor”.>>>

    Oj nie, nie, panie Redaktorze - jeszcze całkiem stosunkowo niedawno nie każdy miał telewizor, o aucie już nawet nie mówiąc...

    <<<Było „jakoś” - i teraz też jest jakoś. Dlaczego nie może być wreszcie lepiej niż „jakoś”?>>>

    Ależ jest - dzisiejsze "jakoś" w Polsce jest w ogromnej większości aspektów dużo lepsze od "jakoś" np. sprzed 30 lat ;-)
    Pozdrawiam

  • 1_krzys

    Oceniono 186 razy 46

    Bogactwo bierze się z pracy, inteligencji i trochę z talentu. Biedni Azjaci czy Afrykańczycy mają i talent i ciężko pracują. Ale nie są inteligentni. Bo gdyby byli to:
    1. Afrykańczycy powiesili by całe kierownictwo i akcjonariuszy Shell, BP, Statoil i całą resztę łącznie z Chińczykami, którzy w porozumieniu z lokalnymi kacykami grabią ich kraje z bogactw naturalnych i udaremniają rozwój.
    2. Azjaci z Indii, Pakistanu, Bangladeszu powiesili by natomiast właścicieli Adidas, Nike, czy Zara, łącznie z ich miejscowymi poplecznikami, którzy eksploatują ludzi gorzej niż na plantacji bawełny w USA 200 lat temu. Dla nich człowiek jest nikim.
    Sprawiedliwy podział bogactwa, które bierze się z pracy, a nie wyzysk, gdzie ktoś szyje koszulkę za 2 centy, a jakaś Zara czy H&M sprzedaje ją za 20 dolarów. Gdzie Shell wydobywa ropę w kraju, który nic z tego nie ma. a Królowa Angielska i książę Harry głaszczą po głowie biedne, głodne dzieci w Kenii i mówią im, że przywieźli im lekarstwa. I jedzenie.

  • derp973

    Oceniono 69 razy 41

    Kenia. 5 eksporter ropyna świecie. Pod ochroną Shel czy BP xD 80+% w skrajmy ubustwie.

    xD
    www.youtube.com/watch?v=eyKYGZ67gJs

  • kalinowski42

    Oceniono 65 razy 39

    Panie Stasiuk. Święte słowa. Duży respekt dla Pana.

  • kam702

    Oceniono 58 razy 38

    Dla tych którzy jeszcze nie zrozumieli nas czeka ostatnia wojna światowa jeżeli nie przestaniemy być próżni.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX