Obóz syryjskich uchodźców Zaatari

Obóz syryjskich uchodźców Zaatari (fot. AP)

wywiad gazeta.pl

Szef obozu dla syryjskich uchodźców w Jordanii: Wymyślamy pomoc humanitarną na nowo

- Powinniśmy zmienić sposób myślenia o uchodźctwie, powinniśmy je rozpatrywać w kategoriach szansy, a nie porażki - mówi Kilian Kleinschmidt kierujący z ramienia ONZ obozem dla syryjskich uchodźców Zaatari w Jordanii. - Teraz naszym wielkim wyzwaniem jest poprawa jakości połączenia internetowego. 30 proc. uchodźców z Zaatari ma smartfony, ale nie mogą z nich normalnie korzystać, bo mamy tutaj bardzo słaby zasięg 3G i brak wi-fi. Ludzie codziennie pytają nas o lepsze połączenie. Stworzyliśmy więc koalicję prywatnych przedsiębiorstw i naukowców z uniwersytetu, żeby udało się to osiągnąć.

Nazywasz obóz „potworem”. Dlaczego?

- Każde miejsce, w którym zbierasz ludzi siłą i robisz z tego obóz, nie jest dobrą przestrzenią do życia. To jest coś wielkiego, co bardzo szybko się rozrasta i stwarza problemy. Jeśli chodzi o przypadek Zaatari, nie tak dawno temu to było bardzo nieprzyjemne miejsce ze względu na niski poziom bezpieczeństwa i trudne relacje na linii uchodźcy - pracownicy agencji pomocowych. Sytuacja była tak ciężka, że niektórzy dziennikarze nazywali obóz „piekłem”.

Czy obóz jest potworem także ze względu na ludzi? Mówisz o nich: To najtrudniejsi uchodźcy, jakich kiedykolwiek spotkałem.

- Wszyscy ludzie, którzy są pod wpływem stresu, są trudni. Pomyśl o tym, jak traumatyczna dla twoich dzieci może być przeprowadzka z jednego miasta do drugiego. A teraz przeprowadzkę zamień na ucieczkę z kraju ogarniętego wojną. Ludzie, którzy znaleźli się w obozie, pochodzą głównie z południowej Syrii. To jest typ osobowości, który niechętnie poddaje się jakiejkolwiek władzy i niechętnie wykonuje rozkazy. Mają spaczony obraz prawa i roli rządu w ich życiu, co jest wyrazem ich długotrwałych, złych relacji z władzami. Wielu z nich było zaangażowanych w przemyt, więc są nieprzyjaźnie nastawieni do policji. W innych miejscach, w których pracowałem, Pakistanie czy Somalii, społeczność miała znaczenie. Tutaj nie ma żadnego. To jest bardzo indywidualistyczne społeczeństwo, które nie ma poczucia solidarności.

Dlaczego, zanim przyjechałeś do Zaatari, było tu tak wiele protestów?

- Historia obozu Zaatari to historia bardzo efektywnej odpowiedzi organizacji pomocowych na potrzeby syryjskich uchodźców. Wszyscy błyskawicznie się zorganizowali i dostarczyli to, czego było potrzeba: namioty, żywność, wodę, koce i lekarstwa. Szybkość reakcji i jej jakość była lepsza niż w podobnych sytuacjach w innych krajach. Jednak po nakarmieniu i ubraniu ludzi niektóre problemy pozostały: brak bezpieczeństwa, agresja wobec pracowników organizacji humanitarnych i jordańskich policjantów oraz agresja pomiędzy samymi uchodźcami.

Mapa obozu uchodźców ZaatariKilian Kleinschmidt na tle mapy obozu uchodźców Zaatari (UNHCR/Jordi Matas)

Co konkretnie się działo?

- Jednemu z naszych pracowników złamano stopę, jordański policjant został zabity, dwunastu innych zostało brutalnie pobitych, a jeden prawie zabity. Zamieszki bywały tak silne, że do ich rozpędzenia policja używała gazu łzawiącego.

Podobno obozem rządziły gangi.

- Przywódca jednego z ważniejszych gangów Abu Hussein pewnego razu powiedział: Jeśli tylko będę chciał, w pięć minut mogę spalić cały obóz. Trzy miesiące później zaprosił mnie na kawę. Przez półtorej godziny na mnie wrzeszczał, a kiedy skończył, zostaliśmy przyjaciółmi i obiecaliśmy sobie, że będziemy wspólnie pracować dla dobra uchodźców. Gangi pojawiają się zawsze, kiedy jesteś w trakcie przejścia z chaosu do stabilizacji. Tacy ludzie nie chcą, żeby policja albo władza w jakiejkolwiek formie pojawiała się w obozie. Najlepszym sposobem na to, żeby trzymać władze na dystans, to utrzymywać niestabilność i szerzyć przemoc. I to właśnie miało tutaj miejsce.

Zanim zaprzyjaźniłeś się z bossami, chcieli cię porwać. Dlaczego tego nie zrobili?

- Jeden z członków gangu powiedział mi, że widzieli mnie chodzącego po obozie nocą. Zastanawiali się, czy mnie porwać. Ostatecznie tego nie zrobili, bo uznali, że skoro mam odwagę sam spacerować po obozie nocą, po którym niektórzy bali się chodzić w dzień, jestem uczciwym człowiekiem. Ale uczciwość to nie wszystko. To jest społeczeństwo, na którym wrażenie robią siła i autorytet. Musiałem dać im poczuć, że jestem tam szefem, pokazać, że się ich nie boję. Dopiero wtedy - dzięki nocnym spacerom, rozmowom i zdecydowanym decyzjom - zaczęli mnie szanować i słuchać.

Obóz syryjskich uchodźców ZaatariObóz syryjskich uchodźców Zaatari (fot. AP)

Jakie były powody zamieszek przed twoim przyjazdem?

- Po pierwsze: ogromna frustracja i oburzenie na siły międzynarodowe, które nie podjęły żadnej poważnej próby rozwiązania konfliktu w Syrii. Po drugie: Syryjczycy byli niezadowoleni ze sposobu zarządzania obozem, w szczególności z dystrybucji żywności. Tym zajmowała się inna organizacja humanitarna, która ostatecznie musiała opuścić Zaatari na początku 2013 r. Po trzecie: gangi. Braki w sposobie organizacji i pracy NGO-sów zrobiły pole dla złych ludzi, którzy przejmowali przestrzeń w sensie psychologicznym, geograficznym i usługowym. Ludzie nielegalnie opuszczali obóz i zostawiali swoje kartki żywnościowe innym, sprzedawali rzeczy, które dostawali od nas, i kradli prąd, za który wymuszali opłaty od zwykłych ludzi.

Czwartym powodem może być to, że traktowaliście ich jak liczby, nie jak ludzi.

- Organizacje humanitarne patrzą na obóz z perspektywy liczb, nie z perspektywy ludzi. Patrzysz na liczbę uchodźców, dzielisz ją przez pięć i masz liczbę pięcioosobowych namiotów, które musisz im dostarczyć. Bierzesz liczbę uchodźców, mnożysz ją przez osiemnaście i wiesz, ile potrzebujesz wody. Tak samo jest z jedzeniem, kocami i każdą inną rzeczą. Wynika to z bardzo prostego faktu - liczby przekładają się na pieniądze, które otrzymujemy na pomoc. Ale to, niestety, stwarza warunki, w których zapominamy, że to, co się tutaj dzieje, dotyczy żywych ludzi. Musimy pamiętać, że za liczbą 90 tys. uchodźców, którzy obecnie żyją w Zaatari, kryje się 90 tys. różnych historii i indywidualności. Nie możemy ograniczać się do statystyki.

Jak możliwe jest indywidualne patrzenie na 90 tys. ludzi?

- Wyobraź sobie, że masz przed oczami 530 ha terenu. Cały ten obszar jest usiany namiotami albo przyczepami kempingowymi pełnymi ludzi. A teraz pomyśl, że do każdej z tych 90 tys. osób masz podejść indywidualnie. To jest niemożliwe, prawda? Dlatego podzieliliśmy Zaatari na 12 dzielnic, zwracając uwagę na to, żeby każda z nich zawierała mniej więcej taką samą liczbę uchodźców. Każdą dzielnicę codziennie odwiedza jeden z naszych pracowników i spotyka się z lokalnymi liderami. To zapewnia bezpośredni kontakt na linii uchodźcy - agencje pomocowe. Mamy twarze i imiona. Przestaliśmy zachowywać się jak komisja wizytująca obóz i widać tego efekty. Zaatari przestało wrzeć.

W jednym z wywiadów mówiłeś, że ważny był jeszcze jeden powód agresji: wy budowaliście magazyn dla ludzi, a oni chcieli mieć przestrzeń do życia.

- My budowaliśmy obóz, oni chcieli miasta. Na początku wyglądało to tak, że mówiliśmy im, co mają robić: tutaj pójdziecie do toalety, tutaj po żywność, tutaj będziecie mogli korzystać z prądu, a tam nie. Ale to się bardzo szybko skończyło. Oni zaczęli wszystko prywatyzować. Sami podłączali się do sieci energetycznej, budowali fontanny przy domach, przejmowali urzędowe budynki, które chwilowo stały puste, i sadzili drzewa tam, gdzie im się podobało. Kiedy zrozumieliśmy, w jaki sposób funkcjonują, skupiliśmy się na tym, żeby ich działania ująć w formalne albo chociaż bezpieczne ramy. Teraz to nasze ekipy specjalistów podpinają kolejne przyczepy do prądu, wody i kanalizacji. Ale staramy się także, aby nasi uchodźcy byli odpowiedzialni za to, czego używają. Także żeby za to płacili, nawet jeśli ostatecznie i tak my to dofinansowujemy. Ten ostatni punkt jest szczególnie ważny, bo oni nie rozumieją sensu miejskich, czyli wspólnych, usług i urządzeń. Nie rozumieją, dlaczego ktoś miałby im dać coś za darmo, oni żyją, opierając się na logice biznesu. Od kiedy to zrozumieliśmy, jest nam dużo łatwiej.

Żeby dalej rozwijać obóz, zgłosiłeś się po pomoc do inżynierów z Amsterdamu. Po co?

- Bo jesteśmy pracownikami organizacji humanitarnych, a nie architektami, specjalistami od wodociągów czy transportu miejskiego. Jesteśmy przyzwyczajeni do pracy w sytuacjach kryzysowych. Nie znamy się na tym, jak dobrze podłączyć 14 tys. domów do sieci elektrycznej, wiemy tylko, ile trzeba w tych domach wody i żywności. Dobrze zarządzane miasta mają ogromne techniczne możliwości i know-how, którego my nie posiadamy, a potrzebujemy. Dlatego urbaniści, architekci i specjaliści od różnych miejskich usług z Amsterdamu odwiedzili nas, żeby pomóc przeprojektować infrastrukturę Zaatari oraz nasze usługi. Mamy nadzieję, że wkrótce pomogą nam rozwinąć wodociągi, kanalizację i system komunikacji miejskiej - chcemy wprowadzić autobusy w obozie. Mamy nadzieję, że wkrótce każda ulica będzie miała swoją nazwę z tabliczką, że każdy będzie miał adres, a ci, którzy prowadzą biznes, będą posiadali na to licencję. W domach powinny się pojawić wodomierze i mierniki prądu. Osobiście widziałem korzyści takiej bezpośredniej współpracy miasto - miasto, kiedy zarządzałem obozem w Mogadiszu w Somalii. Bardzo pomogły nam wtedy władze Stambułu w Turcji.

W jaki sposób?

- Przyjechałem do Mogadiszu na początku 2012 r. Na przedmieściach praktycznie przechodziła linia frontu, więc miasto wyglądało jak pobojowisko. Władze Stambułu wysłały do nas statki pełne buldożerów, spychaczy i śmieciarek, żeby uprzątnąć ulice. Bardzo prosta, konkretna pomoc. Przysłali także wielu ekspertów, którzy współpracowali z lokalnymi urzędnikami, żeby wypracować nowe procedury zarządzania i tworzenia wodociągów oraz kanalizacji. Kiedy wyjeżdżałem z Mogadiszu rok później, w mieście pojawiło się mnóstwo sklepów, kawiarni i korków ulicznych, które świadczyły o powrocie do normalnego życia. Ciągle był to chaos, ale bardziej znośny do życia.

Obóz syryjskich uchodźców ZaatariObóz syryjskich uchodźców Zaatari (fot. AP)

To, jak pracujesz, bardzo różni się od tego, jak pracuje wiele organizacji humanitarnych. Czy sposób, w jaki one pracują, jest zły?

- Kiedy organizujemy pomoc w kryzysowych sytuacjach, są rzeczy, które muszą być zrobione na już: musimy dostarczyć żywność, wodę, namioty. I to musi być zrobione bardzo szybko. Ale musimy przemyśleć sposób naszego działania na drugim etapie, kiedy nie chodzi już o ratowanie życia, a zapewnienie ludziom w miarę normalnych warunków do bytowania. Przede wszystkim musimy się zastanowić, jak zapewnić im godność. Uważam, że to jest największy problem - w obozach ludzie są odzierani z godności. Nie dość, że stracili wszystko, na co pracowali latami - dom, pracę, często bliskich - to my im jeszcze każemy całymi dniami stać w kolejkach po żywność, wodę i koce. Jak byś się czuł, gdybyś cały dzień w strasznym upale, deszczu albo zimnie stał tylko po to, żeby dostać od obcego człowieka kilkanaście litrów wody? I tak dzień w dzień, tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem.

Paskudnie.

- W Mogadiszu spotkałem kobietę, która powiedziała mi, że jest zmęczona traceniem czasu na stanie w kolejce. Że chciałaby otworzyć swój biznes, ale w ogóle nie ma na to szans, bo całe dnie traci na kolejki. W XXI w. mamy możliwości technologiczne, które mogą temu zaradzić: możemy skorzystać z systemu biometrycznego, żeby mieć pewność, że uchodźcy nie korzystają z cudzych racji, albo chociażby z voucherów lub kart przedpłaconych, które umożliwią im samodzielne robienie zakupów. W Zaatari już nie rozdajemy żywności, zbudowaliśmy supermarkety, w których ludzie sami ją kupują, posługując się voucherami, które dostali od nas. Sami decydują o tym, kiedy zrobią zakupy i co będą jeść. Nie możemy decydować za nich o tym, jakiej pasty do zębów będą używać. To jest sposób na zachowanie godności przez ludzi, którzy stracili wszystko. To jest droga, którą powinniśmy podążać.

Teraz naszym wielkim wyzwaniem jest poprawa jakości połączenia internetowego. 30 proc. uchodźców z Zaatari ma smartfony, ale nie mogą z nich normalnie korzystać, bo mamy tutaj bardzo słaby zasięg 3G i brak wi-fi. Ludzie codziennie pytają nas o lepsze połączenie. Stworzyliśmy więc koalicję prywatnych przedsiębiorstw i naukowców z uniwersytetu, żeby udało się to osiągnąć. To zmienia sposób postrzegania naszej roli w obozie. To jest wymyślanie pomocy humanitarnej na nowo.

Powinniśmy w ogóle zmienić sposób myślenia o uchodźctwie, powinniśmy je rozpatrywać w kategoriach szansy, a nie porażki. W obozach na całym świecie mamy dziesiątki tysięcy ludzi zebranych w jednym miejscu, bardzo często pochodzących ze słabo rozwiniętych rejonów, w których edukacji albo nie było, albo była marna, gdzie rolnictwo i medycyna były na niskim poziomie. Ich pobyt w obozie jest niesamowitą okazją, żeby inwestować w ich rozwój. A co my robimy? Marnujemy czas, starając się ich ubrać i nakarmić. Pozwólmy im samym robić zakupy i skupmy się na tym, żeby w pozostałym czasie ich edukować. To, czego ich nauczymy, będzie dla nich niesamowicie przydatne, kiedy po zakończeniu wojny wrócą do swoich wiosek. Z tą wiedzą i umiejętnościami będą działać efektywniej niż jakakolwiek organizacja charytatywna z zagranicy. Ponownie dobrym przykładem jest Mogadisz: oprócz specjalistów ze Stambułu mieliśmy oczywiście Somalijczyków odbudowujących swoje miasto. W czasie kiedy międzynarodowe organizacje humanitarne przygotowywały raporty i analizy, w których zastanawiały się, czy coś kiedyś zbudują, Somalijczycy brali łopatę do ręki i odbudowywali dom po domu.

Kiedy dziennikarze pytają cię, dlaczego to robisz, mówisz: Bo w ten sposób robię różnicę. Naprawdę w to wierzysz?

- Każdy z nas robi różnicę, w małej lub dużej skali. Czasami to jest różnica, która zmienia życie jednej osoby, jednej rodziny, a czasami całej wioski. Każdy taki przypadek to jest sukces. W Zaatari widać, jak nasza praca pomogła nam zrozumieć potrzeby ponad 100 tys. ludzi, jak pomogła stworzyć miejsce, które jest bardziej przyjazne do życia. To na pierwszym poziomie. Na drugim dzięki zmianom, które wprowadzamy w życiu obozu, wpływamy na to, jak w przyszłości może być organizowana pomoc humanitarna na całym świecie. To jest ekscytujące.

 

Kilian Kleinschmidt. Od marca 2013 r. z ramienia ONZ szef obozu dla syryjskich uchodźców Zaatari w Jordanii. Od ponad 25 lat pracuje dla organizacji humanitarnych m.in. w Somalii, Pakistanie i Sudanie Południowym. Pierwszą tego typu pracę podjął przypadkiem. Kiedy jechał motocyklem przez Mali, niedaleko Timbuktu spotkał ludzi budujących szkołę. Przyłączył się i pomagał im przez następne pół roku. Obecnie w środowisku organizacji humanitarnych uważany jest za człowieka do zadań specjalnych.

Zaatari. Założony w lipcu 2000 r. obóz dla syryjskich uchodźców. Pierwotnie miał pomieścić 5 tys. ludzi, w szczytowym okresie liczył 144 tys. uchodźców, obecnie żyje w nim około 90 tys. osób; jest uważany za czwarte największe miasto Jordanii. Więcej o obozie i historiach uchodźców w książce „Kontener” W. Tochmana i K. Boni.

Łukasz Długowski. W Chile był rybakiem, w Patagonii o mało nie został gaucho, we Francji robił wino, w Finlandii włóczył się po mokradłach dalekiej Laponii. Genetycznie uzależniony od miejsc niepopularnych i chodzenia tam, gdzie nie powinien.

Komentarze (21)
Zaloguj się
  • alinaw1

    Oceniono 35 razy 35

    Bardzo się cieszę, ze jest ktoś taki jak Kleinschmidt. Dzięki niemu i ludziom doń podobnych pomoc humanitarna może zmieni sens, stanie się siłą napędową. Uczestniczyłam kilkanaście lat temu w akcji pomocowej w jednym z krajów afrykańskich. Padaliśmy tam ze zmęczenia, a ludzie którym pomagaliśmy- byli totalnie bierni- leżeli albo kłócili się albo faktycznie stali w kolejkach po wodę i czekali, co znów im damy. A przecież byli zdrowi, można ich było zaangażować, ale mój szef (Angol) twierdził, że nie można im dać pola do jakiegokolwiek działania, bo pozabijają się. Jak widać z jordańskiego przykładu- wystarczy mądrze zarządzać i myśleć z uwzględnieniem różnic kulturowych, by sytuację traumatyczna i kryzysową zamieniać w początek nowego życia.

  • tune

    Oceniono 30 razy 30

    Świetny wywiad i świetny facet.
    Szkoda, że większość internetowych czytelników gazety woli czytać i komentować artykuły o kłótniach PIS i PO.

  • angelic.a

    Oceniono 19 razy 19

    Dobry wywiad i jakby przy okazji przypomina o tym, jak potężną siłą jest pragnienie bycia potrzebnym a degradujący wpływ ma czucie się upokorzonym/upokarzanym. Wielki szacunek dla ludzi, którzy potrafią ukierunkować pierwsze i zaoszczędzić drugiego.

  • Justyna Herbut

    Oceniono 13 razy 13

    Super byłoby miec takiego szefa jak Kleinschmidt. Swietny wywiad, o więcej takich!

  • funny75

    Oceniono 7 razy 7

    Wywiad naprawdę niezły :) proszę tylko skorygować błąd "Założony w lipcu 2000 r." to jest nieprawda, obóz został założony dokładnie 28 lipca 2012 roku więc pomyłka o 12 lat ;)

  • Gość: Lato

    Oceniono 12 razy 6

    Nie ma takiego słowa jak "uchodźctwo". Jest "uchodźstwo". Proszę o poprawienie błędu w tekście.

  • Gość: tafajna

    Oceniono 2 razy 2

    Ale Droga Gazeto, tłumaczenie "make a difference" na "zrobić różnicę" to naprawdę nie przystoi... Wywiad, poza tym, świetny.

  • marudna.menda

    Oceniono 4 razy 2

    A co tu wymyslac? Zlikwidowac UNWRA i zailic konto UNHCR ich miliardami.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX